niedziela, 23 grudnia 2012

Merry Bookmas!

Święta świętami - za rok będą znowu. Ale co by się nie działo, zawsze je uwielbiałam.

Życzę Wam, Kochani, najlepszych świąt, jakie sobie tylko możecie wymarzyć. Bo marzenia się spełniają. Niech więc one będą wymarzone.

piątek, 21 grudnia 2012

"Wielki Gatsby" - F. Scott Fitzgerald



Klasykę warto czytać chociażby dlatego, by przekonać się, jak słabe ma się o niej pojęcie. Z początku „Wielki Gatsby” zapowiadał się jako historia o człowieku wielkim właśnie, fascynującym i będącym kimś całkowicie niezwykłym. I już na początku muszę przyznać, że dlaczego Gatsby został nazwany wielkim, wciąż się nie dowiedziałam. W ten oto sposób poznałam się jednak z Fitzgeraldem, co zdecydowanie można zaliczyć jako pozytyw.

„Wielki Gatsby” jest książką niewielkich rozmiarów (moje wydanie jest dodatkowo wzbogacone o zdjęcia z ekranizacji historii z Mią Farrow i Robertem Redfordem), która nie posiada tak naprawdę fabuły. Patrząc na nią z filmowej perspektywy – grupa ludzi snuje się po planie i próbuje rozgryźć, kim jest Jay Gatsby. Ledwie cztery miejsca akcji, dwóch głównych bohaterów, trzy postacie drugoplanowe i dwie trzecio. Reszta to epizodyści i statyści. Przepych przyjęć z lat dwudziestych i ich wewnętrzna pustka. Ciężko wyodrębnić w tej książce jakąś konkretną akcję, jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy i wciągnąć się w intrygi, gdyż tych nie ma – oprócz tajemnicy Gatsby’ego. Jednak czy można ją tak nazwać?

F. Scott Fitzgerald stworzył ciekawy portret psychologiczny – nie tyle tytułowej postaci, co instytucji małżeństwa, miłości oraz poniekąd socjety. Każda z istotnych postaci pochodziła z Zachodu Stanów Zjednoczonych, ale osiedlili się – przynajmniej na czas trwania powieści – na Wschodzie, gdzie wciąż w sobie czuli się trochę zbyt zaściankowi. Narrator – Nick – jest w dodatku jedynym z nich, który nie jest bogaty, choć sam siebie określa już na samym początku jako snobistycznego. Kolejny jest Tom i jego żona, Daisy, którzy choć mają pieniądze, mają siebie, nie potrafią być szczęśliwi ze sobą, ale bez siebie także nie. Są zdecydowanie bardzo intrygującą parą, co widać już od pierwszego spotkania z nimi. Następna jest Jordan Baker, golfistka, która w jakiś sposób gra tło dla całej historii, choć próbuje wysunąć się na pierwszy plan. Jako pojedyncza postać stała się moją ulubioną. I na końcu Gatsby – postać poniekąd pełna zagadek, ale gdy przychodzi do rozwiązania, okazują się one niczym w porównaniu ze stosunkami panującymi między bohaterami.

Wróćmy do moich własnych odczuć – tak naprawdę nie polubiłam ani Nicka, ani Gatsby’ego. Ten ostatni wydał mi się zbyt bezbarwny, a Nick, który mówi: „Każdy przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót, a oto moja: należę do niewielu uczciwych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem.” (str. 66) ostatecznie może nie okazuje się krystalicznie czysty, bądź jawnie nieuczciwy, jednak pozostawia pytania bez odpowiedzi, które dotyczą jego intencji. Staje się helisą, dookoła której kręci się cała fabuła (która, jak już wspomniałam, nie istnieje), łącznie z głównym bohaterem.

Książka na swój sposób mnie zachwyciła. Na pewno nadaje się do leniwego czytania przy herbacie i serniku, gdy potrafimy się skupić bez współudziału książki. Ostatnio jednym z moich ulubionych słów w odniesieniu do książek z wyższej półki jest „przewrotny” i „Wielki Gatsby” zdecydowanie zasługuje na to miano. Nie spodziewałam się, że książka, w której prawie nic się nie dzieje, może mnie tak wciągnąć i sprawić, że będę mieć o niej tak dobre zdanie. W końcu bohaterowie nie zawsze muszą wzbudzać moją sympatię, nie musi być fabuły, język może być jedynie bardzo dobry, ale książka ma w sobie coś nieokreślonego. Tę przeczytałabym bez wątpienia jeszcze raz. I zrobię to. Może wtedy znajdę odpowiedzi na moje pytania. Pytania, które zrodziły się w trakcie; odpowiedzi, których jeszcze nie dostałam.

