wtorek, 29 października 2013

"Karaluchy" - Jo Nesbo (audiobook)



Jak zrecenzować coś, co stało się moim przyjacielem? Coś, z czym spędziłam długie tygodnie codziennych spotkań. Poznawałam jego słabości, silne strony i zawsze za tym tęskniłam? I nie, to nie jest powód, dla którego nie lubię audiobooków. Do tego zaraz dojdziemy. Powodem jest to, że zaledwie jedenaście godzin może zamienić się w dwa miesiące, a potem następuje pustka w codziennej rutynie. Bo książka się skończyła i trzeba znaleźć dla niej zastępstwo. Ale jak? Przecież ja nie lubię audiobooków!

Nigdy nie potrafię się skupić na jednej czynności. Monotonny głos lektora mnie zabija. Gdy słucham książek, zwyczajnie się wyłączam. I tyle. Nie wiem z tego nic. Na szczęście ktoś wpadł na genialny pomysł superprodukcji, gdzie każda postać ma swój głos, w tle są jakieś szumy, a ja, idąc sobie ku jakiemuś celowi, mogę słuchać, zatapiać się we własnych myślach i w dodatku próbować nie wpaść pod samochód. Czyli robić kilka rzeczy na raz! I to działa, mogę słuchać! Tak! Bo przecież oni mówią do mnie. Jest ich wielu. A gdy uderzą się głową w szafkę kuchenną, to ja wiem, że to prawda, bo słyszę to uderzenie i jęk. Uznałam to za przejaw geniuszu.

Jo Nesbo nie znałam przed „Karaluchami”, zatem to było nasze pierwsze spotkanie (przy normalnym audiobooku okazałoby się pewnie ostatnim). Harry Hole zostaje wysłany do Bangkoku, by wyjaśnić śmierć ambasadora Norwegii. A wysłany tam został głównie dlatego, by sprawy nie rozwiązać. Policjant-alkoholik, który za nic ma zasady, nie przejmuje się tym jednak i postanawia znaleźć zabójcę. W książce poznajemy kilka mniej lub bardziej rozwiniętych historii, kulturę Tajlandii oraz dowiadujemy się co nieco na pewne newralgiczne tematy. Fabuła bardzo mi się podobała, język także, choć po słuchaniu i to na spore raty ciężko mi to ocenić. Ale skoro wracałam do tego każdego dnia, musiało być dobrze.

Nagranie mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. O ile wiedziałam, że książka czytana jest przez różnych aktorów, nie spodziewałam się dodatkowych odgłosów w rodzaju ruchu ulicznego, stuku widelca o talerz itd. Mimo to je otrzymałam. Było parę, powiedzmy, teatralnych nieścisłości, które wyrywały z rytmu słuchania, ale były bardzo nieliczne. Generalnie Borys Szyc jako Harry był świetny, pozostali również. Im dalej w las, tym było lepiej, błędy eliminowały się same. Mimo to czasem parsknęłam śmiechem, słysząc jakąś bzdurę, która nijak mi do treści nie pasowała. Jako podsumowanie mogę powiedzieć, że po krótkim czasie zatraciłam wrażenie, że słucham książki. Słuchałam po prostu historii, która była opowiadana – nie czytana. Nie było to płaskie i bez wyrazu, wręcz przeciwnie. Po „Karaluchach” naszła mnie ochota na kolejną superprodukcję.

Ale teraz uznałam, że mojego porannego audiobooka zastępują materiały do francuskiego. Skoro książka funkcjonowała, to czemu nie fiszki?

„Karaluchy” jako historia bardzo mi się spodobały. Z pewnością przeczytam pierwszy tom przygód Harry’ego Hole. Tylko szkoda, że nie będzie tam mojego cudownego Jensa Brekke, w którym absolutnie się zadurzyłam.

