wtorek, 26 listopada 2013

"Dotyk, Płomień, Wyznanie Crossa" - Sylvia Day

Pokonałam trzy tomy Greya i uznałam, że te głupiutkie powieści erotyczne w jakiś sposób mi się podobają. Usłyszałam też wtedy, że Cross jest trochę mądrzejszy, choć zasadniczo to to samo. A że potrzebowałam relaksu i czytanie Greya po raz drugi mi się nie uśmiechało, zanurzyłam się w ramionach Crossa.

Cross ma wybitnie głupie imię (Gideon), do którego na szczęście szybko się przyzwyczaiłam. Bohaterka jest trochę bardziej ogarnięta od greyowskiej Anastasii, ale gdy już pójdą ze sobą do łóżka w obu książkach - prawie z niego nie wychodzą. Tyle z ogólnego rysu fabularnego. Oczywiście warto wspomnieć, że Cross (jak i Grey) jest nieznośnie wręcz bogaty i ma manię kontroli.

Mimo to ta seria (jeszcze nie skończona - przed nami dwa tomy) przedstawia sobą coś więcej. Eva i Gideon są mocno zranieni i z trudem radzą sobie z przeszłością. Ta zawsze w końcu przychodzi. Ten wątek jest o wiele lepszy i głębszy niż w Greyu. Zresztą język też, choć cudów bym nie oczekiwała. Ale poza imionami bohaterów stawiam Crossa o stopień wyżej niż Greya. Może dlatego, że jest tu stosunkowo mało rozpadania się na kawałki. I przyzwoita ilość jakiś emocji poza pożądaniem.

Fabuła jest łudząco podobna do greyowskiej. To tak gwoli ostrzeżenia.

Bardzo zabawna seria. Relaksująca. A mój komputer mi świadkiem, że czasem potrzebuję czegoś, co mnie tylko i wyłącznie zrelaksuje. Uczty intelektualne zostawmy na inny okres czasu.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Kindle 3G + Wifi, czyli dlaczego czytniki nie gryzą.

 Moja przygoda z Kindle zaczęła się dość prosto. Zobaczyłam, że to istnieje i nagle postanowiłam, że chcę. Chwilę później uznałam, że nie jest mi to do niczego potrzebne - wszak ebooki czytam rzadko i na komputerze też się da. Potem znowu była krótka chwila, gdy chciałam, ale znowu mi przeszło. Ostateczną decyzję o zakupie podjęłam bardzo spontanicznie i tak bardzo się nakręciłam, że w końcu to zrobiłam. W lutym zakupiłam mojego Kindelka.

Nigdy wrogiem ebooków nie byłam, choć zarzekałam się, że książek prawdziwych mi nie zastąpią. Strony w Kindle nie pachną (próbowałam), głaskanie kartek nie jest tak przyjemne jak w książce papierowej (ale za to zaprzyjaźniłam się z gładzeniem przycisków przesuwających strony), a i tomy nie wyglądają tak ładnie na półce (na której miejsca i tak już nie ma). A jednak ma to jakiś swój urok. No i poza tym papierową wersję też można mieć i wszyscy są szczęśliwi.

Kindle nie męczy oczu, zajmuje mało miejsca w torebce, a w zatłoczonej komunikacji miejskiej, gdzie jedyną możliwością czytania jest trzymanie się jakiejś rury i manewrowanie jedną ręką, jest zbawieniem. Lekki, może zmieścić w sobie kilka tysięcy książek, przy okazji można słuchać muzyki, a gdy najdzie nas ochota na napisanie posta na blogu - można wejść do Internetu. Wygląda ładnie, nie trzeba go często ładować i po jakimś czasie okazuje się, że i bez książki można żyć i nie jest to wcale takie straszne. Zakup Kindelka był jedną z moich najlepszych decyzji w tym roku.

Nie napiszę nic odkrywczego, o tym już było sporo i nie ma się co powtarzać. Dla mnie ekran ma doskonały rozmiar, moja wersja z klawiaturą sprawia, że się go świetnie trzyma (bez klawiatury jest trochę mniej wygodny, bo palce przysłaniają odrobinę ekran - przynajmniej ja tak mam), można zmieniać dowolnie rozmiar czcionki i układ ekranu. No i się nie zamyka sam z siebie, co co bardziej złośliwym książkom się od czasu do czasu zdarza. I jest zdecydowanie lekki, mówiłam już o tym?

