piątek, 23 sierpnia 2013

"Irena" - Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska



Na imię jej Irena. Czasem babcia, czasem ciocia, ale bez wątpienia najważniejsza osoba w rodzinie, chociaż krwi wspólnej nie mają. Irena to kobieta nie do zdarcia. Nie to co nasze dwie bohaterki, które rozpadają się na kawałki z własnej winy. Zatem nadchodzi Irena z klejem pełnym miłości i próbuje poskładać je do kupy. Zapowiada się nijako i powtarzalnie. Ale Irena sobie na to nie pozwoli.

Jagoda jest młodą kobietą, która odnosi sukcesy w korporacji. Jej matka zaś, Dorota, nie może się za nic zabrać, bo organizacyjnie do niczego się nie nadaje (zdecydowanie nie można powiedzieć, że jaka matka, taka córka). Nie bez powodu powstaje między nimi konflikt. Dla Jagody praca jest wszystkim, Dorota zaś nie potrafi zrozumieć, dlaczego jej córka nie ma chłopaka/męża/dziecka. W dodatku w tle czai się pewna tajemnica, którą Dorota pragnęłaby pogrzebać dla wszystkich, ale nie dla siebie samej.

Książka ta opowiada o konflikcie pokoleń, którego podobno nigdy pomiędzy autorkami (czyli również matką i córką) nigdy nie było. I choć jest napisana prostym, potocznym językiem, przez co czyta się ją bardzo szybko, to ma w sobie coś, co porusza. Nie bez powodu sama sięgnęłam za telefon, by rozwiązać pewien problem – ta książka mnie zainspirowała. I to na tyle mocno, że choć zwykle przed owym telefonem broniłabym się rękami i nogami, to znalazłam w nim sens. Co tu dużo mówić – autorki bardzo mądrze to potraktowały. Prawdziwie, z wyczuciem i uczuciem. W tej książce wszystko jest idealnie wyważone, nie ma przesady w żadną stronę, a jeśli jest, to wpisana w osobowość bohaterki. Problemy też nie są wydumane.

Jedyną wadą tej książki jest dla mnie język. Choć rozumiem jego użycie, to na początku był niemiłosiernie frustrujący i choć z czasem się przyzwyczaiłam, to wciąż się zastanawiam, dlaczego nie można było tego napisać ładnym literackim językiem. Choć wtedy najprawdopodobniej nie odczułabym tych wszystkich kłębiących się emocji, które kazały mi samej zająć się moim życiem. Pod względem fabularnym i emocjonalnym jest to naprawdę świetna książka. Językowym trochę gorzej, ale nie wykluczam zwyczajnego czepialstwa z mojej strony. Przecież nie wszystko musi być idealne i od linijki. „Irenie” by to pewnie zaszkodziło.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"Ingrid Bergman. Prywatnie" - Aleksandra Ziółkowska-Boehm



Nie znam Ingrid Bergman jako aktorki (poza „Casablancą”), a na tę książkę zdecydowałam się głównie dla jej autorki – lata temu czytałam „Podróże z moją kotką” Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm i mam bardzo dobre wspomnienia z tą książką. To, oraz moja miłość do biografii i bezczelne zainteresowanie życiem innych ludzi sprawiło, że przeczytałam „Ingrid Bergman. Prywatnie”.

Na uwagę zasługuje wydanie. Z daleka wygląda na pokrytą skórą z wytłoczonymi złotymi napisami okładkę – czyli szczyt książkowej elegancji. Papier nie jest śnieżnobiały, ale przyjemnie naturalny, lekko szarawy. I ten zapach! Wywołujący wiele czytelniczych wspomnień. W środku znajdują się skany listów aktorki oraz zdjęć Ingrid oraz jej rodziny – nie na kolorowym, błyszczącym papierze, ale na tym samym co książka, czarno-białe, co – mimo tego technologiczno-konsumpcyjnego przyzwyczajenia – uważam za bardzo dobry pomysł. Wydanie tej biografii zachwyca.

Mimo słowa „prywatnie” na okładce, które większość potraktowałaby jako chwyt marketingowy, muszę przyznać, że autorka może coś na temat osoby aktorki w życiu prywatnym powiedzieć – rodzina jej męża jest spokrewniona z Ingrid Bergman i rodziny utrzymywały dobre kontakty oraz ciągłą korespondencję. Ziółkowska-Boehm bazowała też sporo na autobiografii aktorki i w efekcie przedstawiła portret ciepłej i pełnej miłości kobiety. Skandali w tej książce nie uświadczycie, ale wejdziecie do trudnego, choć radosnego świata. To bardzo przyjemna książka, choć daleko jej do bestsellerowych biografii, które żerują na celebrytach. To zalicza się na zdecydowany plus.

