poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Cichy wielbiciel" - Olga Rudnicka


Ze zjawiskiem stalkingu spotkałam się jedynie w kontekście gwiazd muzyki i osób, które jeździły za nimi wszędzie, aż ochroniarze rozpoznawali je już z daleka. Ciężko było mi sobie wyobrazić, że w normalnym życiu szarych ludzi stalking również może występować. Zarówno ta niepewność, jak i fakt, że sama autorka i jej powieści mnie fascynują, sprawiły, że na „Cichego wielbiciela” czekałam dość niecierpliwie.

Rzadko się zdarza, by książka wzbudzała we mnie wewnętrzne drżenie i napięcie. Z polskich autorek zdecydowanie zwycięża w tej kategorii Bujak, jednak Olga Rudnicka wraz z „Cichym wielbicielem” doprowadzili mnie do podobnego stanu. Myślę, że to wina tej stalkerskiej powtarzalności, tego dźwięczącego w uszach „Martwego morza” Budki Suflera, setek SMSów i świetnego rozwoju akcji i zamieszania emocjonalnego ofiary.

Zastanawiałam się w trakcie czytania nad kilkoma rzeczami. Po pierwsze sama byłam kiedyś nękana przez pewną osobę, jednak trwało to tylko pół roku i, konsekwentnie ignorując i będąc niemiłą, wreszcie się skończyło. Po drugie zapomniałam o tym i książka przywróciła wspomnienie, ale także myśl, że zdecydowanie romantyczne gesty działają na społeczeństwo w ten sposób, że tak naprawdę nie dostrzegają niczego poza tym, co ubarwiłoby ich rzeczywistość, a uczucia osoby „uwielbianej” i „rozpieszczanej” są sprawą drugo-, lub trzeciorzędną. Także to zostało w powieści przedstawione. Zdaje się, że Olga Rudnicka powiedziała o wszystkim. Ja sama mam takie odczucie, choć podejrzewam, że jeszcze wiele można by dodać, żeby objąć zjawisko stalkingu w całości.

„Cichego wielbiciela” czyta się na początku bardzo szybko, jednak im bliżej końca, tym bardziej tempo czytania spada – wtedy komplikują się uczucia i akcja rozwija się w odrobinę innym kierunku. Sama książka jest rewelacyjna. Emocjonalna, choć raczej pod względem tych mniej przyjemnych emocji, uderzająca w struny, które zmuszają do zastanowienia się nad tym, czym jest stalking, czy go doświadczyliśmy w mniejszym lub większym natężeniu, a także otwierająca oczy na zachowania w społeczeństwie. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona, że Oldze Rudnickiej udało się tak dobrze tę książkę napisać i nie mam jej nic do zarzucenia. Wręcz brakuje mi ciągu dalszego, choć sama książka bazuje na powtarzalności. Jest ona celowa, więc zdecydowanie nie jest to jej wadą. Chciałabym wiedzieć, co będzie dalej, choć przecież wiem.

Zdecydowanie polecam.


sobota, 28 kwietnia 2012

30 dni z książkami. Dzień 8.

Dzień 8 - mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być.

Czy to odnosi się do bestsellerów w Polsce czy na świecie? Bo o ile wiem, jedna z tych książek taki status osiągnęła gdzieś tam daleko, ale w Polsce zdecydowanie nie, bo po prostu bym o tym wiedziała. Jedna z moich najukochańszych pisarek napisała dwie książki (obecnie trzy, ale trzecia jest kiepska), które są świetne i zdecydowanie powinny być szerzej znane. Bardzo szerzej.

"Matka Ryżu" i "Dotknięcie ziemi" są książkami mocno emocjonalnymi i trudnymi. Nie spotkamy tutaj przesłodzonej miłości aż po grób, choć groby i miłość owszem. Akcja pierwszej z nich rozgrywa się najpierw na Cejlonie, a następnie na Malajach, zaś druga najpierw na Bali, a potem w Londynie. I choć obie książki są do siebie trochę podobne, to w jednym momencie nie potrafiłam wybrać, którą z nich lubię bardziej. MR jest historią o rodzinie - o tym, co ją łączy, a co dzieli. O bólu, stracie i miłości poniekąd toksycznej, ale w najlepszej wierze. DZ jest bajką o samozniszczeniu, narkotykach i magii w deszczowej Anglii. Tam jednak poznajemy historię większej ilości ludzi, każdy jest inny i każdy walczy z własnymi demonami. Z jakiejś przyczyny trafiają do świątyni destrukcji i szukają własnej drogi do siebie samych. W obu książkach rozdziały są historiami opowiadanymi przez bohaterów. Różne punkty widzenia i także barwna przeszłość. Dowiadujemy się, co motywuje ludźmi i sprawia, że są, kim są.

