poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Praktyczne gotowanie według Pięciu Przemian" - Anna Czelej


Kuchnia Pięciu Przemian mnie swojego dnia zainteresowała, ale nie na tyle, bym zechciała się jej bliżej przyjrzeć. Skorzystałam z okazji, gdy Studio Astropsychologii zaoferowało mi swoje książki i wybrałam właśnie tę, która miała mnie do tematu gotowania „po chińsku” przybliżyć. Nie będę dużo o niej mówić, bo w zasadzie wiele do powiedzenia nie ma.

Książka ma niespełna dwieście pięćdziesiąt stron. Co jest jej sporą zaletą, bo nie ma się wrażenia, że czyta się encyklopedię medycyny chińskiej. Na początku dowiadujemy się, jak czytać transkrypcje chińskie, a później przechodzimy do wpływu kuchni Pięciu Przemian na nasz organizm. I to jest część, która w zamiarze miała być jasna, ale ja nie zrozumiałam z niej nic, oprócz tego, że może kiedyś zajrzę, gdy będzie mi to potrzebne, ale na wyjaśnienie zasad funkcjonowania było tego za dużo w jednym miejscu. Po osiemdziesięciu stronach zaczęło się robić jednak jaśniej.

Tutaj pojawia się kolejne dwadzieścia stron tłumaczenia, jednak da się coś zrozumieć i mogę powiedzieć, że do mnie dotarło, o co chodzi. I to najlepsza część całej książki. Następnie pojawiają się przepisy, które z powodu przekonań autorki są niemal wyłącznie wegetariańskie, ale także ubogie w konkrety wskazówki odnośnie wykonywania dań (ile oleju? Jak długo?). Są tam sosy, kilka zup, zapiekanki, parę ciast i przetworów, ale to tak naprawdę uporządkowanie w odpowiedniej kolejności składników ze znanych przepisów, co można równie dobrze zrobić samemu po poznaniu systemu.

Zawiodła mnie trochę ta książka. Wystarczy popatrzeć na podsumowanie: dwadzieścia stron z sensem, osiemdziesiąt przydatnych od czasu do czasu, gdy chcemy spróbować uporać się z jakimiś dolegliwościami i znaleźć na to kulinarny sposób oraz ponad sto, na których ledwie kilka można wykorzystać w sposób sensowny. Na plus zaliczam także zamieszczenie na końcu książki przydatnego schematu do wycięcia i powieszenia w kuchni, który z całą pewnością na początku ułatwi korzystanie z systemu. Mimo wszzystko cieszę się, że mogłam ją przeczytać i dowiedzieć się w końcu, o co w Pięciu Przemianach chodzi. I zamierzam zobaczyć, co z tego wyniknie. Póki co mogę powiedzieć, że jabłek duszonych z majerankiem nie polecam.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Vicky Cristina Barcelona (2008) - Woody Allen


„Vicky Cristina Barcelona” to zdecydowanie jeden z najbardziej znanych filmów Woody’ego Allena. Ja reżysera nie znałam „osobiście” aż do zeszłego roku, gdy w kinach pojawiło się „O północy w Paryżu”, który to film zupełnie pokochałam. Z reżyserem chciałam zapoznać się bliżej, jednak brak czasu i innych rzeczy skutecznie mi to wybił z głowy. Cóż może być lepszym sposobem niż zrobienie z chęci obowiązku i wzięcie filmu do recenzji? Wierzcie mi, to zawsze skutkuje.

W efekcie obejrzałam film. Pierwsze piętnaście-dwadzieścia minut patrzyłam w niego z brakiem szczególnego zainteresowania. Głównym powodem był narrator, do którego nie mogłam się przyzwyczaić (to samo działo się w trakcie drugiego seansu). Gdy zdecydował się zamilknąć, od razu poprawił mi się nastrój i zaczęłam powoli zakochiwać się w tym filmie, a raczej w bohaterkach. Bo, choć to dziwne, odebrałam je tak osobiście, jak mało które postaci fikcyjne. Powodem jest to, że odkryłam, że one są doskonałym odzwierciedleniem poszczególnych części mojej osobowości. W tej sekundzie zaczęłam zachwycać się filmem.

A o czym on jest? O miłości. I choć nie powinnam nawet zająknąć się słowem o zakończeniu, powiem, że jak dla mnie jest całkowicie genialne, ponieważ Allen nie bawi się w nudne hollywoodzkie moralizatorstwo, które usprawiedliwia każdą decyzję podjętą przez bohaterów, co często bywa odpychające. Nie jest to też typowa komedia. To raczej zabawa intelektualna polegająca na znalezieniu drobnych paradoksów w ludzkim zachowaniu. Generalnie w tym filmie mało co śmieszy. Nie ma głębokiego przesłania. Jest po prostu specyficzny w tym, co chce sobą reprezentować. I w tej ostatniej kwestii uważam, że każdy znajdzie w nim coś zupełnie innego.

