poniedziałek, 24 września 2012

"Hanemann" - Stefan Chwin



Polska literatura jest męcząca pod tym względem, że wielu pisarzy próbuje się „uporać” z naszą historią i wiele książek dotyczy tematyki II Wojny Światowej, złych Niemców, przyjaciół Rosjan, bądź przyjaciół-wrogów Rosjan. Bywa też tak, że autor nie rozdrabnia się na takie szczegóły i ogólnie uważa, że wszyscy są źli, a Polacy biedni. Papier zniesie podobno wszystko (czasami wręcz szkoda, że rękopisy nie płoną). Wielu takich autorów nie powinno nigdy dostać żadnego narzędzia do pisania. A niektórych można wręcz czytać, czytać, czytać… i nie czuje się tego niesmaku, co przy jedzeniu odgrzewanego dziesiąty raz kotleta. Z polską literaturą jest jak z polskim kinem – ciągle o tym samym, rzadko dobrze. A ja trafiłam – przypadkiem, prawdę mówiąc – na prawdziwą perełkę.

Książka Chwina, choć niezbyt gruba, jest pozycją, o której można mówić naprawdę wiele. Powodów jest wiele – nie opowiada o „biednych Polakach”, to właśnie Niemiec jest głównym bohaterem, choć Polak narratorem; przedstawia drobny fragment historii, o którym zbyt wiele się nie mówi, czyli o niezbyt humanitarnym traktowaniu Niemców przez nasz naród w okresie ich wysiedleń z polskich terenów, czyli zaraz po wojnie; paradoksalnie nie jest książką o wojnie, a o miłości i to nie romantycznej i słodkiej, ale silnej, chłodno-namiętnej i gwałtownej. A wszystko to dzieje się w tak lubianym przez pisarzy Freie Stadt Danzig, czyli późniejszym Gdańsku.

„Hanemann” lubi być czytany z uwagą. Język Chwina, zabiegi stylistyczne i fabuła dają się smakować. I choć są niemal piękne, pozornie czyta się z łatwością, wiele rzeczy może umknąć w trakcie lektury. Ja sama pojęłam ją dobrze dopiero za drugim razem – łącząc ze sobą wiedzę z poprzedniego czytania z przeoczonymi wcześniej rzeczami. Zachwyca to, że Chwin nie demonizuje Niemców, nie idealizuje Polaków – pokazuje, że wszyscy jesteśmy ludźmi w takim samym stopniu. Kochamy, nienawidzimy. Czujemy radość i ból. I tracimy ukochanych.

Niemniej istotne, choć w przypadku tej lektury zwyczajnie ciekawe, jest przedstawienie dwóch samobójstw, które potwierdzają moją teorię. I wprowadzają w książkę element metafizyczny, co sprawia, że można ją obierać na różnych poziomach.

To książka nie tyle dobra, co także ważna. A słowo „dobra” nie jest określeniem, jakiego zwykle używam przy literaturze popularnej. To „dobroć” z naprawdę wysokiej półki. Pochłaniająca czytelnika, fascynująca i mroczna. Taka, która pozostaje na długo, nawet jeśli nie krzyczy w środku, to czasem o sobie przypomina.

Nie bez powodu byłam w stanie napisać coś o niej po prawie trzech tygodniach po przeczytaniu. Zwykle książki nie pozostają we mnie tak mocno i długo wciąż świeże.

czwartek, 20 września 2012

30 dni z książkami. Dni 25-30.

Można powiedzieć, że to zabawne. 30 dni trwało ładnych parę miesięcy. I dziś zakończę z nimi przygodę, która nie wyglądała dokładnie tak, jak powinna.

Dzień 25 - Ulubiona autobiografia/biografia 


Tutaj wygrywa "Coco Chanel. Życie intymne" (może powinnam poczekać, aż przeczytam biografię Marilyn Monroe pióra pana Spoto?). Wbrew innym nie doszukałam się w niej bazowania wyłącznie na plotkach (patrz: dzień 28), a uznałam ją za rzetelną i najlepiej napisaną z biografii dotychczas przeze mnie przeczytanych. Poza tym dostała ode mnie ogromny plus za przedstawienie krótko dalszych losów domu mody Chanel.