Pokochałam je za to, że zawsze, gdy je czytam, staję obok bohaterów. Czuję zapach curry, albo pieczenie chili w oczach. Zapach wymiocin i wzburzonego morza. Emocje się we mnie kłębią, a ja przez moment pragnę poddać się temu, co bohaterowie - czy to samozniszczenie, czy może droga ku wybawieniu. Moja rodzina ma problemy z Rani Manicką - trzy osoby czytały MR, jedna także DZ i tylko jedna z nich powiedziała, że chciałaby przeczytać MR jeszcze raz, bo to bardzo wartościowa książka. Pozostałe stwierdziły, że na tyle smutku nie mają siły. Książka jest cudowna, ale po raz drugi nie ma mowy. Ja czytałam MR chyba dziesięć razy, DZ może około pięciu, sześciu. I wiele bym dała, by znalazły się na listach bestsellerów.

czwartek, 26 kwietnia 2012

"Informacjonistka" - Taylor Stevens


Pierwsza książka, która opowiadała o prawdziwej, cywilizowano-dzikiej Afryce, jaką czytałam, nosiła tytuł „Świat u stóp”. Ten wątek nie był szczególnie rozwinięty, jednak do dziś pamiętam bohaterkę, która dorastała w RPA, jej zakazaną miłość do pewnego mężczyzny i taksówki będące całością złożoną z różnych samochodów. Ten obraz pozostał we mnie do dziś, tak samo jak tęsknota za tamtą książką.

„Informacjonistka” przypomniała mi o tych uczuciach i momentami doświadczałam czegoś podobnego. Tę tęsknotę za biało-czarnym światem, w którym prawa są tworzone na bieżąco i więcej wartości ma przekupstwo niż zasady. Miejsca, gdzie jest niebezpiecznie i trzeba doskonale wiedzieć, jak należy się zachowywać. Vanessa Michael Munroe zna to jak własną kieszeń. Wrodzone zdolności obserwowania i przyswajania informacji zrobiły z niej osobę, którą jest obecnie – silną kobietę, o nieprzeciętnej inteligencji, która zdobywa informacje warte fortunę.

I choć na pierwszy rzut oka może się zdawać, że chodzi o sprzedawanie tego, co może kogoś skompromitować, to rzeczywistość jest inna – bohaterka pracuje raczej dla osób, które w danym kraju chcą założyć firmę, bądź współpracować z obcokrajowcami. Poznaje rynek i kultury, stając się niemal ich częścią. Czasem praca bywa niebezpieczna. Jak i ta, której się podejmuje w „Informacjonistce”.

Munroe rusza do Afryki odnaleźć córkę pewnego bogatego przedsiębiorcy, która zaginęła kilka lat wcześniej. Jednak to oznacza, że bohaterka musi wrócić do czasu i miejsca, które obudziły w niej demony. I tutaj pojawia się najwspanialsza rzecz w książce – sama bohaterka. Jej historia, jej życie, jej osobowość, która zdecydowanie może konkurować z Lisbeth Salander z trylogii Millenium. Co prawda widziałam tylko dwie ekranizacje książki Larssona, jednak zauważam pewne podobieństwa i różnice, które działają na korzyść Munroe. To definitywnie mój ulubiony typ bohaterki – inteligentna jak diabli, sprytna, nie piękna, ale ładna, silna fizycznie i emocjonalnie, ale posiadająca fascynującą i trudną historię, o której chce zapomnieć, choć czasem się nie da. Rys psychologiczny kobiety i innych postaci, fabuła oraz język, jakim napisana jest książka, sprawiły, że już po kilkunastu stronach kategorycznie oznajmiłam, że kocham „Informacjonistkę” i zagłębiłam się w nią, niechętnie odrywając się choćby na chwilę od lektury.

