wtorek, 28 października 2014

"Sztuka sypiania samej" - Sophie Fontanel

Sophie Fontanel na dwanaście lat wyrzekła się seksu po bardzo intensywnym mówieniu "tak". Następnie postanowiła napisać książkę, w której opowie o swoich przeżyciach. Muszę przyznać, że mnie to zaintrygowało i bardzo chciałam się z tą historią zapoznać. Dopóki nie przeczytałam pierwszych stron.

W tej cieniutkiej książeczce dowiadujemy się o tym, jak to biedna bohaterka postanowiła, że nie będzie mieć z seksem nic wspólnego, bo już nie ma ochoty, a wszyscy dookoła się zastanawiali, czy jest lesbijką. Gdy się okazało, że nie jest, stała się ciekawym towarzyszem małżeńskich wypadów, bo w końcu mąż nie może zdradzić żony z osobą, która seksem nie jest zainteresowana. Niestety Sophie postanowiła oświecać w tej sprawie innych i kilka zainspirowanych nią osób również przestało grzeszyć, bądź wypełniać obowiązki małżeńskie. W pewnym momencie już nikt nie chciał mieć z nią do czynienia.

Nie widzę sensu w tej książce. Nie ma przesłania, nie jest powalająco napisana, a historia zwyczajnie nie przedstawia dla mnie żadnej treści. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek uznał za korzystne wydanie "Sztuki sypiania samej". Może to kwestia modnego ostatnio nurtu minimalizmu? Minimalizujemy życie seksualne. Nie wiem. W każdym razie nie znalazłam w tej książce absolutnie nic, co by mi się spodobało. Ani tym bardziej podnieciło, jak to sugeruje Anna Mucha na okładce.

środa, 22 października 2014

"Malowanki na szkle" - Beata Gołembiowska


Z twórczościąBeaty Gołembiowskiej zapoznałam się po raz pierwszy w związku z jej literackim debiutem – „Żółtą sukienką“. W tej małej książeczce było tyle emocji, że gdy autorka mnie zapytała, czy nie zechciałabym zrecenzować jej najnowszej książki, bez wahania się zgodziłam. 

„Malowanki na szkle” są zdecydowanie większe objętościowo, jest też więcej treści i wątków. Na początku byłam zachwycona tematem, który dostałam – poczucie winy i bycie związanym z rodzicem, który nie okazuje najmniejszych oznak ciepłych uczuć do dziecka, ale za to pała ogromną miłością do psa. Później okazało się, że to książka, która opowiada o opuszczaniu, decyzjach i różnych sposobach na miłość, a także konsekwencjach decyzji, jakie podejmujemy i jakie są za nas
podejmowane. 

Jola, główna bohaterka, jest właśnie niewolnicą swojej matki. Ma karierę, ale nie ma życia prywatnego. Gdy Jola się zakochuje, jej rodzicielka nie ustaje w próbach zmanipulowania córki, by ta nigdy jej nie opuściła. Ostatecznie Jola wychodzi za mąż – pełna wyrzutów sumienia i z ogromną potrzebą matczynej miłości. Bohaterka oddaje małżeństwu wszystko, co miała, i żałuje. Bo trafia z deszczu pod rynnę. Musi radzić sobie z duchami nieswojej przeszłości i z teraźniejszością, na którą one wpływają.

Książka ta przedstawia wiele wątków. Mówi o miłości, zdradzie, rodzicielstwie, małżeństwie… Opowiada o wielu tematach, które są ważne i które dobrze się sprzedają, ale nie pozostaje w „teraz”, cofa się do „kiedyś” i pomaga nam poznać motywacje bohaterów i ich tajemnice. Niestety przez to nagromadzenie historii i połączeń książka traci na swoim wyrazie, którego oczekiwałam po autorce „Żółtej sukienki” – niektóre sceny i wątki zostały skrócone, przez co miałam czasem wrażenie wycięcia czegoś ze środka, żeby książka nie wyszła przypadkiem za gruba. Do wyznań dochodzi jakoś zbyt szybko, dialogi zdają się być okrojone. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie, ale spora ich część. 

