środa, 29 kwietnia 2015

Recenzje filmowe - Ida (9)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7), Jestem (8)

 Dziś: Ida – Paweł Pawlikowski/2013/Polska

Dokąd idziesz, Ido?

Przed obejrzeniem „Idy” chciałam zobaczyć „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa, by uczciwie porównać te dwa obrazy, ale w końcu zdecydowałam się napisać o „Idzie” niezależnie od rosyjskiego filmu. Ale i tak według mnie „Ida” przegrała z gorzkim, epatującym ludzką zawziętością, chciwością, zakłamaniem i psychicznym okrucieństwem filmem, ukazującym wypaczony system władzy, podległość wiernopoddańczą, gdzie sumienia są zawsze na dnie pełnego worka. „Ida” powinna przegrać, ale przecież wygrała i zdobyła Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Jest to moja recenzja, więc mogę tu zamieścić swoje osobiste odczucie: wygrała chyba tylko ze względu na szczególne umocowania reżysera w amerykańskim środowisku filmowym. Dlaczego uważam, że polski film nie zasłużył na tę nagrodę? Bo nie był tak wyrazisty, jak powinien być film oskarowy, niczego też nie udowadniał. Pokazał jedynie kawałek dość oryginalnej historii, z którą główna bohaterka, dziewczyna o imieniu Ida, rozprawiła się po tchórzowsku.
Prawdę o rodzinie pomogła Idzie poznać jej ciotka Wanda - znakomita w tej roli Agata Kulesza. Pokazała i pozwoliła przyjąć prawdę w sposób może dość obcesowy – bo w końcu była to „krwawa Wanda”, stalinowska sędzina, która musiała być „żylasta”, nieugięta, czasem „szybka i wściekła” – ale sposób uczciwy, bez eufemizmów. Przy okazji uświadomiła dziewczynie, że dziewczę wcale nie musi być zakonnicą Anną, że przede wszystkim powinna pamiętać, iż jest żydowską Idą, a nie katolicką Anną, Idą, która ma ciało, piękne włosy, zalotny dołeczek w brodzie, że może się podobać mężczyznom. Co prawda trud ciotki nie poszedł na marne, bo Anna przez „pięć minut” stała się uwodzicielską Idą, a nawet pozwoliła sobie na utratę dziewictwa. Ale na tym koniec, bo nagle do głowy Idy wdziera się przestraszona Anna i zaczyna zadawać swojemu kochankowi krótkie pytania „a co potem?”. Jakby ktokolwiek ze śmiertelników znał odpowiedź na te pytania, zanim zanurzy się w życie. Nieświadomy filozoficznego podstępu chłopak tłumaczy, że może ich czekać ślub, dom, praca, dzieci... Ale Ida drąży temat i ciągle pyta „a co potem?” i kiedy na koniec chłopak odpowiada, że mogą też pojawić się kłopoty, to co robi ta domorosła filozofka? Z powrotem idzie do klasztoru. Jakby tam kłopotów nie było.
Nie, jeśli film dostał Oskara, to ja chcę wierzyć, że to za sprawą kreacji Agaty Kuleszy, tej energicznej, bezpardonowej, palącej jak smok papierosy femme fatale, która równolegle z woltami Idy, przeżywała swój własny dramat. U niej jednak wszystko odbyło się spektakularnej, choć jej czyn nazwałabym raczej wymierzeniem sobie kary niż tchórzostwem.
Och, zdjęcia były świetne. Pawlikowski też trafnie wybrał czarno-białą konwencję realizacji filmu. Słów w scenariuszu było w sam raz, ale mimozowatość i małomówność Idy drażniła. Zdjęcia więc bardzo udane, choć wiele specyficznych ujęć było spowodowanych zapewne tym, by nic „nowocześniejszego” od lat 60. nie weszło w kadr, niż tendencyjnym zamiarem operatora.     
Natomiast montaż dźwięku obrażał moje uszy. Nie ma nic gorszego, oprócz braku puenty w filmie - o czym niejednokrotnie w moich recenzjach już pisałam – od frazy muzycznej nie zbiegającej się z obrazem, gdzie obraz wyprzedza sekwencję muzyczną, i gdzie - gdy on się kończy - trzeba nagle i brutalnie uciąć fragment muzyki. A przecież muzyka wtedy cierpi, a mój zmysł muzyczny doznaje bolesnego zdziwienia i wygląda to tak, jakby  obcięto mi kończynę zanim mnie o tym poinformowano. Fanaberia? Wcale nie. Kto nie wierzy, że można inaczej, niech obejrzy na przykład „Bogów” i chyba „Pożegnanie z Afryką” też będzie dobrym przykładem.
                                                                                           Małgorzata Ciupińska


