poniedziałek, 26 listopada 2012

"John Lennon. Listy" - Hunter Davies (opracowanie)



Nie jestem jedynym marzycielem na świecie. John Lennon także nie był jedynym. Był jednak pisarzem, który zamykał swój świat w słowach. Lubił pisać. I pisał dużo od najmłodszych lat. Gdyby nie ta książka, nigdy bym się o tym nie dowiedziała, a John Lennon kojarzyłby mi się tylko z piosenką „Imagine” i jednym z moich ulubionych cytatów z piosenek.

Może się to wydać hipokryzją, ale naprawdę podobała mi się ta książka i nie miałam w trakcie czytania wrażenia, że przekraczam pewne granice przyzwoitości, czytając ją. To nie to samo, co w przypadku „Fragmentów”Marilyn Monroe. Próbuję pojąć ten fenomen i przychodzi mi do głowy tylko jedno wyjaśnienie: „Listy” traktuję bardziej jako literacką biografię, ciekawostkę. Może dlatego, że Lennon nie był tak smutnym człowiekiem, a w wielu jego tekstach aż kipiało od poczucia humoru. Marilyn zaś wylewała z siebie głównie samotność i ból. Nie miałam tego poczucia intymności.

Prawa autorskie do wszystkich tekstów muzyka należą do jego żony Yoko Ono – to prawdopodobnie kolejny powód, dla którego nie miałam wyrzutów sumienia z powodu tej lektury. Po długich rozmyślaniach wyraziła ona zgodę na stworzenie tej książki. Jako że znała Johna najlepiej i do niej należała decyzja, ja nie mam prawa powiedzieć, że ta książka nie powinna nigdy zaistnieć. To zupełnie inna sytuacja niż z MM.

„Listy” mnie zafascynowały. Na początku je otworzyłam tylko ku rozeznaniu, ale gdy nad nimi usiadłam (a następnie poszłam z Johnem Lennonem do łóżka, bo tam wygodniej), nagle się zorientowałam, że jestem w bardzo zaawansowanym stadium czytania. Choć Hunter Davies (autor oficjalnej biografii Beatlesów) twierdził, że nie chce z tego robić nowej biografii Lennona, co zaznacza przy krótkim życiorysie dla beatlesowych laików (takich jak ja), przypadkiem mu nie wychodzi. Bo okazuje się, że „Listy” to nie tylko teksty wszelakiego rodzaju, ale właśnie też historia życia ich autora. Ułożone chronologicznie z opisami sytuacji i osób, które miały z nimi coś wspólnego, składają się właśnie w dość nietypową historię życia. I pozostaje pytanie: dlaczego mam wrażenie, że wiem o Lennonie więcej, niż gdybym przeczytała jego biografię? Oczywiście tutaj przesadzam, ale ta książka mnie zaintrygowała bardziej, niż mogłam się po niej i sobie samej spodziewać.

Warto też wspomnieć o wspaniałym wydaniu. Po prostu się w nim zakochałam. Co prawda to wielka książka, nieporęczna (do torebki ledwo się mieści), ciężka, ale nie ma tego okropnego śliskiego papieru, kopie listów i ich opracowania są rozmieszczone w jasny i klarowny sposób, a w dodatku wydaje się, jakby żyły własnym życiem (a już z całą pewnością rysunki Lennona!). Takie książki to prawdziwa przyjemność dla oka i półki.

Dla fanów – pozycja obowiązkowa. Dla innych – wedle gustu. Ja zdecydowałam się na nią tylko z ciekawości, a potem zaczęłam śpiewać „Yellow submarine”, co wyraźnie świadczy o tym, że nawet książka, która nie jest powieścią, potrafi porwać do swojego świata. I tylko tak przykro mi się zrobiło, że teraz już prawie nikt nie pisze listów, a po mojej śmierci pozostaną po mnie jedynie jakieś pliki w czeluściach dysku, maila i archiwach komunikatorów internetowych… Może pora przywrócić tę starą, romantyczną i niezwykłą formę komunikacji do łask? A potem może i nasze słowa znajdą się w tak ciekawej pozycji literackiej. Choć do tego chyba trzeba być sławnym, a mi to raczej nie grozi.


czwartek, 22 listopada 2012

"Portret Doriana Graya" - Oscar Wilde



„Portret Doriana Graya” jest powieścią kultową. Nie sposób nie znać jej chociaż ze słyszenia, choć fabuła zdaje się wtedy być całkowicie przemyślana. O tej książce wiadomo jedno – że jest. Kto by jednak przypuszczał, że spora ilość znanych cytatów pochodzi właśnie z tej książki? I co najlepsze – większość z nich wychodzi z ust naczelnego cynika tej historii – Harry’ego, przyjaciela Doriana i przy okazji osoby, która sprowadziła bohatera na moralne dno.