„Malowanki na szkle” są książką wciągającą, o realnej problematyce, ale rozwiązania są dla mnie nie do końca życiowo akceptowalne (zbyt dużo zbiegów okoliczności?). Język jest dobry, ale jako słabe można określić te skróty, które uważam za największą wadę książki. I zdecydowanie nie zapadła po tej książce cisza – skończyłam ją i sięgnęłam po kolejną. W ostatecznym rozrachunku przeczytałam książkę dobrą – pod pewnymi względami rewelacyjną, pod innymi jedynie poprawną.

sobota, 11 października 2014

"Wilcze przesilenie" - Anne Rice

Niecałe dwa lata temu zachwycałam się "Darem wilka" - pierwszą częścią Kronik Wilczego Daru. Dziś przychodzę do Was z kontynuacją tej książki, a mianowicie "Wilczym przesileniem". Powieścią, która już posiada fabułę, która próbuje rozstrzygnąć kilka egzystencjalnych kwestii i która jest ciepła, jak wymarzony wieczór wigilijny.

Reuben oswoił się już z byciem wilkołakiem, kocha się z kobietą swojego życia i zdaje się, że doszedł do ładu ze swoją rodziną. Nagle jednak okazuje się, że jego była narzeczona jest z nim w ciąży. Dzięki tej sytuacji Reuben poznaje tajemnicę swojego brata. Na tym jednak nie koniec. Okazuje się też, że istnieje wiele ras istot, które żyją wiecznie i z nimi spotykamy się w tej części.

"Wilcze przesilenie" zdominowane jest przez dzieci - te jeszcze nienarodzone, uratowane, a także odmienione, w końcu nowoprzemienione wilkołaki też są poniekąd dziećmi. W tle zaś przygotowania do festynu świątecznego, miłość w powietrzu i zło, które czasem się tam pojawia. Wraz z nim istnieje też Bóg. Cały czas ten dobry, niemieszający się w nieswoje sprawy, ale kochający wszystkie swoje dzieci. Bóg, w którego wierzy Anne Rice i o którym z miłością pisze.

Choć sama jestem ateistką, w tego Boga mogłabym uwierzyć. A może nawet bym chciała. Rice zawsze przybliża do tego, co w człowieku jest dobre, a co złe. Nic nie jest czarno-białe, każdy ma swoje wady, choć i one są wyidealizowane. Oczywiste jest, że wszystko prowadzi do happy endu, nawet jeśli bywa on niejednoznaczny.

To książka dla miłośników spokojnych, refleksyjnych powieści oraz fanów specyficznego stylu autorki. Jeśli ktoś szuka romantyzmu na głębokim poziomie oraz subtelnej akcji, ten znajdzie w niej coś dla siebie.

Ja polecam Rice zawsze. Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, choć jak każdy pisze lepsze i gorsze historie. Moim zdaniem Kroniki Daru Wilka należą do tych lepszych (choć, jak już wspomniałam, nie jest to najwyższy poziom, jaki Rice potrafi osiągnąć), a ich drugi tom do jeszcze lepszych.

wtorek, 7 października 2014

"Fotografia kulinarna. Od zdjęcia do arcydzieła" - Nicole S. Young

Fotografia nigdy mnie nie interesowała. Wprawdzie chętnie robiłam zdjęcia, ale rzadko i w zasadzie nie miały być genialnie skomponowanymi ujęciami o doskonałym oświetleniu. Byłam za to nieustannie krytykowana. Gdy zaczęłam pisać mojego lifestylowego bloga, zdjęcia stały się poniekąd koniecznością i kupiłam mój pierwszy aparat. Po jakimś czasie przestał mi wystarczać, a ja od moich zdjęć zaczęłam wymagać więcej. Zmieniłam aparat na lepszy i do każdego ujęcia na blogu miałam kilka podejść. Wciąż jednak nie dorównują profesjonalistom. I właśnie wtedy wygrałam książkę o fotografii kulinarnej Nicole S. Young.