Ta książka zdaje się być niezwykle prawdziwa. Wierzę w każdą bliznę i każdy pyłek kurzu na ulicach. W każde słowo. Nagle chcę stać się bohaterką z wszystkimi jej wadami i zaletami. Chcę poznawać świat na ten sam sposób. Chcę umieć obserwować. I dochodzę do wniosku, że nie potrafię być Munroe. Na szczęście wiem, że powstaną inne powieści z jej udziałem i będę mogła ponownie zagłębić się w ten niebezpieczny świat.

Właśnie ta prawdziwość i intensywność doznawanych przeze mnie emocji sprawiają, że do określenia „thriller” dodałabym „społeczno-obyczajowy”, co zdecydowanie bardziej się zbliża do rzeczywistego gatunku. „Informacjonistce” brakuje tego uczucia przerażenia, co stanie się za chwilę i tej niepewności, bo gdzieś w środku czytelnik czuje – czuje, a nie wie – jak akcja może przebiec i tak naprawdę żyje „tu i teraz”. A gdy nadchodzi koniec, pojawia się nie tyle niedosyt, co chęć dalszego ciągu. Nie jest za mało, nie jest za dużo, jednak pojawia się tęsknota. Dlatego uważam, że nie jest czystym thrillerem

Przeżyłam z tą książką kilka wartych zapamiętania godzin. Bez wahania mogę ją polecić, ponieważ wiem, że to kawał naprawdę dobrej lektury, ukrytej za świetną, idealnie oddającą samą bohaterkę, okładką.


Jutro wyjeżdżam na kilka dni, dlatego postaram się ustawić automatyczną publikację "30 dni z książką" - o ile oczywiście wyrobię się z napisaniem ich. W innym wypadku wrócę na bloga dopiero w niedzielę.

środa, 25 kwietnia 2012

"Córka burzy" - Richelle Mead


Z Richelle Mead znamy się od czasów serii o Sukubie. Gdy tylko pojawiła się „Córka burzy”, poczułam się zaintrygowana i oczywiście chciałam ją przeczytać. Pojawiły się dwa problemy: nie chciałam wydawać na nią pieniędzy i nie chciałam czytać ebooka. Na szczęście pojawiła się wymianka, z której zagarnęłam dwie książki, na które miałam ochotę. Po długim czasie – bo po pół roku – zaczęłam w końcu czytać i pochłonęłam ją niemal na raz – zostało mi na pół godziny czytania dnia następnego.

Z tego można wysnuć dwa wnioski – książka jest dobra i dobrze się ją czyta. Tak zresztą też jest. Po Sukubie i moim zakochaniu w nim autorka miała wysoki próg, którego nie udało jej się przekroczyć, ale uważam, że ta seria sprawi mi równie wiele przyjemności. Ostrzegam, że od drobnych porównań mogę się nie powstrzymać.

Kim jest bohaterka, nie jest żadną tajemnicą – zdradza to tytuł, dlatego uważam, że ciężko zaspojlerować. Ona sama jeszcze o tym nie wie, choć każdy inny zdaje się mieć więcej pojęcia o jej życiu niż ona sama. Eugenie jest zabójczynią potworów i odsyła je tam, gdzie ich miejsce. Jest szamanką, dlatego różne stworzenia jej zwykle nie dziwią, dopóki nie okazuje się, że znają jej imię i nagle wszystkie chcą wpakować jej się do łóżka, a jeśli nie będzie chciała oddać się po dobroci, to chętnie spróbują siłą.

Oczywiście nie może zabraknąć wątku miłosnego. W zasadzie panuje w książce trójkąt: Eugenie, Kiyo (zmiennokształtny) oraz Dorian (Król Dębów). Cała sytuacja opiera się na tym, że Eugenie i Kiyo się w sobie zakochują, jednak ona zawiera sojusz z Dorianem, który polega na tym, że on ją wspiera i uczy, a ona udaje, że z nim sypia, choć w rzeczywistości sypia ze zmiennokształtnym. Po jakimś czasie nawiązuje się między nią a królem nić zaufania oraz przyjaźni i panuje drobna zazdrość. Przy czym uważam, że Dorian jest o wiele bardziej interesującym mężczyzną niż Kiyo. Jestem ciekawa, jak ten trójkąt rozwinie się w kolejnych tomach.