Wygoda wygodą, ale wciąż wolę książki papierowe. Przykładem może być "Akademia Wampirów", którą mogłam czytać jako ebooka, ale wolałam chodzić do biblioteki i polować na kolejne tomy. Choć prędzej dałabym się pokroić, niż zrezygnowałabym z Kindelka, to z drugiej strony mając do wyboru moją biblioteczkę a czytnik, zdecydowanie wybrałabym to pierwsze.

Jest jednak jeszcze jedna zaleta Kindelka - o wiele łatwiej ukradkiem czyta się na zajęciach, nie mając przed sobą normalnej książki. W ten oto sposób przetrwałam semestr, nie umierając z nudów, lecz czytając.

Niektórzy uważają, że Kindle to tylko gadżet. Ja się z tym nie zgadzam. Jest dla mnie inną formą książki, a nie czymś, co ma mi pomóc się lansować. Gdy go kupowałam, bardziej interesowały mnie funkcje niż moda na czytniki - dlatego nie wybrałam wersji kolorowej (a gdybym traktowała go jako gadżet, zdecydowanie skusiłabym się na tę), tylko skupiłam się na tym, czego potrzebowałam - możliwości czytania książek i darmowego dostępu do Internetu, co zapewnia mi mój model. Myślę, że nawet najbardziej zatwardziały przeciwnik ebooków zmieniłby zdanie po miesiącu regularnego używania Kindle'a.

Czy Wy też używacie czytników? Jakich? Co o nich sądzicie? A jeśli nie, to dlaczego?

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Sezon burz" - Andrzej Sapkowski (czyli, mówiąc w skrócie, wiedźmin powraca!)



Kiedyś podobno Sapkowski zapowiedział, że o wiedźminie niczego więcej nie napisze. Chyba mu się odwidziało i pozostaje za to podziękować wszystkim bogom, którzy mieli z tym coś wspólnego. W momencie, gdy się dowiedziałam, że już, zaraz wychodzi kolejna książka, z deka przepłacając, od razu ją kupiłam. A nie zdarza mi się to zbyt często. Ba!, nie zdarza się nigdy.

Wydarzenia „Sezonu burz” mają miejsce na kilka miesięcy przed odczarowaniem strzygi w tomie opowiadań „Ostatnie życzenie”. Osoby, które powołują się na słowa autora mówiące o tym, że wiedźmina już nie będzie, z całą pewnością mają powody, by się zdziwić: Tak, w tym tomie mowa jest o wiedźminie, i to nie żadnym innym, ale jedynym w swoim rodzaju Geralcie z Rivii. Mamy Jaskra, mamy Yennefer. Czyli mamy cały rdzeń historii. Z okładki możemy się dowiedzieć, że miecze wiedźmina zostaną wystawione na aukcję. Dlaczego? Jak do tego doszło? Cała książka opowiada o niefortunnym splocie wydarzeń. Niemało jest też romansów, zazdrości i bijatyk. Brzmi wiedźminowo, prawda?

A jednak nie do końca. „Sezon burz” odbiega trochę językowo od wydanych już wcześniej historii, jest jakby bardziej leniwy. Stanowi raczej wstęp, uzupełnienie i… przyszłość cyklu, sam w sobie jest niestety zbyt niepewny, brakuje mu tej wspaniałej wyrazistości. Zastanawia mnie tylko, czy epilog ma świadczyć o tym, że powstaną kolejne tomy, czy to tylko pstryczek w nos dla fanów i Sapkowski chce pokazać, że może, ale nie chce, a my zaś mamy się zadręczać domysłami, bądź oczekiwaniem na kolejną zapowiedź wydawniczą.

Czy warto? Uważam, że tak. „Sezon burz” rozszerza trochę perspektywę wiedźmińskiego świata, zresztą dla tych, którzy tyle lat czekali na choćby mglistą informację, że może się pojawić kontynuacja (ale czy coś, co ma miejsce przed czasem akcji cyklu można nazwać kontynuacją?), sam fakt, że jest tam Geralt, jest wystarczającą rekomendacją. Może i ta książka minimalnie różni się od poprzednich, ale wciąż jest fascynująca.