Bardzo ciekawa lektura, choć nie zaliczyłabym jej do moich ulubionych. Bardzo ciepła, ale dla mnie trochę zbyt spokojna.

czwartek, 15 sierpnia 2013

"Tak blisko..." - Tammara Webber



Prawie wszystkie książki dla młodzieży pisane są na jedno kopyto – trudno zaprzeczyć, bo widać to zarówno w stylu pisania, w fabule jak i kreacjach postaci. Różnic jest tak niewiele, że można spokojnie zignorować to, że jakieś tam są. Przez to zawsze wiem, czego się spodziewać, jednak gdy trafię na dobrą książkę młodzieżową, jestem niezmiernie zdumiona. Gdy okaże się, że ta książka jest bardzo dobra, zastanawiam się, czy nie powinnam zmienić swojej opinii wobec całego gatunku.

Opis wydawcy „Tak blisko…” jest jednym z tych, które wprowadzają w błąd. Opowieści o „nieoczekiwanej potędze miłości”, „fascynacji” i innych romantycznych frazesach niewiele mają z faktyczną treścią tej książki wspólnego. Powieść ta różni się od innych sobie podobnych początkowo wiekiem bohaterki (jest studentką, a nie uczennicą liceum), jej problemem (co prawda chłopak ją rzucił, ale to jest tylko jedna z przyczyn prawdziwych kłopotów, które nie są przez nią samą spowodowane) i językiem (dobry, naprawdę dobry, co było pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła).

„Tak blisko…” pokazuje, że miłość nie  bierze się z powietrza, co jest piękne i nareszcie życiowe. Coś się musi wydarzyć, by uczucie stało się naprawdę silne. Autorka bardzo dobrze opisała otoczenie, które może w głębi serca w coś wierzyć, ale i tak zdecyduje się na wybranie wygodnej i prostej drogi, byle nie musieć mierzyć się z sytuacją, która może zaważyć na dobrej opinii jednostki bądź organizacji. Widać też prawdziwą przyjaźń i to, co jest jej namiastką. Ta książka zawiera w sobie bardzo dużo pozytywnych cech i z wyjątkiem narracji pierwszoosobowej (choć, o dziwo, również poprowadzonej w naprawdę dobry sposób – nie pokazuje niedojrzałości bohaterki, co z miejsca zasługuje na uznanie) ciężko w niej cokolwiek skrytykować.

Poruszająca, skłaniająca do refleksji i mocno wciągająca. To naprawdę dobra książka na poziomie zdecydowanie wyższym niż literatura młodzieżowa, a i niektóre „dorosłe” lektury mogłyby się od niej czegoś nauczyć.

środa, 7 sierpnia 2013

"Kind der Prohpezeihung" - David i Leigh Eddings ("Pionek proroctwa")



Państwo Eddings zasiedli kiedyś do kolacji i pomyśleli: Napiszemy książkę! Jak pomyśleli, tak zrobili i powstała z tego cała seria.

No dobrze, nie jestem pewna, czy to było przy kolacji. Czy może Leigh powiedziała Davidowi, że on nie ma pojęcia, jak się pisze i że ona mu pokaże, jak to się robi (słyszałam opinię, że książki napisane przez samego Eddingsa, bez jego żony, nie są już tak dobre). Niemniej w jakiś sposób się dogadali i napisali serię o czarodziejach (choć oni sami się tak nie nazywają), królach, przepowiedniach i dzieciach. Ale może od początku.

Garion jest chłopcem wychowywanym na farmie przez swoją ciotkę Pol. Kobietę charakterną, wspaniałą. Czarnowłosą ze srebrnym pasemkiem. Osobę, z którą nie należy się kłócić. Jednak w związku z pewnymi wydarzeniami muszą oni uciekać z farmy. W trakcie podróży Garion dowiaduje się, że ciotka Pol po pierwsze wcale nie jest jego ciotką, a po drugie w ogóle nie jest tym, za kogo się ją uważa.

Gdybym miała określić, co podoba mi się w pierwszym tomie Belgardiady, na pewno jako pierwszą wymieniłabym ciotkę Pol, jako drugie jej teksty, a jako trzecie jej stosunki z Wilkiem. Sam Garion jest trochę mało rozgarnięty i lubi pakować się w kłopoty. Pozostałe postacie również są ciekawe, zabawne i zdecydowanie godne uwagi. Niemniej książka trochę się ciągnie, akcji jest mało, mimo to ma w sobie coś, co kojarzyłabym poniekąd z Wiedźminem. W nim też jest więcej włóczęgi niż działania, przynajmniej w mojej opinii.

