środa, 25 marca 2015

Recenzje filmowe - Grzechy ojca (5)


 W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu.  


Dziś: Grzechy ojca - Robert Dornhelm/2002/USA


Bunt syna

Tom Sicemore przyzwyczaił nas do tego, że jest wrażliwy, nawet jak gra twardziela. Jego masywnie zbudowane ciało potrafi mieć przeciwwagę nawet w postaci spływających po policzku łez. Nie inaczej dzieje się w filmie Roberta Dornhelma „Grzechy ojca”, w którym bohater grany przez Sicemora ulega czułości, bo… zawsze taki był. Bo oprócz złego ojca na szczęście miał dobrą matkę. Dornhelm stworzył film, który traktuje o nietolerancji rasowej. Nie pierwsze to dzieło, które nie rozwiązuje problemu i nie ostatnie, które będzie tego próbowało. Tu jednak rasizm nie jest kwestią pierwszoplanową, to jedynie tło dla przeżywania przez głównego bohatera emocjonalnych meandrów, i który odkrywa, że jego ojciec to po prostu zwykły bandyta. Film mówi o tym, że kara jednak przychodzi, mimo iż podobno sprawiedliwość zawsze leży na dnie pełnego worka.
Sicemore, czyli Tom Cherry, gra w filmie przejmująco. W sposób niezwykle naturalny zaczyna wątpić. Jest przykładem istoty obudzonej z kłamliwego letargu. Po nieudanym małżeństwie wraca do rodzinnych stron, by „odreagować”. Być może znaleźć oparcie w ojcu. Tymczasem zostaje poddany retrospekcji właśnie za sprawą ojca, który przez cały ten czas nie zmienił się nawet na jotę. Tom poddaje się przewartościowaniu nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce, bo na szczęście nie jest podobny do ojca. Tu jabłko padło daleko od jabłoni.
            W latach 70. w jednym z południowych stanów USA doszło do wybuchu bomby w kościele czarnoskórych baptystów. Zginęły wówczas cztery dziewczynki. Śledztwo, które przeprowadzono odniosło sukces połowiczny, gdyż zarówno mieszkańcy miasta, jak i dociekliwy detektyw mieli świadomość, iż nie wszyscy winowajcy są ukarani, jak np. Bobby Frank Cherry (ojciec Toma), który wyszedł z krzyżowego ognia pytań obronną ręką dzięki alibi, jakie dał mu własny syn.
            Sicemore (dorosły Tom) miał szczęście: młodego Toma grał chłopak, który świetnie wpasował się w styl gry, w emploi swego dorosłego kolegi po fachu. I młody i dorosły Tom to ludzie uczuciowi, a kwintesencją tej uczuciowości jest uczciwość i dążenie do prawdy. Młody Tom jest czuły i dobry, opiekuje się licznym młodszym rodzeństwem, kocha matkę i, niestety,  kocha też ojca. Ojca kocha jednak powinnością synowską, bo w bardziej spontanicznej miłości coś mu przeszkadzało. Co? To właśnie sobie uświadomi dopiero po latach. Na razie podziwia ojca za odwagę, dostrzega w nim męstwo i dbałość o dom. Nie chce widzieć, że ojcowska odwaga to tylko wynik picia nadmiernych ilości trunków oraz przynależność do Ku-Klux-Klanu, męstwo wynika z buńczucznego skandowania rasistowskich haseł, a dbanie o dom to po prostu zarabianie pieniędzy i bicie żony oraz dzieci, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wielu rzeczy Tom wówczas nie rozumiał, a przynajmniej rozumiał nie tak, jak powinien. Wtedy jeszcze walczył o honor ojca, jeszcze odkrzykiwał śledczemu, który krążył nad rodziną Toma jak sęp, by dał im spokój.
Przełom nastąpił wtedy, gdy chora na raka matka, w swych ostatnich dniach życia odkryła przed synem prawdę, polegającą na tym, że jej mąż musiał dowodzić swej siły, bo tak naprawdę był i jest nadal… słabym człowiekiem, „a taki charakter jest najgorszy z możliwych”. Jednak prawdziwe znaczenie słów matki dociera do głównego bohatera dopiero po latach, wtedy gdy Tom wraca w rodzinne strony. Wraca do przyczepy kempingowej - jak parszywa moralność ojca – brudnej, skleconej byle jak. Dlatego syn chce zbudować ojcu prawdziwy dom. Ale przypadkowo oglądając w telewizji program dotyczący wznowienia śledztwa sprzed lat, zaczyna powoli rewidować swą postawę względem ojca. Tak mimo chodem, mimo woli. I cóż się dzieje? Wraz z powstawaniem ścian i stropów, przypominają się Tomowi zdarzenia z dzieciństwa: widzi ojca, jak straszył bronią murzyńskie dzieci na Halloween, jak rannemu czarnoskóremu, którego spotkali na drodze, nie udzielił pomocy, widzi ojca, jak rozmawia z sobie podobnymi o konieczności rozprawienia się z „czarnuchami”, przypomina sobie zwierzenia umierającej matki i… odsuwa pianino.
Tom może i chciałby widzieć coś szlachetnego w postawie ojca, może i czekał na jakieś wyjaśnienia, ale niczego takiego nigdy nie usłyszał. Ani wtedy, ani teraz. Więc przed FBI dorosły Tom, pełny wstydliwych i traumatycznych doznań, z niekłamaną przykrością twierdzi, że ojciec nie kochał niczego, co nie sprawiało mu przyjemności, co nie było areną do demonstrowania jego brutalnej natury. Bohater zdobywa się na gorzkie wyznanie, że 35 lat temu skłamał przed sądem, dając ojcu alibi. Skłamał, bo tak bardzo pragnął, aby ojciec był dobrym człowiekiem. Teraz jednak śledczym z FBI powiedział prawdę, że nie wiedział, gdzie był wtedy ojciec, więc jest całkiem możliwe, że…
W końcowych scenach Tom niszczy prawie gotowy dom dla ojca. A potem odjeżdża...
Film jest przepełniony przejmującą muzyką i ciężkim spokojem, który ciągle kładzie się cieniem na południowych stanach USA. Bo co z tego, że minęło 35 lat, że ojciec został skazany, że sprawiedliwości stało się zadość? Co z tego, że obecni rasiści już nie noszą kapturów Ku-Klux-Klanu? Co z tego, skoro ciągle są?    
                                                                                             
