poniedziałek, 28 stycznia 2013

"Ocaleni. Życie, które znaliśmy" - Susan Beth Pfeffer



Choć moda na antyutopie zdaje się być przeszłością, to ja zdołałam trafić na coś poniekąd podobnego, ale jednak innego. Witamy w dystopijnym świecie, gdzie tragedie życia ludzkiego nie mają nic wspólnego ze sztucznym kreowaniem doskonałego świata, a raczej z brutalną siłą natury.

„Ocaleni. Życie, które znaliśmy” zdaje się z opisu być powieścią dla młodzieży. W końcu bohaterką jest nastolatka, a opis okładkowy skupia się raczej na jej życiu, które później zawala się jak domek z kart. Ta notka (a poniżej bardzo entuzjastyczna reklama książki) nie uświadamiają jednak czytelnikowi, że książka ta opowie o tak surowej i srogiej rzeczywistości. I zimnie, głodzie, chorobach oraz śmierci. O czymś, co trudno sobie wyobrazić ze sobą w roli głównej, co może być prawdopodobne. A przecież i samą bohaterkę to zaskoczyło.

Ja sama byłam nie mniej zdumiona. Początek książki uważałam za bardzo słaby, nie miałam ochoty czytać kartek z pamiętnika nastolatki z dwoma dziwnymi przyjaciółkami (jedna z nich to stojąca na pograniczu nimfetkowatości panienka niezbyt ciężkich obyczajów, zaś druga – totalne przeciwieństwo – zapalona członkini Kościoła, fanka Boga, z opisu wręcz fanatyczka) i jedną martwą – jedynie we wspomnieniach. Do tego banalne problemy z rodzicami. I byłabym niezadowolona, odłożyłabym książkę na lepsze czasy, gdyby nie wydarzenie stulecia – asteroida, która kieruje się prosto na Księżyc. Wszyscy obserwują z zachwytem to wydarzenie, w niektórych wzbiera się niepokój. W końcu się staje. Asteroida wybija Księżyc z orbity, ten przysuwa się bliżej Ziemi. A kto kieruje pływami morskimi? Jaki ma to wpływ na grawitację? Jaki będzie mieć na życie naszej planety?

Choć sposób narracji na początku zdawał się nie do przełknięcia, później można się było przyzwyczaić. Dalej już nie zwracałam na to uwagi, bo sama książka mnie zaskoczyła swoją intensywnością. Oczywiście nie podejdę do opisu wydarzeń bezkrytycznie – wydaje mi się, że autorka potraktowała Mirandę i jej rodzinę dość łagodnie. A może zbyt łagodnie podeszła do społeczeństwa – ludzie szaleją, gdy spada na nich zagrożenie zagłady, są nieobliczalni. Przedstawieni w tej książce zdawali się mieć jakieś zasady. I to – poza narracją – jest najsłabszy punkt „Ocalonych”. Książka traci trochę na realizmie. Z mojej perspektywy tylko trochę – na szczęście.

Nie wierzyłam, że tak mnie pochłonie. A jednak. To druga książka w moim życiu, która w trakcie lektury przyprawiała mnie o drżenie z zimna i skręcanie wnętrzności z głodu (pierwsza to „Mała księżniczka”). Fabuła trochę przypominała mi film „Pojutrze”, a może po prostu pewne sceny przywołały obraz filmu z pamięci. Zimno, wulkany i mnóstwo problemów, z którymi leniwy, współczesny, wychowany w warunkach cieplarnianych człowiek nie potrafi sobie poradzić. Odrobina przewidywalności potrafi ocalić życie. I tak się zastanawiam – czy ja bym się nią popisała? Czy zaryzykowałabym tak jak matka Mirandy? Bo lepiej przesadzić, niż później żałować, że się tego nie zrobiło? Nie wierzę, bym potrafiła.

Choć początek książki wydaje się być bardziej infantylny, niż da się znieść, cieszę się, że nie zrezygnowałam i ją przeczytałam. Dwie wady to mało jak na wrażenie, które wywiera całokształt. Takie wrażenie, że aż chciałam od razu zdobyć drugi tom, ale niestety w Polsce go jeszcze nie wydano… Jeśli lubicie świat, którego jeszcze nie znacie, warto sięgnąć. I bez tego warto. Bardzo ciekawa, dobra książka. Ja wciąż się po niej wewnętrznie trzęsę.

piątek, 25 stycznia 2013

"Kształt demona" - Amelia Atwater-Rhodes



„Kształt demona” nie wydawałby się w dzisiejszych czasach niczym zaskakującym, gdyby nie dwa fakty: po pierwsze autorka napisała tę książkę (jako kontynuację swojej pierwszej powieści „W gąszczach mroku”) w wieku piętnastu lat, a po drugie stało się to w roku 1999*. I, co jeszcze bardziej zaskakujące, ta książka mogłaby stać się kanonem wampirycznej literatury. Niestety się tak nie stało i raczej nie ma co oczekiwać, że się to zmieni. W tym celu należałoby napisać całą powieść od początku.

