sobota, 30 marca 2013

"Niewinna" - Taylor Stevens




Vanessa Michael Munroe powraca w pełnej krasie. Po prawie roku oczekiwania pojawia się w Polsce druga część przygód jednej z najlepiej wykreowanych kobiet, z jakimi miałam do czynienia w literaturze. Kobiety silnej, bezwzględnej, ale też cierpiącej. Choć nie z miłości, nie tym razem. Nie ta książka, nie ta postać. Nie ten świat.

Tym razem z Afryki przenosimy się do Argentyny. Trafiamy do rzeczywistości sekt i mafii. A może do miejsca, w którym można zadać sobie pytanie, ile można zrobić dla przyjaźni? W książkach Stevens piękne jest to, że przekraczają pewne granice – wartości życia i śmierci. Nadają uczuciom więcej znaczenia niż książki, które gloryfikują miłość i romans. Tutaj przedstawione jest to w zupełnie innym wymiarze. Bardziej dobitnym, poniekąd realniejszym i refleksyjnym, choć też na inny sposób niż słodka miłość trwająca wieczność i jeden dzień dłużej. Gdyby nie Munroe i jej przeszłość, wszystko wyglądałoby inaczej. Ale to ona jest bohaterką – ona determinuje ten świat.

Munroe w „Niewinnej” działa na zlecenie swojego przyjaciela – ma za zadanie odzyskać porwaną przez sektę Wybranych córkę byłej członkini owej grupy. Munroe musi przedostać się do sekty, ponieważ dziewczynka często przenoszona jest z miejsca na miejsce. Okazuje się, że u Wybranych dzieją się rzeczy złe, brudne. I czy Michael będzie w stanie poradzić sobie z pewnymi rzeczami, które ją spotkają? Oczywiście na gruncie psychicznym.

Jeśli chodzi o fabułę, jest słabsza niż w „Informacjonistce”. Brakowało mi tego bezbrzeżnego zachwytu od początku do końca książki. Zauważałam nawet potknięcia językowe, co mi nigdy w trakcie czytania nie zdarza (albo moja koncentracja się poprawiła, albo lektura je uwypukla). Czy to niepasujące słownictwo, czy też błędy stylistyczne, albo zabawnie przetłumaczone zwroty, których w polskim się raczej nie używa. Dla mnie jednak nie ma to większego znaczenia. Ważna jest treść. I choć bohaterka oraz jej otoczenie mnie zachwycało jak i w poprzednim tomie, to cała historia ratowania Hanny wydała się raczej dodatkiem do pracy nad kreacją Munroe.

„Informacjonistka” była dla mnie książką wręcz genialną, „Niewinną” oceniłabym trochę nie po polskiemu jako bardzo świetną, choć gdyby pozbawić ją bohaterki, oscylowałaby między dobrą a bardzo dobrą. Fabuła niestety nie przyciąga tak mocno, nadaje zbyt mało znaczenia całej książce. Najważniejsze rozgrywa się gdzieś w przestrzeni, pomiędzy jedną a drugą wycieczką do siedziby sekty. Choć sam główny wątek nie jest zły, wycofuje się na dalszy plan.

Jeśli jednak nie znacie Vanessy Munroe, polecam sięgnąć po „Informacjonistkę”, a jeśli już ją znacie, „Niewinna” jest bardzo dobrym rozwinięciem jej osoby. Niestety niedoskonałym. Na szczęście w czerwcu pojawi się za granicą kolejny tom, może tym razem mocniejszy w wyrazie.

wtorek, 26 marca 2013

"Seryjni mordercy XX wieku" - Anna Poppek



Mordercy fascynują. I choćbym chciała temu zaprzeczyć, nie mogę. Niektórzy obierają ich sobie za wzór, inni raczej podchodzą do nich ze strachem i obrzydzeniem. Są też osoby, które widzą w nich ciekawe obiekty do obserwacji pewnych zachowań. Mimo to sam fakt istnienia seryjnych morderców jest czymś, co zwraca uwagę, co frapuje – bez względu na podejście ludzi do tego tematu.

