niedziela, 31 sierpnia 2014

"Medicus" - Noah Gordon

Ciężko jest zostać lekarzem w dzisiejszych czasach. Zastanawialiście się jednak, jaką drogę trzeba było przejść w jedenastym wieku, by móc stać się medykiem? A jaką, by stać się kompetentnym medykiem?

Noah Gordon opowiada w swojej książce niezwykłą historię o powołaniu, talencie i marzeniach. A także o przeciwieństwach losu i ciężkiej pracy, bez której przecież nie ma kołaczy. Już w momencie śmierci swojej matki Rob orientuje się, że ma dar - gdy kogoś dotknie, czuje, ile pozostało w nim życia. Potem traci ojca, a następnie po kolei swoje rodzeństwo, a sam trafia pod opiekę balwierza - wędrownego aktora i uzdrowiciela w jednym. Tam przez lata uczy się sztuki leczenia i oszukiwania jednocześnie. W końcu umiera jego mistrz, a Rob od pewnego Żyda-medyka dowiaduje się o prawdziwym mistrzu, Awicennie. Jego celem staje się nauka u najlepszego z najlepszych.

Dziś, by dotrzeć na drugi koniec świata, wystarczy najwyżej jeden dzień. W tamtych czasach były to lata podróży przez niebezpieczną średniowieczną Europę. Walki między religiami, ale też łatwość sfałszowania własnego pochodzenia, sprawiają, że tamte czasy były pod pewnymi względami trudne, a pod innymi łatwiejsze. Rob potrafił manewrować między tymi ograniczeniami i ułatwieniami z gracją aktora - tylko po to, by osiągnąć swój cel i móc w końcu naprawdę leczyć ludzi. Czy mu się uda? Co straci po drodze?

"Medicus" to naprawdę świetna książka, w której świecie pogrążyłam się na kilka dni, stykając się z nieszczęściami, ale też potęgą celu, do którego zmierzamy. To prawda, że gdy czegoś naprawdę pragniemy, wszechświat próbuje nam to ułatwić. Mniej lub bardziej. To powieść również o potędze nauki i umiejętności dopasowywania się do otoczenia. Bardzo inspirująca i wiele wnosząca do życia, przynajmniej mojego.

Bardzo dobrze napisana książka z ciekawymi postaciami i niezwykłą fabułą. Niepozbawiona drobnych wad, ale trudno uniknąć pewnych słabych punktów (jak np. za słabo rozwinięte charaktery postaci pobocznych, czy też spora ilość przypadków) w powieści o takim rozmachu. Jeśli nie czytaliście, pora to nadrobić.

Poza tym kilka miesięcy temu pojawił się w kinach film na podstawie tej książki. Widzieliście go? Czytaliście książkę? Co sądzicie?

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

"Jackie czy Marilyn? Ponadczasowe lekcje stylu" - Pamela Keogh

Kim jesteś? Jackie czy Marilyn? Pierwszą dama czy gwiazdą filmowa? Najsławniejszą czy najseksowniejszą kobietą świata?

Pamela Keogh (autorka m.in. "What would Audrey do?", którą to książkę pragnęłam przeczytać przed kilkoma laty) uważa, że każda z nas jest mniej lub bardziej Jackie bądź Marilyn - mniej lub bardziej mieszanką tych dwóch osobowości, których poza mężczyzną i kilkoma znajomymi nic nie łączyło. Czy aby na pewno? Autorka przez całą książkę przekonuje, że mimo znaczących różnic (jak pochodzenie, wykształcenie czy obrana droga życia) tak naprawdę były do siebie pod pewnymi względami bardzo podobne. A my, kobiety, jesteśmy takie same. Silne i warte, by się za nami uganiano. Brzmi znajomo, prawda? Czytamy o tym w niemal każdym poradniku dla kobiet. Ten się jednak różni od całej reszty - pokazuje nam, że takie kobiety naprawdę istniały i każda z nas może się taką stać. Choć w portretach przedstawionych przez Keogh zarówno Jackie jak i Marilyn są mocno wyidealizowane.

Książka ta jest połączeniem biografii wspomnianych w tytule kobiet, analizy psychologicznej oraz poradnika. Już sam pomysł jest godny uwagi, wykonanie jednak jedynie częściowo. Wprawdzie części biograficzno-plotkarskie są naprawdę ciekawe, to czasem ton autorki jest zbyt natarczywy, gdy przychodzi do udzielania rad na temat stylu życia. Zrób to, bo jesteś Marilyn. Bez słowa dyskusji. Już czytając tę książkę wysnuwa się samodzielne wnioski, które zresztą są podane na tacy. Porady dawane przez autorkę są w tym momencie powtórzeniem tego, co już napisała. W dalszych częściach książki jej słowa odbijają się echem w teście. Jedna trzecia całego poradnika to zwyczajne przepisywanie po raz kolejny tego samego. Te momenty są nużące. Na szczęście od czasu do czasu pojawia się zabawny rysunek przedstawiający Jackie/Marilyn i można spokojnie wrócić do czytania.