I doszło do tego, że tak się ze wszystkimi zaprzyjaźniłam, że nie potrafię nawet sklecić recenzji! I dobrze. Ten audiobook to mój przyjaciel i ma prawie same zalety.

poniedziałek, 21 października 2013

"Kąpiąc lwa" - Jonathan Carroll



Nie znałam Carrolla. Czasem jego nazwisko przemykało mi przed oczami, ale nigdy nie trafił w moje ręce. A potem, z ręką pokrytą jakimiś dziwnymi drogami, objawił się, by powiedzieć: Przeczytaj mnie. To o śnie, to o Chaosie i Porządku. To jest o czymś. I było. Przeczytałam, bo tak należało. W końcu sam mi powiedział, że powinnam to zrobić.

Spodobało mi się, że Carroll zaburza mój obraz. Może nie tyle rzeczywistości, co lektury. Opowiada o kimś, ja w głowie tworzę jakiś wizerunek danej osoby, po czym on kilkanaście stron dalej decyduje się na opisanie jej i cała moja układanka się rozpada. Potem poznaję życia kilkorga ludzi – zwyczajne, do momentu snu. Wszyscy dzielą ten sam sen, a następnie świat się rozsypuje i trzeba go poskładać do kupy. Od absurdu, poprzez akceptację i aż nadmierne zrozumienie. Carroll się nimi bawi.

Pytam sama siebie, czemu potrzebowałam tak dużo czasu, by w końcu się z nim zapoznać. Nie spodziewałam się takiego świata, takiego języka i takiej kreacji wszystkiego. „Kąpiąc lwa” mnie zachwyciło. Smakowałam tę książkę, szukając w niej odniesienia do życia. Sama nie wiem, czy je znalazłam. Może brakowało mi skupienia, a może nie było niczego do znalezienia, a może tylko sobie uroiłam, że coś jest tam ukryte. Z drugiej jednak strony Carroll ma w tej książce rację.

Niestety mam również takie wrażenie, że Carroll bawi się nie tylko bohaterami, ale też mną. Na końcu poczułam się, jakby rozsypał na stole mąkę i powiedział, że jest tutaj pszenna i żytnia, które powinnam od siebie oddzielić, a gdy ja żmudnie się nad tym napracowałam, przyszedł znowu i stwierdził, że to tak naprawdę nowy gatunek mąki, więc po co ja się w tym w ogóle grzebię?

Bycie lalką jest jednak przyjemne. Tak przyjemne, że chcę więcej. Baw się mną, panie Carroll, baw.

poniedziałek, 14 października 2013

"52 reasons to hate my father" - Jessica Brody ("52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca")



Rozpuszczona córeczka bogatego tatusia rozwala po pijanemu samochód, wjeżdżając w sklep. Trzy dni przed swoimi osiemnastymi urodzinami, kiedy to ma otrzymać czek na dwadzieścia pięć milionów dolarów. Po całym tym wydarzeniu tatuś, który pojawia się w domu rzadko i na krótko, postanawia krnąbrne dziewczę ukarać i mówi, że nie dostanie tych pieniędzy, jeśli przez rok nie podejmie się pięćdziesięciu dwóch prac normalnych ludzi (czyli, krótko mówiąc, plebsu). Lexington nie przepracowała ani jednego dnia w życiu, więc uważa to za kaprys ojca, który minie. Kaprys nie mija. W dodatku nadzorować ma ją denerwujący, młody mężczyzna.

W świecie pieniędzy, luksusu, skandali oraz publicznego wizerunku spotykamy Kopciuszka. Dziewczynę, która uczy się, jak ciężko pracują zwyczajni ludzie, a także jak żyją. Lexington pracuje jako grabarz, sprzedawca fast foodów, myje samochody, układa towary w centrum handlowym. Do tego stara się radzić sobie z życiem rodzinnym oraz poznać lepiej matkę, która od wielu lat nie żyje. Dla osoby, która przez całe życie nie musiała o nic walczyć, jest to bardzo ciężka przeprawa.