Na ten temat powstało wiele książek, choć mi zawsze brakowało przeczytania jakiegoś morderczego kompendium. „Seryjni mordercy XX wieku” Anny Poppek poniekąd spełnili moje wymagania – dostałam zbiór ponad dwudziestu morderców w jednej książce i muszę przyznać, że wiele mi to dało – a raczej mojemu podejściu do tematu. Chyba po raz pierwszy w życiu poza fascynacją mordercami poczułam coś na kształt obrzydzenia. I dla mojego zdrowia psychicznego muszę za to podziękować. Myślę, że tego potrzebowałam.

Zanim jednak autorka przejdzie do przedstawienia naszych antybohaterów, otrzymujemy wywiad ze znanym polskim specjalistą kryminalistycznym Brunonem Hołystem, który ogólnie opowiada na temat profilu mordercy i „publicznej” twarzy w społeczeństwie. I z tej książki dowiedziałam się, że w tym roku w Polsce wyjdzie na wolność wielu morderców w związku z amnestią z 1988 roku. Zatem radzę uważać na ulicach…

Jeśli chodzi o samych morderców, mamy przekrój psychopatów zarówno z początków XX wieku oraz z końca. Amerykańskich i europejskich oraz kilku polskich. Oprócz tak znanych postaci jak Ted Bundy, Charles Manson oraz Jeffrey Dahmer poznałam osoby, o których nigdy nie słyszałam. Ich portrety przedstawiają ich zbrodnie, drogę do ich schwytania oraz prawdopodobne powody mordowania. Są to krótkie i naprawdę ciekawe biografie, jednak zdecydowanie pedofile i mordercy dzieci nie zyskują mojej sympatii. A na pewno nie tacy, którzy dodatkowo zjadają swoje ofiary na obiad… Czuję się po tej książce bardzo otrzeźwiona.

To bardzo ciekawa książka, która trafiła do mnie akurat w odpowiednim momencie, gdzie w mojej głowie wszystko się przestawia. Czy to oznacza zbliżający się koniec fascynacji mordercami? Muszę przyznać, że Anna Poppek wykonała bardzo dobrą pracę, kondensując te postacie i nie łagodząc ich. Przez to nabierają mocnego wyrazu i widzę ich w innym świetle. Zainteresowanym tematem zdecydowanie polecam.

sobota, 23 marca 2013

"Zabić ojca" - Amelie Nothomb

Choć Freud zwykle miałby używanie na naiwnych pisarzach (w końcu tekst można interpretować jak sen, czyli wyciągnąć z niego niebywałe wręcz informacje), to Amelie Nothomb postanowiła, że zagra mu na nosie i na dzień dobry zabija ojca.

Oczywiście zabójstwo jest bardzo metaforyczne. Po pierwsze mowa nie jest o ojcu prawdziwym, ale wybranym. Mimo to schemat kompleksu Edypa zdecydowanie ma tu swoją - nawet nazwaną po imieniu - rolę. Jest ojciec i jest matka. Bohater zaś pała afektem do kobiety, która pełni rolę matki, choć - tak samo jak ojciec - zdecydowanie nią nie jest. I choć między bohaterami panuje coś na kształt relacji rodzic-dziecko, choć nie takiej typowej. Syn jawnie pragnie posiąść matkę i przy okazji zdegradować ojca. Zabić ich związek, zniszczyć mu życie. I samemu na tych zgliszczach rozkwitnąć.

Najlepsze jest to, że oni zdają sobie z tego sprawę. Matka jest zaledwie pionkiem, liczy się tylko ojciec i syn. I to, kim są oraz czego oczekują. Kto tak naprawdę kogo kształtuje? I czy można komukolwiek wierzyć?

Amelie Nothomb po raz kolejny mnie zachwyciła kreacjami postaci, samą historią i tym momentem, w którym zaczyna mi się coś robić w myślach i uczuciach. W krótkiej formie potrafi zawrzeć naprawdę wiele. Nie odczułam niedosytu po tych niespełna trzech kwadransach czytania. Autorka po prostu powiedziała to, co chciała, jak chciała i zrobiła to naprawdę dobrze.

I myślę, że czasem warto zabić ojca. Choćby symbolicznie.

