wtorek, 25 listopada 2014

"Woda różana i chleb na sodzie" - Marsha Mehran

Na początku mojej blogowo-recenzenckiej kariery czytałam "Zupę z granatów" Marshy Mehran i byłam nią zachwycona jako lepszym odpowiednikiem słynnej "Czekolady". Już wtedy mówiłam, że zdecydowanie muszę przeczytać drugą część "Zupy...", czyli "Wodę różaną i chleb na sodzie". W końcu, po kilku latach, udało mi się do tego doprowadzić.

Pamiętam jeszcze klimat pierwszego tomu i oczekiwałam go od kontynuacji. Niestety zostałam rozczarowana. Ta książka jest o wiele mniej aromatyczna. Siostry zaczynają się od siebie emocjonalnie oddalać, mają swoje życia i tajemnice. Miasteczko jest tym razem mdłe i zdaje się, że autorce nie udało się osiągnąć celu. Gdzieś na początku są chęci zrujnowania Cafe Babilon, ale gdy pojawia się syrenka, wszystko skupia się na niej i na źle, jakim jest. Również koniec jest mało sycący i treściwy. Mocno skrótowy i bez wyrazu.

W tym tomie pojawiają się również problemy tłumaczeniowe. Nie wiem, czy obie książki tłumaczone były przez tę samą osobę, ale to nie ma znaczenia. Tłumacz powinien znać rzeczy występujące w części pierwszej i zachować konsekwencję, bądź uzasadnić jakoś jej brak. Tu tego nie ma. Najmłodsza z sióstr pachniała w pierwszej części wodą różaną z czarnuszką (ta czarnuszka mocno zapadła mi w pamięć i przez te parę lat próbowałam ją kupić, by wiedzieć, czym Lajla woniała), w drugiej czarnuszka okazała się cynamonem. W pierwszej części lekarstwo na migrenę składało się z zupełnie innych rzeczy niż w drugiej. Muszę jednak przyklasnąć kilku rzadko używanym w dzisiejszych czasach słowom, które narodziły się w tej książce na nowo. To plus zarówno dla tłumaczki, jak i książki.

Fabuła "Wody różanej..." jest nudna i bezcelowa. Jest mi niemal przykro, że przeczytałam tę książkę i straciłam czas, który mogłam lepiej spożytkować (na ciekawszą lekturę). Po pełnej wyrazu "Zupie z granatów" nie pozostało już nic ciekawego. Tylko okładka.

niedziela, 16 listopada 2014

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" - Jonas Jonasson

Jak można spędzić swoje setne urodziny? Myślę, że ja wcale nie chciałabym ich spędzać - nie chciałabym dożyć tego wieku. W ten dzień odwiedzałaby mnie prasa, władze miasta, a ja byłabym traktowana jak bohaterka tylko dlatego, że dożyłam wieku, który nie przytrafia się wielu osobom. Nie dziwi mnie więc, że bohater tej książki zwyczajnie wyskoczył przez okno i zniknął. To chyba o wiele przyjemniejsze, niż bycie dręczonym przez osoby, z którymi ma się niewiele wspólnego i które zamierzają traktować cię jak okaz w zoo.

Sama ucieczka nie jest jednak najważniejszym wątkiem w tej książce. Wprawdzie z każdą stroną zadziwia coraz bardziej (w co wpakuje się staruszek? I jakim cudem wpakował się właśnie w to, w co się wpakował?), ale dopiero gdy cofamy się do jego dzieciństwa, a następnie kroczymy z nim przez całe jego życie, przekonujemy się, że taki właśnie jest Allan Karlsson - szalony, nieprzewidywalny i całkowicie bezpardonowy. Udowadnia nam, że można poważnie namieszać w historii świata, nie mając żadnych poglądów i płynąc po prostu z prądem. Nigdy nie mówiąc "nie". Zwyczajnie niczym się nie przejmując.