          Małgorzata Ciupińska

niedziela, 22 marca 2015

"Będzie dobrze kotku" - Wioletta Sawicka

Gdy zaczęłam czytać "Będzie dobrze kotku", nie wiedziałam, że to drugi tom kotkowej serii. Dałam się porwać tej historii, bez wiedzy, co działo się w pierwszej części - i w niczym to nie przeszkadzało. Autorka nienachalnie przypomniała, co się działo - między słowami, tak że płynnie mogłam przejść do porządku dziennego tej książki. I to pierwsza zaleta, jaką owa lektura miała.

Sama fabuła jest w dużej mierze życiowa - pracujący mąż zazdrośnik, żona siedząca w domu z dziećmi, która jednak pragnie wykorzystać okazję do dalszego rozwoju kariery, co spotyka się ze sprzeciwem męża. Do tego dochodzą jeszcze prezenty od głośnego (bo cichy to on nie był...) wielbiciela, co dodatkowo komplikuje sytuację.

"Będzie dobrze kotku" jest po części bardzo realistyczną powieścią, ale z drugiej strony mocno przerysowaną. Związki między postaciami są realne - często miałam osoby z mojego otoczenia przed oczami - niemniej główna bohaterka z czasem zaczyna dziwnie reagować, przynajmniej w sposób dla mnie zupełnie niezrozumiały, a wątek poboczny (czy też może główny, ale z jakiejś przyczyny niewysuwający się na pierwszy plan - ciężko stwierdzić) jest zbyt dużym zbiegiem okoliczności, który tak eskaluje, że nagle cała książka traci na uroku i wszystko to, co wzbudziła we mnie od początku do połowy, zasnęło z wielkim ziewnięciem.

Autorka stworzyła wspaniałe, wiarygodne relacje, które niestety zostały zepsute przez fabułę. W zupełności wystarczyłby wątek zazdrosnego męża i robiącej kariery żony oraz perypetie sercowe nastoletniej córki, co zostało rewelacyjnie wykreowane. Mniej często znaczy więcej. W tym wypadku mamy dużo za dużo. I w dodatku niespecjalnie tajemniczo - po prostu przewidywalnie. Pozostaje tylko się zastanawiać, w jaki sposób autorka to rozwiąże. To jej się, moim zdaniem, również nie udało.

Książka zapowiadała się naprawdę świetnie, jednak z czasem napięcie opadło, pojawiła się lekka frustracja i ostatecznie pozytywnie wspominam tylko początek.

środa, 18 marca 2015

Recenzje filmowe - Pokłosie (4)

Z wykształcenia jestem pedagogo-socjologiem, po części też religioznawcą i filozofem, czyli interesuję się dokładnie tym, czym większość Polaków. 
Z wyboru jestem optymistką. Lubię filmy, książki, muzykę i historię -  niekoniecznie w tej kolejności. 

      W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. 
 