Ps. Zachowanie Pawlikowskiego na oskarowej gali upewniło mnie w przekonaniu, że „Ida”   m u s i a ł a otrzymać tę nagrodę. Cieszę się z tego jako Polka, ale równocześnie, speszona, spoglądam na lepszych.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"3096 dni" - Natascha Kampusch

Natascha Kampusch towarzyszy mojej świadomości od dziewięciu lat - od momentu, gdy udało jej się wyrwać z rąk porywacza po ośmiu i pół roku niewoli, a prasa, także polska, zabijała się za informacje o niej. Mogłabym Wam nawet opowiedzieć dokładnie o całej otoczce, w której się o tej historii dowiedziałam, ale nie ma to sensu. W każdym razie wszystko doskonale pamiętam. Jakiś czas później Kampusch pojawiła się w "Rozmowach w toku" i został jej poświęcony cały odcinek. W jakiś sposób czułam się z nią powiązana i jej autorską książkę (napisaną przy pomocy dwóch innych kobiet) od lat pragnęłam przeczytać.

Pisanie o "3096 dni" jest szczególnie trudne, ponieważ nie mam prawa oceniać przeżyć i myśli osoby, która przeszła przez piekło. Postaram się zatem opowiedzieć o wrażeniach czytelnika tekstu, skupiając się na jego konstrukcji, języku i sposobie narracji, a na temat moich bardziej osobistych przemyśleń odnośnie całej sytuacji powiem tylko parę słów, na końcu. Mam szczerą nadzieję, że bez krzywdy dla Nataschy Kampusch.

Książka ta nie jest suchą relacją (choć znajdują się tam elementy takowej w postaci kartek z pamiętnika), lecz momentami niemal powieścią. Porywającą, brutalną, ze sporą ilością tłumaczeń, wyjaśnień i własnych interpretacji. Właśnie te momenty mi przeszkadzały - choć wiem, że Kampusch napisała tę książkę jako element terapii, jako czytelnik nie potrzebuję psychologicznych dygresji, dla których nie ma jednoznacznego naukowego potwierdzenia (autorka o takowym nie wspomina, więc traktuję to jako jej własne przemyślenia). W dodatku pewne rzeczy często się powtarzają - niemal dosłownie. Wystarczyłoby napisać je raz. Tłumaczenie też nie jest najwyższych lotów, nie znajduję usprawiedliwienia dla używania niemieckich słów w polskiej wersji, gdy po pierwsze: przeciętnemu czytelnikowi, który nie zna niemieckiego, nic nie mówią, a po drugie: istnieją adekwatne słowa po polsku, jak w przypadku stwierdzenia "ersatz matki". Przez książkę przewinęło się parę takich kwiatków, a także niezrozumiałych konstrukcji zdań, przy których musiałam się zatrzymać, by zrozumieć (z mniejszym lub większym sukcesem), co tłumacz miał na myśli. Ale redaktor to przepuścił - tak samo jak dwóch korektorów kilka nieprzyjemnych literówek. Dodatkowo czcionka jest za duża, a marginesy za wąskie. Muszę przyznać, że pod tym względem dawno się tak nie denerwowałam, czytając jakąkolwiek książkę. Treść wybacza, choć jest czasem chaotyczna i nieułożona. Jakby Kampusch wyrzuciła z siebie wszystko, co miała do powiedzenia, po czym nie przejrzała tekstu, by go jakoś przyzwoicie literacko poskładać. I gdzie to wsparcie pań Gronemeier i Milborn, które są redaktorkami i autorkami?

Niemniej zachwyciło mnie kilka rzeczy, jeśli chodzi o podejście bohaterki do pewnych spraw. Po tej książce zaczęłam postrzegać syndrom sztokholmski w inny sposób (tutaj odsyłam do lektury) - zwyczajnie przyznaję jej rację i kajam się, że nigdy wcześniej tego tak nie widziałam. Kampusch przedstawiła też w niesamowity sposób reakcję społeczeństwa na rolę, jaką postanowiła przybrać, gdy wydostała się na wolność. Jest ona mocno zastanawiająca i przerażająca. Dla tych dwóch elementów warto przeczytać całość.