Allan jest postacią tak niesamowicie sympatyczną, że to aż nieprawdopodobne. Sądzę, że jemu podobnych osób w prawdziwym życiu po prostu się nie lubi. Niemniej jako postać literacka jest on niesamowity i chciałoby się mieć takiego dziadka. Jeśli tylko jeszcze zabrałby mnie w taką wyprawę! Mniejsza o ilość złamanych przepisów prawnych i trupy po drodze. Komediowości tej postaci nie można odmówić. A także pewnych prawd życiowych, które się nasuwają, jakby przecząc temu, co on robi, a jednocześnie jeszcze bardziej to podkreślając. Allan Karlsson jest pełen sprzeczności i wywołuje też takie emocje, cały czas pozostając przy tym absolutnie sympatyczny. Czy samo to wystarczy, by wykaraskać się z tarapatów? Czym się tu zresztą przejmować? Jego dewizą, jak niczyją inną, jest "kłopoty to moja specjalność".

Zachwyciła mnie ta książka swoją kompletnością, spójnością i nieprawdopodobnym szaleństwem, w które aż pragnę wierzyć. Nie zdarza mi się czytać zbyt wielu książek, które jednocześnie wodzą za nos i są prostolinijne. Żadnej przesady, patosu, lecz zwyczajnie proste podejście do tematu i przedstawienie go w całkiem naturalny sposób. Jakby historia nie mogła się inaczej potoczyć, bo taka jest właśnie kolej rzeczy i tak musi być. Niesamowita pod każdym względem historia, która aż każe zadać sobie pytanie: A ty? Co ty masz ze swojego życia?

środa, 5 listopada 2014

"Córka Kleopatry" - Michelle Moran

Uwielbiam Kleopatrę i jej historię. Nigdy jednak nie zdołałam w mojej wiedzy wyjść znacznie poza jej śmierć. Wiedziałam, że miała trójkę dzieci, ale ich losy były mi bardzo słabo znane. Tym chętniej sięgnęłam po losy córki Kleopatry - Selene (Księżyc) - która wraz z bratem Aleksandrem Heliosem (Słońce) po samobójstwie matki została zabrana przez Oktawiana Augusta do Rzymu i oddana tam na wychowanie byłej żonie Marka Antoniusza (który to żonę zostawił dla Kleopatry właśnie, a zginął pośrednio z ręki Oktawiana).

Michelle Moran usiłowała odtworzyć atmosferę tamtych czasów, a także historię życia egipskiej księżniczki. Językiem prostym, historią wyidealizowaną, ale wciąż na tyle wiarygodną, że można było wyobrazić sobie siebie na ulicach Rzymu spacerujących wraz z bohaterami. A jest ich wielu. Julia, Marcellus, Tyberiusz i inni. Moran przedstawiła tę trójkę jako przyjaciół Selene (ten wątek jest właśnie tak idealistyczny, że nie potrafię się z nim pogodzić, niemniej każdy może sam ocenić jego wiarygodność - w moim przypadku kłóci się on z historią przedstawioną w rewelacyjnej książce "Kochałam Tyberiusza", więc zwyczajnie go odrzucam jako potencjalnie prawdziwy). Bohaterowie starają się także odkryć tajemnicę (historycznie fikcyjnego) Czerwonego Orła, który wywołuje bunty niewolników.

Autorka przedstawia zabójstwa, miłości, zdrady, ale w formie miłej, wręcz mało namiętnej. Są one tak blade, że niemal można by czytać tę książkę dzieciom do poduszki. Niemal. Gdyby nie Orzeł, książka ta nie miałaby ani grama polotu i jedyne, co trzymałoby ją przy życiu, to pamięć o Kleopatrze i pragnienie wiedzy, dokąd zmierza jej historia. Moran poprzestaje na miejscu, w którym kończą się dowody historyczne, a zaczynają mgliste przesłanki. Nie próbuje iść dalej i snuć przypuszczalnych scenariuszy. Nasnuła się ich wystarczająco pomiędzy wjazdem do Rzymu, a wyjazdem z niego.

"Córka Kleopatry" nie jest książką złą, ale słabą. Miłą. Nieporywającą. Do połknięcia na raz i zapomnienia. Jak i jej inna książka, "Heretycka królowa", którą kiedyś czytałam, a dziś nawet nie pamiętam, o co w niej chodziło. Wiem, że chyba pod koniec pierwszego lub drugiego rozdziału był cytat o bogach, który mi się spodobał. Sama książka (jak i treść cytatu) odeszła w zapomnienie. "Córkę Kleopatry" czeka zapewne taka sama przyszłość, chyba że pamięć o samej królowej zatrzyma ją w mojej świadomości.