Dziś: Pokłosie - Władysław Pasikowski/2012/Polska, Holandia, Rosja, Słowacja

Trzeba to udźwignąć

Teraz znów film polski. I to bardzo dobry film! Przedstawiam dziś „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego, obraz tyleż ważny z punktu widzenia historii, co ważny z punktu widzenia etyki. Reżyser stworzył naprawdę solidne, przemyślane, konsekwentne i logiczne kino akcji, z bardzo zręcznie napisanym scenariuszem. Podkreślam „logiczne” dlatego, że wiele filmów - nie tylko polskich zresztą – funkcjonuje w najlepsze bez żadnej logiki, a ja wtedy dziwię się nie tyle twórcom, którzy takie filmowe „coś” popełnili, ile krytykom, którzy takie „coś” chwalą. Ci, którzy znają dorobek Pasikowskiego może uznają „Pokłosie” za wypadek przy pracy, bo jak do tej pory całkiem inne sprawy były w kręgu jego zainteresowań. Faktycznie, to obraz bardzo odmienny od dotychczasowego dorobku reżysera. I to nie tylko dlatego, że zabrakło w tym dziele Bogusława Lindy – choć miał propozycję zagrania roli Franka - i całego potoku przekleństw, którymi reżyser zawsze epatował. Pasikowski nie dał się namówić na wywiady dotyczące pracy nad tym filmem (przynajmniej ja tego nie zauważyłam), ale tak myślę, że gdyby go ktoś zapytał, dlaczego zrobił ten film, to pewnie odpowiedziałby tak, jak jeden z głównych bohaterów filmu, Józek, że „to wszystko jakoś nie tak, i że on musiał coś z tym zrobić”.
            O czym jest film? To historia dwóch braci. Franek Kalina (Ireneusz Czop) przyjeżdża z Chicago do młodszego brata, Józka (Maciej Stuhr), który mieszka w polskim, małym, sennym miasteczku. Ale senne miasteczko to przyczajony tygrys i ukryty smok w jednym. Senne miasteczko ma w sobie Złość i ta Złość jest drugim, obok zamiarów i czynów braci, bohaterem filmu. A Złość jest tak okrutna, jak ta sprzed dwóch tysięcy lat, którą wówczas przejawiła pewna grupa ludzi w stosunku do pewnego człowieka. Określenie „pewna” i „pewnego” używam z rozmysłem, by nie zdradzić fabuły filmu. Józek jest bohaterem poprzez to, co go spotkało, ale Franek dźwiga na sobie ciężar niemniejszy: jako straszy brat bierze na siebie czyny brata z pełną odpowiedzialnością, pomaga mu, nakreśla tor działania, rozjaśnia mroki tajemnicy. To w końcu on jest bardziej świadomy tego, co spowodowali i tego, co nastąpiło potem. Niestety wyzwolenia za tę odkrytą prawdę nie zazna żaden z braci, ani ten, który zginał, ani ten który przeżył.  
            Franek przyjeżdża w momencie, gdy komenda policji sporządza akt oskarżenia dla Józka za zniszczenie wiejskiej drogi. Nagabywany przez brata, Józek, wyjaśnia w końcu, że dokonał zniszczenia poprzez wyjęcie z drogi żydowskich płyt nagrobnych, które jeszcze w czasie wojny Niemcy wykorzystali jako jej utwardzenie. Kiedy zorientował się, po czym przyszło mieszkańcom wsi chodzić, uznał, że to „jakoś nie tak”, że tak nie można, że należy się zmarłym cześć i szacunek. Więc wydobył płyty z drogi, potem zaczął dołączać do nich te, które odkupił od wiejskich gospodarzy, gdzie służyły jako wzmocnienia różnych innych miejsc, nawet tych, do których król chadzał piechotą. Kiedy już miał je prawie wszystkie, poustawiał na swoim polu, bo tylko tam mogły przetrwać nienaruszone. Ale oto z letargu zaczął się budzić drugi bohater filmu, czyli Złość. Józek to, owszem, dostrzegł, ale nie rozumiał jej przyczyn, a nawet je ignorował. Drugi z braci, powodowany ciekawością, a może i większym obyciem światowym oraz znajomością rzeczy, skłonny był wyjaśnić podłoże tego Zła. Nie na darmo ciągle powtarzał, że dobrze znał Żydów z Chicago i co z taką okolicznością, jaką było polskie pole usiane żydowskimi nagrobkami, Żydzi mogą zrobić.
            Mroczność filmu świetnie podkreśla nastrojowa muzyka i zastosowanie przez operatora bliskich planów, które zwykle stosuje się w filmowych thrillerach. A jest to film smutny, gdzie bohaterowie muszą stawić czoła i kamieniom rzucanym w okna ich domu, i spaleniu dobytku, pobiciu i wreszcie… Prywatne śledztwo, które prowadzi Franek, przynosi wyjaśnienie zagadki. Bracia już wiedzą, dlaczego wieś ma w sobie Złość skierowaną przeciwko nim. To niezwykle bolesne doświadczenie, tym bardziej że prawda dosięgła również honoru ich rodziny, odkryła, że ich ojcowie też splamili się uczynkami, o których cała wieś wolała zapomnieć. Z powodów oczywistych nie będę wyjaśniać, dlaczego mieszkańcy wsi bali się, iż konsekwencją działań braci będzie przyjazd Żydów na ich ziemie, czyli ostatnia rzecz, której by chcieli. Bo ich sumienia obciążał ciężki grzech - złamanie piątego i siódmego przykazania. Za sprawą dwóch braci czas nagle zatoczył koło i to, co odeszło już w niepamięć, nagle stało się realnym zagrożeniem, a wieś nie mogła do tego dopuścić. Do stracenia było zbyt dużo. Dlatego wieś w finale obrazu Pasikowskiego dopuszcza się recydywy. Znów podniesiono rękę na piąte przykazanie.
            Ireneusz Czop i Maciej Stuhr stworzyli bardzo dobry tandem: powściągliwy, co nie znaczy niekonsekwentny Franek i impulsywny, intuicyjny Józek. Przegrali obaj, ale przynajmniej mieli świadomość tego, że nie przyłożyli ręki do Zła. Wydawałoby się, że Maciej Stuhr, aktor komediowy, artysta kabaretowy, w końcu też i konferansjer, może nie poradzić sobie z rangą roli. Ale nie. Stało się inaczej. Aktor poradził sobie świetnie, a i widzowie zostawili figlarza Stuhra na boku, a dostrzegli w artyście aktora dramatycznego. Stuhr w wywiadach mówił, że antysemityzm, z którym spotkał się po projekcji filmu, jest po prostu głupi i niczym nie poparty. O ile można by z tym stwierdzeniem nieco dyskutować, to z innym jego spostrzeżeniem należy się już zgodzić na pewno. Trzeba mieć bowiem świadomość, że z każdego narodu i w każdym momencie może wyjść Zło, a to Zło może wyjść właśnie wtedy, gdy będzie się przemilczać sprawy, których przemilczać się nie powinno.
            Inną ciekawostką związaną z powstaniem „Pokłosia” był fakt, że początkowo miano kręcić zdjęcia na Słowacji, by nie zaogniać drażliwego tematu, jaki podzielił polskie społeczeństwo w kwestii żydowskiej. Ostatecznie jednak zdecydowano się na realizację filmu w kraju i przy okazji sprawdzono, jaka jest kondycja polskiej tolerancji. Okazało się, że nie najlepsza. Nie rozumiem, dlaczego ten film wzbudził tyle kontrowersji. Przecież jeśli człowiek jest dobry i sprawiedliwy… No, chyba, że nie jest dobry i sprawiedliwy… Ale to tym bardziej musi udźwignąć fakty, które niesie ze sobą historia.                                               
                                                                                                    Małgorzata Ciupińska


