poniedziałek, 25 lutego 2013

"Igrzyska Śmierci" - Suzanne Collins [trylogia]

Uwaga! Recenzja odnosi się do całej trylogii, zatem możliwe jest występowanie drobnych spojlerów z tomu drugiego i trzeciego.



„Igrzyska Śmierci” znajdowały się w swoim czasie na listach bestsellerów. Miałam momenty, gdy uważałam, że muszę je przeczytać, a potem kwitowałam to stwierdzeniem, że właściwie wiele jest książek, które uważają się za świetne, a takie nie są. I pewnie dalej bawiłabym się w kotka i myszkę z „Igrzyskami…”, gdybym nie obejrzała filmu. To właśnie on sprawił, że w końcu zdecydowałam się na lekturę.

„Igrzyska…” są kolejną antyutopią. Kraj, Panem, podzielony jest na dwie części: Kapitol, gdzie znajdują się bogaci i władcy oraz Dystrykty, w których żyje pogardzana siła robocza. A raz w roku, w Dożynki, wybierane jest dwoje dzieci z każdego Dystryktu, które znajdą się na arenie, by walczyć na śmierć i życie ku rozrywce mieszkańców Kapitolu. Jest to karą za powstanie, którego dopuściły się siedemdziesiąt cztery lata wcześniej Dystrykty…

Główna bohaterka, Katniss, trafia na Igrzyska zamiast swojej siostry. Pierwszy tom opowiada o samych Igrzyskach, zaś kolejne są konsekwencjami tego, co zrobiła w ich trakcie Katniss. Nie trzeba wiele mówić – oczywistym jest, że Dystrykty po raz kolejny ruszą do boju.

Fabuła jest niezwykle ciekawa, ale co mnie tak całkowicie zachwyciło? Koniec ostatniego tomu. Autorka zrobiła dokładnie to, czego chciałam, co przewidziałam i obawiałam się trochę, że jednak zrezygnuje z tego i pójdzie na łatwiznę i polukruje. Igrzyska trwają cały czas, nawet jeśli nie na arenie. Nikomu nie można ufać. Można zawiązać sojusz, ale być gotowym na zerwanie go w każdej chwili. Katniss nie jest ideałem – jest jej do tego bardzo daleko. Inni bohaterowie – poza być może Peetą – także mają swoje za uszami i często się tym chlubią. Ten świat jest brutalny – gdy zawali się atrapa uporządkowanego życia, nie ma już żadnych zasad. Zabij lub zgiń. Tak w miłości jak i polityce. Ten ostatni wątek może przerazić, bo brzmi podejrzanie znajomo...

Podoba mi się rozwój postaci na kolejnych stronach. Podoba mi się ta gorycz, którą zostaje doprawiona pod koniec trylogia. I podoba mi się sam pomysł Igrzysk. Jakaś część mnie chciałaby wziąć w nich udział…

Dodatkowym atutem jest trójkąt miłosny, który także się rozwija i nie trąci mało wiarygodnym zakochaniem aż po grób i jeszcze dłużej, ale jest czymś więcej. Skomplikowaną relacją, pokojem bez drzwi i kolejnym problemem do rozwiązania – jednak problemy natury poważniejszej, a nie polegającym tylko na tym, że jeden ma piękniejsze oczy niż ten drugi… Ten wątek w pewien sposób nakręca całą akcję. Bez zbędnej słodyczy. Trochę zdrowego rozsądku, choć może się zdawać, że za dużo.

Suzanne Collins zasługuje na pochwały. Nie oszczędza bohaterów, nie bawi się w zbędne sentymenty. Po prostu robi swoje, jak w życiu. Są pewne drobne, wyidealizowane aspekty, ale należą one już do literatury – czasem po prostu muszą być, by książka mogła zostać bestsellerem i zdecydowanie nie zamierzam tego podsumować negatywnie. Jedyne, czego brakuje mi do całkowitego zachwytu, byłby trochę bogatszy język. Trylogia ta powstała głównie dla młodzieży, język jest dość prosty, choć i tak bardziej niż przyzwoity. Myślę, że autorkę stać w tej materii na więcej. Niemniej „Igrzyska…” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Zdecydowanie polecam, o ile jeszcze ktoś nie czytał. To jedna z tych książek, z którymi warto się zapoznać, ponieważ są bardzo dobre, zmuszają do pewnych przemyśleń, ale z drugiej strony dają czytelnikowi wytchnienie.

