środa, 31 października 2012

Wyzwanie Listopadowe - wprowadzenie

Pomysł na Wyzwanie powstał z potrzeby serca, by przeczytać książki należące do niejakiego kanonu. Wyzwanie trwa od listopada do listopada i na każdy miesiąc przeznaczona jest jedna książka z podanej niżej listy. Serdecznie zapraszamy do udziału.

Zasady ogólne

1. Raz w miesiącu należy przeczytać przyporządkowaną do niego lekturę.
2. Należy napisać recenzję i opublikować ją na blogu wyzwania do ostatniego dnia miesiąca. Można też to zrobić dodatkowo na blogu osobistym.
3. Wyzwanie kończy się z dniem 30. listopada 2013.
4. Do Wyzwania można przyłączyć się w dowolnym momencie, jednak warunkiem jest, by nadrobić pominięte lektury.

W przypadku posiadania własnego bloga oraz publikacji na nim recenzji podciągniętych pod Wyzwanie, należy pod każdą recenzją umieścić banner Wyzwania wraz z linkiem przekierowującym oraz napisać post o przystąpieniu do niego.




Zasady publikacji recenzji

1. Tytuł posta powinien mieć następującą formę:
Autor recenzji: "Tytuł" - autor książki
Przykład:
Alina: "Portret Doriana Graya" - Oscar Wilde
2. Pod każdym postem należy umieścić etykietę z tytułem książki oraz nickiem autora recenzji.
3. Wstawienie okładki książki oraz dodatkowych informacji typu liczba stron, wydawnictwo itp. jest nieobowiązkowe.

Osoby zainteresowane proszone są o napisanie maila pod adres:


allenee1991@gmail.com

Wtedy też zostanie wysłane zaproszenie do blogowania na blogu wyzwania. Zgłoszenie jest jednoznaczne z chęcią przestrzegania zasad oraz przeczytania książek przewidzianych w jego ramach. Są one w znacznej większości klasyką literatury i warto je poznać. Dlatego serdecznie zapraszany do wspólnego czytania.

Lista lektur

Listopad: Portret Doriana Graya - Oscar Wilde (1890)
Grudzień: Wielki Gatsby - F. Scott Fitzgerald (1925)
Styczeń: Tess d'Urberville - Thomas Hardy (1891)
Luty: Anna Karenina - Lew Tołstoj (1877)
Marzec: Czuła jest noc - F. Scott Fitzgerald (1934)
Kwiecień: Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze - Edgar Allan Poe (pierwsza połowa XIX wieku)
Maj: David Copperfield - Charles Dickens (1850)
Czerwiec: Antoniusz i Kleopatra - William Szekspir (1607)
Lipiec: Dama Kameliowa - Aleksander Dumas (1848)
Sierpień: Szkarłatna litera - Nathaniel Hawthorne (1850)
Wrzesień: Kochanek lady Chatterley - D. H. Lawrence (1928)
Październik: Pani Dalloway - Virginia Woolf (1925)
Listopad: Greta Minde - Theodor Fontane (1879)

Adres bloga wyzwaniowego:

http://wyzwanie-listopadowe.blogspot.com/

wtorek, 30 października 2012

Stos październikowy.

Jestem dumna z tego stosu. I choć jest prawie całkowicie recenzyjny, a dodatkowo powinna się na nim znaleźć "Bojowa pieśń tygrysicy", to jestem dumna. Patrzę na niego z zachwytem.
"Wnętrza" to coś, co warto znać. I dowiedzieć się czegoś na temat ich urządzania. Taka mała lektura edukacyjna. Ale o tym kiedyś w recenzji.
John Lennon to oczywista oczywistość. Po co się rozdrabniać. Gdy dziś do mnie dotarł, wraz z przypinką, poczułam się, jakby był świąteczny poranek, choć samego Johna i nic z nim związanego szczególnie nie kocham. Niedługo.
"Obce dziecko" się czyta i zachwycam się smakiem tej książki. O nim także niedługo.
"Twój cień" autora "Kolekcjonera kości" wzięłam tylko dla faktu Kolekcjonera i tego, że Angie grała w tym filmie i że jestem niezmiernie ciekawa autora. Także wkrótce.
"Apetyt na Italię" czekał w skrzynce w akademiku całe wakacje, aż przyjadę. I coś mi ciężko i bardzo opornie idzie. Więc zobaczymy, co z niego wyniknie. Obawiam się, że to potrwa długo.
"Portret Doriana Graya" to książka, którą przeczytać chciałam od dawien dawna. I teraz, z racji Wyzwania Listopadowego (ach, nie wiecie? Dowiecie się zapewne jutro ;)) nareszcie go przeczytam. Lepiej późno niż wcale!
A nauka czytania w myślach jest z całą pewnością przydatna! Tak że będę się jej uczyć, a w zasadzie jestem w połowie. Czekajcie zatem na recenzje, bo będzie ciekawie.

