poniedziałek, 28 maja 2012

"Starsza pani wnika" - Anna Fryczkowska


Jak lubię kryminały, tak rzadko sięgam po te „na wesoło”. Jednak coś mnie w „Starsza pani wnika” niewątpliwie zafrapowało, że zdecydowałam się sięgnąć po tę – chyba mogę tak powiedzieć – dziwną lekturę.

Książka jest niemalże zaprzeczeniem klasycznego kryminału – jest co prawda ofiara, jest intryga i jest nawet detektyw. W czym więc tkwi problem? Ofiara miała samych wrogów, intryga sprawia, że oczy wychodzą niemal z orbit, a detektyw… to babciwnuczek, który całymi dniami siedzi przed komputerem i się objada. Na szczęście na pomoc przychodzi kochająca babcia wraz ze swoją mafią (które to określenie zapożyczyłam z „Przepisu na życie”, bo momentami wydawały mi się całkiem podobne zachowania i stosunki) Pań od Kotów. Do wszystkiego dochodzi także koci morderca, zaginiona matka i zbuntowana nastolatka. Wszystkie te sprawy się ze sobą w jakiś sposób łączą i wychodzi niezły galimatias.

Mam ze „Starsza pani wnika” niewielki problem, choć nie jestem do końca pewna, czy można go problemem nazwać. Po prostu książka wzbudziła we mnie dwa poniekąd sprzeczne uczucia – momentami czułam się znudzona i chciałam skończyć czytanie na danej stronie, jednak gdy dochodziłam do jej końca, przewracałam, czytałam dalej i tak w kółko, dopóki już naprawdę nie musiałam jej odłożyć. Choć pozornie nie wciągała, nie dała się zostawić w spokoju, a ja się zastanawiałam, co z tego wszystkiego wyniknie. A wynika sporo.

Zdecydowanie spodobali mi się bohaterowie. Tak naturalni, że aż trochę przerysowani. Całkowicie nieidealni. I, oczywiście, w moim osobistym rankingu zwyciężyła babcia Jaro (detektywa). Takie staruszki są świetne! A w tej książce jest ich trochę więcej. Także delikatny zarys społeczeństwa jest tak prawdziwy, że aż śmieszny. Aż ciśnie się na usta pytanie – w jak bardzo abstrakcyjnym świecie żyjemy? Oczywiście wyjąwszy drobną ironię zostaje szara rzeczywistość.

Tak naprawdę intryga zeszła u mnie na drugi plan, ponieważ zbyt mocno skupiłam się na głównych bohaterach i ich problemach. Książkę czytało się niezwykle dobrze, szybko. Ona sama doskonale nadaje się na obecnie znikające i pojawiające się upały. Jest także dobra dla osób, które nie przepadają za krwią. Tej jest tutaj naprawdę niewiele, a zabawa przednia.

sobota, 26 maja 2012

Stos majowy.

To jeden z tych stosów, które cieszą bezwarunkowo, bo znajdują się na nich rzeczy kochane i pożądane. To także jeden z tych stosów, na które patrzę ze zdziwieniem i zastanawiam się, co za czart mnie podkusił. To jeden z tych stosów, które wprawiają w dumę.

Jak myślicie: dlaczego?

Gruuuuba biografia Marilyn Monroe (Donalda Spoto!) po angielsku. Czwarty (i ostatni) tom mojej kochanej, zabójczej Gretchen, którego ostatnie rozdziały przeczytałam w ebooku kilka miesięcy temu, bo po prostu musiałam wiedzieć, jak seria się skończy i choć jestem przeszczęśliwa, że dostałam ostatni tom od przyjaciółki na urodziny, to... tak bardzo nie chcę go czytać i poznać tego zakończenia po kompletnej lekturze! Oczywiście przeczytam, bo wystarczyło otworzyć książkę w środku, by już coś zaczęło mnie do niej ciągnąć.

I w końcu zaprzyjaźniam się z Flavią de Luce, którą tak wiele osób kocha. Ja jeszcze nie, choć żywię do niej sympatię.

Kolejne trzy książki w górę to egzemplarze recenzyjne (Lewandowski nieoczekiwany, niespodziewany i zaskakujący w sensie pojawienia się wśród poczty).