Domyślam się, że dla osób nie znających historii dziewczyny ta pozycja nie będzie zbyt atrakcyjna (może jeszcze poza tymi, którzy chętnie czytają o psychopatach), jednak polecam ją dla uzupełnienia własnego obrazu społeczeństwa. Kampusch ma kilka świetnych spostrzeżeń, które szkoda byłoby przegapić.

piątek, 24 kwietnia 2015

"Nóż w lodzie" - Kevin Hearne

Tom szósty - "Kronika wykrakanej śmierci" (brak recenzji)
 
Kevin Hearne powiedział, że nie przypuszczał, iż kiedykolwiek dobrnie do siedmiu tomów. Pozytywnie się rozczarował, a ja zadałam sobie pytanie - ile części jeszcze mnie czeka?

Nie zamierzam się jednak skarżyć - Żelaznego Druida jak lubiłam, tak wciąż lubię i czytać go mogę niemal bez końca. Tak, "niemal" to słowo-klucz. Szczerze mówiąc, ucieszyłabym się, gdyby w kolejnym tomie Atticus zabił wszystkich, którzy robią bałagan i na tym się skończyło, bo powoli zauważam przejawy zmęczenia materiału. Ilość dowcipów zmalała, druidów wzrosła i nie mogę powiedzieć, by wyszło to "Nożowi w lodzie" na dobre. Często zastanawiałam się, do czego to ma zmierzać. Wiem, że Kevin Hearne ma system pisania książek pt. "co drugi tom". W jednym dzieje się dużo, drugi jest przejściowy i tak w kółko. A już w przypadku recenzji "Kijem i mieczem" wspominałam, że stabilność poziomu książek jest nużąca. Niestety "Nóż w lodzie" jest o oczko lub dwa słabszy niż poprzednie tomy, ale znużenie wciąż postępuje. Książka bawi, trzyma w napięciu, akcja posuwa się do przodu, ale tego wszystkiego jest zwyczajnie za mało. Od dzisiaj zaczynam się modlić do wszystkich bogów o to, by kolejny tom był ostatnim. (Dobrze, zapytałam Wikipedii i wyznała ona, iż ostatni tom będzie miał numer dziewięć - w każdym razie widać koniec). Mimo tych wszystkich drobnych zażaleń, czytanie Żelaznego Druida wciąż sprawia mi ogromną przyjemność, troski o przyszłość serii to zupełnie inna kwestia.

Jeśli zaś chodzi o fabułę, to toczy się dalej... Połowa bogów chce zabić druidów, druga połowa im pomaga, a trzecia połowa udaje jedno, a robi drugie. No i Jezus się znowu pojawia, co jest bardzo dobrą wiadomością, bo to jeden z ciekawszych charakterów. A do tego Kevin Hearne informuje nas, że mordowanie bogów jest w zasadzie bez sensu. No i w tym tomie widać wyraźnie, że przeskok o dwanaście lat się autorowi nie do końca udał. Przecież świat nie stanął mentalnie w miejscu - a u niego tak się dzieje. Nawet jeśli yeti grają w hokeja na iPadzie.

Kroniki Żelaznego Druida to wciąż godna polecenia seria. Wciąż jedna z moich ulubionych. I jeśli jej (wciąż!) nie znacie, to sięgnijcie. Grzecznie, po pierwszy tom. 

środa, 22 kwietnia 2015

Recenzje filmowe - Jestem (8)

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6), Bóg nie umarł (7)