niedziela, 28 października 2012

"Niebezpieczna rozgrywka" - Keri Arthur




Po tomie trzecim moja miłość do Riley osłabła na tyle, że pogodziłam się z myślą, iż prawdopodobnie kolejnych tomów nie przeczytam. Jednak przeznaczenie chciało inaczej. Sytuacja z poprzednich tomów się powtórzyła – rzuciłam się zachłannie na książkę, gdy tylko trafiła w moje ręce. I tym razem jeszcze bardziej na spokojnie niż poprzednio zaczęłam czytać.

Można przyzwyczaić się do tego, że książka zdaje się zaczynać w momencie całkowicie wyrwanym z kontekstu poprzednich tomów. W jakiś laboratoriach, za magazynami, bądź innych sytuacjach, które nie wynikają bezpośrednio z poprzednich części. Oczywiście wkrótce zostaje to połączone. Mimo to początki w tej książce potrafią frustrować – szczególnie tych, których tak naprawdę interesuje tylko jedno – czy Riley będzie z Quinnem? Czy będzie mieć dziecko? Czy zostanie strażnikiem [Departamentu Innych Ras], który bez litości zabija innych?

Także inne pytania nurtują: czy Rhoan w końcu zacznie spełniać oczekiwania Liandra? Kim jest Quinn?

Na niektóre z nich (i innych, niezadanych) nareszcie uzyskamy odpowiedzi, na inne jedynie możemy je przypuszczać.

Ten tom zaskakuje swoją refleksyjnością. Dla Riley seks jest wciąż nieziemsko ważny, jednak zdaje się ona rozumieć różnice między seksem, a seksem; między jednym partnerem a drugim. A dodatkowo stara się umieścić w jakiś ramach swój związek z Quinnem, który osiąga nowe poziomy. Oboje przekraczają pewne granice, ranią się, ale z drugiej strony… starają się naprawić swoje błędy i na nich uczyć. Nie jest jednak tak prosto zmienić żelazne zasady tysiącletniego wampira, ani uwiązać szalejące hormony wilkołaka. Oboje różnią się od siebie niemożliwie, jednak są też do siebie pod pewnymi względami podobni. I chyba to właśnie te podobieństwa utrudniają im bycie razem.

Choć seria może zdawać się banalna i przepełniona erotyką w nadmiarze, pozwala między wierszami dostrzegać absurdalne zachowania ludzi i ich podejścia do związków. Sytuacje, w których ciężko osiągnąć kompromis, ponieważ nikt się na niego nie pisze. Mimo to w zdecydowanej, a raczej miażdżącej, przewadze jest to lektura typowo rozrywkowa. Raczej dla dorosłych, ewentualnie starszej młodzieży. I bez wątpienia fanów romansów paranormalnych. Książka nie wnosi wiele do rozwoju duchowego. Ja ją czytam, by się zrelaksować, ponieważ do tego celu nadaje się rewelacyjnie. I w tym celu ją polecam określonej wyżej grupie docelowej.

poniedziałek, 22 października 2012

"Królowa" - Karen Essex




Przy pierwszym tomie wspomniałam o bezlitosnym zakończeniu oraz proponowanym przeze mnie podziale tomów, który sama już wtedy obaliłam. Tym razem Karen Essex postanowiła skomplikować formę książki i – ni z tego, ni z owego – zaczęła przeplatać między sobą lata panowania Kleopatry oraz wydarzenia związane z Cezarem, jak i te z Antoniuszem, pozwalając poznać czytelnikowi historię poniekąd od końca. I zmuszać do zastanowienia – jak do tego doszło?

