środa, 24 czerwca 2015

Recenzje filmowe - W obcej/cudzej skórze (15)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13), Choć goni nas czas (14)

Dziś:
W obcej/cudzej skórze – USA, Wielka Brytania; 2012
reż. Bart Layton
wyst. Adam O`Brian, Debbie Jennings

W tym szaleństwie jest metoda

Dawno nie widziałam tak dobrze skonstruowanego filmu. Właśnie „skonstruowanego”, bo to konstrukcja w tym obrazie, czyli takie, a nie inne następstwa scen i pomysł przeplatania zdjęć dokumentalnych z fabularnymi, a także opowiadanie historii przez kilka osób, z których każda na pewno czuła się jedynym narratorem posiadającym monopol na prawdę, na podejrzenia i wysuwanie własnych wniosków, nie oglądając się na niczyje kontrargumenty, są mocną stroną filmu. W przypadku tego utworu akurat nic więcej nie potrzeba. Aktorom i nie aktorom (bo to wszak po części dokument) udało się utrzymać widzów w napięciu przez cały film (a nie był on krótki), choć środki wyrazu, rekwizyty, dramaturgia kryła się tylko w ich twarzach. Występując przed kamerą, nawet nie zmieniali pozycji, tak jak nie zmieniali swego punktu widzenia kształtowanego pod wpływem zmieniających się faktów. I właśnie ta konstrukcja zbudowała w utworze filmowe iskrzenie. Tylu, ilu było narratorów w filmie, tyle było prawd, a każda mogła być tą właściwą, choć ani bohaterowie filmu, ani widzowie nigdy do tej faktycznej nie dotrą.
Pewnego dnia w teksańskim miasteczku zaginął 13-letni chłopiec, Nicholas. Rodzina rozpoczęła poszukiwania, ale te kończyły się niepowodzeniem. Nikt nic nie wiedział o zaginionym chłopcu, nikt go nie widział, nikt o nim nic nie słyszał. Rodzina jest tak bardzo zaangażowana w poszukiwanie chłopca, tak dalece spragniona powrotu Nicka, że gdy ten nagle i całkiem nieoczekiwanie odnajduje się po trzech latach w… Hiszpanii, przyjmuje go do domu, bez chwili wahania. Wątpliwości nie rodzą się nawet wtedy, gdy okazuje się, iż ani fizycznie, ani psychicznie odnaleziony nastolatek nie może pasować do faktycznego Nicka. W najbliższych nie budzi to jednak żadnych podejrzeń. Wątpliwości, czy jest to autentyczny Nicholas Barclay, dopadają natomiast policjantów, kuratorów, agentkę FBI, prywatnego detektywa. Być może cała sprawa nigdy nie zostałaby tak wnikliwie drążona, gdyby fałszywy Nick nie wymyślił bajeczki o porwaniu przez grupę ludzi, którzy później, po porwaniu, znęcali się nad nim; wątek znęcania – w mniemaniu Nicka - miał wytłumaczyć na przykład braki w jego pamięci i ewentualne „rozbieżności” w zachowaniu. Więc skoro na arenę wkraczają groźni przestępcy, to musi wkroczyć do akcji FBI, no a skoro agencji federalni, to sprawa nie może być zbadana jedynie pobieżnie.
Relacje zdawane przez matkę i siostrę Nicka to jedna strona medalu, to, co opowiada odnaleziony Nick, który nie jest właściwym Nickiem, to druga strona. Wcale nie zdradzam tajemnicy filmu, gdyż oszust podszywający się pod Nicka od początku wyjawia widzom, co robił, jak się zmieniał, jak udawał, jak się uczył nowej roli, by zostać uznany za autentycznego syna i brata. Na końcu jedynie poznajemy powody, dla których fałszywy Nick to robił. Fenomen konstrukcji filmu polega na tym, że reżyser dokonuje całkiem niespodziewanego zwrotu akcji i rozkłada ciężar winy nie tylko na fałszywego Nicka, ale i na… rodzinę zaginionego chłopca. Zdziwieni? I słusznie, bo to niebywałe zaskoczenie, tym większe, że nigdy – nie tylko w filmie, ale i w rzeczywistości – zagadka nie zostanie rozwiązana. Czyżby było tak, jak sugerował fałszywy Nick: „Miałem wrażenie, że trafiłem do miejsca, gdzie jeszcze bezczelniej kłamią niż ja.”.
Gdyby reżyser obrazu zrobił z tej historii film fabularny, powstałby niczym nie wyróżniający się, choć zapewne bardzo dobry, spektakl, ale właśnie to, że obraz powstał jako thriller dokumentalny, zapunktowało niepomiernie i nadało obrazowi ciekawe wnętrze. Zwróćmy uwagę na intrygujący i mylący zarazem, a zastosowany przez twórcę, zabieg: gdy jedna osoba relacjonuje sprawę i kończy na przykład swą kwestię pytaniem, to jego następca odpowiada na owo pytanie, ale w sposób sobie właściwy i zgodny z logiką swoich wywodów. Mimo to film ani na centymetr nie staje się nielogiczny, widz nie ma poczucia „rwania” akcji i napięcie może bezproblemowo sięgać zenitu, w głównej mierze dzięki obliczu fałszywego Nicka, który ma w sobie coś z demona, ujawniającego nam swe pokrętne zamiary, ale w taki sposób, jakby opisywał smak lodów bakaliowych. To fascynowało i przerażało zarazem.
Reżyser otrzymał za swoje dzieło nagrodę za najlepszy debiut reżyserski, a sam film był nominowany do nagrody głównej na festiwalu w Sundance w 2012 roku. Przyznaję, że obejrzałam go przez czysty przypadek, bo jakoś filmy dokumentalne nie wciągają mnie (nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło. Może ze strachu przed realnym okrucieństwem, które jest zawsze gorsze od okrucieństwa wymyślonego, bo jest realne?), ale jak już zaczęłam, to nie było siły, abym nie obejrzała go do końca. A było warto, bo mówiąc za Hamletem: „W tym szaleństwie musiała być jakaś metoda”.
                                                                                                                                                                                                                            Małgorzata Ciupińska