Jedno trzeba przyznać Oscarowi Wilde – wie, jak używać słów, by czytelnik się w nich zatopił. Mglisty Londyn przedziera się do mojego umysłu, wpija w oczy, a ja ledwo widzę przez tę mleczność. Cóż więc mi pozostaje? Mogę tylko czuć. I faktycznie, błądzę po części na ślepo przez karty powieści, co mnie spowalnia. Mgła mnie otacza, skleja i zlepia, ogranicza mi ruchy, dusi. Gdy się z niej wyrwę, okazuje się, że nie doszłam za daleko. I tak przez całego Doriana – powoli, żmudnie, ale z jakąś perwersyjną radością. W głowie tli mi się, że książka spodobałaby mi się bardziej, gdybym nie oglądała filmu – zrobiłam to chyba dwa lata temu, ale bezczelnie wciskał się on w mój odbiór literackiej rzeczywistości. I tak zostałam uwięziona w Londynie.

Można by nazwać tę książkę obrazem zepsucia. Ja bym ją nazwała studium ludzkiej duszy i bezsensownych zasad współdziałania społeczeństwa. Oczywiście sensowne też są, ale gdyby na nie popatrzeć z perspektywy Harry’ego – który wydaje się być właściwym bohaterem, towarzyską perłą – nie mają większego znaczenia. Harry jest takim diabłem, który pojawia się i wychodzi naprzeciw konwenansom, burzy je i także niszczy niewinność Doriana, który zbyt ochoczo poddaje się świeżym i nie do końca akceptowalnym poglądom mężczyzny. Dorian błądzi zatem w tej samej mgle i myśli, że wie, co robi. Do czasu.

Sama historia wiecznie młodego Graya jest interesująca, ale na dłuższą metę – która w przypadku tej książki wynosi zaledwie dwieście stron – nuży. Jest ona zaledwie tłem dla dyskusji o sztuce i ludziach. Sprawia, że ta historia staje się przewrotna i ostatecznie sprawia, że można się zastanawiać, czy Harry nie ma racji. Wręcz tego wymaga! Z drugiej jednak strony jego poglądy czasem aż proszą się, by im zaprzeczyć i on sam zdaje się tego chcieć. Bez wątpienia jest to intrygujące.

„Portret Doriana Graya” jest wspaniały, choć nie potrafię się w nim bezkrytycznie zakochać i zatopić. Niewątpliwie byłam zachwycona notorycznie używanym w polskim wydaniu czasem zaprzeszłym, w historii Doriana i osobie Harry’ego, jednak całość wypadła gorzej, niż oczekiwałam. Nie porwała mnie na jeden oddech, czytałam dość długo, momentami znudzona, poniekąd zmuszona. Ale dajmy książce obronić się samej. Prawdopodobnie przy innej okazji nie pozwoliłabym powiedzieć na nią złego słowa, jednak to rzecz, która wypowie się o sobie najlepiej sama:

„To słowo nadaje rzeczom istnienie realne” – Dorian Gray wbił się zatem realnie w moją głowę i jej nie opuści. Ponieważ zwyczajnie w niej żyje.
„Nie ma książek niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle” – ta jest napisana rewelacyjnie. Ale czy zakończenie nie byłoby lepsze, gdyby było bardziej dopracowane, a nie zamknięte w zaledwie paru zdaniach?
„Każda sztuka jest bezużyteczna”, mówi. Jednak przecież za chwilę pojawi się coś, co zaprzeczy całości książki, całemu sensowi mojej recenzji i zdaje się pasować idealnie. Może sztuka jest bezużyteczna, ale po co w ogóle o niej mówić? W końcu „określać znaczy ograniczać”.