środa, 20 marca 2013

"Katharine Hepburn" - Charlotte Chandler

Z Katharine Hepburn znam jedną anegdotę. Gdy Audrey Hepburn (jeszcze mało znana jako aktorka) poszła do jednego projektanta po sukienkę na jakąś galę, jego asystentka powiedziała, że przyszła panna Hepburn. Ten myślał, że chodzi o Katharine (już od lat wielką gwiazdę) i gdy zobaczył małą, słodką Audrey był rozczarowany. Jednak sukienkę i tak zrobił. Bo Audrey kochał każdy. Jednak bardziej chodzi o to, że często panny Hepburn są mylone (sama niedawno, gdy mówiłam, że czytam biografię Katharine i powiedziałam, że żadnego filmu z nią nie widziałam, usłyszałam zdziwione: "Nawet 'Śniadania u Tiffany'ego'?", na co musiałam wyjaśnić, że mowa o innej pannie Hepburn). Jeśli chodzi o świat filmowy, lubię poznawać nawet osoby, których na ekranie nigdy nie widziałam.

Katharine Hepburn była osobą niezwykle ciekawą i pozytywną. Może bywała apodyktyczna, jednak wciąż można w niej dostrzec pewien urok. Życie miała bardzo dobre, powodów do narzekań niewiele (zresztą została wychowana tak, by na złych rzeczach się nie skupiać). Przeżyła swoją życiową miłość, zrobiła karierę, ale nie żyła dla niej, a dla siebie. Osiągnęła niewątpliwy sukces i gdzieś w tym można zauważyć jej przekorę wobec całego tego hollywoodzkiego blichtru - lekceważyła Oscary (na galach się nie pojawiała, bo mówiła, że nie lubi przegrywać i nie zniosłaby, gdyby w trakcie nominacji nie zdobyła statuetki), dbała o swoją prywatność i nie żyła dla filmów - tylko dla gry. Może właśnie dlatego szczególnie kochała teatr. Kroczyła lekkim krokiem przez życie z jednym tylko cieniem na ramieniu - śmierci swojego brata. Reszta jej życia zdaje się być niezwykle radosna, nie beztroska, ale bez wydumanych problemów, jakie często mają gwiazdy. W tej sytuacji myślę, że obie panny Hepburn mają w sobie coś podobnego - tę radość z życia z lekkim cieniem smutku. I dobroć, choć w obu przypadkach wygląda ona inaczej.

Książka ta jest biografią niezwykłą, bo poniekąd opowiadaną przez samą aktorkę oraz jej znajomych i współpracowników. Czyta się ją jak dobrą powieść, nie jest sucha i nie zarzuca faktami, ale bardziej wrażeniami i przeżyciami. Jest bardzo pozytywna. Co prawda mało wchodzimy w świat filmowy, ale dla samej postaci Katharine Hepburn warto ją przeczytać. Miała bardzo ciekawe spostrzeżenia odnośnie życia i mówiła wiele słów, z którymi się zgadzałam. Jest to też jedna z niewielu biografii, która mnie satysfakcjonuje pod względem bardziej formalnym - nareszcie dostaję pełną filmografię (podzieloną na kinową i telewizyjną), indeks oraz streszczenia filmów w treści książki wyróżnione tak, by można je ewentualnie pominąć wzrokiem (niektóre zawierają bardzo poważne spojlery). Poza tym nie jest to bezsensowne doszukiwanie się skandali, ale przedstawienie życia w taki sposób, w jaki sama aktorka je chciała przedstawić, dlatego też nie czuję najmniejszego niesmaku po lekturze.

Moja przyjaźń z legendami kina się rozwija. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na tę książkę.

poniedziałek, 18 marca 2013

"Orzeł bielszy niż gołębica" - Konrad T. Lewandowski

W liceum miałam rozszerzoną historię, jednak dobra z tego przedmiotu nigdy nie byłam. Zawsze wydawał mi się za mało kreatywny i zbyt trudny do pojęcia (a już sam sens jego nauczania całkowicie mi umykał). Dobrym rozwiązaniem było czytanie powieści historycznych, gdzie ogólny zarys danych wydarzeń zawsze mi pozostawał. Z historią mam jak z angielskim - samą w sobie lubię, ale zanim każecie mi się jej uczyć - zabijcie mnie.

Ciekawe historyczno-fantastyczne hybrydy Konrada T. Lewandowskiego są mi już trochę znane (z "Anioły muszą odejść" i przedstawionego tam Powstania Warszawskiego), dlatego możliwość zapoznania się z jego alternatywną wersją Powstania Styczniowego w konwencji steampunkowej przyjęłam z radością.