 Dziś: Jestem – Dorota Kędzierzawska/2005/Polska

Życie Kundla

Po czerwonym dywanie kroczy Dorota Kędzierzawska – będzie obierała Oskara za najlepszy film w kategorii „Najwartościowszy film, jaki ostatnio widziałam” – i nie ma znaczenie fakt, że pochodzi on sprzed 10 lat. Oskara reżyserka otrzymuje za konsekwencję, nieuleganie modom, za zrobienie pięknego i mądrego filmu. Za jego realizm, ale i poetyckość, za naturalizm, wrażliwość, za szczerość, wnikliwość, ukazanie głębokiego sensu wartości, którymi świat powinien się rządzić (podkreślam słowo „powinien”), za dar ukazywania wnętrza młodej duszy, jej cierpienia, pytań, które nią wstrząsają, odradzania się na nowo i tworzenia siebie mocnym, na przekór krzywdom, które los dostarczał.
Za Kędzierzawską idzie drugi zdobywca Oskara, Piotrek Jagielski. Za doskonałą grę, godną maestrii Wielkich ze srebrnego ekranu. Na mojej skali ocen mody aktor otrzymuje 11 punktów na 10 możliwych. Nastolatek zagrał REWELACYJNIE! Swą rolę odtworzył przejmująco, wyraziście, naturalnie, ale nie łzawo i nie ckliwie. Pokazał roztropność, zaradność, determinację, ale i bezsilny żal, ból, upokorzenie. Pokazał, że można mu zaufać i że on chce ufać innym. Więc ma w sobie ogromne pokłady radości (tylko niech życie da mu powód do niej) i pokłady smutku (na razie ma powody tylko do niego). Mały bohater pragnie miłości rodzicielskiej. To dla niej poświęcił wikt i opierunek, jaki oferował mu dom dziecka, to tej miłości chciał wspaniałomyślnie wybaczyć to, że nie nadeszła i to wreszcie z jej powodu chciał usunąć się z życia na zawsze. W tym filmie nie mówi się dużo, więc jak trzeba perfekcyjnie grać, żeby powiedzieć wszystko? Na chłopca wołają Kundel, bo jest takim małym bezpańskim psiakiem, który zapragnął jednak żyć co prawda biednie, ale godnie, więc ten Kundel otrzymuje mojego Oskara, bo jest piękny wewnętrznie (rasowce, nie dorastacie mu do pięt!), ma czyste, prawe serce, szlachetność w zamiarach i błysk wielkiego dobra w oczach.
Oskar powinien też powędrować do rąk Kuleczki, dziewczynki z sąsiedztwa, która czując się nieco wyobcowana, szuka instynktownie akceptacji w jakiejś innej pokrewnej duszy. Dziewczynka ofiarowała Kundlowi swą bardzo odpowiedzialną przyjaźń. A Oskara otrzymuje przede wszystkim za jeden wyraz, którego użyła, odpowiadając na rozpaczliwe pytanie chłopca o sens jego istnienia. Ten wyraz stał się opoką, na której Kundel później zbuduje swoją przyszłość. Bo na pewno zbuduje. Po to w końcu Kędzierzawska ten film zrobiła. W owym słowie wypowiedzianym przez Kuleczkę reżyserka ukryła cały sens jestestwa, a sposób w jaki to uczyniła, tylko świadczy o jej doskonałym warsztacie reżyserskim.
Mojego Oskara otrzymuje również Przemysław Bluszcz. Kuleczka mogła zdobyć nagrodę za jedno słowo, to Bluszcz może za jedno zdanie. Postawił bowiem przed chłopakiem takie standardowe, zdawkowe, czasem mimowolne pytanie, które często wychodzi z ust policjantów, próbujących wyjaśnić przyczyny ucieczek pensjonariuszy domów dziecka. Kiedy pierwszy raz Kundel słyszy to pytanie (jest początek filmu), ignoruje je, bo jeszcze nie umie na nie odpowiedzieć, ale kiedy słyszy je po raz drugi (koniec filmu) jedenastolatek - dzięki Kuleczce - już zna odpowiedź. Więc jej udziela, ale odwraca się przy tym od policjanta, a zwraca do ekranu, do widzów, do takich innych Kundli, do obecnych i przyszłych sierot, na których los położył też swą ciężką łapę i przećwiczył złą wolę.
Zdjęcia? Zjawiskowe, laurkowe, jakby na przekór brudnemu, smutnemu scenariuszowi. One wprowadzają kontrast pomiędzy traumatyczne życie Kundla a piękno i łagodność przyrody. Przyroda w tym obrazie nie jest przedstawiona tak tylko po próżnicy - ona jest sprzymierzeńcem głównego bohatera. Jak się przyjrzycie dobrze filmowi, to przyłapiecie Kundla na delektowaniu się przyrodą, zakolem rzeki, zachodem słońca, liściem…
No dobrze, Oskara dam też Edycie Jungowskiej. Za to, że była wredną matką.


                                                                                              Małgorzata Ciupińska


środa, 15 kwietnia 2015

Recenzje filmowe - Bóg nie umarł (7)


Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5), Operacja Argo (6).