środa, 20 lutego 2013

"Długa Ziemia" - Terry Pratchett, Stephen Baxter



Pratchett stworzył Świat Dysku, po czym spotkał się ze Stephenem Baxterem i razem rozciągnęli Ziemię – w ten sposób powstała Długa Ziemia. I to nie jest wcale nasza planeta rozciągnięta fizycznie do granic możliwości, ale ciąg światów, który nie ma końca. A ludzie zdają sobie z istnienia Długiej Ziemi sprawę za sprawą urządzenia zwanego krokerem (schemat jest w książce, można samemu zbudować – ja nie potrafię). Ale istnieją też ludzie tacy jak Joshua – naturalni kroczący…

Jestem osobą, która Pratchetta nie lubi, ale wciąż próbuje go czytać. Jednak współprace autora z innymi pisarzami zwykle mi się podobają. „Długa Ziemia” jest przypadkiem szczególnym – przypadła mi do gustu znacznie bardziej niż sądziłam, że ma na to w ogóle szanse. Szczególnie spodobała mi się idea kolonizacji kolejnych Ziemi, zachowań ludzi na Ziemi Podstawowej i coś wyjątkowo nietypowego – człowiek reinkarnowany w komputer. I historia, która zdaje się tak naprawdę nie mieć fabuły, a być opisem ciekawego zjawiska na skalę (wszech)światową. Bo ta cząstkowa fabuła ma nieprzekonujące rozwiązanie, które jest chyba tylko po to, żeby być. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że pisarze popuścili wodze klawiatury i napisali wiele o Długiej Ziemi, ale faktyczny problem źle zinterpretowali względnie go zbagatelizowali.

„Długa Ziemia” ma swoje słabe i mocne strony. Sam pomysł należy do tych najlepszych, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam (co prawda raczej nie trafiam na literaturę science fiction, niemniej fantastyka też potrafi swoje wykreować). Niektórzy kolonizują inne planety bądź galaktyki, ale czemu nie Ziemię po raz drugi, trzeci, stutysięczny i milionowy? A jeśli do tego dojdzie, jakie mamy prawo nazywać „naszą” Ziemię Ziemią Podstawową? Nie ma to jak ludzki egocentryzm… Zaś sprzedawanie działek na kolejnych Ziemiach wydaje mi się pomysłem tak absurdalnym, że całkowicie realnym. Bo w świecie, gdzie każdy może mieć własną planetę, żadne ustawy i polityka nie mają jak dojść do głosu.

Pratchett i Baxter wpadli na pomysł, który miałby szansę ocalić współczesną ludzkość i jej przeludnioną planetę. Pokazują także możliwe problemy wynikające z takiego rozwiązania. I choć jest to naprawdę świetne, bardzo dobrze napisane i mocno wciągające, to zdecydowanie podtrzymuję moją opinię, że fabuła w tej książce jest cząstkowa – istnieje tylko po to, by stworzyć choć minimalnie powód dla istnienia tej książki i nadać jej jakiś cel. Jest to najsłabszy punkt – do rozwinięcia trzeba czekać bardzo długo i bardzo szybko się kończy. Rozwiązanie nie wnosi nic, a może nawet psuje (dosłownie i w przenośni) lekturę. Choć prawdopodobnie jest po prostu ludzkie… i dlatego bezsensowne.

Książka jest naprawdę godna polecenia dla samej idei Długiej Ziemi. Fabuła nie zasługuje na uwagę, ale to tylko dlatego, że jej nie ma. Gdyby była, to kto wie… może „Długa Ziemia” zatrzęsłaby światem i stała się najlepszą książką dekady. A tak jest zaledwie ciekawostką przyrodniczą. Raduje, ciekawi, ale nic nie wnosi.

niedziela, 17 lutego 2013

Stosiczek i Kindelek.

Moja współlokatorka powiedziała, że Kindelek brzmi jak wypowiedziane przez dziecko "Kinderek". Może i coś w tym jest, bo ja się cieszę z mojej nowej zabawki jak dziecko. I choć już doczekałam się zarzutu, że porzucam papierowe książki dla tego elektronicznego nie-wiadomo-czego, denerwuje mnie to, bo nie porzucam. Czasem jest po prostu wygodniej. I zamierzam się dalej cieszyć z tego, że go mam.

Stosiczek zaś znikąd się nie pojawił. Gramatyka francuska przyjechała z zachodu Niemiec w dniu dzisiejszym - może to w końcu mobilizacja, by zabrać się za ten język? (Po praktykach, wszystko po praktykach...) Kompetencje międzykulturowe z Berlina (choć faktycznie z Jeny), a Ustawa o kierujących pojazdami z kiosku przy Biedronce. "Tak blisko..." świeżo z wydawnictwa, które gdzieś także ma swoją siedzibę. Zaś wg Google mój czytnik przyjechał z Chicago (Google zareagowało histerycznie, gdy próbowałam się zalogować na maila z Kindelka). Bardzo światowy ten stosik. I taki miziaty i kochany, że idę się nim nacieszyć.


sobota, 2 lutego 2013

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" - E.L. James

Ebooków nie recenzuję. Mam taką zasadę, od której zdarzają się nieliczne odstępstwa. Książki powyższej recenzować nie zamierzam, znajdzie się tutaj jedynie zbiór przemyśleń odnośnie tej powieści, która mnie tak pozytywnie zaskoczyła, że aż się zdziwiłam.