Na samej górze zaś kolejne cudowne pozycje. Kroniki Wampirów Anne Rice w moim ulubionym wydaniu (jakoś nie przepadam za tym nowym rebisowskim wydaniem, kocham to stare z Zysku, z serii Kameleon). "Pandora" i [przeczytany już kiedyś] "Wampir Armand". Ostatnio podjęłam decyzję o skompletowaniu Kronik (do tej pory miałam tylko "Królową Potępionych") i widać postępy. Martwi mnie jednak, że zapewne moja cała kolekcja nie będzie w tym wydaniu...

I tradycyjnie - kiedy ja to wszystko przeczytam? Oczywiście myślę teraz o MM, bo siedemset stron po angielsku... hmmm... przerasta nawet moją niezachwianą pewność siebie.

Ale przynajmniej ja mam powody do radości, a Wy do zazdrości!

piątek, 25 maja 2012

30 dni z książkami. Dni 12-18.

Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła mnie emocjonalnie, że musiałam przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas. 

Są dwie takie książki. Obie odebrałam bardzo emocjonalnie, obie dotyczą tego samego i po obu miałam doła głębokiego jak Rów Mariański. A skąd ten dół? Bo po lekturze, która była dość ciężka dla mego serca, przestałam czuć, ponieważ przelałam wszystkie uczucia do książki i nie mogłam się z tego uwolnić. Im lepsza książka, tym większa pustka, którą leczę zwykle kilka dni. I odkładałam te książki, wracałam, delektowałam się i ubolewałam. Bywało ciężko. Te książki to "Blondynka" Oates oraz "Ostatnie seanse".

Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa 




Choć było kilka książek, które bardzo lubiłam i czytałam wielokrotnie (jak np. "Dzieci z Bullerbyn", "Ania z Zielonego Wzgórza" czy "Wojownicy. Na wolności" - ma ktoś drugi tom i zechce mi sprezentować?), to jedna bez wątpienia rządziła moim dzieciństwem. Wiele razy czytałam - od początku, od środka, z przerwami i jednym kłapnięciem. Tą książką jest "Mała księżniczka".Te zimne noce na poddaszu, a moje czytanie, gdy zawinęłam się w śpiwór i przytulałam się do dużego, pluszowego psa i podjadałam jakieś drobne przekąski (których zawsze było za mało i byłam głodna - tak jak Sara), a później deszcz i wyobraźnia, która poszła w ruch. To najpiękniejsza książka, jaką miałam okazję przeczytać.

Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej


Listy lektur to coś strasznego. Mam dwie książki - jedną do poziomu podstawowego i jedną do rozszerzonego (bo za gruba na podstawę). "Panna Nikt" zdecydowanie zasługuje na swoje miejsce w kanonie. Głównym powodem jest jej forma, ale także treść. Mieszanie snu i rzeczywistości. Mieszanie wiary i bezbożności. Mieszanie własnych przekonać z ich rzeczywistym brakiem. I wszystko to, co sprawia, że czytałam ją niezliczoną ilość razy, ciągle się zastanawiając, jak można napisać tak dobrą książkę, która jest tak zwyczajna. A może właśnie nie. I kontrast koloru i szarości minionych lat.
Na rozszerzenie dałabym "1Q84" Murakamiego. To już za cudowne połączenie kultury wysokiej i pop i zabawę z czytelnikiem. Ale tak się zastanawiam, ilu licealistów by to przeczytało? Przecież to ma tyyyyle stron.

Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach




Lisa See napisała kilka książek. I choć moją ulubioną z nich jest "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz", to w tej kategorii umieszczam "Miłość Peoni", która przedstawia nie tyle kulturę życia codziennego, co raczej chińskie wierzenia, świat duchów i trochę bardziej rolę i uczucia kobiety. Jest rewelacyjna.

Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano


To ma być ulubiona książka, czy ulubiona ekranizacja książki? Nie jestem pewna, dlatego zdecydowałam się na to drugie. Najlepiej sfilmowaną książką jest "Demony dobrego Dextera". I, co zabawne, po pierwsze - ekranizacja jest serialem. Po drugie - treść jest trochę zmieniona. Po trzecie - serial jest lepszy od książki. Genialny! Ale książka jest naprawdę niezłą bazą dla niego. "Dexter" rządzi!

Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle


Wyżej wspominałam o Lisie See i jej książce, którą bardzo lubię. Dlatego, gdy dowiedziałam się, że powstanie ekranizacja, bardzo się ucieszyłam. Dopóki nie zobaczyłam traileru. To jednak nie było jeszcze tak złe. W końcu udało mi się obejrzeć film, a na usta mi się cisnęło: What the fuck?! Ciężko to inaczej opisać. Dawne Chiny zostały zamienione na współczesne (po części), stworzono jakieś analogie i odniesienia. A z samej książki zostało niewiele. Sam film uważałam za całkiem przyzwoity, ale jako ekranizacja? O, nein! W tym kontekście nie warto go oglądać. "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to bardzo dobra książka, ale zła ekranizacja.

Dzień 18 - Moja ukochana książka, która już nie można kupić

Długo myślałam nad tą książką. W końcu doznałam oświecenia. "Dotknięcie ziemi"! Nie jest może całkiem niedostępne, jednak... jest tylko jedno Polskie wydanie (Świat Książki, rok 2006, 2007?), niemal niemożliwe do zdobycia. Niemal. Bo od czasu do czasu na Allegro trafi się pojedynczy egzemplarz (właśnie sprawdziłam i obecnie jest jeden). W sumie nie dziwię się, że ludzie nie chcą się pozbywać tej książki.
Uwielbiam "Dotknięcie ziemi". Zwykle wahałam się, którą z książek Rani Manickiej wolę i w zależności od okresu w życiu się one zmieniały. Ta jest trudniejsza, bardziej szara, w inny sposób magiczna, ale porywająca w trudny świat. I pokazuje, dlaczego uważam Rani Manicką za tak wspaniałą pisarkę. Bo, choć podobna do "Matki Ryżu", to zupełnie inna.

Z zapowiedzi: jutro stosik, pojutrze recenzja bądź TAG. Zależy od tego, jak mocno starsza pani wniknie. Dwa dni wolnego brzmią przerażająco i już nie wiem, jak się za nie zabrać.

poniedziałek, 21 maja 2012

"Mumia" - Anne Rice


Zdarzają się momenty, w których myślę, że moi ulubieni i dobrze znani mi pisarze niczym już nie będą w stanie mnie zaskoczyć. Nie ma co ukrywać – każdy ma swój sposób pisania, własny sposób myślenia i konkretną estetykę i zwykle wychodzi to pisarzom na dobre, a gdy próbują coś zmienić, zdarza się, że osiągają porażkę. „Mumia” Anne Rice mnie zaskoczyła już na pierwszych stronach, gdy zauważyłam, że coś jest nie tak. Jakby to nie była do końca Anne Rice.

Książka opowiada o nieśmiertelnym Ramzesie Wielkim. Faraonie, który wypił eliksir wiecznego życia i pogrążył się w mroku z powodu utraconej miłości do, jakże by inaczej, mojej ukochanej postaci historycznej – Kleopatry. Lata dwudzieste XX wieku. Wielkie odkrycie w Egipcie, śmierć, wyższe sfery. Zakochany Alex, wyemancypowana Julie, niemoralny Henry, schorowany Elliott, wierny Samir… i mumia. Rice zabiera nas w podróż po Londynie, Aleksandrii, Kairze, a także pozwala nam popatrzeć na ten świat z innej perspektywy – człowieka, który nigdy wcześniej nie widział samochodów i elektryczności. Oferuje nam także znacznie więcej.

Książki Anne Rice są zwykle specyficzne. Zawsze czuć w nich ogromne pokłady smutku, potrafią nawet wpędzić w lekką depresję. Momentami czyta się je ciężko. Smutek jednak jest nie do odparcia. W „Mumii” dostrzegłam poważną zmianę. Owszem, jest cierpienie, ale nie jest ono tak intensywne, jak można dostrzec choćby w Kronikach Wampirów, czy niedawno wydanej w Polsce serii o płatnym mordercy szukającym odkupienia („Pokuta” itd.). Atmosfera wcale nie jest tak mroczna i lepka, jakiej zwykle doświadczałam w jej książkach. Czy to możliwe, że konieczność dbania o konwenanse miała taki wpływ na lekturę, czy może w samej autorce coś się zmieniło przed rozpoczęciem pisania?