 Jeszcze nie bierzesz udziału w Wyzwaniu? Napraw ten błąd!

niedziela, 16 grudnia 2012

"Poznaj miasta w 48 godzin" - praca zbiorowa



Podróże kształcą. A każde kolejne miasto zachwyca – każde czymś innym. Miasta mają swój urok, niezaprzeczalny. O ilu z nich mówi się, że nigdy nie śpią? Czasem wydaje mi się, że ciekawszą wycieczką jest ta w głąb urbanistycznej dżungli niż do rzeczywistego lasu deszczowego. Miasta na każdym kroku zaskakują. Tak samo ta książka. Swoją niedoskonałością.

Zacznę od drobnego oszustwa – Nowy Jork i Moskwa wymagają od nas minimum siedemdziesięciu dwóch godzin, dodatkowa doba. Ja bym mogła w nich zamieszkać (jak i dziesiątkach innych – kto wie, może jedno miasto na jeden miesiąc? Kwiecień w Wiedniu, maj w Krakowie, czerwiec w Bergen, lipiec w Londynie, sierpień w Wenecji, wrzesień w Paryżu, październik w Nowym Jorku, listopad w Budapeszcie, grudzień w Singapurze, styczeń w Tokio, luty w Kopenhadze, marzec w Berlinie…), więc to mi nie przeszkadza, jednak skoro książka mówi, że godzin jest czterdzieści osiem, niech będzie tyle i koniec.

Poza tym co to za książka o wspaniałych miastach tego globu, w której pomija się Paryż, Berlin i Londyn? I Budapeszt, za którym ostatnio coraz bardziej tęsknię. Niektóre ciekawe miasta są tak pobieżnie opisane, że aż czuję się do nich zniechęcona. Inne wyprawy aż chcą się czytać – taka wada pracy zbiorowej. Jedni piszą ciekawie, inni nie. Książka jest niejednolita i jak tu taką ocenić? Co o niej powiedzieć? Nie idzie się zaczytać, nie satysfakcjonuje. Przynajmniej mnie.

Jest tu mało dużych zdjęć, z każdego miasta są kolaże z takich niewielkich, w których moje ślepe oczy nie mogą nic znaleźć. Nie zachwyca większość tekstów, zdjęć za mało (bądź za małe). Jedynie jakoś Nowy Jork się broni tym, że jest Nowym Jorkiem, Wiedeń zabiera na kawę i tort Sachera, ale gdyby nie był Wiedniem, to kto wie… A Moskwa urzeka małą wycieczką po miejscach z „Mistrza i Małgorzaty”. Tam też dowiedziałam się, że Patriarsze Prudy to Stawy Patriarsze. I nagle wszystko nabrało w mojej wyobraźni nowego wymiaru. Już nigdy nie będę czytać „Mistrza i Małgorzaty” w ten sam sposób.

Uświadomiła mi ta książka, że w dwa dni w mieście nie można nic zobaczyć, jedynie biegać ile sił, by zaliczyć jak największą ilość miejsc. To nie mój sposób podróżowania. A i tutaj nie dowiedziałam się o nich wiele ciekawego, większość autorów podeszła nawet do miejsc „obowiązkowych” tak nijako, że po całej książce pozostał we mnie jedynie smak kawy – nawet nie wiem z którego miasta. Na pewno nie był to Wiedeń.

Choć kocham książki podróżnicze, wobec tej nie czuję nic. Tak naprawdę wyrwałabym z niej tylko dwa rozdziały – o NYC i Moskwie, reszta mogłaby nie istnieć. Trudno jest polecić coś, co mnie mimo wszystko rozczarowało. Nie zobaczyłam nic – to jak by przylecieć do Paryża na dwie godziny i nie zobaczyć Wieży Eiffla, bo trzeba spieszyć na samolot powrotny. Ogromny niedosyt.

czwartek, 13 grudnia 2012

Savages (2012) - Oliver Stone



„Savages” to przewrotny film. Narratorka (grana przez Blake Lively) już na początku zaznacza, że to, iż opowiada tę historię, wcale nie oznacza, że dożyje do jej końca. „Bo to jedna z tych historii”. Na samym początku filmu dowiadujemy się także, że najlepsza marihuana rośnie w Kalifornii i jest ona hodowana przez idealistę (Bena), który nie postrzega jej jako narkotyk w typowy sposób, poniekąd to kocha. Trzecim bohaterem jest Chon – zabójca. Co łączy tę trójkę? Miłość. Bajkowa, perfekcyjna. O. (od Ofelii) kocha ich obu tak samo, oni kochają ją, ale też kochają siebie. Jeden wielki trójkąt miłosny. Niczym ze słonecznej, amerykańskiej bajki.