Co prawda czytałam tę książkę po niemiecku, jednak uważam za godną wspomnienia informację o polskim tłumaczu – „Pionek proroctwa” został przełożony przez Piotra Cholewę, czyli naczelnego tłumacza Pratchetta, dlatego można przypuszczać, że polska wersja będzie przynajmniej przyzwoita. Ja już tak się przyzwyczaiłam do niemieckiego brzmienia dialogów, że chyba nie dałabym rady czytać po polsku, ale warto zajrzeć.

Samej serii póki co ocenić nie mogę. Pierwszy tom bardzo mi się podobał, choć nie jest przejawem literacko-fantastycznego geniuszu – ot, dobra książka z ciekawą ideą, na której rozwinięcie czekam. Podobno to klasyka, ale przyznam, że do niedawna w ogóle o niej nie słyszałam. Póki co wstrzymuję się przed krytyką i pochwałami. Belgariada mnie zaintrygowała i zobaczymy, jak rozwinie się moja znajomość z nią. Obecnie jestem na „tak”. Myślę, że może być tylko lepiej.

(Na okładkach jest napisane, że Belgariadę napisał sam David, ale słyszałam co innego i obstaję przy tej "co innego" wersji.)

sobota, 3 sierpnia 2013

"Kijem i mieczem" - Kevin Hearne




 

Dwanaście lat od czasu akcji w „Zbrodni i Kojocie” Atticus, Granuaile, Oberon i wszelacy bogowie oraz potwory tego świata wracają, by rozpocząć Ragnarӧk, bądź mu zapobiec. Po dwunastu latach Granuaile jest nareszcie gotowa, by zdobyć druidzkie tatuaże i zostać spleciona z ziemią. Niestety niektórzy bogowie dowiadują się, że ostatni druid i jego uczennica wcale nie umarli, jak ci utrzymywali, lecz mają się dobrze, więc postanowili im poprzeszkadzać – a raczej brutalnie i dość krwawo zabić.

Widać w tej części sporo zamieszania, które jest następstwem działań, w wyniku których druid sfingował swoją śmierć. Dla osób, które serii jeszcze nie znają – a bez wątpienia powinny to nadrobić – ukryję może informacje, co też Atticus wyczyniał. A było tego sporo. Nie bez powodu Bachus się na niego wściekł i poprzysiągł, że go rozszarpie, a nordyccy bogowie uważają, że druid jest im coś winien. I każdy, z niewielkimi wyjątkami, chce go zabić, wykorzystać do swoich celów lub poślubić. W tym wszystkim musi on znaleźć trzy miesiące na splecenie swojej uczennicy z ziemią. Oczywiście stwarza to pewne problemy.

Bardzo mnie cieszy, że Kevin Hearne nie próbował ciągnąć serii przez kolejnych dwanaście lat i – co byłoby nieuniknione – zanudzać czytelnika powtarzalnością. Przeskok w czasie dobrze zrobił serii, choć w bohaterach nie zmieniło się nic – poczucie humoru wciąż takie samo, wygląd też (może pomijając przyrost masy mięśniowej u Granuaile i zmianę stylizacji brody Atticusa). I świat też zdaje się stać w miejscu, widoczne zmiany nie zaszły. Przynajmniej w świecie ludzi, bo w krainach bogów się sporo dzieje. Im się chyba nigdy nie nudzi.

„Kijem i mieczem” jest na tym samym poziomie, co poprzednie tomy. Jest to dość zaskakujące, przynajmniej dla mnie, ale w jakiś sposób też nużące. Najbardziej wkurzający druid wszech czasów już od pięciu tomów próbuje nie dać się zabić, a biorąc pod uwagę, że próbują to zrobić bogowie, wampiry, elfy i inne stworzenia, to każdy normalny (śmiertelny!) człowiek powinien w końcu, tak dla świętego spokoju, zginąć. Lubię Atticusa i nie chcę jego śmierci, ale skłoniło mnie to do zadania sobie pytania: ile jeszcze to będzie trwało? Szósty tom został już wydany. I choćbym chciała czytać Kroniki Żelaznego Druida w nieskończoność, liczę, że autor poprzestanie na siedmiu. Szkoda by było jednej z moich ulubionych serii.


PS Przy recenzji poprzedniego tomu wspomniałam o smoku i autorze. Mianowicie napisałam autorowi na Twitterze, że brakuje mi w jego książkach smoka. Odpisał, że może dalej w serii. I wiecie co? W tym tomie pojawiła się smoczyca! Gdy to zobaczyłam, wręcz skręciło mnie z radości. Poczułam się, jakby została ona napisana specjalnie dla mnie. Może zresztą tak właśnie było?