Książka ta ma zaledwie sto sześćdziesiąt stron. Z opisu na okładce można wywnioskować, że niczym nie różni się od typowej literatury tego gatunku, czyli młodzieżowych paranormali (dziewczyna, której nikt w szkole nie rozumie, mroczna aura, nowi uczniowie, tajemnicze wypadki i jeszcze wplątanie się w wampiryczną aferę – dodatkowym smaczkiem jest, że bohaterka dopiero co wydała swoją pierwszą książkę pod pseudonimem: o wampirach właśnie). Najgorsze w notach wydawcy jest to, że zwykle zawierają kompletne bzdury, półprawdy bądź tak okrojone wersje rzeczywistości, że wprowadzają w błąd. I jest tak tym razem – całkowicie zniechęcające „streszczenie”, a pod spodem (w biografii autorki) same peany pod względem książki. Sama nie wiem, które z nich bardziej mnie zniechęciło.

Czasem warto podejść do książki bez wygórowanych oczekiwań. W zamiarze miałam ją… wyśmiać. A skończyło się na tym, że przeczytałam z zainteresowaniem i poniekąd uznaniem. Mogę się zgodzić z pewną dojrzałością autorki i samego pisania. Niestety wspomniałam wcześniej, że by ta książka była czegoś warta, należałoby napisać ją od nowa. I podtrzymuję. „Kształt demona” zdaje się być szkicem do naprawdę dobrej powieści. Jest w nim za dużo pustych dziur, w których zapewne znajduje się jakaś przemilczana i zasugerowana akcja. Opisy są krótkie, akcja mknie i nagle książka się kończy, pozostawiając po sobie mnóstwo pytań. Fascynująca, mroczna, ale niekompletna. A co za tym idzie – słaba. Niemniej widać w niej ogromny potencjał. Amelia Atwater-Rhodes stworzyła własną mitologię, własną historię. L.J. Smith mogłaby się schować ze swoimi Salvatore’ami, pani Meyer zaś paść przed nią na kolana i utopić błyszczącego Edwarda w soku z werbeny w pełnym słońcu. „Kształt demona” jest tak obiecujący, że autorka zasługuje… na porządną krytykę, która sprowadziłaby ją na ziemię i przekonała, że należy napisać to jeszcze raz.

Gdyby to zrobiła, przeczytałabym bez najmniejszego wahania. Porządna, gruba powieść bez dziur, białych plam. Trochę poprawiony język (podejrzewam, że po tych wszystkich latach warsztat autorki znacznie się poprawił, a i tak pisała już dobrze) i jestem pewna, że stałabym się miłośniczką jej pióra. Póki co pozostaje mi widzieć jedynie niewykorzystany potencjał.

Autorka kontynuuje tę serię po kilku latach przerwy. W Polsce niestety zostały wydane jedynie pierwsze trzy tomy, dlatego obawiam się, że nie będę miała szans zaobserwować progresu. Niemniej pewne aspekty „Kształtu demona” zasługują na mocne oklaski. Szkoda tylko, że niedostatków jest równie wiele co zalet…

Samą książkę uważam za godną zainteresowania i polecam jako wampiryczną ciekawostkę.

*Książka została wydana w roku 2000 (w Polsce dwa lata później), jednak jako że autorka urodziła się w 1984, pochwaliłam się moimi zdolnościami matematycznymi i wyliczyłam, że abstrahując od procesu wydawniczego, książka powstała w 1999. I tego się zamierzam trzymać.


Blog Roku. Chcesz zagłosować? Wyślij SMS o treści E00137 Na numer 7122

Lubisz Alinę?

Zagłosuj, proszę. Ale tylko, jeśli masz ochotę :).

Chcesz zagłosować? Wyślij SMS o treści E00137 Na numer 7122

A ja może zbliżę się do spełnienia mojego odwiecznego marzenia.

Dziś lub jutro postaram się Was uraczyć recenzją "Kształtu demona", co prawda nie zaczęłam jeszcze czytać, ale to taka malutka książeczka...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Stosik styczniowy.