Z pozoru książka jest błaha. O rozpuszczonych amerykańskich nastolatkach można wiele przeczytać i choć Lexington z początku wydaje się niereformowalna i pusta, z czasem okazuje się, że jest inaczej. Mimo to nie przechodzi całkowitej przemiany osobowości, co uważam za plus, bo nadaje tej książce trochę więcej realności. I powody, dla których nienawidzi swojego ojca (zresztą głównie tytuł mnie skusił do przeczytania tej lektury, bo okładka – zarówno polska jak i oryginalna – jest okropna), stają się czymś innym.

Nie jest to najambitniejsza książka świata – ba!, ona praktycznie wcale nie jest ambitna. Jest lekką lekturą, która ma za zadanie uzmysłowić, że jedni żyją lepiej, inni gorzej, ale generalnie wszyscy są ludźmi. Czyta się ją lekko i przyjemnie. Oryginał jest napisany bardzo prosto, choć nie bez polotu. Pozytywnie i z humorem. Brakuje mi tylko jednej rzeczy – więcej na temat prac bohaterki. I może pewnego trochę zbyt cukierkowego aspektu pod koniec książki. Generalnie jestem nią bardzo pozytywnie zaskoczona. Choć miałam wobec niej spore oczekiwania, nie spodziewałam się, że zdoła uniknąć pewnych wad. Niektórych jej się nie udało, inne zaś zgrabnie ominęła.

No i jest dość przewidywalna, ale to akurat normalne w literaturze młodzieżowej, więc nie warto nawet o tym wspominać.

piątek, 11 października 2013

"Revenge wears Prada" - Lauren Weisberger ("Zemsta ubiera się u Prady")



Gdy na rynku pojawiła się powieść „Diabeł ubiera się u Prady”, podniosły się głosy, że Miranda Priestly to skóra żywcem zdjęta z Anny Wintour – naczelnej amerykańskiego Vogue’a. Nie bez powodu – autorka, tak samo jak bohaterka, była w swoim czasie asystentką diabelskiej pani redaktor. Po wydaniu książki Anna Wintour zaprzeczyła, jakoby znała Lauren Weisberger i zakazała wspominania o niej w biurze. I teraz nadeszła zemsta. Moim zdaniem Weisberger nie poradziła sobie ze zignorowaniem jej osoby przez Annę Wintour i postanowiła napisać kolejną część bestselleru. Tylko, pytam, po co?

Dziesięć lat później Andy wychodzi za mąż za pewnego bogacza, sama założyła z Emily (tak, z tą samą Emily, pierwszą asystentką Mirandy) ekskluzywny magazyn ślubny. Jest w ciąży i zdaje się, że jej życie się układa. Dopóki gdzieś nie spotyka Mirandy i zaczyna panikować. A potem Elias Clark chce wykupić ich magazyn. Mówiąc ściśle – Miranda Priestly chce wykupić ich magazyn.

O ile w „Diable” Andy dawała się lubić i wzbudzała nawet sympatię czytelnika, to w „Zemście” uparcie działa wbrew zdrowemu rozsądkowi, wciąż jest tak samo niedojrzała, a osioł jest bardziej zgodny. Sama nie wie, czego chce. Początkowo książka jest ciekawa, ale im dalej, tym gorzej się ją czyta – bo od razu wiadomo, do czego ona zmierza. I wcale nie jest to pocieszające zakończenie, bo mocno wtórne. A naprawianie błędów z przeszłości jest czasem zwyczajnie głupie. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, więc po diabła próbować? Ale już dawno było dla mnie jasne, że Andy nie posiada czegoś takiego jak rozum. Potrafi się tylko użalać nad sobą i żyje traumami sprzed dziesięciu lat, zamiast zabrać się za siebie.