"Jackie czy Marilyn?" bardzo mnie zaciekawiła i nie jestem nią rozczarowana. Była bardzo miłą odmianą po "Sztuce prostoty", choć również niepozbawioną wad. Ta książka jest płytka, gdyż sprowadza się głównie do próby nauczenia kobiet, jak uwieść mężczyznę i trzymać go na smyczy, by obsypywał je diamentami. Każda jest tego warta. I każda może wszystko osiągnąć. Jest to niestety nierealne i pod względem przekazywanych wartości nadawałaby się ta lektura głównie dla nastolatek, które wierzą, że ich przyszłość będzie różowa i wymarzona.

Nie należy czytać tej książki bez dystansu. Ja wyciągnęłam z niej to, czego oczekiwałam - chciałam poznać bliżej obie kobiety (Jackie bardziej, bo o Marilyn już sporo wiem) oraz różnice między nimi. Czytając ją pod kątem poradnika, byłabym bardzo niezadowolona. Osoba, która uważa, że każda kobieta może osiągnąć sukces na miarę obu postaci, traktuje swoje czytelniczki na bardzo niskim poziomie intelektualnym.

To lekka, zabawna książka. Nie należy jednak traktować jej poważnie. Z całą pewnością nie jako biblię ponadczasowego stylu - bo tego w tej pozycji nie znajdziecie.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"Dotknięcie ziemi" - Rani Manicka

Pewne książki idą za nami przez życie. Poznajemy je w dzieciństwie lub wieku nastoletnim, a lata później okazuje się, że wciąż możemy z nich wiele wyciągnąć. Bałam się powrotu do tej książki, jednej z moich najukochańszych. Bałam się rozczarowania. Bałam się własnych oczekiwań i wyobrażeń na temat czegoś, co znałam już niemal na pamięć. Na szczęście okazało się, że "Dotknięcie ziemi" jest dokładnie tak samo rewelacyjne jak zawsze.

Ta książka jest historią o ludziach upadłych, których życie doprowadziło ich do tego samego miejsca - pokrytej kokainowym proszkiem świątyni pająka. Jest to miejsce, w którym oddają resztki siebie, by zapomnieć lub pokutować za grzechy. A czasem dlatego, że pragnie tego przeznaczenie. Historia zaczyna się na Bali, od pięknych bliźniaczek Nutan i Zeenat, które po śmierci matki zostają wysłane przez ojca na wakacje do Londynu. Tam, pracując jako kelnerki, poznają Ricky'ego - twórcy świątyni, a przy okazji włoskiego restauratora. Kolejną osobą jest jego żona Francesca. Bogata paniusia, która z czasem udowadnia, jak bardzo pozory mylą. Pojawia się też platynowa piękność, ekskluzywna prostytutka Elizabeth, malarz Anis, fryzjer Bruce i kilka pobocznych postaci, których autorka nie dopuszcza do głosu. To oni wszyscy są narratorami. Choć żyją w jednej historii, ich życia są ściśle powiązane, to istnieją też poza świątynią i walczą z własnymi demonami.

To smutna książka, która pokazuje, że każdy problem można rozwiązać na kilka sposobów. I choć bohaterowie żyją w brudzie nie tyle fizycznym co duchowym, to widać, że jest w nich też piękno, które ma szansę zatriumfować. Muszą tylko zdecydować, czego tak naprawdę pragną.

Tym razem dostrzegłam w niej wady - niepewność autorki w poruszaniu się po środowisku narkomanów i trudność w pisaniu o tym, co sugeruje jednocześnie niewiedzę; drobne błędy tłumaczki i kilka niezgrabności językowych;  postać Rani Manickiej, która również osobiście pojawia się w książce - nie rozumiem jej roli. Czy próbuje ona wołać o pomoc? Zemścić się na krytykach literackich? Jej ego się tego domagało? A może zwyczajnie próbuje jej nadać realnego rysu? To ostatnie jest moim zdaniem niepotrzebne, bo odbieram tę książkę jako bardzo rzeczywistą - nawet jeśli pojawia się tam magia. Ona jednak jest w każdej książce tej autorki i nigdy nie odczuwałam potrzeby potwierdzenia jej prawdomówności.

"Dotknięcie ziemi" to piękna książka o bólu, miłości, przeznaczeniu i możliwości wyboru. Wprawdzie są tu różne brudy w rodzaju prostytucji, alkoholu i narkotyków, ale jest też piękno natury i miłości. Wszystko to miesza się w idealnych proporcjach, aż powstaje niesamowita wielowymiarowa historia. Jedna z moich ukochanych.