Piszę o tym filmie głównie dlatego, by powiedzieć, że niezwykle mnie zaskoczył. Pierwsze dwadzieścia minut nie było co prawda nudne, jednak zdecydowanie nie spodziewałam się, że po ich upływie „Savages” spodoba mi się tak bardzo. O ile brutalne kino mi nie przeszkadza, seksualne sceny zwykle mi się nie podobają, przynajmniej ich przesyt, a zapowiadało się, że tutaj tak właśnie będzie. To na szczęście tylko początek. Zaraz do seksualno-narotycznego raju wkroczy kartel, porwą O., a wtedy okaże się, czy miłość jest prawdziwa i silna. Bo oczywiście narkotyki są najważniejsze. Pytanie tylko: dla kogo?

Gra aktorska Blake Lively zdecydowanie jest na pierwszym miejscu rzeczy zaskakujących. Nie uważam jej za dobrą aktorkę, jednak w tym filmie zagrała zadziwiająco dobrze. Niestety po raz kolejny zakochaną dziewczynkę, lecz dla odmiany można w niej zobaczyć jakąś większą głębię. Spodobała mi się jej rola i wykonanie. Wciąż dalekie do ideału, jednak już na przyzwoitym poziomie. I nie ukrywam, że to z jej powodu zdecydowałam się na „Savages”. Reszta obsady była świetna, zdecydowanie nie mam im nic do zarzucenia.

Fabuła filmu wydaje się być banalna, jednak ja dostrzegłam w niej jakieś surowe piękno. Zabawę z widzem. Słodka miłość w czasie konfliktów narkotykowych, dwie całkowicie przeciwstawne sceny zamknięte w jednej, co sprawia wrażenie absurdu oraz kilka genialnych wręcz tekstów, które zmuszają do zastanowienia, bądź też wyśmiania jednocześnie. „Savages” nie próbuje na siłę wiele wnosić. To zabawny film, a obecne tortury, zabójstwa czy inne ciekawe rzeczy zdają się być tylko dodatkiem. Bo bez nich zrobiłoby się słodko i mdło.

Dla niektórych to najlepszy film reżysera. Inni uważają go za całkowicie nieudany. A we mnie siedzi od wczoraj i próbuję zrozumieć, co tak naprawdę mi się w nim podoba. Bo przecież nie fabuła, która jest prosta i niemal już oklepana. Jednak z jakiejś przyczyny siedziałam wpatrzona  w ekran przez dwie godziny i jedenaście minut, a przy tym nie nudziłam się ani przez chwilę. To jedna z tych historii, gdzie możesz zginąć, a przy tym pośmiać się absurdalności sytuacji. Śmierć nie oznacza przecież końca. Ale o tym więcej w filmie. Gra pozorów.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Ostatnia spowiedź" - Nina Reichter



Mam pewną kobiecą słabość, do której nie boję się przyznawać – lubię dobre romanse, nawet te nierealne, ale piękne. Lubię miłość, która do mnie przemawia, jest niemal namacalna. Z taką spotykam się w niektórych komediach romantycznych, także w książkach. „Ostatnia spowiedź” będąca jednym z najsłynniejszych polskich opowiadań o zespole Tokio Hotel według niektórych jest na samym szczycie listy romansów idealnych, powieści doskonałych i innych ochów i achów. Czytałam pierwotną wersję, jednak zdecydowałam się podejść do książki, jakby ta historia była mi całkiem obca, jakbym nigdy jej nie czytała, bym mogła opisać moje wrażenia na czysto, bez zbędnych uprzedzeń. I tak też zrobiłam, zaczęłam od poznania zespołu Bitter Grace…

Ally wracała z USA do domu we Francji, gdzie miała rozpocząć studia, jednak pech chciał, że jej lot miał opóźnienie i nie zdążyła na przesiadkę. Miała spędzić całą noc na lotnisku, gdzie poznała Bradina. Nie rozpoznała w nim europejskiej gwiazdy, potraktowała go jak zwyczajnego, choć nieco dziwnego chłopaka. Znajomość jednak nie skończyła się tylko na tym jednym spotkaniu – trwała przez trzy miesiące wypełnione smsami i telefonami, a w tym samym czasie Ally męczyła się w związku ze starszym od niej mężczyzną. I paradoksalnie odrzucała od siebie uczucie do Bradina. Do czasu, wszystko do czasu.