Jednym z moich ulubionych filmów jest „Mumia” (i druga część „Mumia powraca”). W trakcie lektury zaczęłam się zastanawiać, czy twórcy scenariusza nie przeczytali wcześniej tej książki i trochę się nie zainspirowali. Znam ten film na tyle dobrze, by dostrzec pewne podobieństwa. I sama nie wiem, czy wolę myśleć, że mieli podobny pomysł, czy też ta książka ich zafascynowała. Samą „Mumię” czytałam z nie mniejszym zainteresowaniem, a zakończenie aż prosi o ciąg dalszy, który niestety nie powstał.

Jestem zachwycona „Mumią”. I także każdą zmianą, która sprawiała, że poddawałam w wątpliwość autorstwo Anne Rice. I choć wiem, że wielu osobom ta książka się nie podoba, bądź uważają ją zaledwie za znośną, ja nie potrafię tego zrozumieć. Może i momentami jest przesłodzona, ale ja widziałam w tym estetykę lat dwudziestych, widziałam wyższe sfery i widziałam także kino – bo cała książka miała w sobie coś filmowego, z obrazem i odczuciami, a także sposobem narracji.


Przy okazji dziękuję Wam wszystkim za wszelakie cudowne słowa pod ostatnim postem :*.


sobota, 19 maja 2012

Spóźniona o jeden dzień.

Trochę się spóźniłam, o jeden dzień, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że łącznie (pomijając sen) byłam wczoraj w akademiku dwie godziny, a resztę dnia spędziłam w miejscach nieokreślonych. Koniec z tłumaczeniami. Będzie krótko i na temat.

Wczoraj mój blog obchodził drugie urodziny. Wydaje mi się to długo, ale jednocześnie mam wrażenie, że piszę recenzje od zawsze. Ponad 100 tysięcy wejść, 337 postów (z czego część książek nie dotyczy, ale jest ich stosunkowo niewiele). Kilka współpracy z wydawnictwami i portalami (jeśli nie wiecie, zrezygnowałam trochę ponad miesiąc temu ze Sztukatera). I, gdy patrzę na inne blogi, wydaje mi się to niedużo. Inne rozwijają się lepiej i szybciej, ale ten jest mój i zdecydowanie nie chce mi się bawić w nieustanną reklamę. Prowadzę go, jak potrafię.

I kocham go. Kocham Was i cieszę się, że wspólnie dzielimy się wrażeniami z lektur.
Nawet jeśli każdemu z nas zdarza się moment, kiedy nie chce mu się nic (znacie to, prawda?).

Miłego weekendu!

środa, 16 maja 2012

"Biblia Umarłych" - Tom Knox


„Religia to opium dla ludu”, napisał kiedyś Marks. Kiedyś – choć znacznie później, niż powstało to zdanie – ja zostałam uznana przez znajomego za kryptomarksistkę. Może powinnam się wstrzymać z religijno-marksistycznymi wywodami, jednak od tego wszystko się zaczyna w tej książce. Od marksizmu. Od religii. Od terroru i morderstw. Od Kambodży i Czerwonych Khmerów.

Trójka bohaterów – Julia, Jake i Chemda – trafia na trop tajemniczych wydarzeń. Choć na początku pozornie Julia z pozostałą dwójką nie ma nic wspólnego, okazuje się, że pozornie banalne wydarzenia sięgają tak naprawdę tajemnic… epoki kamiennej. I tego, co sprawia, że człowiek jest człowiekiem. Tom Knox zabiera nas w podróż po Francji i Azji z dala od turystycznych szlaków i hoteli z basenami, przedstawiając niebezpieczne życie i dzikie, pełne magii i przesądów miejsca. A także tworzy fascynujące teorie na temat… o tym warto się przekonać osobiście.