piątek, 19 czerwca 2015

"Alkaliczny styl życia" - Beata Sokołowska

Od mniej więcej dwóch lat panuje "moda na zdrowie". Wszyscy prześcigają się w byciu fit, w radach na temat zdrowego odżywiania, kolejnych super food oraz nowych diet. Te tematy bardzo mnie interesują od momentu, gdy ze względów zdrowotnych zrezygnowałam z mięsa, a następnie wprowadziłam inne zmiany w mój tryb życia. Dużo czytam o dietach i zwykle tylko kręcę głową z ewidentnym brakiem uznania dla ich wynalazców. "Alkaliczny styl życia" przemówił do mnie, ponieważ już wcześniej zauważyłam u siebie różnicę w zakwaszeniu i zasadowości organizmu. Ta książka miała mi porządnie przybliżyć temat i muszę przyznać, że to zrobiła (choć bez lekkiej krytyki się nie obejdzie).

Beata Sokołowska, autorka bloga o takim samym tytule jak książka, stara się przedstawić zalety zredukowania produktów kwasotwórczych w życiu, opowiada historie, które potwierdzają działanie tego stylu życia oraz tłumaczy, w jaki sposób się za to wszystko zabrać. Ludzki organizm ma z natury odczyn zasadowy, a złe odżywianie, brak ruchu (a także - o dziwo - jego nadmiar) i stres zmieniają odczyn pH, co sprawia, że w naszym organizmie powstają stany zapalne, chorujemy, wpadamy w depresję, jesteśmy ciągle zmęczeni i ociężali. Autorka woła o równowagę - i robi to na tyle skutecznie, że już wiele osób skorzystało na jej radach publikowanych na blogu. "Alkaliczny styl życia" to wiedza, którą Sokołowska zebrała z różnych publikacji i własnego doświadczenia, w pigułce. Choć momentami ta pigułka jest dość rozlazła - dla mnie jest tam zbyt dużo życia prywatnego w części właściwej książki. O ile na początku jest to zrozumiałe, końcowe listy od czytelników z ich doświadczeniami są świetnym rozwiązaniem (choć zastanowiłabym się, czy na pewno wszystkie z nich powinny znaleźć się w tej książce), to pomiędzy było mi tego za dużo.

