sobota, 26 kwietnia 2014

"W głębi kontinuum" - Jean Liedloff

"W głębi kontinuum" zaskoczyło mnie. Zaskoczyło ogromnie, bo tak naprawdę nie wiedziałam, o czym jest ta książka, póki nie zaczęłam jej czytać. A tu nagle uderzyło mnie: Wychowanie dzieci! Wow. Ale czemu moja przyjaciółka uznała tę książkę za na tyle ważną, że domagała się, bym ją przeczytała? Odpowiedzi udzielił mi sam tekst.

Jean Liedloff żyła przez jakiś czas wśród Indian plemienia Yequana i uczyła się ich kultury. Poznawała ją i powoli zauważała różnicę między ich podejściem do życia, a tym "cywilizowanym". I co najważniejsze - zauważyła, że dzieci z tego plemienia są grzeczne i  nie płaczą, nie krzyczą, tylko żyją - jak ich rodzice. Długo nie potrafiła zrozumieć tego fenomenu, ale w końcu jej się udało. I o tym traktuje właśnie "W głębi kontinuum".

Autorka opowiada o tym plemieniu, przedstawia teorię kontinuum i uczy, jak należy obchodzić się z dziećmi, by nie stały się dysfunkcyjnymi dorosłymi. Jej teoria jest dość kontrowersyjna, choć nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to najlepsze, co słyszałam/czytałam na temat wychowywania dzieci. Chciałabym tego kiedyś spróbować, choć nie wiem, czy mi się uda. Liedloff przekonała mnie, ale mimo to wciąż są pewne punkty w tej książce, które uznałam już za naciągane. Nie sądzę, by można było absolutnie wszystko podciągnąć pod teorię kontinuum. To należy jednak rozstrzygnąć samemu.

Celowo nie wspomniałam, o co w tej teorii chodzi. Sprawdźcie sami. Ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Wstęp do książki napisała Sylwia Chutnik.

środa, 9 kwietnia 2014

Niemiecki stos.


Co tu dużo mówić... Mała kolekcja Lema, "Dom duchów" Allende, "Miłość w czasach zarazy" i książka, która rzekomo ma mi się spodobać. A czy Wam się podoba?

niedziela, 6 kwietnia 2014

"Lalka" - Taylor Stevens

Informacjonistka
Niewinna

Zakochałam się w "Informacjonistce", miłość przeciągnęła się przez "Niewinną", by w "Lalce" wybuchnąć na nowo gorącymi płomieniami. Niewiele thrillerów (po raz kolejny zastanawiam się nad adekwatnością przypisania tej serii do tego gatunku) odbieram tak osobiście, jak przygody Vanessy "Michael" Munroe.

Jak każdą z tych książek, "Lalkę" można czytać jako osobną książkę, choć zdecydowanie polecam czytanie wszystkich w kolejności, by zebrać dokładniejsze informacje na temat Munroe i jej zachowań. W "Lalce" nie ma wiele przypominania jej historii, są jedynie wzmianki, które coś mówią, ale bez szerszego kontekstu potrafiłyby wyrwać czytelnika z tego świata. A po raz kolejny jest to świat pełen przemocy - tym razem handlu ludźmi.

"Lalka" zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest już tylko gorzej. Michael zostaje porwana, a żeby utrzymać ją w ryzach, porywacz bierze najważniejszą dla niej osobę jako zakładnika. Bohaterka musi dostarczyć przesyłkę - tytułową lalkę - do kupca. Munroe po raz kolejny zmierza się z moralnością, miłością i własną zabójczą naturą, by znaleźć wyjście ze ślepej uliczki. Problem polega na tym, że może tylko przegrać i doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

W tym tomie po raz kolejny mamy do czynienia z zabójstwami, brutalnością, przebiegłością, zemstą... i całym wachlarzem innych motywów, które cechują tę serię. Tym razem nie jesteśmy w Afryce czy Ameryce Południowej - znajdujemy się na naszym terenie, w Europie. Dużo czasu spędzamy w Mediolanie, w którym byłam w zeszłym tygodniu, więc "Lalka" była dla mnie jeszcze bardziej żywa, bo nareszcie mogłam przeżyć tę historię na terenie, który znam. Ale znalazłam mały błąd rzeczowy - autorka twierdzi, że bilet metra w Mediolanie kosztuje jedno euro - książka została wydana w roku 2013, więc nie tak dawno temu - a ja wiem doskonale, że to euro pięćdziesiąt. W ciągu roku, najdalej dwóch ceny na pewno nie podskoczyły o pięćdziesiąt centów, więc ja się cieszę, że to zauważyłam, a autorkę i tak uwielbiam za niezwykłą szczegółowość - nawet mimo tego małego błędu.

