piątek, 27 grudnia 2013

"188 dni i nocy" - Janusz L. Wiśniewski, Małgorzata Domagalik

Szalenie wielmożny pan Feminista i Znawca Kobiet zaczął korespondować z panią Feministką. Ba!, nawet chodził dla niej do biblioteki częściej, niż dla jakiejkolwiek innej kobiety (w mojej głowie pojawia się pytanie: Co na to żona szalenie wielmożnego pana Feministy i Znawcy Kobiet?). No i pisali do siebie. Przez dwa lata. 188 spędzonych wspólnie dni i nocy.

Książka ta jest szalenie ciekawa, ale momentami (zdecydowaną większość czasu...) powiedziałabym, że jest wszystkim, ale nie korespondencją. Jedno pisało o jednym, drugie o drugim i tematy tylko czasami się ze sobą zderzały w celu dyskusji, która nie trwała dłużej, niż dwa maile. Było dużo mowy o kobietach i mężczyznach, o seksie i o miłości. Były postaci historyczne, były miejsca i były książki. Była ta atmosfera butelki wina w środku nocy. Koniecznie czerwonego. Mimo to brakowało mi spójności, rozmowy. Obserwowanie gadatliwości Wiśniewskiego i ostrożności Domagalik sprawiło, że skupiałam się bardziej na formie, niż treści. Wiśniewski mówił o wszystkim, Domagalik usilnie próbowała zachować prywatność. W tym wszystkim jednak "188 dni i nocy" wydało mi się zbyt intymne.

Wyrosłam już z magii Wiśniewskiego. Z jego naukowo-filozoficznych wypracowań. Albo przestałam być kobietą, albo się nią stałam. "188 dni i nocy" jest bardzo ciekawą książką, porywa i zabiera w krainę chemii miłości, ale to robią wszystkie teksty Wiśniewskiego. Domagalik jest tu (o ironio) mało. Szalenie wielmożny ją przytłacza swoją wielkością. Co za szkoda.

Mimo ogólnego zachwytu pozostał niesmak. Panem szalenie wielmożnym.

czwartek, 5 grudnia 2013

"Der gestiefelte Kater" - Ludwig Tieck

Bajkę o kocie w butach zna chyba każdy. Może ktoś z Was widział ją nawet w formie przedstawienia teatralnego? Dla odbioru tej książki - dramatu, komedii - byłoby to korzystne. Choć na dobrą sprawę wystarczy odrobina wyobraźni lub świadomości tego, jak funkcjonuje teatr.

Tieck przedstawia znaną bajkę w dość oryginalnej postaci - nie daje wypowiedzieć się jej samej, lecz wtrąca głosy "publiczności", która jest wybitnie sceptyczna ("Jak założyć kotu buty?") i nieustannie wtrąca się w sztukę, komentując ją. Muszę przyznać, że to rewelacyjne - choć zarazem sztuczne, wyreżyserowane - zerwanie z "czwartą ścianą". Mimo że ta dekonstrukcja teatru jest głównym wątkiem (poza - będącym w rzeczywistości nieistotnym - wątkiem fabularnym), to można znaleźć tam też inne smaczki (sceny z kochankami) i przy okazji walkę romantyzmu z oświeceniem.

O lekturach zwykle nie piszę, ale "Kot w butach" Tiecka jest tekstem tak genialnym (autor miał bodajże 24 lata, gdy go napisał i to wciąż jego najbardziej rozpoznawalne dzieło!) i ponadczasowym, że zasługuje na uwagę szerszej publiczności. Został przetłumaczony na polski, choć nie mam pojęcia, czy jest w tej formie zjadliwy. Warto sprawdzić.

Bardzo chętnie zobaczyłabym tę sztukę na scenie (choć romantycy swoich dramatów w tym celu nie pisali), niestety zarówno wtedy jak i dziś szalony teatr Tiecka nie gości zbyt często na afiszach.