W treści dowiadujemy się, jak zacząć (najlepiej od detoksu, a raczej od przygotowania do niego), a następnie, jak z tym żyć. Autorka raczy nas tabelami z "dobrymi" i "złymi" produktami, przepisami na lekkie, a także na pożywne dania. Sama książka napisana jest dla osób, które z naukowym żargonem raczej nic nie umiałyby zrobić - Beata Sokołowska pisze dla człowieka. Zwykłego człowieka, który chce poczuć się lepiej we własnym ciele i nie bawi się w lekarza-dietetyka. Nie karmi czytelnika truizmami, jest po prostu klarowna w swoich wypowiedziach. To się ceni. Na samym końcu znajdujemy też małą broszurę ze wspomnianymi wcześniej tabelami - spore ułatwienie dla tych, którzy zamierzają wybrać się na zakupy, a nie chcą nosić ze sobą całej książki (bo kto chce?).

To dobra, przekonująca książka, która nie każe stawiać nagle całego życia na głowie, ale zastanowić się nad tym, co jest dobre, zdrowe i naturalne. Jeśli chcecie schudnąć lub poczuć się zdrowsi, zajrzyjcie na bloga autorki, a następnie do "Alkalicznego stylu życia". Ta pozycja wydaje mi się najsensowniejszym rozwiązaniem dla osób szukających sposobów na spadek wagi i poprawę stanu zdrowia.

środa, 17 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Choć goni nas czas (14)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12), Wiek Adaline (13)

Dziś:
Choć goni nas czas – USA, 2007
reż. Rob Reiner
wyst. Jack Nicholson, Morgan Freeman