Ps. Obraz otrzymał w roku 2013 dwa polskie Orły (Polska Nagroda Filmowa): Maciej Stuhr za najlepszą główną rolę męską oraz Allan Starski za najlepszą scenografię, ponadto był nominowany jeszcze w siedmiu kolejnych kategoriach, między innymi za najlepszy film i za najlepszą główną rolę kobiecą (Danuta Szaflarska). Uhonorowano go również w Jerozolimie na tamtejszym festiwalu filmowym nagrodą Yad Vashem. 

poniedziałek, 16 marca 2015

"Do trzech razy Natalie" - Olga Rudnicka


Natalii nie sposób nie kochać. Cała trylogia to jedna z najgenialniejszych serii kryminalno-komediowych, jakie istnieją, dlatego po raz kolejny rzuciłam wszystko, gdy pojawił się nowy tom. Przeczytałam, wyłam ze śmiechu, chichotałam jak fretka, a potem książka się skończyła i autorka mnie poinformowała, że to koniec z Nataliami. W tym momencie przybrałam mentalną żałobę. Natalie są zbyt nataliowe, by się z nimi dobrowolnie żegnać. Choć z drugiej strony limit przypadków i wypadków musi się wyczerpać nawet u nich.

Jeśli już przeczytaliście recenzje poprzednich dwóch tomów (bądź same książki), to wiecie doskonale, kim są Natalie Sucharskie. Nie ma sensu się powtarzać. Tym razem Natalie uznały, że mają dość mężczyzn swojego życia i bez słowa wyjechały na wakacje. A tam wpakowały się w kolejną aferę kryminalną. Czego się nie robi dla fabuły nowej książki... Dlatego też 3/5 Natalii bez najmniejszego wahania miesza się w sprawę morderstwa, przeprowadza własne śledztwo, by pomóc policji, po czym okazuje się, że wakacji koniec i muszą wracać do domu. Niemniej mordercy podążają ich śladem, bo Natalie... Właśnie. Jak zwykle wpakowały się w kłopoty.

Od dawna nie śmiałam się tak głośno i bez zahamowań w trakcie lektury. Z Nataliami nic nie może się równać. A jeśli może, to błagam, zdradźcie co! Ta książka to komedia najwyższej klasy. Powtórzę to, co mówiłam o poprzednich tomach: najważniejsze są bohaterki z ich charakterami, nieuniknione kłótnie i absurdalne sytuacje. Wątek kryminalny to jedynie oś, wokół której wszystko się kręci (w tym tomie jest on jednak znacznie mniej istotny niż w poprzednich, raczej dodany dla urozmaicenia). Natalie to książki lekkie, ale tak niesamowicie zabawne, że strach przed rozstaniem jest ogromny. Szkoda, że to już ostatni tom! Natalie polecam z wielkim uśmiechem na twarzy. Wyrywają nawet z największej depresji! (Przetestowane i udowodnione na moim przykładzie w różnych sytuacjach życiowych - przed użyciem nie konsultuj się z lekarzem ani farmaceutą.)