Lubię szczęśliwe przypadki. Lubię wejść do biblioteki i rzucić okiem na półkę z książkami na sprzedaż (za tę symboliczną złotówkę czy dwa) i zobaczyć książki, które chciałam przeczytać od dawna i wbrew wszelkim czytelniczym prawidłom nie zdołałam tego zrobić. Wierzycie, że jeszcze nie znam Władcy Pierścieni? Zaczęłam, ale musiałam oddać koledze i na tym się skończyło. A w bibliotece znalazłam pierwszy i trzeci tom w tłumaczeniu Skibniewskiej. Jak mogłam nie wziąć? I wtedy dopiero dowiedziałam się, że "Drużynę Pierścienia" przetłumaczono jako "Wyprawę". Brakuje mi drugiego tomu. Może biblioteka znowu mi go da?

Gdy wróciłam do akademika, naszła mnie ochota na starożytność i Kleopatrę, nic nie miałam, ale na Allegro znalazłam "Selene, córka Kleopatry". Nie zaczęłam, ale mam świadomość, że będę mieć czym zaspokoić moją starożytną zachciankę, gdy powróci w parze z czasem. Potem przyszły Natalie, które stwierdziły, że mają w nosie moje studia, związały mnie i kazały czytać. Jakże mogłabym im odmówić (chcąc przeżyć)? Efekt znajdziecie w recenzji, która znajduje się w poście poniżej.

I na koniec Konrad T. Lewandowski ze swoją najnowszą książką. Dowiem się czegoś na temat alternatywnych wydarzeń w Powstaniu Styczniowym. Co do samego powstania moja ignorancja wie tylko, że było. Chyba powinnam powtórzyć sobie historię, bo autentycznie czuję się głupia jak but...

czwartek, 17 stycznia 2013

"Drugi przekręt Natalii" - Olga Rudnicka




Po prawie dwóch latach Natalie Sucharskie pojawiły się w nowej odsłonie w polskich księgarniach. Pięć kobiet w różnym wieku, urodzonych przez różne matki, noszących to samo imię i nazwisko i mających wspólnego ojca. Pięć kobiet, które najgorsze cechy odziedziczyły po swoich rodzicielkach, zaś dar pakowania się w kłopoty zdecydowanie po ojcu. Pięć kobiet, które do jego śmierci nie wiedziały o swoim istnieniu. Pięć kobiet, które w spadku dostały nie tylko spory majątek, ale także dom i… siebie nawzajem. Natalii pięć.

Natalie podbijają serca czytelników. Zresztą nie bez powodu. Pięć tak zadziornych i kłótliwych wariatek sprawia, że czytanie o nich jest jedną z najlepszych rozrywek, jakich ktokolwiek mógłby doświadczyć. Oczywiście dopóki nie znajdzie się w krzyżowym ogniu ich wzajemnego przekrzykiwania się. W trakcie tych dwóch lat dzielących zarówno wydanie książek, jak i czas akcji, Natalie znajdują sobie własnych policjantów, grzeczne w pierwszej części dzieci jednej z Natalii przesiąkają cechami matki i ciotek, a w całej książce poza samymi Nataliami tak naprawdę nikt nie wie, o co chodzi. Bo Natalie kręcą. Żeby nie powiedzieć prosto z mostu, że zwyczajnie kłamią jak najęte w każdej możliwej sytuacji.

Intryga w tej części przedstawia się następująco: starszy pan, przyjaciel wszystkich Natalii nagle przestaje się do nich odzywać. Dziewczyny pakują się do samochodu i do niego jadą, a tam okazuje się, że w jego mieszkaniu znajduje się trup bez głowy (trup miał głowę, dopóki jej nie stracił, rzecz jasna, choć i tutaj wszystko przestaje być oczywiste, gdy Natalie zaczynają się nad tym zastanawiać). Trup nie należy i też nie jest panem Januszem, jednak i martwe ciało wyżej wymienionego się wkrótce pojawia. A wraz z nim testament, w którym cały majątek mężczyzny staje się własnością bohaterek. Które oczywiście nie spoczną, dopóki nie udowodnią światu, że trup tak naprawdę żyje, nie zagrożą śmiercią swoim (byłym) chłopakom i ktoś nie będzie próbował ich zabić. One zwyczajnie nie potrafią żyć spokojnie.