Wprawdzie (zwykle) nie muszę robić apetycznych zdjęć jedzenia, ale ta książka okazała się świetnym poradnikiem dla każdego. Wprawdzie skupia się na smakowitych ujęciach, ale rady i informacje w niej zawarte są w większości przypadków na tyle uniwersalne, że mogłam wyciągnąć z nich wnioski dla siebie i własnej fotografii (pierwszy z nich brzmi: Potrzebuję lustrzanki!). Autorka pisze o podstawach i rzeczach bardziej zaawansowanych. Potem omawia mniej lub bardziej potrzebny sprzęt fotograficzny (lub domowej roboty zamienniki), oświetlenie, stylizację fotografowanego obiektu, kadrowanie i kompozycję, a dodatkowo uczy obróbki w Photoshopie. Na końcu zaś omawia krok po kroku jak wykonała dane zdjęcie, jakich parametrów w aparacie użyła oraz wszystko inne, co miało wpływ na taki, a nie inny efekt.

Szczerze mówiąc, po przekartkowaniu nie spodziewałam się, że zrozumiem tę książkę i będę w stanie się z niej czegoś nauczyć. Wydawała mi się skomplikowana, niemniej bardzo pozytywnie się rozczarowałam. To świetny podręcznik zarówno dla początkujących fotografów kulinarnych, bloggerów, jak i osób, które zwyczajnie chcą się dowiedzieć czegoś na temat fotografii ogólnie. Pod względem merytorycznym i wizualnym jest godna polecenia, choć pod moralnym czuję się rozczarowana. Zawsze sądziłam, że potrawy ze zdjęć zawsze można zjeść, ale okazuje się, że nie do końca tak jest. Kulisy fotografii kulinarnej mnie zasmuciły, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy praktykuje takie sztuczki, jak Young.

Jedyną wadą tej książki (może poza ceną...) jest to, że wprawdzie uczy techniki, ale talentu i dobrego oka nie ma w zestawie.

piątek, 3 października 2014

"Perfekcyjna kobieta to suka" - Anne-Sophie i Marie-Aldine Girard

Czy nie dążymy do perfekcji? Obecnie wszystko jest przecież tworzone tak, by powstawały ideały. Szukamy idealnego stylu, próbujemy być idealnymi matkami, kochankami, przyjaciółkami, pracownicami... Doskonałe we wszystkim. To przerażające, bo przecież doskonałości nie da się zdefiniować. Nie można nadać jej określonych cech. Obiektywna perfekcja nie może istnieć, a subiektywna? Często dotyczy dwóch rzeczy, które sobie wzajemnie przeczą. Siostry Girard postanowiły jednak odejść od tego trendu i udowodnić, że najlepiej jest być tym, kim się jest. Bo perfekcyjna kobieta to suka.

W tym poradniku chodzi o to, by zaakceptować siebie ze wszystkimi wadami, nie umartwiać się dla wyższych celów. W końcu to jest to, kim jesteśmy. Samą książkę uważam za dość wulgarną, momentami niezrozumiałą w tej energiczności, którą się cechuje. Luźny styl, punkty zamiast ciągłego tekstu i wiele wypowiedzi, które z jednej strony proszą o poklask, z drugiej strony o to, by im zaprzeczyć, obrazić się, zamknąć książkę i wyrzucić ją do kosza z wrażeniem, że to tylko i wyłącznie bzdury.

Pod tym ostatnim stwierdzeniem się podpiszę, bo choć tytuł zachęca, to sam poradnik niczego nie wniósł do mojego życia. Wciąż pragnę być doskonała, wciąż zamierzam zachować moje cechy suki i wciąż nie widzę sensu w tej książce. To tekst rozrywkowy, w dużej mierze denerwujący, ale nie potrafiłabym go polecić nikomu.