Choć faktów historycznych wciąż nie znam (próbowałam je ogarnąć, ale jak zwykle okazałam się odporna na wiedzę), zafascynował mnie świat przedstawiony, a raczej postacie. Bardziej i mniej fikcyjne. Romuald Traugutt, Emilia Plater i inni. Także osobistości warszawskich salonów i nasz główny bohater - młody wojskowy oraz jego ukochana, podwładna panny Plater.

Jeśli miałabym wybrać ulubioną postać, zdecydowanie byłaby nią pani generał. Prawdziwa kobieta z jajami, dziewica i kochanka Polski (dobrze, że Polska jest kobietą, bo przynajmniej pasuje do gustów panny Plater). Babcia narodu i jednocześnie jędza, która dla dobra kraju zdecyduje się na wiele (nie bez powodu wiadomo, że "gdzie Traugutt nie może, tam Platerównę na miotle pośle"). Postać pełna kontrastów i przez to bardziej żywa od samego dyktatora, a nawet głównego bohatera, który charakteru ma zaledwie odrobinę.

Rewelacyjnym punktem jest jak zawsze u Lewandowskiego odniesienie do religii. Papież spiskuje z carem, grozi Polsce ekskomuniką. Ale Polak chce, Polak potrafi i w książce powstaje zalążek naszego własnego krajowego kościoła niezależnego od Watykanu.

Na początku powieści przytłoczyły mnie trochę szczegóły techniczne funkcjonowania twardochodów (czyli czegoś, co wyobrażałam sobie jako czołgi na naftę i wodę utlenioną), ale później skupiłam się bardziej na polityce i postaciach. Książka po raz kolejny okazała się świetna, choć, jak już wspomniałam, na początku czytała się trochę opornie. Z czasem jednak przestało to mieć znaczenie i było coraz lepiej, aż chwile na przerwanie czytania okazywały się bolesne. Niestety przy tak grubej książce trudno nie robić sobie przymusowych przerw.

To kolejna książka, którą polecam bez najmniejszego wahania. Ciekawa fabuła, z wartościami edukacyjnymi oraz świetnie napisana. Czyli mówiąc w skrócie: Polska w oczach Konrada T. Lewandowskiego.

piątek, 15 marca 2013

Stos na czas wolny.

Może zauważyliście ostatnio ciszę na blogu. Mam ochotę sama trzepnąć się po głowie, bo zwykle przynajmniej raz w tygodniu dawałam jakąś recenzję (choć pamiętam czasy, gdy zdarzało się to co drugi dzień...), a tutaj taka jedna wielka dziura. Na szczęście mam pięć dni wolnego! I tak oto biografia Katherine Hepburn się recenzuje, "Orzeł bielszy niż gołębica" kończy czytać i może też się zrecenzuje. A tu nadeszło milion innych książek. Z czytaniem nie mam problemu, gorzej ze znalezieniem czasu i siły na recenzję... Chyba muszę nauczyć się je pisać na papierze, a później tylko przepisać.

Wróćmy jednak do rzeczy przyjemnych. Stos. Dwie pierwsze pozycje od dołu nie są dla mnie, ale je pokazałam, żeby stos był większy. Mała Księżniczka dla mojego Kotka na urodziny. Co prawda one dopiero w maju, ale skoro już składałam zamówienie, to przyzwoicie przypadkiem...

Moja miłość do Kleopatry się rozwinęła o tyle, że gdy na Centralnym wpadłam do Matrasa, wyszłam z trzema książkami, tak oto Kleopatra, Oates, którą uwielbiam, choć wiele jej dzieł nie przeczytałam i C.S. Lewis i jego "Smutek". Jakoś tylko nie dojrzałam, że paru stron w książce brakuje. Postaram się to przeżyć. Powyżej zaś moje uzupełnienie fitzkowej kolekcji i "Odłamek". Nie czytałam jeszcze, a przecież prawie miesiąc temu premierę miała jego najnowsza książka "Pasjonat oczu"! Nie mogę być tak w tyle! (A w Niemczech wyszła kolejna we współpracy z kimś tam i mam wrażenie, że on za dużo pisze, skoro ja nie nadążam czytać...) Jeszcze wyżej "Hamlet", bo zamierzam go skrzywdzić, więc muszę przeczytać. Później nadchodzi Amelie Nothomb z jakże pozytywnym tytułem "Zabić ojca" (recenzja wkrótce, bo to przeczytam baaaaardzo szybko) i "Seryjni mordercy XX wieku"! Już się nie mogę doczekać, aż wsadzę w to palce. Mniaaam. I na koniec "Czuła jest noc" Fitzgeralda do Wyzwania Listopadowego. Na to mam jeszcze szesnaście dni, dużo, zdążę, prawda?