„Królowa” jest ciągiem dalszym losów Kleopatry, królowej Egiptu i jednej z najpotężniejszych kobiet w historii świata. Nie ukrywając, mojej ulubionej. Po uprzednim przygotowaniu do spotkania z Cezarem, autorka przeskoczyła od razu do dwudziestego roku panowania Kleopatry, czyli czasów (już) Marka Antoniusza i depresji, w jakiej jest pogrążony. Kolejny rozdział wraca do Cezara i przez dłuższy czas książka jest przeplatanką wczesnych i późnych lat panowania. Nie przepadam za takim rozwiązaniem*. Lubię, gdy powieść idzie prosto, bez zbędnego zbaczania z chronologii. Choć i od tej reguły są wyjątki…

Przebieg fabuły można przeprowadzić na podstawie znajomości faktów z życia Kleopatry, dlatego przytaczanie go jest bez sensu. To po prostu ciąg dalszy zbeletryzowanej biografii królowej – plastycznej, dbałej o szczegóły, choć podobnie jak w poprzednim tomie, autorka wypełnia luki w faktach własną fantazją, która przedstawia dość prawdopodobny obraz wydarzeń. Autorka sama przyznaje, że pragnie odczarować femme fatale Kleopatrę i pokazać ją jako inteligentną królową, wodza, a przede wszystkim kobietę, matkę, która kochała w życiu tylko dwa razy – tylko przypadek sprawił, że jej miłościami było dwóch potężnych imperatorów Rzymu. Udaje jej się to, choć kosztem Oktawiana, który zostaje przedstawiony jako bezlitosny i pozbawiony honoru (choć historia pokazuje, że i taki momentami rzeczywiście był).

Muszę pochwalić przedstawienie dwóch wielkich postaci – Cezara oraz Antoniusza. Nie pokazuje ich jednostronnie, tworzy z nich wspaniałych mężczyzn, którzy mają swoje słabości, ale są także niezwykle silni i choć podobni do siebie, tak różni. Patrzymy na nich z perspektywy Kleopatry, która w pewnym momencie zastanawia się, którego z nich by wybrała, gdyby stali obok siebie i mogłaby wybrać jednego z nich – dojrzałych, doświadczonych polityków i wspaniałych mężczyzn. Postaci są realnie przedstawione. Bez wątpienia Karen Essex tchnęła nowe życie w ten nieoficjalny triumwirat.

Obie książki („Kleopatra” i „Królowa”) są naprawdę dobre. To lektury, które nie pozwalają zamknąć ich bez chociaż chwili zastanowienia i odzwierciedlają rzeczywistość, choć przepuszczoną oczywiście przez pryzmat pewnych wyobrażeń. Autorka stara się jednak być jak najbliższa prawdzie i to sprawia, że książki te warto przeczytać. Pomagają poznać tę historię bez czytania biografii, które nie są nawet w połowie tak barwne jak książki Karen Essex.

*Jestem czytelniczką, która nigdy nie czyta tytułów rozdziałów. Dlatego gdy w jednym rozdziale opowiada jedna postać, w drugim druga, zwykle się trochę gubię. Tak samo było z tymi latami. Na szczęście po sposobie pisania autorki można było bez problemu rozpoznać, z którym z kochanków Kleopatra w danym momencie była

wtorek, 16 października 2012

„Ajurweda. Medycyna indyjska” – Monika Ptak



Słowo „ajurweda” znaczy tyle co „wiedza o życiu”. I choć różne kraje, kultury i kręgi filozoficzne próbują przywłaszczać sobie stwierdzenie „jedyny prawdziwy sposób na doskonałe życie”, zwykle do tego im naprawdę daleko. Okazuje się jednak, że ajurweda jest znacznie bliżej stworzenia komplementarnej wiedzy o życiu, niż cokolwiek innego.
                              
Niedawno wspominałam o Kuchni Pięciu Przemian, która zawiera w sobie trochę podobieństw do ajurwedy. Łączy ze sobą zarówno pewną filozofię, jak i fizyczność. Ajurweda jest bardziej praktyczna. A przynajmniej do momentu. Dzieli ludzi na fizyczne kategorie, do których należy dostosować życie, czyli w dużej mierze żywienie, ale także kolory, zapachy, ćwiczenia fizyczne i medytację. Jest bardzo dokładna i sensownie tłumaczy, co i dlaczego.

Zadziwiające jest jednak to, że ta książka naprawdę mnie zaciekawiła – wręcz nie mogłam się od niej oderwać, prawie jakbym czytała powieść. Możliwe, że przyczyną był fakt, iż przemawiała do mnie ajurweda i zaczęłam w niej szukać recepty na własne zdrowe życie. Do czasu gdy sklasyfikowałam swój typ (konstytucję) i okazało się, że jest mieszany, a produkty żywnościowe z moich typów się wzajemnie wykluczały. Uznałam to za absurdalne, ponieważ ciężko było mi znaleźć rozwiązanie tego niemałego problemu. Niektóre rzeczy mi też zwyczajnie nie służą, a rzekomo powinny być dla mnie odpowiednie. W tym właśnie momencie zaczęłam mieć kłopot nie tyle z samą książką, co z jej zawartością.