Dzień 26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana 




Będę trochę mało zabawna, ale chciałabym przeczytać autobiografię Marilyn Monroe (czyli zapewne napisaną z zaświatów), w której zostanie wyjaśnione, jak umarła, bo teorie spiskowe mnie trochę nudzą (czyli na pewno z zaświatów).

Dzień 27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała

Pisze się. Może nawet kiedyś napisze. A wtedy przekonacie się osobiście.

Dzień 28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz

"Elizabeth Taylor. Dama, kochanka, legenda". To książka koszmar. Nie mogę powiedzieć, że żałuję jej przeczytania, ale gdybym miała jakieś żałować, byłaby to właśnie ta książka. Autor jest chyba wielkim fanem stron typu Pudelek i umie się posługiwać wyłącznie plotkami. Książka zniechęciła mnie to Taylor jako aktorki i obawiam się, że długo potrwa, zanim się przełamię i obejrzę z nią jakiś film. To nie biografia. To tabloid w ładnej, twardej okładce.

Dzień 29 - Autor, którego omijasz 


Bez wątpienia jest to Terry Pratchett. Głowa mnie od niego boli, nie do końca rozumiem jego idee i poczucie humoru.

Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz 

Nie istnieje taki tylko jeden. Jest ich wielu, lecz przedstawię troje autorów, których kocham.
Sebastian Fitzek - niemiecki autor rewelacyjnych thrillerów. Tak popapranych historii nie pisze nikt. Uwielbiam wchodzić w jego umysł i zgadywać, o co mu chodzi. Udaje mi się to z mniejszym lub większym powodzeniem, czasem z żadnym. Niemniej fanom gatunku polecam go z całego serca.
Rani Manicka - napisała trzy książki, z czego dwie cudowne i w innych dniach o nich wspomniałam. Jestem gotowa przeczytać wszystko, co napisze, bo z wyjątkiem ostatniej literackiej porażki pisze niesamowicie. Przedstawia hinduską kulturę, religię, magię. Jej książki nigdy nie są zwyczajne. Zawsze pokazują, że jest tam coś, czego nikt się nie spodziewa. I mnie to jak najbardziej rusza. Tak samo jak głębia postaci.
J.K.Rowling - tej pani nie muszę przedstawiać. Nie muszę też mówić, jak bardzo nie mogę się doczekać jej najnowszej książki. Ta kobieta stworzyła moje dzieciństwo, mój książkoholizm i dała mi żyć. Co ja bym robiła w wolnym czasie, gdyby nie ona? Zdecydowanie byłabym mugolem! A może nie...?


Dziękuję Wam za spędzenie ze mną tych "30 dni" :).

sobota, 15 września 2012

"Dziecioodporna" - Emily Giffin



Idąc za macierzyńskim ciosem, po „Wyznaniach upiornej mamuśki” wróciłam do czytania przerwanej niemal rok wcześniej „Dziecioodpornej” Emily Giffin. I choć tak długa przerwa może źle świadczyć o książce, chcę z miejsca poinformować, że to było niedokładnie tak, jak można przypuszczać. Nawał książek od wydawnictw oderwał mnie od książki i naprawdę dużo czasu potrzebowałam, by sięgnąć po nią na nowo. Nie oznacza to jednak, że „Dziecioodporna” jest złą książką. To lektura, która czeka na swój moment. I myślę, że nadszedł on właśnie teraz.