Czytając „Zemstę” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to autentyczna próba zemsty autorki na Annie Wintour i tylko w tym celu została napisana ta książka – by się przypomnieć. Moim zdaniem to próba nieudana. Czym owa zemsta w książce jest – nie wiem. Bo Andy nie chce sprzedać magazynu? A może zemstą jest to, że Miranda chce go kupić? Czy po prostu to, że weszła do ich życia na nowo? Nie wiem, ale którakolwiek z tych opcji miałaby być prawdziwa, jest wyjątkowo naciągana i niewarta wspomnienia. Po tej lekturze dochodzę do wniosku, że Weisberger jest dokładnie taka jak jej bohaterka – niedojrzała i szukająca wiatru w polu. U autorki widać urazę – ranę, którą ciągle na nowo rozdrapuje, by zwrócić na siebie uwagę. U bohaterki zaś robienie z siebie ofiary. Może i nią była, ale to ona na końcu kazała się Mirandzie pierdolić (czyżby pobożne życzenie samej autorki?), więc poważnie się zastanawiam, jak bardzo to wszystko jest w kontynuacji naciągane.

Na bohatera nie powinno się patrzeć jak na autora, ale czasem on sam się o to prosi. Tak jest w tym wypadku. „Diabła” bardzo lubię, ale „Zemsta” jest tak słabą książką, że wręcz niewartą czytania. Nie wiem, czy to terapeuta Weisberger kazał jej napisać tę książkę jako element terapii, czy ona sama wpadła na ten pomysł, ale dla świata byłoby lepiej, gdyby zachowała ją dla siebie, a nie prezentowała poczciwym czytelnikom. Jeśli zamierza znęcać się nad Mirandą i pokazywać, jak to Andy się rozwinęła – poległa. Mirandy w książce jest tyle, co kot napłakał, a Andy jest dokładnie taka sama jak dziesięć lat temu.

środa, 9 października 2013

"Stara Słaboniowa i Spiekładuchy" - Joanna Łańcucka



Gdyby Jakub Wędrowycz urodził się jako kobieta, z całą pewnością byłby starą Słaboniową. Stara kobieta, najstarsza w wiosce. Zielarka i jedyna, która wierzy we wszelakie heretyckie zabobony. To złym okiem popatrzy, to kogoś przeklnie. Nikt w to oczywiście nie wierzy, ale szepcą między sobą, oj, szepcą, że ta Słaboniowa…

Wiedźm i upiorów w literaturze niemało. Ale za to mało kawałka dobrej literatury, która mówi nam, że jest coś, o czym się nawet filuzofom nie śniło. Książka ta nie potwierdza, że Bóg istnieje, ale też nie zaprzecza jego obecności. Jest prosta, jak życie na wsi – jest dobro i jest zło. A co jest czym, to już od nas, ludzi, zależy. A zło przyjdzie i tak – prędzej czy później – czy w nie wierzymy, czy też nie. Jedynie Słaboniowa ratuje tych, którzy (nie) wierzą, a w kłopoty i tak się pakują. Później dla własnego dobra zapominają.

Zmory, Strzygi, Kozły, Południce i inne cuda słowiańskiego folkloru, a i voodoo tam zbłądzi. Trochę opętań, nieobyczajności, wódka leje się litrami, a Słaboniowa obiera ziemniaki. Jaka jest historia tej kobiety? Kim była, a kim teraz jest?

Język może niejednego czytelnika przyprawić o ból głowy – Joanna Łańcucka posługuje się pięknym językiem wsi, który o standardowym polskim nigdy nie słyszał, ale do tej książki pasuje doskonale i tworzy niezwykłą atmosferę świata na pograniczu tej oczywistej dla nas, współczesnej rzeczywistości, a tym, co znajduje się poza naszym postrzeganiem.

„Stara Słaboniowa i Spiekładuchy” to kawał dobrej, polskiej literatury popularnej. Na bestseller raczej nie ma szans, a to wielka strata, bo wśród tego fantastycznego chłamu znalazłoby się z całą pewnością miejsce dla tekstu napisanego z sercem, pomysłem i dbałością o trwałość słowiańskiej kultury. Słaboniowa jest tak dobra, że aż żal zamykać książkę, gdy już się skończy. A może to nie koniec?

W końcu to od nas zależy, w co wierzymy.