środa, 11 marca 2015

Recenzje filmowe - Chłopiec na rowerze (3)


Z wykształcenia jestem pedagogo-socjologiem, po części też religioznawcą i filozofem, czyli interesuję się dokładnie tym, czym większość Polaków; każdy z nas zna się na stosunkach międzyludzkich, wszyscy dyskutujemy o religiach i wierze, no i wszyscy filozofujemy. 
Z wyboru jestem optymistką. Lubię filmy, książki, muzykę i historię -  niekoniecznie w tej kolejności. Ciepłym uczuciem obdarzam wysokie temperatury i okna niezakryte firanką, bo można wtedy przez nie zaglądać do środka. Napisałam kilka książek – głównie dla siebie. Ale są wyjątki. 

W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. Na pewno nie będzie w tym zbiorze fantastyki, bajek i dokumentu. A może czasami?... Nie mogę też zagwarantować, że będę przedstawiać wyłącznie filmy godne polecenia, bo i o tych, o których nie mam dobrego zdania, może też napiszę.
Ale do dzieła...         

Dziś: Chłopiec na rowerze - Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne/2011/Belgia, Francja, Włochy

Miłość zależy od pieniędzy

Wszystkie utwory o dzieciach niosą ze sobą duży ładunek emocjonalny. Tak może być w przypadku przekazywania złych emocji - gdy bohater jest wcieleniem zła, i dobrych - gdy widzimy w bohaterze materiał na wartościową jednostkę. Cyril, we francuskim filmie braci Jeana-Pierra i Luca Dardenne`ów „Chłopiec na rowerze”, jest jak najbardziej dobrym materiałem i na pewno wyrośnie na człowieka, który pomny złych doświadczeń z dzieciństwa, tak pokieruje swym życiem, by już nie błąkać się po manowcach. Bo on już wie. Wie, jak smakują zawiedzione nadzieje, jak pokutuje się za przestępstwo, wie, że zawsze za rogiem – jeśli się tego chce - może być lepszy świat.
            Przyjemnie rudy, o miłej aparycji chłopiec nie może pogodzić się z faktem, że jego ojciec, z którym od pewnego czasu widuje się tylko w weekendy, poukładał sobie życie… bez niego. Bez Cyrila. A zrobił to gównie - choć pewnie nie tylko - z powodów finansowych. Któregoś pięknego dnia zniknął, nie zostawiając wątpliwości, że chce uwolnić się od rodzicielskich obowiązków. Rudowłosy chłopak nie może tego zrozumieć. Czyżby miłość zależała od pieniędzy? Chłopak nie wierzy zatem w głuchy telefon, nie wierzy w puste mieszkanie, nie wierzy, że ojciec sprzedał jego ukochany rower. Ta niewiara powoduje, że zniknięcie ojca dla niego, Cyrila, wcale nie jest – a powinno być - sygnałem porzucenia go. Na przekór losowi Cyril szuka i wreszcie odnajduje ojca, choć dochodzi między nimi tylko do oschłego spotkania. Chłopiec jest tak spragniony miłości rodzicielskiej, że gesty i słowa ojca nie są dla niego czytelne. Zrozumiał z tego tylko to, co chciał zrozumieć, a mianowicie że ojciec potrzebuje pieniędzy, a gdy już je będzie miał, to wszystko jakoś się ułoży.
Cyril nie jest krnąbrny i buntowniczy. Tych cech starcza tylko na ucieczkę z sierocińca, szarpaninę z wychowawcą, a potem na kradzież. I na tym zło w chłopaku kończy się. Bo to nie Samantha, ale sam Cyril prosi, by mógł spędzać u niej weekendy. Czy tak postępują źli chłopcy? Nie. No właśnie! Dlatego młoda fryzjerka, którą tylko przypadek złączył z Cyrilem, nie zastanawiała się długo nad szczerą i jakże dojmującą prośbą dziecka. Krytycy ten moment w filmie uznają za jeden ze słabszych, bo przyjęcie chłopca pod swój dach to w końcu nie jest taka prosta sprawa. To nie zwykłe kupowanie chleba, to decyzja poprzedzona przemyśleniami, a przynajmniej taka powinna być. Jednak w filmie ta kwestia nie została jakoś szczególnie dokładnie opowiedziana i może dlatego trudno nam, widzom, uwierzyć w to, że młoda fryzjerka, po początkowo faktycznie trudnych relacjach z chłopcem, ostatecznie nad wyraz szybko przygarnia Cyrila, a nawet więcej, dla niego odchodzi od swego chłopaka. Kobieta wybierając rudowłosego chłopca, na pewno zrobiła to bardziej instynktownie niż świadomie, choć sam wybór był bardzo dobry. Tymczasem w młodziku dokonał się przełom - z rozgniewanego (ale nigdy nie aroganckiego) na zły los chłopca wyłania się młody człowiek, ujmująco wpasowujący w nową rzeczywistość. Coś stracił, ale i coś zyskał. I to nie był wybór mniejszego zła.
Psychologiczny i jakościowy ciężar filmu spoczywa głównie na barkach młodziutkiego aktora, Thomasa Doreta; pozostali członkowie ekipy jakby tylko stanowili tło dla jego zachowań. Młody Francuz znakomicie poradził sobie z postacią Cyrila, nie pozwolił na żadną fałszywą nutę. Nie zrobił tego nawet wtedy, gdy z rozmysłem zdecydował się na kradzież pieniędzy, którymi chciał kupić miłość ojca. Czy myślał, że cel uświęca środki? Pewnie tak. Jakiż był zawiedziony i smutny, gdy ojciec pieniędzy nie przyjął.
W obrazie braci Derdenn`ów nie ma pokazanych przeżyć wewnętrznych w sposób anatomiczny. Widz musi je sobie sam zinterpretować, rejestrując jedynie fakty, które wynikały ze scenariusza. By tego dokonać, tym wnikliwiej obserwujemy bohaterów filmu, a szczególnie Cyrila, jego często mknącą na rowerze drobną sylwetkę, jego kolejno: ucieczkę, przylgnięcie sercem do jednego domu, jego wszystkie „tak” i wszystkie „nie”, wybór celu, wreszcie jego „przepraszam” i późniejsze „nie, dziękuję”. Kogo przepraszał i za co dziękował – to kwestie z końcowych scen filmu, które celowo zostawiam tutaj niewyjaśnione. I choć mają odniesienie do pewnego „zgranego schematu”, to jednak w wykonaniu dziecka po przejściach stanowią o swoistej wymowie. A zapewniam, że nie odnoszą się ani do Samanthy, ani ojca Cyrila.
Kiedy film się skończył, miałam poczucie niedosytu: oszczędnie grający bohaterowie przedstawiali walkę dobra ze złem bez uciekania się do ekstremów. Ale właściwie po co ekstrema, jeśli mieliśmy przed sobą świetną grę młodego aktora, z wielkim przejęciem wczuwającego się w rolę, który harmonijnie przechodził od emocji do emocji, czyli robił to, co czasem bywa wielką sztuką, nie zawsze osiągalną nawet przez mistrzów.
                                                                                            