W ostatnim zdaniu mówię poważnie. Nie spodziewałam się, że to będzie aż tak świetna książka (no, jednak to nie „Informacjonistka”…) – wiedziałam, że na pewno dobra, ale godziny spędzone z nią przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Ostatnie strony wzbudzały napięcie i niepewność (dawno tak bardzo mi nie zależało na szczęśliwym zakończeniu!), a „Biblia Umarłych” w całości zaintrygowała mnie Kambodżą, którą zawsze traktowałam trochę po macoszemu, choć historię Czerwonych Khmerów znałam. Trochę. Ciężko mi więc na razie zweryfikować, co napisał o nich Tom Knox, ale na pewno kiedyś to zrobię. Nie mogę wyrzucić tego kraju z moich myśli. Tak samo jak i książki. Fabuły, teorii… uwielbiam coś takiego. Takie z pozoru absurdalne bajki, które sprawiają, że czytelnik zaczyna w nie wierzyć, nawet jeśli są sprzeczne z jego przekonaniami. Ja, zachwycona, uwierzyłam. Przynajmniej na tyle, by się nad nimi zastanowić.

Zdecydowanie jest to dobra i wciągająca lektura. Momentami brutalna, ale też czarująca. Rozprawiająca się z ideologiami, ale tworząca nowe. I aż chce się w nie wierzyć – oczywiście pomijając te momenty, w których prawda historyczna mogłaby okazać się kłamstwem. Polecam.

poniedziałek, 14 maja 2012

"Haruki Murakami i jego Tokio" - Anna Zielińska-Elliott

Jedenaście książek Murakamiego. Tyle przetłumaczyła autorka powyższego przewodnika. Wydaje mi się, że przy dokładnym zagłębieniu się w książki jakiegoś pisarza, można go dobrze poznać. Wydaje mi się też, że Anna Zielińska-Elliott myśli tak samo i między innymi dlatego zdecydowała się nas - czytelników Murakamiego - zabrać w podróż po jego Tokio.

To nie jest typowy przewodnik - owszem, znajdują się w nim miejsca, adresy, ceny i strony internetowe oraz nawet mapka komunikacyjna Tokio - lecz raczej literacka wycieczka po mieście, które bardzo często pojawia się w książkach pisarza. Idziemy tropem jego życia - studia, miejsca zamieszkania, ulubione kawiarnie i księgarnie, jego własny klub - oraz bohaterów, których wykreował. Z niezwykłą przyjemnością zobaczyłam miejsca znane mi z "1Q84", szukałam w pamięci treści "Przygody z owcą" i naszła mnie ochota na dwie rzeczy (oprócz jedzenia): na natychmiastową wycieczkę do Tokio z tą książką w rękach (choć niekoniecznie w murakamicznych celach) oraz przeczytanie "Kafki nad morzem" i "Kroniki ptaka nakręcacza". A także innych książek. Na Murakamiego muszę mieć odpowiedni nastrój i dzisiaj - po tym przewodniku - zdecydowanie mnie on naszedł.

Bardzo mi się podobają zdjęcia, które nie są doskonałe, ale mają w sobie wiele życia i bardzo ładnie uzupełniają tekst opanowany przez postacie literackie, które domagają się mojej uwagi. I chociaż Tokio zmieniło się od czasu akcji powieści, autorka przedstawia różnice i domniemania. Czasem potrafi dokładnie zlokalizować dane miejsce, jednak w innym momencie snuje jedynie przypuszczenia. Jako dodatek mamy niektóre pytania do autora i jego (zabawne) odpowiedzi. Przy okazji dowiadujemy się kilku ciekawostek na temat Japończyków - mniej lub bardziej znanych, ale wciąż intrygujących.

I, co najlepsze, dla mnie - osoby nieogarniającej Murakamiego i jego powieści - stał się ten dziwny facet trochę bardziej jasny i wydaje mi się, że już jestem zdolna do sięgnięcia po kolejną jego książkę. Może potrzebne mi do tego było jego Tokio? Dzięki temu przewodnikowi lepiej go poznałam. I wydaje mi się on bardzo ciekawą pozycją. Grupa docelowa zdaje się być oczywista. Ale w jego przypadku oczywiste nic nie jest.

sobota, 12 maja 2012

Taki sobie mały stosik...

