poniedziałek, 12 maja 2014

"Japoński strumień zdrowia. Autoterapia z wykorzystaniem tradycyjnej wiedzy ludowej" - Ingrid Schlieske

Niezdrowo interesuję się medycyną alternatywną. Może dlatego, że jestem najprawdopodobniej hipochondryczką, która uważa, że leki jej szkodzą, więc szukam innych dróg ku zdrowiu. Generalnie jestem skłonna uwierzyć we wszystko, jeśli zostanie mi podane w zjadliwej formie. "Japoński strumień zdrowia" nie został i z osoby z pozytywnym nastawieniem stałam się ogromną sceptyczką.

Wierzę, że na ludzkim ciele są punkty, których uciskanie może pomóc, dlatego też ta książka była jakby odpowiedzią na moje wołania. Niestety autorka zdołała mnie już na początku (czyli przez pierwszych sześćdziesiąt stron) zdenerwować. Nieustannie powtarzała to samo i próbowała mnie - osobę, która z własnej woli sięgnęła po tę książkę z chęcią jej przeczytania, a następnie wprowadzenia zawartych w niej rad w życie - przekonać, żebym czytała, nie była sceptyczna i że to działa i dokonuje cudów. Gdybym nie wierzyła, że działa, to trzymałabym się od niej z daleka. Po tym przydługim wstępie chciałam ją odłożyć i zapomnieć o jej istnieniu, ale dalej wierzyłam, że mimo tego nieszczęsnego początku mi coś da. Lekko podenerwowana czytałam dalej.

Na samej lekturze się nie skończyło. Stosowałam się do zawartych w niej wskazówek, a że akurat w tym czasie dostałam migreny, pomyślałam, że może uda mi się tą metodą złagodzić ból lub całkowicie się go pozbyć. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu ból się tylko nasilił, poczułam się jeszcze bardziej chora, a żaden z moich punktów energetycznych nie był łaskaw się odblokować. Zdecydowanie bardziej pomógł mi intensywny trening, w trakcie którego zapomniałam o bólu, niż zaprezentowana w tej książce autoterapia. Tak oto porzuciłam pomysł samoleczenia na bliżej nieokreślony czas.

Może to mój sceptycyzm spowodowany tym "krótkim" wprowadzeniem sprawił, że nijak nie potrafię się do tej książki pozytywnie odnieść, niemniej wierzę, że istnieją osoby, którym to pomaga. Jeśli do nich należycie, możecie spokojnie ją przeczytać. Po tych sześćdziesięciu stronach zaczyna się kompetentny opis punktów wraz z rzeczami, za które są one odpowiedzialne oraz w jaki sposób należy je uciskać. Podczas lektury pojawiło mi się kilka pytań, na które nie znalazłam tam odpowiedzi, ale może to tylko ja jestem taka alternatywnie niedomyślna.

Książkę można kupić tutaj.

środa, 7 maja 2014

"Pamiętnik diabła" - Adrian Bednarek

Zwykle nie zdarza mi się oskarżać autorów książek o preferencje, jakimi szczycą się ich postacie. Z niewyjaśnionych przyczyn w trakcie lektury "Pamiętnika diabła" cieszyłam się, że gdy autor zapytał, czy zechcę zrecenzować jego książkę, podałam nie mój adres domowy, a na poste restante. Jeśli chce mnie zabić, utrudnię mu trochę sprawę.

"Pamiętnik diabła" to książka bardzo żywa. Owszem, czasem martwa - szczególnie tuż po zabójstwie - ale wystarczająco martwa, by żywą pozostać. Od razu wszystko nabiera nowych barw, gdy bohater chodzi po ulicach, które znam (Kraków), wspomina o miejscach, w których się urodziłam (Myślenice), a dodatkowo krąży słowami po miejscowościach, z którymi mam jakieś skojarzenia, a nie są one głównymi celami turystycznymi na mapie Polski. Zatrzymajmy się jednak w mieście królów polskich, w tej nekropolii i porozmawiajmy o narkotykach, alkoholu, seksie i morderstwach.

Kuba, główny bohater, zaprasza nas w Prologu na polowanie. Jedyne, czego się dowiadujemy, to że ofiara ginie. Jak i dlaczego? To pozostaje tajemnicą. Następnie przenosimy się w czasie, by poznać jego życie rok później, gdy demony śpią. Ale czy na długo?

Życie bogatych studentów prawa w najpiękniejszym polskim mieście. Imprezy, niekończące się szafowanie swoją fajnością. Ile osób ma tajemnice? I jak bardzo są one mroczne? My poznajemy tylko te Kuby, gdyż to on jest narratorem i głównym bohaterem, ale to w zupełności wystarczy.

Historia jest świetna, napisana przyzwoicie, ale czasem wyczuwałam tam pewne sztuczności w dialogach, które mi nie odpowiadały. Jednak samej fabule nie mam nic do zarzucenia. Jest mroczna, fascynująca i bardzo wciągająca. Jeden z ciekawszych polskich thrillerów, którego autor nie próbuje na końcu na siłę umoralniać. Ma swoją koncepcję i się jej trzyma. I słusznie!

Oprócz drobnych problemów z językiem udało mi się znaleźć jeden błąd ortograficzny (!), kilka literówek i błędów interpunkcyjnych. Słowo "masarz" podkreśla nawet Mozilla, przy której nie byłam pewna, czy w ogóle działa. Złapałam się za głowę. O ile literówki jeszcze jakoś toleruję, to błędy ortograficzne w książce są absolutnie niedopuszczalne! Nie podobała mi się również czcionka, przez którą źle mi się czytało. Okładka przyciąga wzrok, ale wprowadza w błąd. Nie radzę się nią sugerować.

Niemniej te rzeczy w książce są drugorzędne, najważniejsza jest treść, a ona mocno przypadła mi do gustu. Nawet jeśli moja wewnętrzna romantyczka uznała jeden wątek za niemiły. Ale czegóż się spodziewać?

czwartek, 1 maja 2014

Rozdanie.


Jeśli mielibyście ochotę wygrać kalendarz Paperblanks na bieżący rok oraz książkę Tatiany Jachyry "Wieczerza", którą jakiś czas temu recenzowałam, obejrzyjcie ten filmik i zastosujcie się do wskazówek!

Powodzenia!