Kolejną ciekawą rzeczą jest fakt, iż akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach – ziemskiej i fantastycznej. Bohaterowie skaczą między światami (a nawet Zaświatami) i starają się ogarnąć, co się dzieje i wymyślają, jak naprawić to, co ktoś próbuje zepsuć. Bardzo mi się podoba koncepcja Tamtego Świata. I oczywiście Dorian, ale o tym już mówiłam.

„Córce burzy” jednak bardzo wiele brakuje do ideału. Choć czyta się przyjemnie, akcja nie pędzi, nie dzieje się wiele emocjonujących rzeczy. Dla mnie ten tom to wprowadzenie i rozeznanie się w postaciach przed sięgnięciem po kolejne tomy, gdzie – mam nadzieję – wszystko przyspieszy. Nie rozumiem także zakochania Eugenie i jej uprzedzeń oraz momentami braku rozsądku i próbami uniknięcia odpowiedzialności. Brakuje mi w niej takiej głębi, jaką dostrzegałam w Georginie z Sukuba. Eugenie jest niezdecydowana, trochę niedojrzała, choć zapowiadała się na świetną, charakterystyczną postać. I jeszcze jest problem z dialogami – choć momentami są zabawne, to również nie znajdują się na zbyt wysokim poziomie. Nie denerwują, jednak brakuje im życia. Trochę tak jak samej bohaterce. Najlepszy jest Dorian. Za to najciekawsze teksty ma duch Volusian, który nieustannie grozi Eugenie śmiercią w ciekawy sposób. Ona sama przyznaje, że byłby naprawdę zabawny, gdyby nie mówił tego poważnie. Choć nie pojawia się często, wprowadza trochę więcej rozrywki.

Richelle Mead napisała spójną książkę i konsekwentnie ciągnie małą ilość akcji. W tym wypadku jednak nie powiem, że to się chwali. Mam szczerą nadzieję, że kolejny tom rozwinie co ciekawsze wątki. Za wyjątkiem dialogów jest napisana dobrze, postacie potrzebują doszlifowania. Sama w sobie jest dobrym remedium na stresujący wieczór, ponieważ wciąga do swojego świata, ale też nie wymaga od czytelnika zbyt wiele i można się przy niej bardzo miło zrelaksować. Nie jest mdła. Niestety do pełnego sukcesu trochę jej jeszcze brakuje.

Stosik wczorajszy.

Mam problem ze stosami, który polega na tym, że książki przychodzą mi pod trzy różne adresy i, zanim zdążą się wszystkie książki zebrać do kupy, ja już przeczytam część z nich, a stosik to taka zapowiedź tego, co prędzej czy później nadejdzie. Dlatego powtórki wydają mi się bez sensu. Jednak wczoraj przyszło do mnie pięć książek, więc pomyślałam, że oto nadszedł stosikowy dzień.

Obecnie czytam "Informacjonistkę" i jestem w niej już zakochana. Zobaczymy, co będzie dalej. Z utęsknieniem także czekałam na nową powieść Olgi Rudnickiej, którą planuję przeczytać w weekend, gdy wyjadę w bliżej nieokreślone miejsce, o którym wiem jedynie tyle, że nie bardzo mam ochotę dowiadywać się więcej. O tych trzech środkowych nie mam jeszcze nic do powiedzenia, oprócz tego, że zapowiadają się interesująco. Wkrótce nadejdzie na nie czas.

A wieczorem opublikuję recenzję "Córki burzy". Oczywiście jeśli nie zapomnę.

wtorek, 24 kwietnia 2012

30 dni z książkami. Dzień 6 i 7.

Dzień 6 - książka, przy której płaczę.

Zwykle nie płaczę przy książkach. Czasem zdarzy mi się jakiś szloch, ale ciężko tu mówić o rzeczywistym płaczu. Niemniej są jednak książki, przy których mi się zdarzyło. Zwrócę uwagę na dwie z nich.