...który mówi sam za siebie.

czwartek, 10 maja 2012

"Mój tydzień z Marilyn" - Colin Clark


Po obejrzeniu ekranizacji bardzo chciałam przeczytać książkę Colina Clarka „Mój tydzień z Marilyn”. Sama ekranizacja w pierwszej chwili mnie zachwyciła, za drugim razem podeszłam do niej ostrożnie i zaczęłam dostrzegać wszystko, co mnie w niej później irytowało. Z książką miałam podobnie – była dla mnie niczym trzecie podejście do filmu.

Zacznę od wad – książka wydaje się malutka, z za dużymi literami, które mają wypełnić puste strony oraz stanowczo za krótka. Z zalet wymienię okładkę [filmową]. Tyle na gruncie materialnym. Zaraz przychodzi treść, która jest o tyle bardziej skomplikowana, że totalnie w nią nie wierzę.

Colin Clark twierdzi, że nie mógłby jej wydać za życia MM. Wydawca obiecuje książkę „o czymś bardziej intensywnym i intymnym niż seks”. A ja obiecywałam sobie coś o prawdziwej Marilyn, a raczej Normie Jeane ukrytej za maską gwiazdy. Dostałam tylko gwiazdę. I wrażenie, że czytam kolejną książkę, która powstała tylko dlatego, że legenda Marilyn Monroe wciąż jest żywa i zawsze się sprzeda. Czytając, myślałam o filmie, miałam w głowie sceny i zauważyłam kilka drobnych zmian – jednak z tych dwóch rzeczy wybrałabym film dla jednej sceny zapłakanej MM. W książce ten sam moment wyszedł płasko i zupełnie mnie nie poruszył.

Zdecydowanie mogę tutaj skrytykować, że sama książka wydaje się być napisana pod publikę, a nie jako prawdziwy pamiętnik, jakim się próbuje mianować. Może jest tylko i wyłącznie o Colinie i Marilyn, ale też nie wnosi niczego. Nie pozwala wierzyć, że Marilyn nie była pusta, bo, choć denerwowało mnie to w filmie, mimo zapewnień autora słabo to widać. Mogę to wiedzieć, ale czy ktoś, kto o MM wiele nie wie, zdoła to zauważyć? I gdzie te uczucia, gdzie ta intymność? Gdzie jest to coś, „co mówi o Marilyn Monroe więcej niż setki jej biografii”? Nie ma. Ja nie widzę.

Za dużo słów o za małym znaczeniu. Za dużo marketingu, a za mało wartości. Nie wierzę słowom Colina Clarka. Wszystko, co zostało w tej książce zawarte, znalazło się w niejednej książce. Uważam, że to większa część jego fantazji niż prawdy. A nawet jeśli prawda, to zdecydowanie niewarta chwalenia się.

Jestem zawiedziona tą książką. Bo nie daje nawet w siebie wierzyć.

środa, 9 maja 2012

30 dni z książkami. Dzień 11 - książka, dzięki której zaraziłam się czytaniem.

Dzień 11 - książka, dzięki której zaraziłam się czytaniem.

W Rosyjskiej Ruletce padło kiedyś pytanie, na które udzieliłam odpowiedzi poniekąd intuicyjnie. Z całą pewnością nie miałam żadnych podstaw, by ją znać. W tym momencie mama zapytała: Dlaczego tego nie czytasz, skoro wszyscy czytają? Moja odpowiedź zabrzmiała: Kup mi, to przeczytam.

Nie spodziewałam się, że to zrobi.

Jestem typowym przypadkiem. Czytaniem zaraził mnie Harry Potter. Pierwszy tom, drugi, trzeci... a później histeria, bo chciałam czwarty, a on był w sklepie, nie w moich rękach. Po głośnym płaczu i krzykach mogłam pobiec do księgarni i go kupić. Och, co to były za czasy!

Harry zawsze gdzieś obok mnie jest. Ostatnio nawet zaczęłam czytać od początku (w formie ebooka niestety, bo nie wzięłam całej serii do akademika - gdzie ja bym to postawiła?!) i się wzruszałam. Bo przecież czytałam to już tyle razy. To moje dzieciństwo.