Ma ona jednak swoje słabe strony. Jedną z nich jest właśnie początek, który był dla mnie trochę ciężki do czytania, gdy Claudia, bohaterka, opowiadała o tym, jak bardzo nie chce mieć dzieci i jak bardzo jej mąż jest zły, że złamał umowę i nagle zapragnął potomka. Przerwałam w miejscu, z którego zaczynało się już naprawdę dobrze (jednak chwilę zajęło mi przypomnienie sobie, co było na tych przeczytanych już wcześniej stronach). Claudia i Ben się rozwiedli. Kobieta skupia się na pracy, rodzinie i kłopotach przyjaciółek oraz sióstr, które nagle w jednym momencie chcą dzieci, a Claudia czuje się niezrozumiana i oskarżana o brak empatii. Wikła się w biurowy romans i zastanawia się, czy utracony mąż jest, czy nie jest dla niej wciąż ważny.

Emily Giffin stworzyła bardzo plastyczną powieść dla kobiet. Może się ona wydawać jednowątkowa (macierzyństwo), jednak przedstawia także inne kobiece problemy (dylematy?) z różnych punktów widzenia. Czytelnik otrzymuje głównie wgląd w odczucia Claudii, jednak barwność i indywidualizm reszty bohaterów sprawiają, że książka nie jest płytka i zasługuje na miano dobrej, refleksyjnej, choć wciąż nie wymagającej zbyt wiele lektury. Fabuła jest wiarygodna (choć oczywiście to życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze) i nie sprowadza się do oklepanych rozwiązań, choć nieprzewidywalności także nie można autorce zarzucić. „Dziecioodporna” wciąż pozostaje literaturą kobiecą, więc pewne schematy siłą rzeczy muszą się powtarzać. Tutaj są one na szczęście drobne i nie mają wpływu na jakość książki.

Nie jestem jeszcze pewna, czy przeczytam inne książki autorki. Możliwe, że gdy będę potrzebowała lektury tego typu, wybiorę Giffin, ponieważ w tym momencie wiem, że warto. Mimo to mam w głowie ten rok przerwy i myślę, że coś było jego przyczyną. Jednak jej nie odkryłam, a nawał recenzyjnych mógł wtedy być tylko gładką wymówką. Fakt jest jeden – naprawdę mi się podobało. Wątpliwości wciąż niestety pozostają.

Teraz zauważyłam również, że okładka jest nijaka i o niczym. "Dziecioodporna" zasługuje na taką, która coś by jednak mówiła.

wtorek, 11 września 2012

„Wyznania upiornej mamuśki” – Jill Smokler



Macierzyństwo niemal zawsze przedstawiane jest jako słodkie, przesycone miłością i bez wad. Świeżo upieczone matki zachwycają się swoim dzieckiem i nie powiedzą na nie złego słowa. W końcu noworodki są takie słodziutkie… Czy aby na pewno?

Bzdura! To małe, pomarszczone, wiecznie krzyczące potworki, które nie dają ludziom spać po nocach, wymiotują, plują i jeszcze raz wrzeszczą. A z wiekiem jest tylko gorzej, bo dochodzi do tego wybrzydzanie i wymaganie. A matki wciąż mówią, że to cudowne uczucie… Choć Jill Smokler uważa, że w zdecydowanej większości przypadków to śliczne, zapakowane w różowe śpioszki kłamstwo.

W trakcie czytania tej książki – oprócz chichotów na cały przedział w pociągu – ciągle się zastanawiałam nad uczuciami znanych mi matek i tym, co tak naprawdę myślą, a co robią. I czy to prawda, że macierzyństwo jest jakimś zbiorowym kłamstwem, które ma pokazać, że dobra matka to cierpliwa matka, a ta, która narzeka na swój los, jest matką złą i wyrodną. Czy tak jest? Czy ja taka będę – wewnętrznie sfrustrowana, ale zewnętrznie kochająca? To pytania, na które nie znam odpowiedzi i chyba nie chcę znać. Ta książka uświadomiła mi jedno – potencjalny ojciec mojego potencjalnego dziecka zdecydowanie będzie się musiał wziąć do roboty, bo ja chcę się czasem wyspać.