 Dziś: Bóg nie umarł - Harold Cronk/2014/USA


Czas próby

Skomercjalizowana wersja Biblii? A może „Szatańskie wersety - bis”? A może jeszcze coś innego? Ogólnie rzecz ujmując, film „Bóg nie umarł” został mocno skrytykowany przez znawców tematu, a krytycy filmowi nie pozostawili na nim suchej nitki. Ja też, niestety, do obrońców tego filmu nie należę. Ale nie zamierzam krytykować go tylko dlatego, że powstał, że znalazł się kolejny reżyser (nie pierwszy i nie ostatni przecież), który chciał zmierzyć się z trudnym tematem wiary i w sumie raczej z góry skazać się na porażkę. Porażka musiała nastąpić, bo przecież nie da się wytłumaczyć wiary przy pomocy dowodów, a właśnie to było założeniem scenariusza i całego filmu. Litości, a raczej sprawiedliwości! Istotą wiary jest to, że się w coś wierzy, a nie to coś udowadnia! Niewierni Tomasze, wasze miejsca są w akademiach, bibliotekach, laboratoriach, tam szukajcie, drążcie, dociekajcie prawdy, ale już w takim razie nie próbujcie wierzyć. Wiarę, która nie żąda dowodów, zostawcie faktycznym chrześcijanom.  
Ktoś chciał zrobić film o wierze, ktoś chciał powiedzieć wszystkim, że Bóg istnieje. Powiedzieć, ale nie wmawiać – to różnica. Dlatego to, co Ty, drogi Widzu, z tym przesłaniem zrobisz, to Twoja sprawa. Reżyser wcale dalej się nie posuwa, nie robi żadnego prania mózgu, co niektórzy zaciekli krytycy próbują mu wmówić. To raczej drugi bohater filmu, profesor Radisson, wymaga podpisania lojalki, że Bóg nie istnieje. Piotr Czerkawski, krytyk filmowy, nazwał obraz Cronka agitką rodem z radzieckiej propagandy. Litości, a raczej sprawiedliwości! Jakaż to nachalna propaganda, gdy główny bohater filmu, student Josh, który miał udowodnić istnienie Boga - po tym jak z kolei nie chciał udowodnić, że Boga nie ma – zachowuje się nadzwyczaj tolerancyjnie, gdyż nawet nie chce skorzystać z przysługującego mu prawa do wypowiedzenia ostatecznego werdyktu. Ten pozostawia ławie przysięgłych, którą stworzyli na czas „procesu” koleżanki i koledzy z kursu. Josh zadowolił się jedynie skromną rolą adwokata, który podjął się obrony „oskarżonego o istnienie” Boga i miał za adwersarza prokuratora, czyli profesora Radissona. Więc gdzie tu radzieckie bezwzględne pranie mózgu?
A jeżeli nawet taką łatkę filmowi przypinamy, to przypnijmy ją w takim razie wszystkim filmom, które coś głoszą. Cokolwiek, bo konia z rzędem temu, kto znajdzie film, który niczego nie głosi i niczego nie oczekuje od odbiorcy! A więc przypnijmy także łatkę filmom głoszącym chwałę: wojny lub pokoju, miłości lub nienawiści, piękna życia lub jego miernoty, zła lub dobra, lojalności lub zdrady, nadziei lub beznadziei… i tak dalej, i tak dalej. Przypnijmy również łatkę filmom, które wyszły spod rąk reżyserów takich jak: Mel Gibson, Martin Scorsese, Ron Howard, Jonas McCord, Agnieszka Holland, czyli tym, którzy „poważyli się naruszyć” problem wiary.
Że Haroldowi Cronkowi nie udało się zrobić dobrego filmu? To gańmy go za to, bo to faktycznie prawda, ale nie za to, że w ogóle film zrobił. Więc, panie Piotrze Czerkawski, proszę, do meritum, do sedna. Ale nawet najsurowsi krytycy przyznali, że sposób przekazu swoich intencji reżyser miał bardzo ciekawy, nawet oryginalny, atrakcyjny i spójny. W tym względzie intuicja reżyserska Cronka nie zawiodła. „Intrygę” filmową analizuje się i chłonie łatwo, jest klarowna, logiczna, podana w całkiem przyzwoitym tempie i ma swoją puentę. Można się tylko z tym wszystkim oczywiście nie zgodzić, ale to już zupełnie inna historia.