Później tylko szukałam w innych książkach tego samego. Bardzo długo nie znajdywałam niczego, co by czarodziejowi dorównało. Miałam inne ulubione książki, ale HP to była ikona. W pewnym momencie odkryłam, że on tak naprawdę nie jest taki świetny i już dawno na liście ulubieńców się nie znajduje, jednak wciąż czuję bardzo silny sentyment.

Niektórzy narzekają, że Rowling ma prosty i nijaki styl - on się rozwija wraz z kolejnymi tomami. Że jest nudny - co proszę?! To tylko dzieci z kolejnego pokolenia, które znają Harry'ego z ekranizacji, mogą tak mówić o książce. Że to plagiat - ach, cóż mnie to obchodzi, skoro ten plagiat osiągnął sukces w przeciwieństwie do oryginału? (Swoją drogą nie pamiętam, co nim jest.) Że to schematyczne. Ech, ale jednak to wielkie COŚ.

poniedziałek, 7 maja 2012

"Uczta dusz" - C.S. Friedman


Od dłuższego czasu brakowało mi porządnej fantastyki. Żadne urban fantasy, tylko coś porządnego – z prawdziwą mroczną magią, polityką, królestwami, morderstwami, zdradą, potworami. Chciałam potężnej dawki dobrej lektury, która objawiałaby się m.in. sporą ilością stron. „Uczta dusz” od pierwszego rozdziału zapowiadała się właśnie na taką powieść.

C.S. Friedman już pod koniec lat osiemdziesiątych zadebiutowała na rynku czytelniczym. Choć nigdy nie czytałam jej innych książek, w „Uczcie dusz” widziałam konsekwencję i brak naiwności obecnych początkujących pisarek, których zamysł od pierwszej strony jest niemal widoczny – już wtedy zwykle wiem, czy otrzymam happy end, czy może mam do czynienia z autorem pewnym siebie, który ma ideę i zamierza ją rozwinąć, nie bacząc na ofiary. I choć lubię lekkie lektury, to fantastyka powinna mną wstrząsnąć, wciągnąć we własny świat i nie doprowadzić na końcu do postawienia przeze mnie sarkastycznego pytania: Oh, really? Po tym zwykle mogę rozpoznać, czy dana książka jest bez wątpienia warta sięgnięcia po kolejny tom. „Uczta dusz” jest.

W świecie przedstawionym istnieją trzy podstawowe gatunki: morati, czyli zwykli ludzie, czarownice/y, którzy władają magią, jednak kosztem własnego życia oraz Magistrowie – bez wyjątku mężczyźni, posiadający silną i nieograniczoną moc. Tak przynajmniej myślą wszyscy inni. C.S. Friedman jednak zagrała im na nosie, kreując bohaterkę, która zdołała stać się Magistrem. Kobietę wraz z jej siłą i słabościami, która choć jest pewna siebie, nie posiada jednak na tyle wiele tej cechy, by stanąć przed Magistrami i powiedzieć, że jest jedną z nich. Że także pobiera własną siłę z innych ludzi, że jest pasożytem. Potężnym czarnoksiężnikiem.

„Uczta dusz” jest pierwszym tomem trylogii. Kończy się w sposób moim zdaniem dość typowy dla tego typu literatury. Nad światem wisi widmo przerażającej wojny, która już kiedyś miała miejsce, jednak nawet najstarszy Magister jej nie pamięta. Poznajemy zasady funkcjonowania tej rzeczywistości, bohaterów i zadania, jakie mają do spełnienia. I wiemy, że wkrótce wojna wybuchnie. Na szczęście w tym tomie jeszcze nie musimy się zastanawiać, jakie będą jej konsekwencje. Nadchodzą mroczne czasy – i to określenie jest zdecydowanie adekwatne do tej książki.

Nie poczułam się rozczarowana w najmniejszym nawet stopniu. To była prawdziwa fantastyczna uczta, po której jestem może trochę zmęczona (w końcu 608 stron to nie godzina czy dwie czytania), ale mam coraz większą ochotę na ciąg dalszy. I cytując Tada Williamsa: „Jeżeli do tej pory nie czytałeś niczego autorstwa C.S. Friedman, czas, byś coś z tym zrobił. I to już.” Ja ze swojej strony polecam właśnie „Ucztę dusz”.