Żadna dobra historia miłosna nie może się rozegrać bez dramatów – „Ostatniej spowiedzi” ich nie brakuje – poczynając od nieudanych miłości i kłamstw poprzez problemy, których przysparza sława. Także toksyczni rodzice nie są tej książce obcy. Język książki jest lekki, jednak autorka mocno próbuje wejść w uczucia bohaterów i przelać je na czytelnika, co – trzeba jej przyznać – robi dość umiejętnie. Jednak wiele brakuje tej historii do ideału.

„Ostatnia spowiedź” jest napisana lepiej niż przeciętne powieści młodzieżowe – tego nie można jej odmówić. Niestety pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy (a następnie uświadomiła mi z całą siłą, co takiego denerwowało mnie w pierwotnej, blogowej historii), były wyjątkowo nieumiejętnie skonstruowane, sztuczne dialogi, których głównym celem miało być zapewne przekazywanie, jak bardzo Bradin kocha Ally i jak bardzo jest on infantylny w tej swojej miłości. Niektórzy mogą uważać to za słodkie, mi raczej nie przypadło do gustu. Dawno nie czytałam książki, w której dialogi są tak słabe i miałam nadzieję, że w książce zostaną one poprawione. Niestety moje nadzieje okazały się złudne. Niestety nie potrafiłam sobie wyobrazić, by ktokolwiek mówił w taki sposób.

Samej bohaterki także nie lubię. Jest słaba i ma humory. To sprawia, że jej dziecinność działa na mężczyzn niczym afrodyzjak – wszyscy ją kochają, wszystkim się podoba (to daleko idąca generalizacja, niemniej można odnieść czasem takie wrażenie). Od razu budzi się instynkt opiekuńczy. Niestety uważam, że jest bardzo płytka i za nic nie potrafię poczuć do niej sympatii.

Na szczęście Bradin ze swoją miłością ma więcej charakteru, a jego brat – Tom – jest czystym miodem na moje oczy. Bez wątpienia jest najlepszą postacią w całej książce. Ma charyzmę, bez wątpienia. I daleko mu do okazywania takiej uczuciowości, jaką prezentuje jego brat – od razu dostaje za to dodatkowego plusa.

Najlepszy w książce jest moim zdaniem początek. I zdecydowanie nie zamierzam zmieniać w tej kwestii zdania. Dopóki bohaterowie się nie odzywają (z myślami i wiadomościami włącznie), jest bardzo dobrze i mogę zrozumieć (poniekąd) zachwyty. Jednak całokształt na pełne oddania westchnienia nie zasługuje – choć na pewno należy jej się szacunek i uznanie. „Ostatnia spowiedź” spełnia wszystkie zasady, które klasyfikują ją jako potencjalny bestseller – opowiada o miłości, która nie jest prosta; wciąga w swój świat; napisana jest prostym językiem, który usiłuje być poetycki (niemniej Meyer jej stylistycznie do pięt nie dorasta – plus dla Niny Reichter); bohaterka nie jest najbystrzejszą osobą na świecie, jest płaczliwa a przy tym ma kilka męskich ramion do wypłakania się. A te ramiona pragną być nie tylko opiekuńcze… Dlatego też jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mniej wymagający czytelnik może się w tej książce absolutnie zakochać.

Tej pozycji ani nie polecam, ani nie odradzam. To jedna z tych, które świetnie relaksują, jednak nie są bez wad. Prosta rozrywka na jeden wieczór. Moje drugie wrażenie jest jednak lepsze niż pierwsze – bądź co bądź podeszłam do lektury tym razem bez wspomnianych wcześniej uprzedzeń. Z radością też poczekam na kolejny tom.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

"Dar wilka" - Anne Rice



Gdy Anne Rice zapowiedziała, że kończy z wampirami, nie spodziewałam się, że przeczytam jej książkę, która traktuje o wilkołakach. Jeśli chodzi o tę konkretną pisarkę, jestem gotowa przeczytać dosłownie wszystko, co napisała. Kocham ból, który zawarty jest w jej książkach, to poczucie rozliczania się ze sobą samą. Tworzy ona niesamowity klimat, którego nie da się porównać z niczym innym. I wtedy natrafiam na „Dar wilka”, który choć zawiera w sobie wszystkie cechy typowe dla twórczości Rice, jest tak odmienny, że aż trudno to pojąć. Na początku.