Film warto obejrzeć dla trzech rzeczy – przedstawieniu roli i funkcji sztuki; przedstawieniu miłości nie jako czegoś, co należy traktować śmiertelnie poważnie, lecz czegoś o różnych obliczach; pocałunku Scarlett Johansson z Penelope Cruz, która zresztą dostała Oscara za najlepszą rolę żeńską w tym filmie – zdecydowanie zasłużonego.

To film bardzo dobry przed wyjazdem na wakacje. I to tylko dla emocji, które zwiastuje. Jeśli ktoś jednak zdecydowałby się na niego w związku z Barceloną, muszę rozczarować – choć to miasto miało być bohaterem filmu, staje się jedynie tłem dla świetnych postaci, które przesłaniają ją zupełnie. Ja o Barcelonie nic się nie dowiedziałam, nie zdołałam się w niej zakochać.

„Vicky Cristina Barcelona” to według mnie inspirujący film. Jak i każdy inny, który opowiada o wyjeździe do innego miasta, kraju, gdzie dzieją się rzeczy banalne, ale niesamowite. Może powiela pewne schematy, ale jednocześnie się z nimi bawi. Takie filmy mogłabym oglądać zdecydowanie częściej.

Zdecydowanie polecam.

 

wtorek, 21 sierpnia 2012

"Magia wiedźm" - Claire


Wierzycie w magię? Ja sama miałam w swoim życiu okresy chłodnej racjonalności, ale także takie, w których byłabym w stanie odprawić każdy rytuał i być święcie przekonana, że to zadziała. Czasem trzeba jednak znaleźć złoty środek. Połączyć ze sobą racjonalność i duchowość. Potem można ewentualnie sięgnąć po jakąś książkę i zobaczyć, ile jest we mnie z wiedźmy.

Okresowo wierzę w magię. Dlatego podeszłam do „Magii wiedźm” ze sceptycyzmem. Nie wierzę, by prawdziwa wiedźma napisała coś sensownego. Trafiłam jednak na postać, która wykazuje się inteligencją, niczego nie narzuca i pokazuje, że magia jest wszędzie i jest dodatkowo niezwykle elastyczna – dla każdego przewiduje co innego i warto polegać na własnej intuicji.

Bałam się także, że będzie „głupie wymachiwanie różdżkami” (wybaczcie, że zabrzmiał mi w głowie Snape). Zdroworozsądkowo tego nie ma. Żadnych czarów i określonych słów. Liczy się głównie intencja. Forma nie ma większego znaczenia. O czym więc jest ta książka? O magii naturalnej. Dowiadujemy się trochę na temat mocy kolorów, zapachów (o tym jest naprawdę obszerny rozdział), czakr, kamieni i siły przyciągania.

Trudno polecać literaturę tego typu, ponieważ nie każdy w to wierzy, a nawet wiara może podążać w różnych kierunkach. Claire doskonale wpasowała się w moją interpretację magii, dlatego jestem w stanie uznać tę książkę za dobrą. Przypomniała mi ona radość, z jaką hodowałam w dzieciństwie magiczne (a jakże zwyczajne…) rośliny i szukałam magii wszędzie i non stop bawiłam się w sposób nieszkodliwy, acz wesoły (dlatego magia zapachów i kamieni jest mi niezwykle bliska, ponieważ w kontakcie z nimi zawsze czuję, że istnieje „coś więcej”). Bardzo się cieszę, że ta książka mi o tym przypomniała.

Nawet jeśli ta książka jest czczym wymysłem, to zdecydowanie poprawiła mi nastrój. Bo wierzę w siłę natury i w to, że sama pozytywna myśl może sprawić, że coś się zmieni. Uczy, jak zaprogramować swoje życie, by było dobre. Taka zwyczajna magia codzienności.

wtorek, 14 sierpnia 2012

„Blask runów” – Joanne Harris


Mitologia germańska ma spore grono miłośników, do których – choć w mniejszym stopniu – ja również należę. Wielu autorów fantasy garściami czerpie z tej mitologii i tworzy nierzadko naprawdę ciekawe książki. Takiego zadania podjęła się także autorka słynnej „Czekolady”. Czy z sukcesem?

„Blask runów” jest drugą częścią „Runów” – książki dla młodszych czytelników, która opowiada o perypetiach bogów po Ragnaröku, czyli ichniejszym końcu świata zwanym także zmierzchem bogów. Po tym czasie powinien nastąpić okres szczęśliwości, jednak – jak się okazuje – przepowiednie z natury nie są precyzyjne i coś nie wychodzi. A każdy rozumie je inaczej i kusi się o własną interpretację. Jako że mój ulubiony Loki jest raczej nielubiany, bogowie oskarżają go o każde możliwe zło, które ma nastąpić. Czy to jednak faktycznie Loki okaże się zdrajcą? I jak to możliwe, że Ragnarök nastąpi po raz drugi?