Dobrze zrobiony biznesplan

Niestety główni bohaterowi tej filmowej opowieści muszą umrzeć. To mają zagwarantowane w scenariuszu. Z tym się pogodzili, a i widzowie muszą się z tym pogodzić też. Osobiście nieco raził mnie patos z ostatnich minut filmu, ale w końcu jeden minus całości nie zaszkodzi. Pokazani bohaterowie nie są tak starzy, by umrzeć ze starości; umrą z innego powodu - po prostu stanęli rakowi na drodze. To się zdarza i bogaczowi (Jack Nicholson) i mechanikowi samochodowemu (Morgan Freeman). Świadomość chorób śmiertelnych jednych powala z nóg, a innym dodaje skrzydeł. Ci, którzy oglądali film, już wiedzą, w czym rzecz, a ci, którzy go dopiero zobaczą, przekonają się, że w stwierdzeniu o skrzydłach wcale nie ma żadnej przesady, zarówno w aspekcie faktycznym, jak i metaforycznym.
Film opowiada o tym, jakie bliskość śmierci potrafi wyzwolić pokłady inwencji, kreatywności, fantazji, ale i sprowokować zachowania, które mogą zmienić relacje międzyludzkie, przez całe życie źle układające się, a teraz nagle prostujące. Oczywiście malkontenci i ci, którzy nie mają szczęścia do posiadania pieniędzy w ilości większej niż mówią o tym przeciętne standardy, na pewno krzykną: „No tak, jeśli się jest bardzo majętnym, to można sobie pozwolić na realizowanie fanaberii.”. Zgadza się, tak mogą powiedzieć. Właściwie to większość ludzi tak powie, ale gdyby wszyscy byli biedni, to ten scenariusz nie byłby taki zabawny, pouczający i miły dla oka. Tak to już jest z biedą i bogactwem. Dla nieusatysfakcjonowanych tą odpowiedzią przytoczę dwie sentencje (nie z filmu), które może pozwolą przełknąć tę niesprawiedliwość dziejową: Stefan Kisielewski powiedział: Biednym nic z tego nie przyjdzie, że bogaci też zbiednieją. Epikur zaś konkluduje: Bogactwo nie jest ulgą w kłopotach, jest tyko zmianą kłopotów.   
Ale wróćmy do filmu. Czas faktycznie tu goni. Gdyby nie oddech śmierci na plecach ani Edward Cole (Nicholson), ani Carter Chambers (Freeman) nigdy tylu rzeczy w tak krótkim czasie nie zrobiliby. A po co je robili? Żaden szczególny powód temu nie przyświecał. Oni te rzeczy i tak mieli zrobić, tylko gdyby nie wiedzieli, że tak szybko przyjdzie im rozstać się z tym światem, to zapewne odsuwaliby je ciągle w bliżej nieokreśloną przyszłość. Zwłaszcza te mniej miłe i mniej proste, ale chyba za to bardziej potrzebne. Edward i Carter stworzyli więc sobie listę spraw do załatwienia, czyli chodzili po tym świecie, mniej więcej tak jak my krążymy między półkami w supermarkecie i skreślali z listy to, co udało im się „kupić”, czyli zrealizować. A na liście tej były, oj! były rzeczy niezwykłe, szalone, śmieszne, wzniosłe, piękne i z niczym nie porównywalne. Było zatem afrykańskie safari, zmierzenie się z potęgą gór, wyzwanie dla seksu i pogodzenie z rodziną.
Rob Reiner zrobił film, który ogląda się z przyjemnością, ciekawością, bez zażenowania, bez poczucia, że przekracza się granice dobrego smaku. Nawet odpowiedź cynicznego magnata Cola, całe „zdrowe” życie zadufanego w sobie, też tej granicy nie przekracza. Co to była za odpowiedź? Na pytanie lekarza, jak tam sprawuje się jego cewnik, Edward odpowiada z nonszalancją, że zupełnie nie wie, jak do tej pory radził sobie bez niego. Od momentu, kiedy Cole dowiaduje się, że śmierć nadejdzie niebawem, cynizm i pogardę dla innych gubi szybko - w miarę skreślania rzeczy z listy, których realizacja jakby go oczyszczała z grzechów doczesności.
Reiner nie walczy ze śmiercią, on jej tylko nie demonizuje. Podpowiada ociągającym się z czynieniem dobrych uczynków, by je szybciej realizowali i „po drodze” nie próbowali oszukać śmierci, mówiąc: „No, szkoda, niestety nie zdążyłem tego zrobić”. Jeśli żyjesz według przyzwoitych zasad, to zawsze zdążysz być przyzwoitym – tak to ujął reżyser. Aktorzy w tym filmie – gwarantują to nam ich nazwiska – grają z lekkością i łatwością. Może dlatego tak się dzieje, że żaden z nich nie wychodzi z typu ról, jakie im przez lata przypisywano. Nicholson miał zawsze – począwszy nawet od „Lotu nad kukułczym gniazdem” – ciągotki do cynizmu i destruktywnej arogancji, a Freeman to wręcz uosobienie spokoju, melancholii i wspaniałomyślności. Przecież właśnie taki był w filmie „Bruce Wszechmogący”.
Nie jest łatwo, ani przyjemnie umierać. Nie sadzę, by ktoś zdrowo myślący, chciał o tym przekonywać innych. Ale fakt, zawsze to lepiej jest umierać, gdy ma się przy sobie świetnego kumpla, którego obecność gwarantować będzie znakomity humor i zabawę, no i możliwość spełniania kaprysów i marzeń. Ale by tak było, trzeba zrobić najpierw rzetelny rachunek sumienia, w jego oparciu stworzyć niezawodny biznesplan i tak uzbrojonym, ruszyć na spotkanie ze śmiercią.
   
                                                                                                          Małgorzata Ciupińska

poniedziałek, 15 czerwca 2015

"Skarb heretyków" - Tom Knox

Do książek Toma Knoxa mam lekki sentyment. Choć przeczytałam zaledwie dwie jego powieści, ich schemat bardzo mi odpowiada - a także możliwość rozwiązania "tajemnic" tego świata. Po części uzasadnionych historycznie, po części mocno zwariowanych, ale przedstawionych w takiej formie, że chce się wierzyć.