Główną zaletą tej książki jest humor, czyli po prostu same bohaterki. I też ich policjanci (choć zdarzają się także cudzy policjanci, ale oni są mniej istotni) oraz wspomniane wcześniej dzieci. Adrian, Marcin i Marian wprowadzają się do Sucharskich, by zapewnić im bezpieczeństwo. Oczywiście one i tak zrobią wszystko, by im to udaremnić. Kłócą się, komplikują i demolują mieszkania (zdecydowanie nadają się do pracy przy rozbiórkach bądź innych dewastacjach). Gubią brylanty, zrzucają regały na głowy (nie swoje) i gubią oraz szukają myszy Myszy. Czego one nie robią! Toż to Natalie. Tu nie może być normalnie. Zresztą byłaby to ostatnia rzecz, jakiej bym od nich oczekiwała.

Wątek kryminalny jest tylko osią, dookoła której kręci się ich życie. Jak wspomniałam przy recenzji „Natalii 5”, nie jest on dla mnie najważniejszy. Zdecydowanie ma małe znaczenie. Nie oczekuję niecierpliwie rozwiązania zagadki (swoją drogą od razu zgadłam, kto jest tym „złym”, bez zbędnego zastanawiania się, dałam popłynąć mojej intuicji i nie zawracałam sobie tym więcej głowy, dlatego też mnie to nie zaskoczyło), ponieważ najważniejsze są dla mnie bohaterki, ich zachowania, związki, humorki oraz mężczyźni, którzy z nimi wytrzymują i uczą się żyć w tej nieszablonowej komunie, gdzie każda decyzja (łącznie z tym, czy jedna z Natalii ma przyjąć oświadczyny czy też nie) zapada w wyniku głosowania.

Natalie są niezwykłe. Muszę przyznać, że szczerze je uwielbiam. Intryga w tej części jest trochę słabsza niż w poprzedniej, ale za to Natalie wciąż są na wysokim poziomie. Zorientowałam się głównie po tym, że gdy nie wybuchałam naprawdę głośnym śmiechem, cały czas chichotałam pod nosem, czytając je. Genialna komedia. I wciąż mam nadzieję, że Natalie jeszcze wrócą.

sobota, 12 stycznia 2013

"Wnętrza" - Kelly Hoppen



Chyba każdy lubi stylowe wnętrza. Może niekoniecznie idealne, od linijki, ale mające w sobie coś przyjemnego. Nawet jeśli będzie to salon zawalony w całości książkami, jednak sprawiający przyjemność i wrażenie, że taki był właśnie zamysł projektanta (nawet jeśli ten bałagan wyszedł całkiem przypadkiem). Czasem jednak wystrój jest okropny, nieprzyjemny i sprawia, że w danym pomieszczeniu nie chce się przebywać. I tutaj przychodzi na ratunek Kelly Hoppen ze swoją książką.

Kelly Hoppen jest uznaną brytyjską projektantką wnętrz. I już po tej książce jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Ta kobieta po prostu ma szósty zmysł odnośnie tego, co sprawi, że miejsce będzie dobrze wyglądać. Nawet kuchnia bez drewnianego stołu (co jest dla mnie niemal niewyobrażalne) wygląda u niej na swój sposób przytulnie. Możliwe, że mamy wspólne poczucie pewnych rzeczy, jednak bez wątpienia bardzo dobrze spędziłam czas z tą książką.

„Wnętrza” są bardzo przydatne, gdy chcemy coś zmienić, a nie wiemy co bądź jak. Autorka poddaje pomysły, w jaki sposób zabrać się do projektowania i jak dojść do tego, czego oczekujemy. Podaje sprawdzone połączenia kolorystyczne, a także swoje ulubione elementy w projektach, które często są bardzo interesujące. Książka ta wyróżnia się także sporym formatem, zupełnie nieporęcznym, jednak to nie ma znaczenia, gdy się do niej zajrzy. Przejrzysta i naprawdę ładnie wykonana. Bardzo dobre zdjęcia, w wiele mogę się wpatrywać z uśmiechem i wyszukiwać w przedstawionych wnętrzach elementów, które najbardziej mi się podobają. A jest ich sporo.

Kelly Hoppen opowiada od podstaw, jak należy się zabrać do projektu i jak go wykonać. Podpowiada, kto lub co może pomóc. Nie uważa, że wszystko wie najlepiej, więc w pewnych sytuacjach odsyła do innych fachowców, którzy potrafią ocenić, na ile dany projekt jest realny w danym budynku. Jej pomysły naprawdę przypadają mi do gustu. Styl, który prezentuje, zdecydowanie nie okazuje się niewygodną złotą klatką, a czymś, co sama z przyjemnością bym przeniosła do siebie. Może nie wykorzystam jej rad w najbliższych kilku dniach, jednak posiadam pewną wiedzę na przyszłość. A sama książka pozostanie ze mną jeszcze na długo i zapewne nie raz do niej sięgnę w poszukiwaniu inspiracji.