Oczywiście stosem jestem zachwycona, po raz kolejny wyrażam smutek z powodu braku czasu na czytanie wszystkiego, o czym sobie tylko zamarzę i dziękuję światu za stworzenie czytnika ebooków, bo dzięki niemu w mojej wypchanej po brzegi torebce znajduje się miejsce na dużo książek i mogę czytać w dowolnym miejscu. Nie sądziłam, że to będzie aż tak wygodne. Szkoda tylko, że nie pachnie...

wtorek, 12 marca 2013

"Zabić, zniknąć, zapomnieć" - Jacek Skowroński


Rok czy dwa temu przeczytałam gdzieś w Internecie, że rocznie z rąk płatnych zabójców ginie około stu osób. Nie wiem, skąd autor artykułu wziął te dane (są jakieś oficjalne statystyki?), ale zdecydowanie wbiły mi się w pamięć.

Zapewne wiecie, że mordercy wszelakiego rodzaju i maści mnie fascynują – dlatego też nie mogłam przejść obojętnie obok nowej pozycji na naszym rodzimym rynku wydawniczym, która traktuje o zabójcy jako zawodzie. Nie spotkałam się z tym do tej pory i nie jestem pewna, czy to nie pierwsza taka książka w Polsce…

Akcja także rozgrywa się tutaj. W Warszawie. Kto by się spodziewał, że mordercy chodzą wśród nas po centrum, po Krakowskim Przedmieściu, zapraszają prostytutki do Marriotta i tak naprawdę rządzą krajem? Ale oczywistością jest, że wszędzie na świecie rządzi ktoś inny niż znane nam twarze z polityki, dlatego ten punkt książki przełknęłam bez większego problemu. Gorzej było z samym bohaterem, który miał w sobie coś niemiłosiernie denerwującego, co też ciężko mi określić. Co prawda to on był narratorem i czytało mi się naprawdę dobrze, ale po kilku dniach od lektury stwierdzam, że go nie lubię. Ani tym bardziej jego dziewczyny. Tak naprawdę nie polubiłam w tej książce nikogo. Bo nikogo do lubienia tu nie ma. Do nielubienia także.

Tak naprawdę nie potrafię określić, co sprawiło, że tak dobrze czytało mi się tę książkę (przynajmniej dopóki nie doszło do zakończenia, które uznałam za wyjątkowo frustrujące i zaraz zapomniałam o jego istnieniu). Myślę, że styl autora ma z tym coś wspólnego – jest płynny. Choć zmiana narracji w różnych punktach książki potrafiła zdezorientować. Narracyjne i czasowe skoki zdecydowanie mi nie podeszły.

Jeśli zaś chodzi o samego mordercę, był wyjątkowo skuteczny, choć jak na mój gust stanowczo za mało zabijał i za dużo palił. Przedstawiony został realistycznie – jak i cały ten świat. Mimo to myślę, że ta książka mało wnosi. Jest dobrze napisana (choć nieliczne dialogi są słabe), porusza ciekawą tematykę, ale w ogólnych rozważaniach dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie wiem, jak mogła mi się podobać. Wprowadziła mi mały mętlik, jeśli chodzi o moją własną ocenę, dlatego nie potrafię się na jej temat jasno wypowiedzieć. „Zabić, zniknąć, zapomnieć” jest książką z niewykorzystanym potencjałem, bo choć historia płatnego zabójcy jest naprawdę ciekawa, na końcu okazuje się, że tak naprawdę o niczym nie mówi. Tylko jest po to, żeby powiedzieć, że tacy ludzie istnieją. Jaki zaś jest jej cel? Ciężko powiedzieć. Tak samo jak jednoznacznie określić moje wrażenia po niej – niemal niewykonalne, niczym zbrodnia doskonała, która istnieje tylko jako mit. A może nie?