A skoro mowa o wierze, warto wspomnieć, że "Skarb heretyków" - jak sam tytuł wskazuje - znowu zajmuje się tematem religii. W dodatku akcja rozgrywa się w kraju z jedną z najciekawszych historii na świecie - Egipcie. Po części też w Anglii, w której nagle zaczyna się panoszyć satanizm, niemniej to wątek trochę bardziej poboczny. Główny rozgrywa się gdzieś w, na i pod piaskami Sahary, gdzie odnaleziony został Skarb z Sokar - brakujące elementy Chrześcijaństwa i Judaizmu, które całkowicie mają zmienić postrzeganie religii. Co jednak ma angielski satanizm wspólnego ze starożytnymi egipskimi dokumentami?

Tom Knox po raz kolejny tworzy historyczno-magiczną intrygę, która trzyma w napięciu od pierwszych stron aż do ostatniej. Wprawdzie rozwiązanie jest podobne do tego w "Biblii Umarłych", co pachnie trochę wtórnością (jak i cały schemat książek autora - to moja trzecia i zbudowane są w taki sam sposób), ale ostatecznie jest... niejednoznaczne. Najlepsze w powieściach Knoxa jest to, że one naprawdę są w stanie przekonać czytelnika o realności i prawdziwości przedstawionych teorii. To coś jak Dan Brown (ktoś go w ogóle jeszcze pamięta?), tylko lepsze. W sumie lekka rozrywka na wysokim poziomie, która dodatkowo zmusza do refleksji.

I wszystko dobrze, póki nie wywoła rewolucji swoimi teoriami... Ale Toma Knoxa Kościół chyba jeszcze nie wyklął.

Inne książki autora na moim blogu:


środa, 10 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Wiek Adaline (13)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie(4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11), Gabriel (12)

Dziś:
Wiek Adaline – USA, 2015
reż. Lee Toland Krieger
wyst. Blake Lively, Michiel Huisman, Harrison Ford, Ellen Burstyn