           Małgorzata Ciupińska
         

poniedziałek, 9 marca 2015

"Zaginiona" - Andrzej Pilipiuk

Lata temu uważałam Pilipiuka za króla polskiej fantastyki. To było, zanim poznałam Sapkowskiego czy Ziemiańskiego. Niemniej Pilipiuk zawsze tkwił w moim sercu, w swoim czasie był moim ulubionym polskim pisarzem. Dopóki nie zszedł na psy, a jego tekstów nie dało się już czytać. Po tym porzuciłam go na kilka lat. Aż do teraz, gdy wydał czwarty tom mojej ukochanej serii o Kuzynkach (przy czym tom trzeci był słaby - żeby nie powiedzieć tego, co mi się ciśnie na język), o którym Wam opowiem.

W poprzednim tomie wampirzyca Monika wyruszyła z łowcami wampirów w świat, pozostawiając kuzynki Kruszewskie w Krakowie. Od tego czasu minęło parę lat i w Stanisławie - alchemiczce - szaleje niepokój, głównie związany ze stanem jej zdrowia. Przy okazji poznajemy też grupę ludzi pochodzących z tajemniczej wyspy, których losy ściśle powiążą się z losami kuzynek. To pierwsza historia. W drugiej, która znajduje się w tej książce, kobiety wyruszają pewnej opętanej dziewczynie na ratunek. I tutaj kończą się opisy fabuły. Poza kilkoma spektakularnymi morderstwami i kolejnymi mrocznymi bractwami wiele się nie dzieje. A to, co już się dzieje, jest tak szybkie, że mija, nim zdążymy się przyzwyczaić do akcji. Poważnie, Panie Andrzeju? Aż tak bardzo się Panu nie chciało pisać, że szkoda było czasu na rozwinięcie wątków?

To jednak nie wszystko. Czterystuletnia alchemiczka, która jest kobietą z klasą (przynajmniej Pilipiuk ciągle próbuje to udowodnić), mówi językiem brzydkim, młodzieżowym, którym zwykle cechowała się Katarzyna - informatyczka (która w tym tomie ni z tego ni z owego zostaje przemianowana na eks-agentkę - skąd ta nagła zmiana nazewnictwa?). To nie pasuje, drażni. To nie ta sama Stanisława. Katarzyna zaś nagle niemal zapomniała, jak używa się komputera. W każdym razie w trakcie tych siedmiu lat się nie rozwijała i uważa, że postęp zrobił się taki, że ona nie nadąża. Tego się po niej nie spodziewałam! Te barwne i inteligentne postacie straciły pomiędzy tym a poprzednim tomem ogromną ilość punktów IQ. Z kłopotów wychodzą zaś jeszcze szybciej, niż się w nie pakują. Wiem, że to fantastyka, ale mocno straciła na realizmie w porównaniu do poprzednich tomów. Nawet Kraków wypada jakoś blado.