 Zapraszam do wzięcia udziału w Wyzwaniu :).

poniedziałek, 19 listopada 2012

Angielski z TreeCards - World and Travel (A1)


Z angielskim zawsze miałam problem. Problem ten był dość podstawowy, bo polegał na tym, że zwyczajnie nie lubię tego języka i nie zamierzam się go uczyć. Studia sprowadziły mnie na ziemię - mam zaliczyć ten język na poziomie B2 czy mi się to podoba czy nie. Ewentualnie mogę jakiś inny, ale w tym momencie poszłam na łatwiznę. Niech już będzie ten angielski. Byle szybciej mieć to z głowy.

Jednak nie zaczynam od początku. Moje nałogowe oglądanie seriali sprawiło, że jestem na tym poziomie. Pozostanie niestety pewien problem - brakuje mi podstaw. Słów, które każde dziecko z podstawówki zna. Wiedzy gramatycznej. I nie odróżniam jednego przyimka od drugiego. Dlatego sięgnęłam po TreeCards.

Są to fiszki, które oprócz słów i zdań z ich użyciem posiadają obrazki, dzięki którym nauka ma stać się zabawniejsza. Obecnie istnieją cztery kategorie słownictwa z poziomu A1:
- Everyday Life
- Human Being
- Work and Education
i te, które ja posiadam, czyli:
- World and Travel

Teraz - po zapoznaniu się z TreeCards - myślę, że chciałabym mieć kolejne, żeby zapoznać się ze słownictwem z tamtych kategorii. Mnie samą zdziwiło, jak może mnie rozbawić taka nauka. Nie zaczynam od zera, więc idzie mi lepiej. Uzupełniałam tylko poniektóre słowa i braki gramatyczne, które wyciągałam ze zdań. I wreszcie udało mi się znaleźć coś, co jest podstawą przy nauce języków - motywacja. Poważnie mnie te fiszki zainspirowały do tego, by się uczyć. (Może dzięki nim odrobiłam wczoraj z własnej woli zadanie z angielskiego?)

Do fiszek dołączone jest pudełko, w którym umieszcza się fiszki. Do tego dołączona jest instrukcja. Gdy przejdzie się przez wszystkie poziomy i zapamięta się dane słowa, fiszki lądują poza pudełkiem, bo są już opanowane. Zabawa (i nauka) trwa, dopóki nie opanujemy słów na zasadzie powtarzania i utrwalania. Rewelacyjna rzecz!

W World and Travel poznajemy środki lokomocji, czasowniki dotyczące przemieszczania, a także pogoda, zwierzęta, rośliny. Łącznie 250 słów i zdań. Muszę przyznać, że wcześniej nie byłam do końca pewna, czy fiszki to coś dla mnie. Zmieniłam zdanie. Mam też małe opakowanie z fiszkami do francuskiego, które niestety nie mają obrazków, co sprawia, że trochę mniej mnie cieszą. Zabawne, prawda? Dla mnie tak. Jednak teraz wiem, że się za nie zabiorę.

Polecam TreeCards jako sposób nauki języka. Lub też nadrobienia braków, co ja właśnie robię.

Jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądały moje początki z TreeCards i jakiej głupawki przy niej dostawałam, zapraszam na poniższy filmik, tam także zobaczycie lepiej, jak te fiszki wyglądają. Muszę jednak przyznać, że nim włączyłam kamerę, było zabawniej.

Fiszki TreeCards - Wydawnictwo Cztery Głowy

czwartek, 15 listopada 2012

"Zbrodnia i Kojot" - Kevin Hearne




Co prawda w tym tomie nie ma kabalistów, ale skutki kabały, w którą w poprzednim tomie wplątał się druid, są aż nadto wyczuwalne. Nie bez powodu cała zgraja bogów piorunów napada go na samym początku książki i… zabija. Ostatniego druida. Jednak nawet śmierć nie uwalnia od pewnych zobowiązań. Szczególnie, gdy są to obietnice złożone jednemu z Pierwszych Ludzi, Kojotowi. Ten to potrafi skomplikować nawet coś tak prostego jak śmierć.