Sto lat samotności

Tydzień temu było o polskiej bajce, dziś jest o bajce amerykańskiej. Filmowa baśń udała się młodemu kalifornijskiemu reżyserowi, Kriegerowi, bo jeśli przyjmiemy założenie, że zaaplikowanej nam przez niego melodramatycznej gawędzie nie bronią, ani nie szkodzą pseudonaukowe wynurzenia zza offu, to wyjdziemy z filmu zadowoleni, pełni uznania dla sprawności warsztatowej tych, którzy nad tym dziełem pracowali. Wysoka nota dla scenariusza i kostiumologa; obraz szczególnie dla tego ostatniego był wyzwaniem, gdyż na potrzeby fabuły należało przeanalizować kilka epok, ale tak, by je jedynie zaznaczyć, a nie nimi widzów znużyć długością prezentacji.
Chapeau bas dla reżysera, którego inteligentna i intuicyjna zdolność przewidywania pozwoliła pochylić się nad problemem starzenia się oraz konieczności przemijania czasu, co u młodych ludzi jest zjawiskiem wyjątkowym, a na pewno drugorzędnym. Proces zacierania młodości na korzyść starzenia się reżyser pokazał bardzo oryginalnie, poprzez stworzenie niejako dwóch filarów podtrzymujących scenariusz, filarów przenikających się, potem żyjących odrębnym życiem, bez możliwości porozumienia, bo wszak dzieli je niewyjaśniona tajemnica, ale egzystujących obok siebie, szanujących się, nie niszczących nawzajem, by w końcu po próbie czasu, przeniknąć się ponownie i zlać w jedno. Takie właśnie bowiem było życie Adaline: najpierw szło ono ręka w rękę z życiem innych, potem - na skutek dziwnego zjawiska - odskoczyło od normalności, zrobiło dużo zamieszania w życiu bohaterki, po czym znów podporządkowało się ogólnie przyjętym zasadom.
Ta przedziwna historia to bujanie w morzu fantazji? Czy ja wiem? A mało to znamy faktów, które kiedyś mocno stąpały po ziemi i zadawały kłam podobno niemożliwym do zaistnienia zdarzeniom, by po dwudziestu, pięćdziesięciu, może stu latach nagle zostać rozbite w pył przez tę niby fikcję, która oto miała czelność się zmaterializować? Reasumując: dwa wypadki samochodowe, z których jeden odbiera głównej bohaterce możliwość starzenia się i drugi, który tę sytuację odwraca, są osią filmu i kluczem do zagadki. Reszta jest bardzo piękna, subtelna, chce się oglądając film, płakać, uśmiechać, chce się film oglądać i oglądać…
Adaline, która jest tuż po trzydziestce, zdarza się wypadek, który powoduje u niej zanik procesu starzenia się. Reżyser spektaklu jest mężczyzną, ale sadzę, że życiowych następstw tego medycznego curiosum kobieta piękniej, subtelniej, mądrzej i efektowniej – może poza Dorotą Kędzierzawską – nie zrobiłaby. Bohaterka spektaklu, kiedy uświadamia sobie, jakie zmiany zaszły w jej mózgu i czym one będą skutkować, po stoicku godzi się z losem i wybierze najsensowniejsze z możliwych w tej sytuacji rozwiązanie, czyli zrozumie, że jedynym wyjściem z zapętlonych zdarzeń, będą zwykłe ucieczki z dotychczasowych miejsc. Bo to oczywiste, że w każdym nowym miejscu dojdzie do momentu, gdy zaczną padać niewygodne pytania w stylu: „Och, jak ty świetnie wyglądasz, zupełnie jakby u ciebie czas się zatrzymał”. Dlatego bohaterka filmu zmienia miejsca pobytu, wcześniej patrząc, jak jej równolatkom przybywa zmarszczek, chorób, jak jej ukochany stary pies odchodzi, przytulany do jej ciągle młodego ciała. Obserwuje wreszcie, jak jej własna córka zaczyna bardziej przypominać jej matkę, a nawet babcię.
A miłość? Oczywiście, że jest miłość. W melodramacie nie może być inaczej. Więc jest miłość, ale ta tradycyjna, ta, która się starzeje. Miłość, jeśli się nie starzeje, jest nic nie warta. Przekonuje się o tym Adaline, ale jeszcze wcześniej zawsze przed nią ucieka. Tylko ona wie, ile ją to kosztuje, ile kosztuje utrzymanie sekretu w tajemnicy przed światem. Jedyną alternatywą ucieczki byłoby życie jako przykład wybryku natury oglądanego w panoptikum, wybryku, który krótszej daty jak wieczność nie uznaje. Ale oto nadchodzi punkt zwrotny, czyli… Harrison Ford. Kim jest? Miłością sprzed lat, która teraz dokonała wolty w jej życiu.
Blake Lively zagrała rozważnie i romantycznie, żeby sparafrazować tytuł pewnego znanego filmu. A Ford? Ford miał i ma nadal to szczęście, że - jak zawsze - mógł w filmie grać i równocześnie być sobą. To nieczęsto się zdarza aktorom. Obserwuję jego filmową karierę już dość długo i w każdym obrazie - choć zawsze będzie dla mnie najbardziej heroicznym i uwodzicielskim we „Franticu” Polańskiego - jest taki, że człowiek goni za nim oczami, gdziekolwiek by był i cokolwiek robił. Bo zawsze przy nim jest ciepło, bezpiecznie i przyjemnie. A Adaline? To nie zmysłowa seksbomba, nie ucieleśnienie klasycznego piękna, nie femme fatale, to też nie dziewczyna z sąsiedztwa. To jaka ona jest? Dzielna.   
   

