środa, 29 stycznia 2014

"Wszystko co minęło" - Agata Kołakowska



O alkoholizmie, depresji i ucieczkach w literaturze można dużo przeczytać. Ale o uczuciach – prawdziwych uczuciach – im towarzyszącym już nie. Agata Kołakowska zmierzyła się z tym tematem w polskiej rzeczywistości i wywróciła go do góry nogami. Potem uderzyła się w głowę, na której próbowała stanąć i z kawałka świetnie zapowiadającej się literatury kobiecej powstało coś, co aż do końca można określać tylko i wyłącznie jako próbę – niezłą, ale wciąż tylko próbę. Próbę napisania książki, która mogłaby zmienić coś w życiu i postrzeganiu wielu Polek. Nie do końca jej wyszło.
Justyna wymazała przeszłość i szturmem ruszyła w przyszłość. Zakazała sobie przywiązania. Odeszła, zmieniła wszystko i ze starego życia pozostała jej tylko siostra, z którą nie miała kontaktu, i poznany w szpitalu Borys. Borys jednak zaistniał na przełomie żyć i był impulsem do chęci zaprowadzenia zmian.
Bohaterka nie dopuszczała do siebie nikogo, przez co była uważana za zimną jędzę. Jednak z czasem okazało się, że tak naprawdę nie jest. Dla mnie była nieznośnie uparta i nie do końca wiedziała, w którą stronę ma iść, dlatego zdecydowała się nie iść w żadną. Prawdziwą odwagą wykazała się, gdy zaczęła walczyć sama ze sobą i swoim „nie przywiązywaniem się”. To i tak na dłuższą metę nigdy nie działa.
Autorka pokazała, jak działa na kobiety opuszczenie ich przez męża i jak bardzo nie radzą sobie w życiu. Pokazuje też różne sposoby, w jakie odbierają i przeżywają to dzieci.
Książka ta mogła być na swój sposób piękna, ale gdzieś od połowy zdawało się, że już zaraz będzie koniec, po czym przed nami jeszcze mnóstwo stron. Ta denerwująca niepewność, czy ten tekst się kiedykolwiek skończy, skoro wszystko wskazuje na to, że powinien za dziesięć stron, a tu znowu coś się objawia (np. banalne chwyty typu „wraca ojciec, wraca żona”, którymi literatura kobieca aż wymiotuje, bo są równie przewidywalne jak to, że po nocy następuje dzień). Poza tym język narratorki jest niemal płaski i brakuje w nim barw, a gdy dochodzi do zeszytu bohaterki, jesteśmy zarzuceni językiem prawie poetycznym i kolorowym. Wydaje mi się, że powinno być właśnie na odwrót.
Mam mieszane uczucia. Spędziłam naprawdę przyjemne godziny z „Wszystko co minęło”, ale z drugiej strony zarówno postawa bohaterki, jak i ta rozwlekłość, która donikąd nie prowadziła, mnie frustrowały. Życie nie składa się tylko z seksu, ucieczek i rozpamiętywania przeszłości. Ta ostatnia i tak cię w końcu dogoni, ucieczki się znudzą, a seks bez uczuć straci na swojej atrakcyjności. O czym i Justyna się przekonała. A raczej wiedziała od początku, tylko tego do siebie nie dopuszczała.
„Wszystko co minęło” to literatura kobieca z przesłaniem, ale brakuje w niej świadomości autorki, jak się pisze. Gdy ma się ochotę odłożyć dość dobrą książkę tylko dlatego, że się wlecze, to znak, że dzieje się coś złego. Bo naprawdę dobrych książek nie chce się nigdy kończyć. A tutaj z bólem serca stwierdzam, że komplikowanie na siłę zniechęca. Mnie do czytania.

sobota, 11 stycznia 2014

Stos poświąteczny.

Pewnego pięknego dnia postanowiłam, że najwyższa pora na stos. Jakoś tak wyszło, że moje książki były rozrzucone po kilku mieszkaniach i trzeba było zebrać je na jedną kupę i przyzwoicie sfotografować. A potem jeszcze poszłam na pocztę, która mi powiedziała, że ma coś dla mnie. Książkę, oczywiście.

I tak oto pochłonęłam "Ostatnią spowiedź tom 2" (bo zdecydowanie lepiej czytać, niż pomagać komuś przy budowie mojej kuchni). Następnie wygrana u Sil "Doktor śmierć". Jeszcze wśród prezentu od Gii pojawiły się trzy pożyczone mi książki: "W głębi kontinuum", "Kobieta w klatce" i "Dziedzictwo", będące drugim tomem zrecenzowanych kiedyś "Wybranych". Za tym podążyły prezenty od wyżej wymienionej: najnowszy Murakami oraz "Zmyślone życie Siergieja Nabokova". Jak już znajdę czas, będę miała prawdziwą ucztę literacką.

Potem były święta. One uraczyły mnie dwoma lekturami, obie są po niemiecku. Najpierw "Ein ganzes halbes Jahr" Jojo Moyes, które gdzieś w Polsce się podobno objawiło z paskudną (nie tak śliczną jak niemiecka) okładką oraz moja wymarzona "Gretchen", którą kiedyś zapewne przeczytam. Póki co chciałam ją tylko mieć.

I w końcu zaczęła się moja faza na Esther Vilar. Bardzo czegoś chciałam, więc kupiłam. "Na dziewczęcej skórze".

Teraz idę szukać czasu. A nie, nie mam nawet czasu, by go szukać. W takim razie do usłyszenia.

środa, 8 stycznia 2014

"Papusza" - Angelika Kuźniak

Papusza znaczy lalka. I właśnie historię tej lalki – żywej, przez jednych kochanej, przez drugich potępionej – opowiada w swojej powieści reporterskiej Angelika Kuźniak. Pierwszej cygańskiej poetki, która ze sztuki nie miała nic – poza szaleństwem.

Książka ta zaczyna się liryczną niepolską polszczyzną, tak typową dla Papuszy, i opowiada o śmierci męża bohaterki. Wstęp ten zapowiada powieść magiczną, pełną duchów i klątw. Niestety po tym wprowadzeniu w życie, od jego końca poczynając, zaczyna się egzystencja. Codzienność w taborze cygańskim i niecodzienność jego mieszkanki.

Niestety im dalej w las, tym mniej magii i cygaskiego życia, ale za to coraz więcej konfliktów, listów i innych elementów szarej Rzeczpospolitej Ludowej. W tym natłoku słów – mniej lub bardziej poprawnych, mniej lub bardziej Papuszy – zatraca się gdzieś fascynująca postać poetki, a widoczna staje się otaczająca ją smutna rzeczywistość. Ten tekst to brnięcie w szaleństwo bohaterki i ból głowy czytelnika.

Z całej książki można wynieść jedynie obłęd Papuszy i jej niedopasowanie do jakiejkolwiek części świata, w którym żyła. Najciekawsze wątki, czyli życie w taborze, kończyły się niestety zbyt szybko i autorka skupiała się na nowo na bohaterce, która wraz z kolejnymi stronami stawała się coraz mniej interesująca.

Reportaże Angeliki Kuźniak są bardziej portretami, niż biografiami. Dotyczy to zarówno Papuszy, jak i wcześniejszej publikacji o Marlene Dietrich. Są fragmentaryczne, niepełne, pozostawiają mnóstwo pytań, na które po lekturze wcale nie chce się poznać odpowiedzi. Spotkanie autorskie z Kuźniak nadaje jej bohaterkom o wiele więcej warstw, niż ich papierowe – a nie tylko na papierze przedstawione – wersje.