W każdym tomie zapoznajemy się z cząstką jakiejś mitologii. „Zbrodnia i Kojot” opowiada czytelnikowi co nieco na temat indiańskich wierzeń, zasad działania społeczności wampirów i także trochę wyjaśnia, co się dzieje po śmierci, w myśl zasady, że dostajemy tylko to, w co wierzymy.

O fabule opowiadać nie będę, ponieważ musiałyby to być bardzo daleko idące spojlery (szczególnie dla tych, którzy serii jeszcze nie czytali, a do czego gorąco zachęcam). Akcja jest ciągiem dalszym tego, co zgotował sobie Atticus w poprzednich tomach, więc jest (nie)wesoło.

Tom ten – oprócz śmierci i śmiertelnych niebezpieczeństw – zdaje się być mimo wszystko spokojny. Jak cisza przed burzą i cisza po burzy. W końcu ostatnio z tym mieliśmy do czynienia. A teraz martwy Atticus nie jest już zagrożeniem, jego uczennica jest niewielu znana, a Oberon… wciąż mówi o kiełbaskach i pudlicach, więc jest dobrze. A bogów się zbyt dużo nie pojawia. Po co, skoro druid nie żyje?

To część, która jest ucieczką od obowiązków. Próba znalezienia się w nowym świecie, nowej rzeczywistości, z nowymi zasadami. To tom zmian. I – podobnie jak „Raz wiedźmie śmierć” – wydaje się on być przygotowaniem do czegoś większego, czego autor nawet nie sygnalizuje. Wcześniej w miarę jasno dawał do zrozumienia, co może nastąpić, teraz trafiamy w niejaką próżnię – brak wiedzy i przypuszczeń. Oczywiście trudno uwierzyć w spokój, który będzie panował aż do końca serii. A może jednak? Może właśnie o to chodzi autorowi? Co on jednak zamierza w następnym tomie, który za dwa tygodnie pojawi się w USA i Kanadzie? (Proszę o niespoilerowanie, sama przeczytałam sobie opis „Trapped”.)

Od ponad roku jest to moja ulubiona seria fantastyczna. „Kroniki żelaznego druida” są bardzo dobre, zabawne i nie ograniczają się do banalnego romansu paranormalnego, lecz manewrują między różnymi systemami wierzeń, łączą je i mieszają. Brakuje tu nieomylnych bohaterów, nawet bogowie mają swoje słabości. Inteligentna, porywająca seria, za którą z całą pewnością zatęsknię, gdy się skończy. Z całego serca ją polecam, potrafi rozjaśnić nawet najmroczniejszy dzień przezabawnymi cytatami, sytuacjami i także całokształtem.

Wciąż jednak brakuje mi tu smoka. (O czym nie omieszkałam poinformować rok temu autora.)

niedziela, 11 listopada 2012

"Twój cień" - Jeffery Deaver



Gdy piętnaście lat temu Jeffery Deaver wydał „Kolekcjonera kości”, wpisał się na stałe do kanonu autorów thrillerów. Książki co prawda nie czytałam, ale widziałam film, który uznałam za rewelacyjny. Jednak fabuła ta była dziełem Deavera (przynajmniej w znacznej części – różnic między książką a filmem z wyjątkiem nazwiska bohaterki nie znam), co sprawiło, że bez wahania przeczytałam jego najnowszą powieść „Twój cień”.

Przyznam, że spodziewałam się czegoś genialnego, błyskotliwego i nie do rozgryzienia. Szukałam tutaj świetnie zorganizowanego i bezlitosnego mordercy, tuzina trupów i jeżącego się włosa. Po części autor spełnił moje oczekiwania, jednak nie do końca. Bo trupów było niestety za mało.