Urzekła mnie jeszcze jedną rzeczą - wytłumaczyła na łamach książki, czym jest strefa Schengen, nad czym jako Europejka nigdy się nie zastanawiałam, bo to dla mnie oczywistość, więc w europejskich książkach nikt o tym nie pisze. A tutaj Amerykanom należało to wyjaśnić i tylko czytałam te linijki z zachwytem, bo taka oczywista oczywistość potrafi łatwo umknąć, ale Taylor Stevens zmusiła mnie do uświadomienia sobie, że coś takiego powstało i ma to swoje granice.

Jeśli jeszcze nie czytaliście książek z tej serii, powinniście natychmiast to nadrobić. Cała zasługuje na najwyższe alinowe odznaczenie książkowe.

wtorek, 1 kwietnia 2014

"Ciemno, prawie noc" - Joanna Bator



Podobno wystarczy napisać książkę o wojnie i gwałtach, by zdobyła nagrodę. Taki zarzut wystąpił pod adresem Joanny Bator oraz jury nagrody Nike. Muszę przyznać, że to poniekąd prawda. Radosne książki nie zdobywają prestiżowych nagród – trzeba pisać ciężko i o trudnych tematach. To ostatnie Bator udało się spełnić, ale nie powiedziałabym, że „Ciemno, prawie noc” jest napisane jakimś nadzwyczajnym językiem. Wręcz zaskoczyło mnie to, że czytałam taką… normalną książkę, a nie coś nadmiernie egzaltowanego, czego się spodziewałam po przyznaniu autorce najważniejszej polskiej nagrody literackiej.

Alicja Tabor opuściła Wałbrzych po śmierci ojca. Nie miała już nikogo z rodziny, więc ruszyła w świat. Jako dziennikarka największego dziennika w Polsce wraca do miasta, by napisać reportaż o zaginionych dzieciach. Okazuje się jednak, że to nie tylko historia kryminalna, ale też rodzinna, historyczna, wojenna, religijna i… demoniczna. Zdaje się, że Bator wyjaśnia demonami niemal każde zło na świecie, po czym sama stwierdza, że tak w rzeczywistości nie jest.

Autorka tworzy miejscami własny język (choćby język kociar, czy też nietypowy sposób zapisu wypowiedzi innych osób), przez co książka jest żywa. To nie jest jeden ciąg fabuły, ale kilka historii złączonych w całość, które się ze sobą łączą, choć z początku wydaje się to niemożliwe. Książka ta nabiera charakteru i życia, aż zaczyna się wierzyć, że to wszystko prawda, że Bator ma z każdym słowem rację, że ZŁO istnieje – to prawdziwe, pierwotne, nieuleczalne i niewybaczalne. Autorka udowadnia, że istniało na przestrzeni czasu i będzie istnieć już zawsze. Z pozornie banalnego kryminału tworzy ona historię magiczną, ale też za pomocą demonizacji pokazuje poziom absurdu i zepsucia społeczeństwa, w którym niemal nie pozostaje miejsca na rzeczy piękne. Świat przedstawiony przez Bator jest brudny i brzydki. 

„Ciemno, prawie noc” jest powieścią tak pełną treści i wyrazu, że nie sposób się od niej oderwać. Jest to zbiór najróżniejszych indywiduów, które przedstawione są z godną pochwały dbałością o szczegóły. To jedna z tych książek, które zachwycają treścią, gdy język jest dość zwyczajny. To jedna z książek mocno godnych uwagi, ale zdecydowanie nie jedna z tych, które zasługują na Nike. Po przeczytaniu nie rozumiem decyzji jury, bo choć „Ciemno, prawie noc” jest świetną książką, to na pewno nie uznałabym jej za najlepszą lekturę roku 2013. Brakuje w niej czegoś, co można by określić mianem wybitności – samo poruszanie problemów społecznych nie wystarczy.