Joanne Harris podbiła „Czekoladą” serca wielu czytelników. Ja do nich nie należę, książka ledwo mi się spodobała i przeczytałam ją pod wpływem filmu. Na „Blask runów” skusiłam się ze względu na mitologię. Autorka napisała książkę z wyczuwalną ironią i nie przejmowała się faktyczną mitologią zbyt mocno, ledwie się nią zainspirowała. Te dwie rzeczy zaliczam zdecydowanie na plus. Niestety „Blask runów” także mi nie podszedł. Możliwe, że to z powodu nieprzeczytania pierwszego tomu, wydaje mi się jednak, że to kwestia samej Joanne Harris. Zwyczajnie nie podoba mi się, jak ona pisze. Ma ciekawe – momentami świetne – pomysły, jednak ich wykonanie kłóci się z tym, jak ja je widzę.

Zrobienie z bliźniaków (dzieci Thora) bliźniaczki było naprawdę dobre. Niestety podejście do religijności, rozdzielenia, miłości i snów (oraz notoryczne znęcanie się nad Lokim) neutralizuje to, co mi się podobało. Autorka przeskakuje między wątkami i jedne sceny pisze tak krótko, że ich nie zauważam, inne rozwleka. Do niemal pięciuset pięćdziesięciu stron książki, co uważam za zbyteczne. Może byłaby lepsza, gdyby była krótsza?

Nie umiem polecić tej książki, bo mi się nie spodobała. Nijaka, męcząca i w ostatecznym rozrachunku o niczym.

sobota, 11 sierpnia 2012

"Mała księżniczka" - Frances Hodgson Burnett


Istnieje naprawdę wiele książek dla dzieci. Jednak te najnowsze nigdy nie działają na mnie tak, jak książki, które sama czytałam, będąc dzieckiem. Lubię do nich wracać myślami, czasem wręcz tęsknię za ich czytaniem. Od dawna miałam nastrój na „Małą księżniczkę” i choć czas mnie obecnie nie rozpieszcza, postanowiłam mimo wszystko ją przeczytać. Moją najukochańszą książkę sprzed lat.

Jest to cudowna historia o bogatej dziewczynce, której ojciec umiera, a właścicielka szkoły z internatem, do której Sara uczęszcza, robi z niej pomywaczkę i mocno nią pogardza. Jedyną nadzieją Sary jest jej własna wyobraźnia, która pomaga jej przetrwać nawet najgorsze chwile. To książka, którą czytałam niezliczoną ilość razy w szare i deszczowe dni (jak dzisiejszy), które doskonale wpisywały się w jesienny klimat mglistego Londynu i zimna na poddaszu. Zawsze jestem głodna. I poniekąd staję się Sarą. Nawet po tych kilkunastu latach.

„Mała księżniczka” jest opowieścią o dobroci, przyjaźni, marzeniach i magii. Nie starzeje się. Nie traci ze swoich właściwości. Nie posiada terminu przydatności do spożycia (co widać po stanie, w jakim znajduje się mój egzemplarz). I jest niezastąpiona dla dziewczynek. Chłopcem nigdy nie byłam, więc nie wiem, jak oni by się na nią zapatrywali. Motywuje, fascynuje. I nie wierzę, by jakaś dziewczynka nie zamarzyła o zamieszkaniu na zimnym strychu ze szczurami, tylko żeby być cudowną, idealną Sarą. Zresztą ta część zawsze była moją ulubioną (kiedyś często zaczynałam książkę właśnie od tego momentu), a imię bohaterki moim wymarzonym. Ta książka nie jest banalna i oklepana. Mimo tych wszystkich lat nigdy nie znalazłam kolejnej, którą równie mocno chciałabym przeczytać mojemu dziecku.

To ultra kobieca lektura. Dla tych najmłodszych kobiet i tych trochę (lub więcej) starszych.

środa, 8 sierpnia 2012

Czarny stos.

Dlaczego czarny? Bo w ogromnej ilości fantastyczny. I czarnookładkowy. I po prostu go ubóstwiam.

Nie spodziewałam się, że idąc do outletu Empiku trafię na pięć tomów mojego kochanego Wampirka w cenie 9,99 za sztukę, ani że znajdę Oates za 19,90. O ile miałam nie kupować nic, te książki trafiły w granice wyjątku i powiedziały mi wyraźnie, że muszę je wziąć. A że od dawna chciałam skompletować Wampirka, jestem teraz o wiele bliżej niż dalej osiągnięcia celu. Oates jest czymś, co także mocno chcę posiadać i czytać w ilościach jak największych. Teraz jestem więc szczęśliwą posiadaczką książek. Cudownych.