                                                                                                          Małgorzata Ciupińska


środa, 3 czerwca 2015

Recenzje filmowe - Gabriel (12)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8), Ida (9), Dwa dni, jedna noc (10), Wątpliwość (11)

Dziś:
Gabriel – Polska, 2014 
reż. Mikołaj Haremski
wyst. Jan Rotowski, Natan Czyżewski, Zbigniew Zamachowski,
          Paweł Królikowski, Sławomir Orzechowski

Średnie strefy stanów średnich

Nie ostrzę pióra. W końcu oglądam film „jedynie” przygodowy. Dla dzieci i młodzieży. Oglądam bajkę, w której dzieją się rzeczy dziwne, czasem zabawne, choć przeważnie kosztem logiki. Wymagający widzowie, szukający spójności w scenariuszu, realności ponad wszystko, gry ponad przeciętność, głębi psychologicznej i efektów specjalnych rodem z kuźni samego George`a Lucasa, zróbcie sobie przerwę, idźcie do kuchni i zaparzcie kawę lub herbatę i zostańcie tam przez najbliższe półtorej godziny.
Tomek, dwunastolatek, po tragicznych przejściach, jakich doznała jego rodzina, został opuszczony przez ojca i mieszka jedynie z dziadkami. Jak długo można tak żyć? Jak długo można dorastać bez rodzica, podczas gdy uczucia domagają się jego bliskości? Okazuje się, że do dwunastego roku życia. Bohater więc decyduje się na odszukanie ojca i poznanie przyczyn, dla których ten ostatni nie chciał być razem z nim. Oczywiście, jak to w filmie przygodowym z domieszką humoru bywa, na drodze swych poszukiwań Tomek zastaje trochę sensacji, wplątuje się w aferę kryminalną nieudolnie prowadzoną przez dwóch opryszków, ociera o pierwsze oznaki dziewczęcej sympatii.
Ryzyko tego filmu polega na tym, że zupełnie nie wiemy, czy młodzież wychowana na krwawych komputerowych jatkach, kupi te świętokrzyskie klimaty, całkiem niegroźne krzyżtoporskie ruiny, kluczenie między mrocznymi (bez przesady jednak) zakamarkami, czy przyjmie całość za dobrą monetę i z daleko posuniętą wyrozumiałością powie: „No, dobrze, przecież czasem też trzeba obejrzeć jakąś ckliwą bajkę, bo może potem da się ją jednak przerobić np. na „Rambo 138 i pół?”. Ironizuję nieco, ale tylko troszkę, bo Tomkiem, jego problemem i determinacją przejmuję się, a w przypadku Gabrysia czuję, że ten tajemniczy Ktoś zafunduje na koniec całkiem sensowną puentę.
Dziewczynka, jak to dziewczynka - dzierlatka, natomiast przestępcy są pożałowania godni (bo tacy mają właśnie być w reżyserskim zamyśle), śmieszni, pechowi, a szczególnie ten, któremu brak intelektu podpowiada stale głupie i nonsensowne pomysły do realizacji. Gra aktorów w tym spektaklu nie ma rumieńców, a przecież tylko Gabryś ich nie powinien mieć z racji swego… ale o tym szaaaa - ten smaczek będzie na koniec filmu. Tomka usprawiedliwiam; jest w trakcie poszukiwań, jest bardzo przejęty, dlatego może nie być po mistrzowsku żywiołowy i po mistrzowsku efektowny, ale zawodowi aktorzy też nie porywają, jakby mówili sobie, że grają „tylko” na potrzeby bajki, więc wyżyny aktorskie zostawiają na inną okazję. Po prawdzie to i sam scenariusz nie wymaga od nich „szekspirowskiego” podejścia. Nie ostrzę więc pióra, bo w końcu coś mnie jednak w tym filmie rozśmieszyło, całkiem przyjemnie oglądało mi się sielskie pejzaże, Tomasz Sapryk zniewalał mnie swoją gapowatością i niekończącym się optymizmem, a mały Gabryś zyskał u mnie punkty, bo do końca utrzymał swą tajemnicę.
Rozumiem, że takie filmy też muszą być: ciepłe, nieskomplikowane w odbiorze, choć przedstawiające jednostkowy problem bardzo wielkiej wagi. Ja zrobiłam sobie herbatę, ale wróciłam z kuchni do pokoju. Było miło, choć entuzjazm, z jakim na pewno reżyser kręcił ten film, nie był zaraźliwy.
                                                                                                                                                                                                                                               Małgorzata Ciupińska