Tytuł „Twój cień” wskazuje na prześladowcę. I jest on bardzo adekwatny (myślę, że nawet bardziej od oryginalnego „XO”) do treści, gdyż traktuje ona o stalkerze (a zjawisko to znamy już z książki Olgi Rudnickiej) prześladującym słynną, piękną, młodą, utalentowaną i generalnie idealną wokalistkę country Kayleigh Towne. Choć sytuacja z pozoru wydaje się oczywista – mężczyzna wpada w obsesję na jej punkcie, jeździ za nią, pisze do niej setki wiadomości, staje pod jej oknami, co sprawia, że dziewczyna jest przerażona – autor decyduje się na zabicie członka ekipy piosenkarki, jako wskazówki-groźby używając jednej z jej piosenek - wspomnianej już w tytule książki. Podejrzenia i dowody wskazują na stalkera. Jednak nic nie jest takie, jak się może wydawać. Następują po sobie tak gwałtowne zwroty akcji, z jakimi nie miałam do czynienia w żadnej innej książce tego typu.

Jednak nim do owych zwrotów dojdzie, należy przeczytać pół książki, gdzie zdaje się, że nic takiego się nie zdarzy. Jest spokojnie, stalker mimo swoich domniemanych morderstw wydaje się jednak niezbyt groźny (choć też nie sympatyczny), a cała [moja] uwaga skupia się na Kathryn Dance – agentce specjalnej, fance i przyjaciółce piosenkarki. W końcu to już trzecia z kolei książka z jej udziałem, więc bohaterka doskonale wie, jak zachowywać się na kartach powieści, by zaciekawić czytelnika. A z racji niedoboru morderstw zainteresowała mnie znacznie bardziej niż intryga. Do czasu, rzecz jasna.

Początek książki wlecze się dość leniwie, w sympatyczny spacerowy sposób. Nie nudzi, ale też daleko mu do wciągnięcia, które następuje znacznie później. Fantastycznie może zmylić czytelnika. Lub też go zirytować. Mimo to nie miałam zastrzeżeń, podobało mi się, choć wciąż nie dostawałam tego, co gatunek obiecuje. Zachwyciłam się dopiero, gdy rozpoczęły się te wyczekiwane zwroty akcji. Z wyjątkiem Fitzka nie widziałam tak dobrze (a może nawet lepiej) skonstruowanej fabuły, w której wszystko jest stabilne i prawdopodobne. Może dla stałych czytelników Deavera ta książka nie będzie niczym odkrywczym, ale mnie zaskoczyła i dałam się oszukać, sam autor zaś zdawał się ze mnie śmiać.

Jest to zdecydowanie jeden z ciekawszych thrillerów, jakie miałam okazję przeczytać. Nie najlepszy, ale z całą pewnością jeden z lepszych. Dobrze dopracowana fabuła, ciekawe postacie (choć główna bohaterka-piosenkarka wydaje się momentami mdła i bez charakteru, ale to należy do jej osobowości, choć nie lubię takich ludzi zarówno w życiu, jak w literaturze/filmie) i łatwo przyswajalny język, w którym nie sposób się zgubić, ale też nie jest najniższym z możliwych poziomie. 

Dodatkowo na końcu książki znajdują się teksty wszystkich piosenek wspomnianych w tekście, na stronie autora można znaleźć ich wykonania. Jedna rzecz mi się w tym nie spodobała - teksty te są tylko i wyłącznie po polsku. Dlaczego nie została zachowana wersja angielska, a obok tłumaczenie? Myślę, że byłoby to o wiele ciekawsze.

Jeśli ktoś boi się thrillerów, po „Twój cień” może mimo to sięgnąć. Jest dość łagodny, choć wciąż na wysokim poziomie. Morderca nie przeraża tak bardzo, jak wspomniany wyżej Kolekcjoner Kości, ale bez wątpienia potrafi zaskoczyć czytelnika. Albo tylko ja jestem łatwa do zaskoczenia.


Przypominam o Wyzwaniu.

poniedziałek, 5 listopada 2012

"Obce dziecko" - Alan Hollinghurst



Miłość do słowa pisanego jest często wystawiana na bolesną próbę, gdy przychodzi do czytania literatury popularnej, a nie Literatury, która porusza jakieś struny, słowa smakują, a jej realność jest na zupełnie innym poziomie. Jeśli chodzi o Literaturę, ona prosi, by się przy niej na chwilę zatrzymać, podumać i ją poczuć. Literatury nie da się czytać szybko. Ona spowalnia myśli i zatrzymuje czas.