W kampusie uniwersyteckim wykłada profesor Radisson, z zawodu filozof, z przekonań ateista. Jeszcze film się na dobre nie zaczął, a krytycy już krzyczą: Kevin Sorbo, niezłomny, osiłkowaty Herkules, który braki w inteligencji nadrabiał pokazem siły, teraz jest profesorem? Litości, a raczej sprawiedliwości! To nie fair, zarzucać komuś, że chce się wyrwać z „życiowej roli” i stać na ekranie choć raz całkiem kimś innym. Jakoś nie mamy za złe na przykład Januszowi Gajosowi, że z „takiego Janka Kosa” nagle wyrósł fenomenalny aktor teatralny i filmowy, lub że aktorzy grający do tej pory świetlanych bohaterów, nagle pragną zagrać typy spod ciemnej gwiazdy. Wróćmy jednak do fabuły: otóż profesor Radisson informuje swoich studentów, że aby zaliczyć kurs, muszą udowodnić, iż Bóg nie istnieje. Jazda po bandzie, prawda? Tak, ale można to zadanie domowe potraktować po prostu jako akademickie ćwiczenie i wtedy mamy piątkę z zaliczenia, a sumienie i wiara – jeśli się je miało – zostaną nienaruszone. Również prowokująca postawa Radissona, który w swym nonszalanckim emploi, rozważał nawet przyznanie dodatkowych punktów jednemu ze studentów za to, że napisał „Bóg” małą literą, to też nic nadzwyczajnego. A cóż to, nie znamy uniwersyteckich wykładowców-prześmiewców i wykładowców-dziwaków? Pod każdą szerokością geograficzną się tacy znajdą. Radisson nie jest tu żadnym wyjątkiem, a Sorbo wywiązał się z tej roli całkiem nieźle, co nie znaczy do końca dobrze.
Lepiej aktorsko wybrzmiała rola Josha. To jeden ze studentów, głęboko wierzący i na dodatek traktujący zasady etyczne za ciągle obowiązujące w społeczeństwie (naiwniak!) To on sprzeciwia się profesorskiej decyzji. A robi to właśnie bardzo przekonywająco; zaczyna od nieśmiałej próby protestu i zdziwienia (może nawet początkowo uważał pomysł wykładowcy tylko za żart zmanierowanego filozofa?). Momentami nawet się go bał, dopiero potem podjudzony przez samego Radissona, nabiera pewności siebie i w miarę upływu filmu, staje się całkowicie pewien tego, co chce osiągnąć.  
            Co było złe w filmie? Muzyka, której po prostu nie było. Była gdzieś tam, ale nie brała udziału w filmie. Był tylko jeden moment, w którym jakoś stanęła na wysokości zadania, kiedy to w kulminacyjnym momencie nagle ucicha, pozwala popłynąć słowom – kluczom, po czy nagle uderzyła z dużą mocą, jakby na potwierdzenie tych słów. Zdjęcia? Były. Scenariusz? Mógłby być zdecydowanie lepszy, choć w części poświęconej dysputom filozoficznym jest całkiem okey. Że strony epatowały w tych momentach wiedzą encyklopedyczną? Litości, a raczej sprawiedliwości! A jaka ona miała być? Wszak problemu nie można było rozpatrywać przy użyciu tylko dwóch słów: „tak” lub „nie”.
Obejrzyjcie film, dowiedzcie się, dlaczego Josh odkrywa tajemnicę profesora w momencie, gdy twierdzi, że wykładowca nie tyle w Boga nie wierzy – bo wtedy byłby ateistą – co go… nienawidzi. I właśnie w tym momencie muzyka się urywa i student dopowiada nieco cynicznie, że jak na osobę niewierzącą, to za dużo jest w nim… nienawiści. Równocześnie Josh odkrywa, że wykładowca nie tyle boi się, że student będzie miał rację, tylko raczej tego, przed czym każdy akademik drży przez całą swą uniwersytecką karierę, że zostanie ośmieszony przed studentami. Czy tak się stało? Ocenicie sami. Czy Was też zrażą ostatnie przeszarżowane sekwencje filmu?
Pomijam opisy epizodów. One są. Mogły w filmie być, mogłoby ich nie być, bo i tak zawsze albo wzmacniałyby tylko, albo osłabiały (to zależy od odbiorcy) główny wątek. Więc są tu przykłady wiary i niewiary, wiary naiwnej, prostodusznej i tej, okupionej bólem fizycznym i psychicznym. Jest dużo pytań w stylu: „Czy może być dobrym chrześcijaninem ten, kto zbił fortunę na zabijaniu zwierząt?” Jest tu i filozofia Sokratesa, Lennoxa, kompleks kopciuszka, problem istnienia zła, postawione pytanie o sens wolnej woli i wreszcie co robimy, gdy nadchodzi czas próby. Ale niekwestionowanej odpowiedzi na pytanie „czy Bóg istnieje, czy umarł, czy jest?” nie ma, choć wydaje mi się, że teiści są tutaj takimi cichymi zwycięzcami, bo oni „tylko” wierzą, więc żadna nauka, ani jej brak nie zaszkodzi ich wierze. Gorzej jest z ateistami - im argumentów przeciw istnieniu Boga film raczej nie dostarczył. Zawiedzeni? Litości, a raczej sprawiedliwości! Niech obejrzą film z innego działu.

