piątek, 28 lutego 2014

Zaskakujący stosik.

Czemu zaskakujący? Bo kolejny w lutym i się zupełnie nie spodziewałam, że w tym miesiącu aż tyle mi ich przybędzie. Ale teraz się ograniczę, bo nie mam miejsca w regale. I na to nic poradzić nie mogę.

Któregoś dnia dostałam "Tę ostatnią noc" do recenzji. Obecnie jestem w trakcie czytania, ale studia mi trochę to utrudniają. Smutne. Potem dostałam "Wielką księgę sił magicznych" - jestem nią zachwycona, choć jeszcze do niej nie zajrzałam. Następnie poszłam na pocztę, skąd odebrałam tonę przesyłek. To "Wieczerza" (recenzja wkrótce, bo ku rozluźnieniu od cięższych lektur uznałam, że na tę mogę sobie pozwolić, bo recenzyjna) oraz dwie części "Rzeczy o zbłąkanej duszy", bo Aria mnie całkowicie powaliła swoją recenzją.

Potem z publicznej półki z książkami wzięłam sobie Lessing, bo zawsze chciałam ją przeczytać. Lata temu była na blogach bardzo modna. A następnie skonfiskowałam mojemu Niemcowi zbiór opowiadań dla dzikich mężczyzn. Jest tam wielu świetnych autorów, więc po prostu sama się zapoznam.

To już ostatni stos w tym miesiącu. Mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że to jego ostatni dzień.

czwartek, 20 lutego 2014

"Marlene" - Angelika Kuźniak



Marlene Dietrich jest w mojej głowie piosenkarką, ikoną Niemiec. Możecie sobie wyobrazić, jak się zdziwiłam, że Niemcy (szczególnie ci z wojennego pokolenia) uważają ją za zdrajczynię. W swoim czasie była uważana za niemieckiego szpiega. Cóż za niezdecydowanie narodów. A kim była naprawdę?

Aktorka, piosenkarka, perfekcjonistka, choleryczka. Bez wątpienia ikona. Ale czego? Złotej ery Hollywood? Nazistowskich Niemiec? Czy może bliżej nieokreślonej legendy międzynarodowej gwiazdy? Nigdy nie uważałam jej za piękną. Gdy czytałam książkę Angeliki Kuźniak, słyszałam całkiem inny głos Marlene, niż miała ona w rzeczywistości. Później, słuchając „Ich hab' noch einen Koffer in Berlin“, poczułam się rozczarowana tą Marlene, którą przedstawiła autorka. Ale muszę przyznać, że dzięki tej książce zrozumiałam wreszcie, co kryje się za tą piosenką.

Jak w przypadku „Papuszy“ - jestem nieusatysfakcjonowana. Dotknęłam wielkiej gwiazdy, ale nie spłonęłam w jej świetle jak szara ćma. Pomyślałam tylko, że w sumie nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Ale zwyczajnego też nie. Nie poznałam artystki, nie poznałam osoby. Zobaczyłam tylko wierzchnią warstwę Marlene Dietrich, jej codzienne zwyczaje.

Kiedyś szukałam dobrej biografii Marlene. Ta miała najlepsze opinie. To nie biografia. Ta znajduje się na końcu książki, na niewielu stronach, podzielona na lata. To, moim zdaniem, najlepsza część tomiku z prozą mocno wyselekcjonowanego życia

środa, 5 lutego 2014

Stos używany.

Mam niezdrowe tendencje. Takie jak np. wydawanie pieniędzy, gdy mi się nudzi, albo gdy jestem sfrustrowana, albo gdy mam dobry humor. Zakupoholizm znaczy się. I mniejsza o sytuacje, gdy kupuję to, co jest mi potrzebne, ale gdy kupuję dla samego procesu wydawania pieniędzy... Biada mi, biada.

Ten stos mogę usprawiedliwić. Po pierwsze jedną książkę wypożyczyłam z biblioteki (Molier na samym szczycie), jedną zamówiłam w celach edukacyjnych (Heine, choć odkryłam, że w bibliotece mają to samo wydanie, ale dobra...) i jedną, bo marzyłam o niej od lat, a wyjątkowo znalazłam ją trochę korzystniej (Lewis). W bibliotece jest też niezdrowa półka z książkami szukającymi domu. Kosztują te książki grosze, ale zawsze odzywa się moje sumienie, bo adoptowałabym wszystkie... albo przynajmniej większość. Lema samego zostawić nie mogłam (muszę się z nim w końcu zapoznać), a Myśliwski jakoś odkąd tylko pojawił się na rynku... no, śledzi mnie. Towarzyszy mi i czeka, aż się w końcu za niego zabiorę. No to kiedyś to zrobię. Za te dwie książki zapłaciłam zawrotną sumę trzech złotych.

Trafię do piekła dla rozrzutnych.