Pierwszą książką, przy której się naprawdę rozpłakałam, jest "Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów". Przed tą książką nigdy mi się nie zdarzyło, a - co ciekawsze - łzy popłynęły mi dopiero w trakcie drugiego czytania, gdy już wiedziałam, że Bailey umrze i wtedy się zorientowałam, że moje łzy kapały na książkę. To jedna z moich ulubionych serii wieku nastoletniego (ostatniego tomu jednak nie lubię). Och, i znowu się wzruszyłam. Może powinnam ją powtórzyć?

Drugą, o której chcę wspomnieć, jest "Odyseja kota imieniem Homer". Ona jest o tyle ciekawa, że... płakałam prawie cały czas, bardzo intensywnie i mało która książka sprawia, że wypływa ze mnie choć trochę zbliżona ilość łez. Nawet nie tyle, że chodzi o kota. Nie tyle, że o ślepego kota i miłość jego właścicielki oraz jej troska o niego. Chodzi o całość. O tragedię World Trade Center i niepokój o koty, o te intensywne uczucia, które sprawiają, że ja się zastanawiam, czy zrobiłabym to samo co autorka i bohaterka. To historia prawdziwa, poruszająca... i niezwykle płaczliwa.

Dzień 7 - książka, przez którą trudno przebrnąć.

Do niedawna myślałam, że taka makabra jest tylko jedna. Myślę o "Panu Tadeuszu", do którego od podstawówki się ciągle przymierzam, ale nawet obowiązkowe trzy księgi sprawiły mi więcej trudności, niż jest to warte. Nie obchodzi mnie, że to epopeja narodowa, że jest super i ważne. Bardzo mnie nie obchodzi. Tego się nie da czytać. Ja nie dam rady. W gimnazjum za wypracowanie na temat tego, dlaczego należy czytać PT, zostałam wysłana wraz z pracą do wychowawczyni, bo porównałam to "dzieło" do Teletubisiów (cokolwiek było tym porównaniem, bo już nawet nie pamiętam treści i zarzutów). Na całą klasę tylko dwie osoby ośmieliły się wyrazić negatywnie - ja i jeszcze kolega, którego polonistka uwielbiała. Ale ja, mówiąc kolokwialnie, postanowiłam się nie pieprzyć i napisałam, co uważałam. I tyle z wolności słowa i wyrażania własnych poglądów. Miałam ochotę napisać, że "Mickiewicz wielkim idiotą był", dlatego powinnam dostać plus za pohamowanie się.
Jednym zarzutem wobec książki było to, że Mickiewicz nie mógł się zdecydować, czy był Polakiem czy Litwinem. Kontrargument mówił, że była unia polsko-litewska. Nie przemówiło to do mnie, bo unia czy nie unia, konsekwencja podobno musi być.

Ostatnio jednak dotarła do mnie inna książka, przez którą próbuję przebrnąć od miesiąca - nieskutecznie. To "Biały gołąbek z Kordoby". Tak myślę, że PT wydaje się być bardziej zdatny do czytania...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Dracula" - Bram Stoker


Wśród zamieszania związanego z modą na różne rzeczy warto się cofnąć do korzeni i zobaczyć, od czego się wywodzą pewne rzeczy zniekształcone przez czas i ludzi. „Zmierzch” Stephenie Meyer sprawił, że wampiry wróciły w łaski czytelników, jednak od normalnego potwora ewoluowały w przystojnych wegetarianów. Ja od dawna chciałam poznać historię, od której wszystko się zaczęło, czyli słynnego „Draculę” Brama Stokera.

Legendy sprawiają, że mamy wobec nich jakieś oczekiwania, dlatego też moja przygoda z Draculą została rozbita na dwie części – pierwsza rozczarowana (sto stron), a druga zamieniająca się w powolny zachwyt. Na początku uważałam tę książkę za nudną i szukałam w niej tego, co sprawiło, że jest tak znana. Nie do końca przemówiło do mnie czytanie czegoś, co jest napisane w formie listów, telegramów i dzienników. Nie odczuwałam grozy, nie potrafiłam zaprzyjaźnić się z bohaterami. Jednak w drugim etapie czytania zaczynałam dostrzegać nie tyle horror i potwory, co skupiłam się na wiktoriańskim społeczeństwie, jego ograniczeniach, miłościach, przyjaźniach i wierzeniach oraz podróżach przez Europę. W tym samym czasie fabuła zaczęła się robić interesująca, a moja niechęć zamieniła się w przyjemność obcowania z lekturą.