Książka jednak jest bardzo konkretna, nie chaotyczna. Posiada dokładny spis treści, w środku przydatne tabele i mniej (dla mnie) przydatne schematy. Pokazuje, jak można wyleczyć różne dolegliwości w domowych warunkach za pomocą przypraw, jak oczyścić organizm, jak zadbać o ciało od zewnątrz. Nie przemilcza niczego, co dla początkującego fascynaty ajurwedą może mieć znaczenie. U mnie nie pozostawiła żadnych pytań bez odpowiedzi, nawet jeśli osobiście się z jej opinią nie zgadzałam. Myślę, że to naprawdę dobre przygotowanie tego – że tak powiem – podręcznika sprawiło, że mimo drobnych absurdów, jest przekonująca. Można znaleźć w niej wiele wskazówek, które da się wprowadzić do własnego życia bez diametralnych zmian. Niektórych na pewno ajurweda zainteresuje całościowo. Oczywiście wszystko to zależy od osobistych preferencji.

Bardzo ciekawa książka. I jeśli chodzi o żywienie, bardziej przemawiająca niż Kuchnia Pięciu Przemian. Myślę, że warto przejrzeć, bądź przeczytać i samemu ocenić, czy powinno się przyjrzeć ajurwedzie z bliska.

poniedziałek, 8 października 2012

"Śmierć ma 143 cm wzrostu" - Sebastian Fitzek



Fitzek to najlepszy autor thrillerów z jakim miałam do czynienia. Przeczytałam do tej pory pięć jego książek, przede mną jeszcze trzy (z czego dwie na razie nie są przetłumaczone, ale to mi akurat w niczym nie przeszkadza). Mogę powiedzieć jedno – osoba, która pisze takie rzeczy, zdecydowanie nie jest w pełni normalna. I bynajmniej nie mam na myśli niczego złego.

To kolejna książka Fitzka, która zaczyna się od końca. Poznajemy mordercę – dziesięcioletniego chłopca, który mówi, że piętnaście lat wcześniej zabił siekierą mężczyznę. Robert Stern, wybitny prawnik z ziejącą raną w sercu, zostaje wplątany w tę mało wiarygodną historię, która ściśle – jak to u Fitzka bywa – łączy się z jego własnym życiem. Najgorsze jest to, że zamiast uzyskiwać odpowiedzi, mnożą się kolejne pytania. I komplikacje.

Jeśli chodzi o trzymanie w napięciu, nie jest to najlepsza książka Fitzka. Jeśli chodzi o fabułę, znajduje się w ścisłej czołówce (choć nie sądzę, by cokolwiek przebiło „Klinikę”). Wykonanie, co też łączy się z napięciem, wydaje się być trochę niedopracowane. Jednak wciąż „Śmierć ma 143 cm wzrostu” (z trochę mniej dziwnym oryginalnym tytułem „Das Kind”) jest bardzo dobrym thrillerem, który ciężko odłożyć, ponieważ zwyczajnie wciąga.

Brakowało mi jednego – chyba stałego w dziełach Fitzka – elementu, czyli Victora Larenza, który z każdą kolejną książką zyskuje na realności. Mimo to autor nie potrafił się go całkowicie wyzbyć i gdzieniegdzie napomknął o nim, niestety bez najdrobniejszego choćby wpływu na fabułę. Trup na szczęście ściele się gęsto, dowiadujemy się o kolejnych przejawach berlińskiego podziemia przestępczego w formie najobrzydliwszej z obrzydliwych i zastanawiamy się, jak rozwiąże się zagadka. Jeśli ktoś czytał wcześniej Fitzka, powinien bez problemu się domyślić „kto i co”. Zdecydowanie jest to najsłabsza z jego książek. Przynajmniej pod tym względem. Toku myślenia każdego autora można się nauczyć. Bez wątpienia.

Fitzka jak zawsze polecam z całego serca. Ale także radzę zacząć czytanie od pierwszej książki („Terapia”) i iść po kolei. „Śmierć ma 143 cm wzrostu” zasługuje na uwagę. Choć niestety nie zachwyca tak jak inne. Możliwe, że mam po prostu zwiększone wymagania.