Kolejne dwie to egzemplarze recenzyjne. Jedna magiczna, druga mniej, choć zdecydowanie coś, co chciałam bliżej poznać. I na koniec nowa Bishop pożyczona od Gii - Sebastian. Inkubie, przybywaj!

Owocnego zakupowania i czytania!

niedziela, 5 sierpnia 2012

"Dexter. Taki sympatyczny morderca" - Douglas L. Howard (redakcja)


Rzadko się zdarza, by mnie coś tak mocno zdenerwowało. Tym razem zdenerwowała mnie tłumaczka, której zdarzało się w przypisach do tekstu wymądrzać (nie, żeby mi to przeszkadzało), a potem przynajmniej dwa razy (więcej nie odnotowałam) popełniła błąd merytoryczny w tłumaczeniu. Jeśli chodzi o morderców – a zabijanie zdaje się być narodowym sportem Amerykanów – nie popełniliby oni takiego błędu. Dlatego zwalam całą winę na tłumaczenie. Bo kto o zdrowych zmysłach uzna „seryjne morderstwo” i „masowe morderstwo” za synonim?! Z Dextera jest taki masowy morderca, jak ze mnie przyjaciółka literówek, niechlujnej korekty i niekompetentnych tłumaczy, którzy biorą się za przekład czegoś, nie przygotowawszy się do tematu. Czyli żaden.

Samą książkę odbieram na szczęście dużo bardziej pozytywnie. Nie posiada ona fabuły – jest zbiorem artykułów na temat jednego z ciekawszych seriali amerykańskich – Dextera. Został on stworzony na podstawie serii książek Jeffa Lindsay’a o Dexterze – analityku śladów krwi pracującym dla wydziału zabójstw w policji miasta Miami. Znajduje się w niej m.in. wywiad z autorem książek oraz z autorem odcinka pilotowego, a w dalszej części omówiona zostaje konstrukcja serialu, stosunki bohatera z innymi ludźmi, etyka i kodeks mordercy, a także analiza serialu jako gatunku filmowego.

Muszę przyznać, że to było niezwykle ciekawe doświadczenie, obserwować serial z punktu widzenia innych ludzi i dowiedzieć się, jak by się potoczył, gdyby scenarzysta pierwszego odcinka nakręcił cały pierwszy sezon. Fascynujące było także czytanie analiz poszczególnych części serialu i osobowości Dextera. Szczególnie, że czasem się z nimi zupełnie nie zgadzałam, ale rozumiałam, że można było tak pomyśleć. Niektóre artykuły były lepsze, inne gorsze (w jednym wstęp zajmował niewiele mniej miejsca niż rozwinięcie, do którego zmierzał). Nie podobało mi się jednak, że omówione zostały zaledwie trzy sezony serialu, choć zgodnie z rokiem wydania oryginalnego można by jeszcze omówić sezon czwarty, który ma istotne, bardzo istotne znaczenie i na pewno wpłynąłby na dokładniejszą analizę Dextera.

Dla fanów serialu jest to bardzo interesująca pozycja. Sama miałam na początku wątpliwości, czy będzie dobra, ale jestem całkiem zadowolona po jej przeczytaniu. Pewne niedociągnięcia można zignorować (po zdenerwowaniu się)… przepraszam, jeszcze jedno jest złe – kto wybierał zdjęcie na okładkę? O ile sam projekt uważam za dobry, to to zdjęcie jest okropne. Ktoś zobaczy w księgarni i jak ma uwierzyć, że Dexter jest sympatycznym mordercą, widząc go z taką miną i w dodatku krzywo wyciętego?

Miłośnikom raczej to nie przeszkodzi w przeczytaniu. I słusznie, bo ja ze swojej strony polecam tę książkę. Jest lepsza, niż się spodziewałam.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Stosik na sierpień.

I poważnie mówię. W sierpniu muszę to przeczytać mimo chronicznego braku czasu. Jedynie Budapeszt może poczekać do pierwszych dni września... Harris mam termin gdzieś do dwudziestego, Hanemann i Loreley muszę do ostatniego dnia miesiąca, na Uciekinierów dostałam od mojego Robaczka termin do szesnastego... Jedynie Dexter już przeczytany, a recenzja nastąpi, gdy wrócę w niedzielę lub ożyję po niedzieli w poniedziałek. (Napisana, ale stosik uznałam za ważniejszy.) Sierpień to męczący miesiąc, ale przynajmniej nie będę się martwić, że będę czytać tak mało jak w lipcu.

Toż ubiegły miesiąc był porażką! Byle się więcej nie powtórzył. A przed wyjazdem chcę sobie jeszcze odświeżyć Historyka... Oczywiście nie zdążę.

Miłego sierpnia!