"Zaginioną" czyta się dobrze, szybko. Jest zabawna, ale autor wciąż swoim pisarstwem rozczarowuje. Najwidoczniej pisanie na akord nie jest najlepszą metodą. Z całego serca polecam "Kuzynki" i "Księżniczkę" oraz książki, które powstały przed "Homo bimbrownikusem", jednak nowsze pozycje to już ogromne pole minowe.

środa, 4 marca 2015

Recenzje filmowe - Bogowie (2)


Z wykształcenia jestem pedagogo-socjologiem, po części też religioznawcą i filozofem, czyli interesuję się dokładnie tym, czym większość Polaków; każdy z nas zna się na stosunkach międzyludzkich, wszyscy dyskutujemy o religiach i wierze, no i wszyscy filozofujemy. Zawodowo nie zajmuję się niestety - albo może „stety” – żadną z tych dyscyplin naukowych. 
Z wyboru jestem optymistką, ale za bardzo mi to nie wychodzi, gdyż życie skłania mnie ku pesymizmowi. Lubię filmy, książki, muzykę i historię -  niekoniecznie w tej kolejności. Ciepłym uczuciem obdarzam wysokie temperatury i okna niezakryte firanką, bo można wtedy przez nie zaglądać do środka. Napisałam kilka książek – głównie dla siebie. Ale są wyjątki. 

W środy, choć może nie każdą, będę Wam opowiadać o filmach. Różnych. I po mojemu. Na pewno nie będzie w tym zbiorze fantastyki, bajek i dokumentu. A może czasami?... Nie mogę też zagwarantować, że będę przedstawiać wyłącznie filmy godne polecenia, bo i o tych, o których nie mam dobrego zdania, może też napiszę.
Ale do dzieła...    

Dziś: Bogowie - Łukasz Palkowski/2014/Polska

Bogowie czy Herosi?

Film Palkowskiego „Bogowie” nie jest arcydziełem, nie wybiega formą i przesłaniem poza ramy swojego czasu, ale to bardzo dobry obraz, zrobiony rzetelnie, tak, by wątki fabularne nie rwały się, a wszystko było klarowne i logiczne. To film o tym, że warto iść za marzeniem, warto walczyć o słuszną sprawę, ale także o ludzkich ułomnościach i pokonywaniu ich w sobie. Nie łudźmy się jednak; happy end nie zdarza się każdemu, kto tego szczęśliwego końca pragnie, gdyż talent i pracowitość to nie wszystko. Nawet Napoleon, gdy wybierał swego stratega, zawsze pytał: „… ale czy on ma szczęście?”. A zatem to film o wybrańcach losu, którzy oczywiście talentem i pracowitością szafowali, ale którzy to szczęście jednak mieli. A więc to także film o łucie szczęścia i pokorze, której czasami brakowało bohaterowi, bo choć podobno Fortuna nie sprzyja bezczynnym, to pokorę powinno się jednak mieć.
            Tomasz Kot zagrał Religę brawurowo. Widzieliśmy więc jak to nie aktor, tylko wręcz Religa zapala papierosa, jak swą dużą dłonią podpiera twarz, jak wielkimi krokami przemierza szpitalne korytarze, rzucając na ściany cień swej charakterystycznie zgarbionej postaci, jak wreszcie nie Kot tylko kardiochirurg jest impulsywny, jak przeklina i jak nazbyt często podejmuje cofaną później decyzję o zwolnieniu to pielęgniarki, to lekarza.
Efekt podobieństwa w gestach, sposobie poruszania się jest też świetnie podkreślony przez zdjęcia, których autorem w tym filmie był Piotr Sobociński jr. A i wreszcie montaż i dźwięk stanęły na wysokości zadania, bo przez długi czas te dwa elementy w polskiej kinematografii były piętą achillesową. Dorzućmy do tego jeszcze muzykę Bartosza Chajdeckiego, świetnie dopasowaną do różnych emocji, zdarzeń i sekwencji, które wymagają bądź jej wyrazistości, bądź tego, by była zaledwie tłem akcji.
A sama fabuła? Też nie można jej nic zarzucić, choć osobiście zabrakło mi tu jeszcze kilku faktów z życia doktora Religi. Może tego, jak zdobywał kolejne stopnie naukowe, może sporów na konsyliach lekarskich? Jest sztuczką reżyserską kusić się o stworzenie pewnego punktu zwrotnego w fabule. Palkowski tego nie wprowadził, a dobrze by się to komponowało, nawet przy założeniu, że de facto nic takiego nie miało miejsca. Otóż nie wprowadził sytuacji, w której młody Religa przyrzeka sobie coś takiego: „… więc jak dorosnę, to zawalczę o ludzkie serce.”. I taki punkt zwrotny już by wyjaśniał, dlaczego tak uparcie do swego celu dążył. W filmie niby też to się wie, ale…
Czasy, w których dzieje się akcja filmu, sprzyjały powstawaniu różnych nonsensów i humoru sytuacyjnego, także mimowolnemu mieszaniu się bohatera do polityki, dlatego jego sny o potędze realizowały się bardzo efektownie. Religa wchodził do gabinetów dyrektorskich i wychodził z nich z tarczą lub na tarczy, krzyczał do słuchawki, wyrywał aparat telefoniczny ze ściany, przeklinał, a nawet stosował małe szantaże. Tak, to na ekranie i pewnie w życiu też robiło wrażenie i, mimo przeciwności losu, pchało go ustawicznie do przodu. Religa stworzył wokół siebie zespół zapaleńców, którzy uwierzyli w jego wizję leczenia, dla których przeszczepy były też czymś, co mogło ratować ludzkie istnienia, ale które mogły równocześnie spowodować załamanie ich osobistych karier. Ich porażki, owszem, załamywały, ale oni - szczególnie Religa - byli jednak ciągle feniksami odradzającymi się z popiołów i z nowym zapałem stawali do kolejnej operacji.
W postępowaniu personelu szpitala było wiele z samej osobowości jego twórcy. Było więc działania na wariackich papierach, improwizowane szukanie dawcy serca wśród świń, co siłą rzeczy przypominało szalonego Jasia Fasolę, choć w Polsce tamtego czasu nikt tak tego nie odbierał. Film nie ma w sobie dłużyzn, nawet wtedy gdy pokazuje zmęczoną trudnościami twarz sławnego chirurga, i nawet wtedy gdy bohater prowadzi trudne rozmowy z żoną. Bo trzeba pamiętać, że za swój zawodowy sukces bohater zapłacił dużo, że nałogowe palenie papierosów i alkohol tylko do czasu były podporą, później podstępnie go od siebie uzależniły i kiedyś o jego zdrowie się upomniały.
Film ogląda się bardzo dobrze, nie męczy, nie przytłacza patosem. Ale zastanawiam się, czy taki powinien być jego tytuł? Klinika w Zabrzu nie była medycznym Olimpem, Religa nie był Zeusem, a personel panteonem bóstw. Oni byli tylko, albo aż Herosami, którym oprócz sukcesów, zdarzały się też i porażki. No i w końcu to nie Bogowie, a Herosi chcieli dobra ludzkości. Bogowie raczej dbali o swoje.          