Za dużo wszędzie opinii. Ile się naczytałam, że to chłam, że się czytać nie da, że święci Barnabowie wylewają się z kart, bohaterka nic nie robi poza przygryzaniem wargi, a julkowe rany chyba nigdy się nie zagoją. No i oczywiście "Zmierzch". Bo przecież to o tym mowa. Ale że przeczytałam w "Twoim Stylu" wywiad z autorką, poczułam się... zaintrygowana. I zasiadłam do tego tworu. I przeczytałam. Tak czytałam, że na zajęciach niecierpliwiłam się, by się skończyły i żebym mogła wrócić do książki. Co prawda, gdy dobiegły końca, wcale nie dobrałam się do książki, bo zapomniałam. O dziwo zaliczam to za plus, bo przynajmniej się od Greya nie uzależnię. Szczególnie, że kolejne tomy są podobno gorsze (zaraz się przekonam, drugi już się na mnie patrzy).

To śmieszne, ale uznałam Greya za mój ideał mężczyzny. Próbuję to rozgryźć, ale taki upierdliwy stalker, który znajdzie mnie wszędzie, który da mi co chcę na płaszczyźnie materialnej, a w emocjonalnej zachowuje dystans - to coś mojego. Co prawda podobnie jak Anastasia robiłabym wszystko, by ten dystans przełamać, ale to raczej w roli łowczyni, a nie zakochanej po uszy dziewczynki. Bez wątpienia byłoby ciekawie. Bardzo.

A Anastasia to taka pierdołowata ja. Gdy kiedyś dałam mojej mamie do przeczytania "Zmierzch", powiedziała mi, że Bella przypomina jej mnie. Oczywiście święcie się oburzyłam. Dopiero teraz, gdy Anastasia padła na twarz w gabinecie Greya, zorientowałam się: Hej, to ja! No i trzeba z tym jakoś żyć. I może jej nie polubiłam, ale jakąś sympatię do niej żywię. Za to zdecydowanie polubiłam jej wewnętrzną boginię! Wyobrażam ją sobie jako taką pocieszną wróżkę (Dzwoneczek jest dobrym przykładem, ale w zdecydowanie innym ubraniu i bez skrzydełek) i uwielbiam, jak tupie nóżką, czy się focha! Jest przeurocza (a czy wszyscy właśnie na tę nieszczęsną boginię tak nie nadają?).

Poza tym Grey relaksuje jak nic innego. Po pierwszej porcji czytania rozbolał mnie kręgosłup. Dwa dni zajęło mi odkrycie, że moje mięśnie przestały być napięte i od tego mnie bolał, bo się za bardzo rozluźniłam... O scenach erotycznych świadczy to chyba źle. Są takie poprawne, bez polotu (przynajmniej językowo i sugestywnie - och, jak to brzmi...) i ni ziębią, ni grzeją (mówię to ja, która uważam, że jak ktoś scen erotycznych pisać nie potrafi, niech się za to nie zabiera). Ale da się czytać.

I wiecie, że gdybym nie wiedziała, że to "Zmierzch" dał początek tej książce, to nie zauważyłabym tego do momentu, gdy pojawiła się Mia - siostra Greya? Chyba za mało zwracam uwagę na takie rzeczy. To chyba dobrze - w tym wypadku.

Samą książkę uważam za bardzo dobrą. I nie obchodzi mnie, że to literatura wyjątkowo niskich lotów, ale spełnia funkcję, jakiej wymaga od niej gatunek - bawi. I mogę sobie chichotać w trakcie czytania jak głupia, bo nikt mi nie zabroni. Książka usprawiedliwia. Co prawda poza wewnętrzną boginią nikogo szczególnie nie lubię, ale jakoś się przywiązałam do tych bohaterów. A co tam! Oficjalnie stwierdzam, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" jest bardzo dobrą książką i zamierzam przeczytać pozostałe tomy. Gwoli rozrywki, nie intelektualizowania siebie samej. Jeszcze ktoś by pomyślał, że należy czytać tylko wysoką literaturę... Bzdura, bzdura, po trzykroć bzdura.