Dla zainteresowanych informacja: książka została zekranizowana i wkrótce pojawi się w kinach. Chyba się poświęcę i wydam te kilka euro, by wybrać się na „Das Kind”. 


Jak Wam się podoba nowy wygląd bloga? Trochę tu przyjemniej, nieprawdaż?

piątek, 5 października 2012

"Wu wei. Płyń z prądem życia" - Theo Fischer



W dzisiejszych czasach (jak to brzmi w kontekście mojego wieku…) kariera i pieniądze stają się, a raczej są, bardzo istotnym elementem w życiu. A w niektórych przypadkach jedynym elementem. Stres, pośpiech i nieustanne parcie naprzód, walka z własnymi słabościami, by być lepszym i osiągnąć więcej. Oczywiście kłóci się to z wieloma receptami na szczęśliwe życie i na osiągnięcie w nim czegoś więcej. Trudno sobie wyobrazić, że można coś zyskać bez ciężkiej pracy i wielu ludzi skupia się tylko na jednym – by coś osiągnąć, by móc normalnie żyć. Już w wieku gimnazjalnym powinniśmy wiedzieć, co chcemy robić w przyszłości i w ten sposób ukierunkować naszą edukację. Podejmować decyzje i myśleć strategicznie. Często okazuje się, że to się nie sprawdza. Zwyczajnie coś się psuje. A może lepiej byłoby po prostu dać się ponieść prądowi życia?

Kilka lat temu przestałam walczyć o to, co sobie wymyśliłam. Chciałam iść na prawo – zrezygnowałam z tego, ponieważ nie chciałam zdawać matury z historii. Poszłam na kierunek awaryjny, choć parę lat wcześniej chciałam studiować w Niemczech. Zostałam w Polsce. Po roku jednak los sam wysłał mnie do kraju za Odrą, choć wcale się o to nie starałam. Nie próbowałam przebić się w tamtym kierunku na siłę. I dostałam to, czego chciałam. Tak na przykładzie można opisać działanie zasady wu wei. Te słowa oznaczają „niedziałanie” i są częścią życiowej filozofii Tao. I, jak to jest napisane w książce, nie oznaczają, że mamy być leniwi i nic nie robić, ponieważ przeznaczenie i tak da nam to, co jest nam pisane. Nic bardziej błędnego. To posuwanie się naprzód, jednak bez kurczowego trzymania się wytyczonej wcześniej ścieżki. Życie, wszechświat, same wiedzą, co jest dla nas najlepsze i gdy poddamy się możliwościom rozwoju, zaryzykujemy, mamy szansę zyskać coś więcej. Powinniśmy uważnie obserwować nasze życie i korzystać z tego, co dostajemy. I żyć spokojnie.

Oczywiście opisałam to wszystko pobieżnie, jednak dzięki temu możecie się dowiedzieć, o co chodzi w tej książce i co ona pragnie przekazać. „Wu wei. Płyń z prądem życia” mówi jednak znacznie więcej, lepiej tłumaczy, na czym polega zasada wu wei. Ta mała książka zadrukowana brązową czcionką jest niestety trochę przegadana. Autor tak dokładnie pragnie wszystko wytłumaczyć, że pisze znacznie więcej, niż jest potrzebne. Książkę tę czyta się z tego powodu dość trudno, można się zgubić w wywodzie autora. Lecz jest na to lekarstwo – po przeczytaniu całości można otwierać ją w dowolnym punkcie i czytać pojedyncze zdania, dzięki czemu wybrniemy z natłoku informacji i będziemy mogli zastanowić się nad poszczególnymi aspektami.

Od dawna zastanawiałam się, jak nazywa się mój sposób na życie. Czym się kieruję, podejmując decyzje, a przynajmniej ich większością. Oczywiście do oświecenia mi daleko, jednak wiem już, że ktoś nazwał moją filozofię – wu wei. Jest to zagadnienie warte sprawdzenia, ponieważ mogę sama potwierdzić, że działa. W moim przypadku o wiele bardziej niż osławiony „Sekret”. Nie wymaga wmawiania sobie czegoś, lecz popłynięcia z prądem. I to czasem wydaje się zbyt trudne. Theo Fischer udowadnia, że wcale nie musi tak być.

Polecam szczególnie osobom zainteresowanym samorozwojem. A także szukającym innego podejścia do życia.