„Obce dziecko” jest Literaturą. To książka, która stawia pytania może nie tyle trudne, co niełatwe do wyjaśnienia i niekoniecznie udziela na nie jednoznaczne odpowiedzi. Jest to, jak ujęła to moja przyjaciółka, powieść wysublimowana. Opowiada swoją historię na dwóch płaszczyznach – konwenansów i rzeczywistości ukrytej pod ich warstwą. Jest spokojna, choć w tle wrą emocje. Choć tematyka może sprawiać wrażenie balansowania na granicy przyzwoitości, okazuje się, że największym jej wrogiem mogą stać się myśli czytelnika. Autor stoi z boku i pokazuje tylko, w którą stronę należy patrzeć. Czasem zwraca uwagę na jakiś szczegół (będąc przy tym niezwykle dokładnym w opisie), pozostając jednak poza granicą.

Ta książka jest angielską do szpiku kości sagą rodzinną. Opowiada o życiu poety Cecila Valance’a oraz Daphne. Na tej podstawie można by utkać historię miłosną, jednak Alan Hollinghurst komplikuje wszystko – on prawie unika mówienia o miłości, skupia się na pożądaniu, poczuciu przywiązania, ale miłość niemal całkowicie wykreśla ze swojej książki. I choć Daphne zdaje się być zakochana w Cecilu i wierzyć w to, że on czuje to samo do niej, Cecil okazuje się być gejem mającym romans z jej bratem. Od tego zaczyna się ta historia i zdecydowanie na tym nie kończy. Idziemy coraz dalej w przyszłość, poczynając od czasów wiktoriańskich, aż po dzień dzisiejszy.

Po skończeniu każdej części, akcja przenosi się o kilka (kilkanaście, kilkadziesiąt…) lat do przodu i wprawia w konsternację. Bohaterowie się zmieniają, pojawiają nowi, starzy ulegają transformacjom. Jest to nie do końca zrozumiałe do momentu, gdy autor wyjaśnia, co się z nimi stało na przestrzeni lat. Sam zabieg jest bardzo dobrze przeprowadzony, pokazuje, jak wygląda życie – nie posuwa się ono prosto naprzód, lecz chadza koleinami, skręca bądź trafia w ślepy zaułek. Przyszłość wcale nie jest oczywista. Tak samo jak i przeszłość.

Choć „Obce dziecko” traktuje głównie o homoseksualizmie, ja czytałam je bardziej pod kątem społeczeństwa, jednostek i zmian zachodzących na tych gruntach. Homoseksualizm jawił mi się bardziej jako coś, co występuje powszechnie, jednak się o tym nie mówi, zostawia w cieniu. Spojrzenie na to zmienia się z biegiem lat, co jest zresztą rewelacyjnie pokazane, ale gdy pojawia się rodzina z taką zawiłą historią, jak rodzina Valance’ów, nawet wtedy nie patrzy się na to przychylnym okiem.

Jest to książka także o literaturze – nie bez powodu niemal każdy z bohaterów ma na swoim koncie jakiś tekst. Oni piszą, czytają, dyskutują. Cudownie jest patrzeć, jak powstają książki – szczególnie biograficzne – i jak niewiele jest w nich obiektywizmu, a za to pełne są tego, co chce być pokazane. Oczywiście przez bohaterów, którzy pozornie otwarci, tak naprawdę nikomu nie pokażą swojej prawdziwej twarzy. To także jest przedstawione bardzo dobrze. Każdy bohater ma swoją osobowość, która wyróżnia go na tle innych i zdaje się być autentyczna.

„Obce dziecko” z całą pewnością nie spodoba się każdemu. To tomiszcze (sześćset stron) o temacie niekoniecznie miłym każdemu czytelnikowi i napisane w sposób, którego nie można nazwać lekkim, jest dość wymagające. Oczywiście nie równa się książkom Nabokova, jednak zdecydowanie nie jest prostą i przyjemną lekturą. Wymaga czasu i skupienia, mocno działa obrazami na umysł i uczucia i pokazuje, że i dzisiaj książki potrafią być pisane nie pod miłośników fantastyki oraz tzw. „czytadeł”, ale także Literatury.


Zapraszam do wzięcia udziału w Wyzwaniu Listopadowym.
http://wyzwanie-listopadowe.blogspot.com/