Jeśli poszukujecie dobrej książki o projektowaniu, ponieważ właśnie zabieracie się za remont, bez najmniejszego wahania polecam tę.

wtorek, 8 stycznia 2013

"Notes from my travels" - Angelina Jolie



Angelina Jolie w wywiadzie udzielonym kilka lat temu stwierdziła, że nigdy niczego nie napisała (po napisaniu scenariusza do "In the land of blood and honey" już raczej tego nie powtórzy). Aktorce dość często zdarzają się stwierdzenia niezgodne z prawdą (co można zauważyć, znając dobrze jej biografię). Mam wrażenie, że ma lekkie skłonności do mitomanii. Niemniej jedno jest pewne – może i Angelina niczego nie napisała, ale zdecydowanie pod jej nazwiskiem została wydana książka, która jest zbiorem notatek z jej podróży do krajów, w których goszczą uchodźcy z niebezpiecznych, sąsiednich. Bardzo długo szukałam tej książki, aż w końcu udało mi się ją kupić. Było to ponad rok temu i dopiero teraz zdołałam ją skończyć. Nie bez powodu. Zaczynałam ją chyba cztery razy, aż znalazłam w sobie tyle siły, by przeczytać do końca, a nie wracać do początku.

Bez wątpienia nie jest to zła książka. Jednak ocenianie dzienników jest trochę bezcelowe, bo nie są pisane pod czytelnika. Angelina sama stwierdziła, że nie wie, kto to przeczyta – najwidoczniej nie miała wobec swoich zapisków planów publikacji. Dopiero później staje się to bardziej realną myślą. Pisze ona bardzo prostym językiem, nie komplikuje. Z pokorą opisuje, co zobaczyła. Momentami zdaje się, że jest tej pokory trochę za dużo, choć to może być moje przewrażliwienie, bo wciąż patrzyłam na nią jak na aktorkę, choć w tej książce jest bardzo daleka od afiszowania się swoim zawodem. Jest wrażliwą kobietą. Po prostu.

Piękne jest w tej książce, jak można docenić, co się ma. Jak sama autorka docenia to, kim jest i ma nawet lekkie wyrzuty sumienia w związku z tym. Przyjeżdża do świata, gdzie nikt jej nie zna, podejmuje pewne ryzyko, ale z drugiej strony jest tam w jakiś sposób szczęśliwa. To zaraźliwe. Ta chęć pomocy. I wdzięczność ludzi – nie tyle za samą pomoc, co za obecność. Historie te są straszne, ale na swój sposób piękne. Jak ta, która poruszyła mnie najbardziej, a którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć. Dokładniej jest to zakończenie historii.


Zadał mu pytanie po hiszpańsku. Nagle łzy wypełniają jego oczy i nie może mówić. William mówi „Zapytałem go, jak została zabita jego rodzina”. Patrzę na mężczyznę, a on patrzy na mnie, jakby mówił „Proszę, nie zmuszaj mnie do mówienia o tym”.
Przerwałam pisanie na kilka minut. Próbował nie płakać. William powiedział mu, że nic się nie stało. Może mówić tylko o tym, o czym chce. Mężczyzna przeprasza. Możesz sobie wyobrazić? Kogoś przepraszającego, ponieważ nie jest w stanie ci powiedzieć, jak zabito jego rodzinę.
(…)
Gdy odchodził, podziękowaliśmy mu za rozmowę. On podziękował nam za słuchanie. Wychodząc, uśmiechał się.
(…)
Chwilę później wrócił i wręczył mi mały talerz z jedzeniem. William powiedział „Ugotował to, by podzielić się z naszym gościem”. Uśmiechał się. Nie wiedziałam, co powiedzieć. (str. 203)


Szczodrość ludzi, którzy nic nie mają. Uśmiech ludzi, którzy stracili wszystkich. Ta książka pokazuje rzeczy proste i bezcenne. Oczywiście łatwo to mówić z odległości, jednak… zazdroszczę jej, że mogła to przeżyć. Że miała namacalną możliwość zrozumienia pewnych rzeczy. Z dystansu nie jest to tak proste.

Nie zawiodła mnie ta książka, ale też nie zachwyciła. Jednak nie w tym rzecz. I cieszy mnie, że moje pieniądze zostały przekazane UNHCR. Bo właśnie tam idą tantiemy autorki za tę książkę.