                                                                                         Małgorzata Ciupińska


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Trucizna" - Andrzej Pilipiuk

Pilipiuk postanowił mnie otruć. Otruć złą fantastyką, otruć złym pisarstwem i otruć niewłaściwymi oczekiwaniami (tymi moimi). I to wszystko w jednym tomie opowiadań o Jakubie Wędrowyczu pt. "Trucizna". Teraz już zapewne wszystko rozumiecie.

Po przeczytaniu "Zaginionej" naszła mnie ochota na pilipiukową klasykę, czyli trochę tekstu o alkoholizmie, cynizmie i innych izmach, jakie towarzyszą słynnemu bimbrownikowi i egzorcyście. Miałam szczerą nadzieję, iż mimo okropnego niesmaku po "Homo bimbrownikusie" ten tom okaże się dobry. Bardzo się rozczarowałam.

Samym przygodom nie mam raczej nic do zarzucenia. Pojawia się kilka znanych wątków (np. naiwny diabeł sądzi, że uda mu się zdobyć duszę Wędrowycza), wojna z Bardakami zdaje się rozwijać (przy czym w trakcie lektury okazuje się, że sam Pilipiuk najwidoczniej nie wie, co z tym dalej zrobić, bo gdy już Bardaków można zniszczyć, Wędrowycz... zmienia zdanie - a przecież ich eliminacja to główny cel jego egzystencji!), kosmici dają o sobie znać, a i na spacer do czasów Kraka i Wandy oraz szewczyka Skuby zostajemy zaproszeni (a także do - bardzo dobrej - powieści "Operacja Dzień Wskrzeszenia"). Problem jednak polega na tym, że wszystkie historie są jakoś urwane, nie kończą się żadną puentą czy czymkolwiek, co dałoby poczucie, iż opowieść dobiegła końca. Jedynym, co to uświadamia, jest tytuł nowej, o całkowicie odmiennej fabule.

Generalnie "Trucizna" jest dość oczywistą powtórką ze wszystkiego, co u Pilipiuka już było. Oczywistą i wybitnie słabą. Jako odtrutkę polecam starsze (pierwsze) utwory Pilipiuka - zabawne, ironiczne, z charakterem. I napisane tak, że da się czytać, a nawet sprawia to przyjemność.

środa, 8 kwietnia 2015

Recenzje filmowe - Operacja Argo (6)


W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. 
                                  

Wcześniej ukazały się recenzje filmów: Gran Torino (1), Bogowie (2), Chłopiec na rowerze (3), Pokłosie (4), Grzechy ojca (5).


 Dziś: Operacja Argo - Ben Affleck/2012/USA

Affleck Sienkiewiczem?