Nie oddałabym tej książki. Nigdy.

piątek, 8 sierpnia 2014

"Kuchnia filmowa" - Paulina Wnuk

Gdy usłyszałam o blogu Pauliny Wnuk, bardzo mnie zaintrygował. Blogów kulinarnych jest mnóstwo, ale autorka tego konkretnego (i jednocześnie książki, o której teraz będę pisać) skupia się na kuchni filmowej. I stąd tytuł jej książki kucharskiej.

Paulina Wnuk inspiruje się potrawami spożywanymi przez bohaterów filmów i seriali, a następnie na łamach bloga przedstawia własne interpretacje danych dań. Zatem pokazuje niebieską zupę Bridget Jones, niemniej sama stara się, by jej wersja (w przeciwieństwie do zupy ugotowanej przez postać) smakowała. Pisze również kilka słów o filmie i o tym, co ugotowała.

Niestety okazało się, że książka zniechęciła mnie tym samym co blog - uważam te dania za mało kreatywne (w całej książce znalazłam tylko jedno, które mnie naprawdę zainteresowało!), zdjęcia nie sięgają jakości porządnych blogów i książek kulinarnych do pięt. Najciekawsze są kadry z filmów. I słowa autorki na temat danej produkcji. Zaletą przepisów jest to, że są proste. W końcu co to za problem zrobić gorącą czekoladę z piankami, kanapki czy kolejną wariację na temat makaronu? Owszem, jest też kilka bardziej wymagających dań, niemniej wciąż mieszczą się one w mojej definicji słowa "proste".

Czy dobry pomysł ze słabym wykonaniem zasługuje na publikację? To jest poziom bloga, ale nie książki kucharskiej. Na jej potrzeby nie zostały zrobione lepsze zdjęcia (a ja bardzo lubię jeść oczami i niestety tutaj nie wyszło - czytam tyle wspaniałych blogów kulinarnych z genialnymi zdjęciami, więc od KSIĄŻKI wymagam przynajmniej tego samego), tylko wzięte te same, które są na blogu. Dochodzę do wniosku, że książka byłaby o niebo lepsza, gdyby usunąć z niej przepisy, a Paulinie Wnuk pozwolić pisać tylko i wyłącznie o tym, co urzeka ją w filmach.

"Kuchnia filmowa" ogromnie mnie rozczarowała. A po okładce (tak, tak, wiem...) sądziłam, że czeka mnie coś lepszego niż blog. On nie przypadł mi do gustu i książka niestety poszła w jego ślady.

piątek, 1 sierpnia 2014

"I jak tu nie biegać!" - Beata Sadowska

Najpierw był Murakami, a potem przyszła Beata Sadowska - kobieta, której nazwisko mgliście kojarzę, ale nijak nie potrafię dopasować do twarzy i nawet na zdjęciach w książce wygląda mi wyjątkowo nieznajomo. Niemniej pisze o bieganiu, a to jest ważne. Przynajmniej dla mnie, bo chętnie biegam, gdy już pokonam wrodzone lenistwo.

Właśnie to najbardziej mnie uderzyło (pozytywnie!) w tej książce - autorka ma za sobą kilka maratonów, ale leń sączy jej słodkie słówka do ucha i przez to czasem nie udaje jej się wyjść, nie chce jej się... dopóki nie założy butów i nie wybiegnie. Skąd ja to znam! A gdy już ruszy w świat, to pozostaje tylko miłość do uderzania stopami o podłoże i tego całego zmęczenia. Cóż, Sadowska pisze o absolutnej miłości do biegania - absolutnej, choć nieidealnej. Po tej lekturze nie sposób nie zechcieć pobiec przed siebie.

Książka jest napisana lekkim językiem, z wielkim zaangażowaniem emocjonalnym. Sadowska nie jest ekspertem od biegania i nawet nie próbuje kogoś takiego udawać - sama chętnie odsyła do kogoś, kto się na tym zna i dlatego w książce znajdujemy również profesjonalne rady w formie wywiadu. Choć autorka biegała w różnych częściach świata, jest to książka dla normalnego człowieka - nie jest napuszona, ani nie próbuje kreować się na biblię dla biegaczy. To historia o pasji i zajęciu, które może wykonywać każdy, kto posiada buty. W myśl zasady - wszystko jest dla ludzi.

Oprócz przyjemnego języka i inspirującego tematu, "I jak tu nie biegać!" wyposażone jest w zdjęcia Sadowskiej z maratonów i podróży. Ta część wprawdzie przybliża do przedstawionego stylu życia, jednak dla mnie były zbędne.

Książką jestem w dużej mierze zachwycona. Przywróciła mi ochotę do biegania i sprawiła, że kiepski dzień zamienił się w bardzo dobry. Bardzo pozytywna lektura - nie tylko dla biegaczy.