Ta książka śmieszy i przeraża jednocześnie. Na początku każdego krótkiego rozdziału znajdują się komentarze czytelników bloga autorki, z których można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy na temat uczuć matek względem ciąży, siebie, dzieci, mężów… A później przeżycia samej autorki, które wcale nie zapowiadają się bardziej optymistycznie. „Wyznania upiornej mamuśki” mogą zniechęcić młode kobiety-idealistki do posiadania potomstwa (żegnaj dodatni przyroście naturalny), ale również sprawić, że owe idealistki postanowią, że będą zupełnie inne niż przedstawiony w książce model. I tylko pozostaje życzyć im powodzenia, a książkę potraktować jako rodzicielską komedię i zapomnieć o tym, co przepowiada.

Myślę, że to książka-przestroga dla wspomnianych wyżej idealistek, ale nie powinna być traktowana poważnie. W końcu każdy miewa momenty zwątpienia, które równoważą się ze wspaniałymi chwilami i o tym mówi ta książka. Choćby było nie wiadomo jak źle, zawsze będą chwile, których się nie odda nikomu za nic w świecie. Dlatego po jej przeczytaniu lepiej zapomnę o tym, co złe, by nie zaszkodzić istnieniu mojego przyszłego potomka.


Przy okazji dziś spojrzałam na mój nagłówek i wzrok skierował się w bok ku regałowi... kiedy on przestał być taki ładny i stał się zawalony wszelakiego rodzaju przedmiotami (w dużej mierze nieprzeczytanymi książkami ułożonymi w stosy)? Czemu regał - w przeciwieństwie do wszechświata - się nie rozszerza?

sobota, 8 września 2012

"Ty, ja i fejs" - Jay Asher, Carolyn Mackler


To książka, jakich wiele. Z jej brzegów wylewają się powtarzające schematy z pozycji, które królowały na listach bestsellerów przed kilkoma laty – czyli przed zmierzchową fazą na wampiry. Czyli nowoczesna technologia. Internet, maile i komunikacja. Portale społecznościowe. Jeśli jednak może się zdawać, że do Internetu nie pasuje już określenie „nowoczesny”, wystarczy cofnąć się w czasie do roku 1996. W Polsce ledwie rok wcześniej powstała Wirtualna Polska (a w 1994 pierwszy serwer rządowy). W tym właśnie czasie bohaterowie „Ty, ja i fejs” odkrywają uroki Sieci i portalu, który powstanie dopiero osiem lat później.

Już po samym tytule można się zorientować, że to książka skierowana głównie do młodzieży. Opowiada historie z książek, w których jako nastolatka się zaczytywałam – i robi to w niemal dokładnie taki sam sposób, jednak należy dać tej książce plus za odrobinę większą głębię emocjonalną. I ciekawe przedstawienie problemu. Trudno sobie obecnym nastolatkom będzie wyobrazić, jak to było żyć w czasach, gdy Internet dopiero się pojawiał, nie było stałych łączy, a korzystanie z Sieci wiązało się z niemożnością zadzwonienia do kogoś, gdyż korzystano z jednej linii do obu celów. Czasy przed Facebookiem zdają się zupełnie nie istnieć. Ale nie tutaj – bohaterowie natrafiają na Facebooka – jednak nie w swoich czasach, lecz piętnaście lat później i poznają w ten sposób swoje życia w przyszłości.

Bardzo dobrym wątkiem jest pokazanie opinii Emmy oraz Josha na temat ludzi, którzy opisują na Facebooku dosłownie wszystko ze swojego życia. Czysty ekshibicjonizm. Emma nie potrafi zrozumieć, dlaczego pisze o sobie takie rzeczy. Jednak najistotniejsze jest to, że zdaje się być chronicznie nieszczęśliwa. Dlatego postanawia poprzez działania w teraźniejszości ingerować w przyszłość. Nie zauważając pewnych oczywistości, którymi powinna się zająć.