„Dar wilka” jest książką, która posiada szczątkową fabułę, która jest zaledwie tłem do rozmyślań. To wydaje się być największą, choć niezbyt znaczącą z mojego punktu widzenia. Młody dziennikarz pisze historię wspaniałego domu, który z miejsca postanawia kupić, wdaje się w bardzo krótki romans z jego właścicielką, po czym ona zostaje zabita, a on otrzymuje tytułowy dar. Reuben wykorzystuje go do zwalczania zła i pozyskania miłości. Jakkolwiek pompatycznie to nie brzmi.

Akcja toczy się dookoła wspomnianego wcześniej domu, który staje się miłością Reubena, jaką był i wciąż jest przez jego twórcę i pierwotnego właściciela – Felixa Nidecka. Sam Felix pojawia się już w opowieściach na samym początku książki, jednak na jego fizyczne pojawienie trzeba czekać do połowy i należy przyznać, że jest zachwycającą postacią. Niezwykle ciepłą, inteligentną i posiadającą to „coś”. Gdy się pojawia, lektura staje się ciekawa, nie nużą powtarzające się opisy zachwytu Reubena wilczymi zmysłami oraz polowań. Choć same w sobie nie są złe, jest ich za dużo i zbyt wiele czasu trzeba poświęcić na dojście do sedna. Pierwsza połowa „Daru wilka” jest więc wprowadzeniem do wilkołaczego świata, odą do Ziemi i życia oraz miłości. Później Rice wraca do tego, co jest w niej najlepsze – do tworzenia własnej mitologii, historii jej postaci. A jednak jest tego za mało, zawsze za mało. W jej książkach to zawsze moje ulubione momenty. „Dar wilka” aż prosi się o kontynuację, bym ja mogła poznać więcej z tych dziejów.

Jeśli ktoś czytał wcześniejsze książki autorki w trochę większej liczbie, może odniesie to samo wrażenie co ja. W Kronikach Wampirów Rice hołdowała bólowi i smutkowi, wyciskała je z każdej ze swoich postaci i obrazowała własne cierpienia. Gdy powróciła do wiary w Boga, porzuciła wampiry i zaczęła się skupiać na rozwoju duchowym w swojej twórczości. Dobrym przykładem na to jest trylogia „Pieśń aniołów” zapoczątkowana „Pokutą”, opowiadająca o płatnym zabójcy, który się nawraca i odpokutowuje swoje zbrodnie. W tej serii ból także jest widoczny, ale także można zauważyć tendencję do wiary, że nadejdzie lepsze jutro. Zaś „Dar wilka” jest właśnie tym lepszym jutrem. To książka, którą – jako osoba, która zawsze czyta kolorami i podczas lektury zawsze dominuje jakaś barwa – można określić jako świetlistą, lekko błękitną. Pełną nadziei, miłości i radości, która wynikać może tylko z wiary. Reuben przyjmuje dar z pokorą, nie odrzuca go, jak można by się spodziewać. Co prawda sam nie jest religijny (choć jego brat jest księdzem, którego obrazuje dość trafny cytat, po który zapraszam do książki), ale dostrzega pewną wielkość rządzącą tym światem, jakkolwiek by jej nie nazwać. Choć nienazwany, Bóg Rice pojawia się gdzieś między wierszami.

Jest jeszcze jeden piękny wątek, po który można się cofnąć do biografii autorki, a mianowicie chłopiec o imieniu Stuart, który jest gejem. W jego postawie można się doszukać manifestacji Rice przeciwko temu, co przeżyła w związku ze swoim synem (także gejem), a stosunkiem Kościoła do homoseksualizmu. Znając tę historię, można odebrać tę książkę w trochę inny sposób.

„Dar wilka” nie jest najlepszą książką Rice, ale ciekawą. Doskonale widać ewolucję jej samej jak i jej warsztatu. Brakuje fabuły, brakuje postaci, które nie są na swój sposób wyidealizowane (nawet te negatywne), struktura także pozostawia trochę do życzenia, ale… ja poczułam się niejako zachwycona tą książką. Nie zdradziła mi tajemnic wszechświata, wilkołacza historia nie powaliła mnie na kolana jak ta wampirza opowiedziana w „Królowej Potępionych”, ale trochę mnie rozświetliła swoim wewnętrznym blaskiem. Wiele osób poczuje się nią zapewne rozczarowanych, jednak warto ją przeczytać – przynajmniej dla tych, którzy Rice już znają. Zawsze odbieram jej książki bardzo osobiście przez ich emocjonalność. Fabuła nie ma znaczenia, liczy się uczucie. A w tym Rice zawsze była - i już zapewne pozostanie – mistrzynią. Cieszmy się więc, że tym razem jej książka nie kipi smutkiem, a wewnętrzną radością.