„Operacja Argo” to film zrobiony dobrze, z właściwym wyczuciem tempa, z ciekawymi zdjęciami, dowcipnymi dialogami, oczywiście nie przyćmiewającymi powagi sytuacji. Czyli film, który ogląda się na jednym wdechu, szybko, bezboleśnie, ale i bez większych emocji. Jednak.
Sytuacja pokazana w filmie - będąca odzwierciedleniem autentycznych zdarzeń - jest poważna, ponieważ dotyczy spektakularnej akcji polegającej na ewakuacji grupy kilku amerykańskich zakładników. Obraz pokazuje, jak w roku 1980 Tony Mendes (postać autentyczna, w filmie odtwarzana przez Bena Afflecka), agent CIA wymyśla, organizuje i przeprowadza brawurową akcję przetransportowania sześciu pracowników amerykańskiej ambasady z wrogiego Teheranu do ojczyzny. Wszyscy wiemy, jakie w tamtym czasie panowały nastroje polityczne w świecie, jaką animozję czuli Irańczycy do Stanów Zjednoczonych i z kolei z jak wielką rezerwą i bojaźnią podchodzili do irańskiej opozycji Amerykanie. Irańscy obrońcy tradycji, sympatycy Chomeiniego, mieli za złe Amerykanom, że ich styl życia upodobał sobie ostatni monarcha Iranu Mohammad Reza Pahlavi. Z tego powodu musiał w końcu opuścić kraj i schronić się z rodziną w Egipcie, gdzie wkrótce zmarł, a władzę w Iranie przejął po nim ajatollah Chomeini. Tak mniej więcej rysowało się irańskie tło polityczne w czasie, o którym opowiada „Operacja Argo”.
Podczas ulicznych rozruchów pięćdziesięciu dwóch urzędników amerykańskiej ambasady znalazło się w niebezpieczeństwie, gdyż manifestanci nagle wdarli się na teren placówki. Lubię logikę i odpowiedzialność. W filmie też. Dlatego bardzo spodobała mi się reakcja szefa amerykańskich urzędników, który nakazał najpierw pomyśleć o bezpieczeństwie całego amerykańskiego narodu, a dopiero potem o bezpieczeństwie własnym. A co to miało oznaczać? To, że w ciągu kilku minut urzędnicy mieli zniszczyć wszystkie ważne dokumenty znajdujące się w ambasadzie, szczególnie te z klauzulą tajności, by nie dostały się w ręce wroga. Poszły więc w ruch przede wszystkim niszczarki do papieru. Komputerów i twardych dysków nie dało się włożyć do niszczarek, więc tu trzeba było znaleźć inne siłowe rozwiązanie. Rzucano się więc na nie z młotkiem, rozbijano o ścianę lub waliło w nie krzesłem. Takie działanie jednak bardzo przemawiało do widza, było zrozumiałe, logiczne, patriotyczne i piękne.
            Mam natomiast pretensje do owych sześciu pracowników ambasady, o których był cały ten zgiełk! No, patriotami to się nie okazali. Ta szóstka osób pół słówkami i na migi porozumiało się co do chęci opuszczenia budynku ambasady. Tylnym wyjściem! To nieładnie myśleć tak tylko o sobie, mieć gdzieś sytuację reszty kolegów i tchórzliwie uciec do ambasady kanadyjskiej. A tam nawet nie zastanowili się nad tym, czy swą postawą nie narażają życia postronnych ludzi. Uciekinierzy cały czas wszystkiego się bali i wiecznie byli spoceni ze strachu. Może o to chodziło? Na tle mazgajowatych zakładników postaci głównych bohaterów filmu, czyli agenta Mendesa oraz jego ekipy, błyszczały heroicznie. I chyba tacy ci ludzie właśnie byli. Odtwórcy tych ról grali też brawurowo. A nie było łatwo, gdyż scenariusz całej akcji wydostania się z wrogiego kraju był szyty - bez przesady - na miarę… wielkiego widowiska kinowego, gdyż Mendes wymyślił właśnie, iż najbardziej realnym, z puli tych mało realnych, będzie udawanie, że przybywa do Iranu z grupą fachowców w celu szukania plenerów do realizacji filmu SF (science fiction) klasy B. Musiał zatem skrzyknąć ekipę (oczywiście wiarygodną), z którą miał wyruszyć na irańską ziemię, a tam, kiedy będzie potrzeba, przedstawić wiarygodnego producenta (w tej roli cyniczny i z dystansem do własnej osoby jako producenta Alan Arkin), przedstawić wiarygodnego charakteryzatora (świetny antałkowaty John Goodman), pokazać wreszcie wiarygodne plakaty, wiarygodny budżet, sprzęt i wiarygodne anonsy w prasie.
            Co jakiś czas - i to było kluczowe posunięcie – pokazywane były w filmie sceny ukazujące dzieci (sic!), które z pociętych w paski (tak tnie niszczarka) fragmentów zdjęć wszystkich pracowników ambasady, próbowały - jak w puzzlach - ułożyć twarze pracowników amerykańskiej placówki. W ten sposób rebelianci chcieli zidentyfikować portrety szóstki osób, które „nie odliczyły się” w dniu zajęcia ambasady. To iście hitchcockowskie budowanie napięcia znalazło ujście – jak przystało na poprawne pod tym względem skonstruowany film – w ostatnich sekwencjach.
Ben Affleck stworzył film, jak określają to sami Amerykanie, „ku pokrzepieniu serc” (u nas od tego był Sienkiewicz) i trzeba przyznać, że zrobił dzieło w typowo hollywoodzkim stylu: trzymające w napięciu, z dobrą grą aktorską, niezwykłą dbałością o kostiumy i modę z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Dla tych wszystkich zalet nie można zatem o tym filmie powiedzieć tego, co o scenariuszu, według którego agent Mendes wydostał grupkę zakładników z opresji, powiedział przełożony Mendesa, że „jest to najlepszy zły pomysł”, jaki CIA kiedykolwiek wymyśliło. To może faktycznie nie jest najlepszy film w tej kategorii, ale krzepi serca jak nic! 

                                                                                                    Małgorzata Ciupińska