Książka opisuje tydzień z życia bohaterów – tydzień, który zmienił wszystko. Fabułę ma bardzo dobrze skonstruowaną, jednak jeśli chodzi o układ treści, nie jest już tak dobrze. W rozdziałach naprzemiennie wypowiadają się Emma i Josh, każde z nich w pierwszej osobie. Jeśli ktoś należy do osób, które lubią ignorować istnienie rozdziałów, może dopiero w połowie się zorientować, że już zmieniła się postać. Przeszkadza to w całkowitym „wejściu” w lekturę, wybija z rytmu czytania. Na początku czyta się trochę topornie z powodu stylu – prostego i trochę niepewnego. Jednak im dalej, tym jest lepiej - zarówno ze stylem, jak i swobodą w zmianie perspektywy.

„Ty, ja i fejs” to bardzo dobra książka młodzieżowa. Prawdopodobnie zostanie wyśmiana przez nastolatków, którzy nie wyobrażają sobie życia bez Internetu, bo jak ktoś mógł żyć w takich warunkach? Mimo to uważam, że może sporo wnieść w kwestii przemyśleń odnośnie uczuć, podejmowania rozsądnych, dorosłych decyzji oraz przy ocenianiu wartości portali społecznościowych. W dzisiejszych czasach taka książka to coś zdecydowanie godnego uwagi. Nie jest doskonała, ale każdą wadę zastępuje dwoma zaletami.

Polecam z całą siłą potencjału internetowo-społecznościowego mojego bloga.

środa, 5 września 2012

"Zagadki medycyny" - Ann Reynolds, Kenneth Wapner


Czy czytając opis choroby, zaraz czujecie na sobie jej objawy? A może lubicie poznawać niezwykłe schorzenia (już niekoniecznie próbując przekonać siebie samych, że z całą pewnością na nie zapadliście)? Lubicie książki lub seriale medyczne? Jeśli na którekolwiek z tych pytań odpowiedzieliście twierdząco, to może być książka dla Was.

Nie jest to dzieło wysoce medyczne, a raczej książka z ciekawostkami. Zawiera w sobie opisy dwudziestu trzech nietypowych chorób (z czego kilka dotyczy zaburzeń snu) oraz historie ludzi, którzy na nie cierpią. Jak się okazuje, nie wszystkie przypadłości są negatywne, ale niektóre – choć pozornie przyjemne jak zespół uporczywego podniecenia seksualnego – nie do zniesienia dla ich ofiar. W innych przypadkach pacjentowi nie zostaje nic innego, jak zostać faktyczną ofiarą – śmiertelną.

Nietrudno się domyślić, że „Zagadki medycyny” są fascynującą pozycją. Niektóre opisane przypadki są znane, w inne trudno uwierzyć. Do tego dochodzą także prawdziwi ludzie, którzy się zmagają z tymi chorobami na długo przed tym, jak zdadzą sobie sprawę, że nie są sami ze swoim cierpieniem. Czasem wystarczy wpisać w Google objawy, by się przekonać, że są także inni. Książka również świetnie obrazuje różne podejście poszczególnych osób do własnej choroby – od samobójstwa po akceptację i czasem nawet „zaprzyjaźnienie się” z nią. Niektóre historie mocno poruszają i zasługują na miano pięknych. Bo okazuje się, że nawet w pozornie tragicznej sytuacji ludzie potrafią być szczęśliwi, jakby byli zdrowi. Jednak czy zdrowy człowiek docenia swoje zdrowie? Nie zawsze.

„Zagadki medycyny” są krótką książką, która nie wyczerpuje tematów, które porusza. Ma to swoją zaletę – nie męczy, nie zarzuca medycznymi terminami i dla laików jest całkiem przyzwoitą pozycją. Wciąga i, jak już wspomniałam, fascynuje. Oczywiście są historie, o których chciałoby się przeczytać więcej, jednak na pewno można gdzieś poszerzyć swoją wiedzę. Ta książka jest raczej wprowadzeniem do zagadnień, ma zadziwiać czytelnika i, kto wie, pomóc w zdiagnozowaniu u siebie którejś z tych chorób. Ja znalazłam sobie dwie. Cóż, każdy człowiek ma w sobie coś z hipochondryka.