                                                                                                        Małgorzata Ciupińska


niedziela, 1 marca 2015

"Woziłam arabskie księżniczki" - Jayne Amelia Larson

Istnieje niewiele dziewczynek, które nie chciałyby być księżniczkami. Istnieje jednak kraj, w którym księżniczek jest wiele - choć nie do końca takich, które zdobywają księcia na białym koniu i mają wróżki za matki chrzestne. Matką chrzestną arabskich księżniczek jest ropa, czarne złoto, które sprawia, że mogą sobie one pozwolić na wszystko - na co pozwala im nie książę na białym koniu, ale ich mąż/ojciec/brat, który decyduje o ich całym życiu. Bajkowi książęta są towarem deficytowym.

"Woziłam arabskie księżniczki" to książka nie tyle o księżniczkach, co o ich szoferze - kobiecie-aktorce, która zarabia na życie, wożąc innych ludzi. Gdy do USA przylatuje arabska rodzina królewska, kobieta postanawia zgłosić się do tego zlecenia, licząc na sowity napiwek, gdy minie siedem tygodni. Siedem tygodni pełnych wyzwań, zmęczenia, sposobów na drastyczną utratę wagi oraz życia w całkiem innym świecie - nieamerykańskim, nieeuropejskim. Obcym.

Jayne Amelia Larson opowiada o mniej i bardziej absurdalnych sytuacjach z życia rodziny królewskiej (a raczej kobiet z tej rodziny) oraz ich służby. Ponieważ autorka sama to wszystko przeżyła - choć jak mówi, połączyła ze sobą poszczególne osoby, by móc przedstawić kwintesencję przeżytych tygodni - nadaje to całej historii szczególnego wyrazu, niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że Larson próbuje zwrócić uwagę bardziej na siebie niż na tytułowe księżniczki. Muszę przyznać, że nie polubiłam autorki i gdy rodzina królewska opuściła USA, przestałam się przejmować, co Larson ma jeszcze do powiedzenia.

Elementy kultury arabskiej, muzułmańskiej były naprawdę ciekawymi częściami tej książki. Tak samo jak styl życia rodziny królewskiej. Gdyby Larson skupiła się tylko na tym, o co podobno tutaj chodzi, byłabym zachwycona. Ostatecznie książka jest ciekawa, ale momentami nudna, gdy autorka popełniała skierowane na siebie i swoje życie dygresje, które nic a nic mnie nie interesowały. Było ich zdecydowanie za dużo i ostatecznie nie wyniosłam z tej lektury nic poza miło spędzonymi chwilami i świadomością, że można bez mrugnięcia okiem przepieprzyć dwadzieścia milionów w gotówce w siedem tygodni.