Książka ta zdecydowanie różni się od obecnych na rynku książek o wampirach (tutaj wyjątek stanowi „Historyk” Elizabeth Kostovy, która widocznie czerpała z materiału, jaki pozostawił swoim czytelnikom Bram Stoker – śmiem nawet twierdzić, że jej książka jest o wiele lepsza i bardziej mroczna). Forma jak i sposób stopniowania napięcia oraz bohaterowie zdecydowanie nie pasują do współczesnego wizerunku wampira, łowcy wampirów oraz kobiet w ich otoczeniu. „Dracula” jest nietypowy (jak na czas obecny), dlatego wiele osób może się rozczarować – jak ja na początku – ponieważ nie tego można oczekiwać po najsłynniejszym wampirze w historii. On, jako postać, rozczarowywał mnie aż do końca. Na szczęście wspomnienie Draculi wykreowanego przez Elizabeth Kostovę go ratowało.

Przyznam, że książka wciąż wzbudza we mnie sprzeczne emocje – od zachwytu do niezadowolenia – jednak zdecydowanie przeczytam ciąg dalszy napisany przez potomka Brama Stokera. Teraz już wiem, czego się spodziewać i jak najprawdopodobniej będzie to wyglądać, dlatego myślę, że rozczarowanie nie będzie już tak silne, a bardzo ciekawią mnie dalsze losy Miny Harker, jej męża Johnathana oraz syna. I samego Draculi, jeśli będzie dane mi go tam spotkać.

Osoby zainteresowane wampirami zdecydowanie powinny zapoznać się z początkami i dowiedzieć się, jak wygląda prawdziwy wampir. A następnie przeczytać „Historyka”, którego uwielbiam. Bo choć „Dracula” z czasem robi się coraz lepszy, nie ma szans na to, bym zaliczyła go do moich ulubionych książek – nawet tych z kategorii krwiopijców.

sobota, 21 kwietnia 2012

"Fight club" - Chuck Palahniuk


„Fight club” jest filmem kultowym. Zdaje się także, że książka także należy do tej zacnej kategorii. Muszę przyznać, że mam pewien problem, który dzieli się na trzy części: audiobook, książka i ekranizacja. Wydaje mi się niemożnością pominięcie w moich przemyśleniach któregokolwiek z tych elementów, ponieważ one się uzupełniają w taki sposób, że nie potrafię dokładnie określić, co jest zależne od czego.

Pierwszy kontakt miałam z rewelacyjnym audiobookiem czytanym przez Borysa Szyca, którego głos odbijał mi się w głowie przez cały czas i w trakcie czytania nie potrafiłam się go pozbyć. Następnie przyszedł film i Edward Norton jako narrator zupełnie mi nie pasował, ponieważ nie był Borysem Szycem. Później lekkie zmiany fabularne, które zauważyłam w trakcie czytania, także nie dawały mi spokoju. I wtedy też doszłam do wniosku, że to, co było pierwsze, pozostaje najważniejsze w odbiorze przez cały czas. Dlatego w głowie miałam głos lektora, obrazy z filmu (i postacie bohaterów) i nieustanne porównywanie ze sobą treści książki i scenariusza.

Chuck Palahniuk zawsze pisze w sposób niezwykle sugestywny. Nie bawi się w upiększanie, jego książki są proste i gwałtowne. Uderzają w czytelnika, który zdaje sobie sprawę z tego, że choć momentami przekracza granice absurdu, należy już do książki i się z nią stapia. Przynajmniej ja tak mam, nie wiem jak inni czytelnicy, jeśli jednak estetyka twórczości Palahniuka do kogoś dociera, z pewnością ma podobne odczucia do moich. Sam „Fight club” czytałam z szeroko otwartymi oczami i obserwowałam rozwój klubu w stronę czegoś wielkiego na skalę światową. Ideologie i ich działanie. Oraz autonieświadomość (powinno istnieć takie słowo). Można opowiadać o fabule, jednak jej złożoność i wielowarstwowość sprawiają, że mam wrażenie, iż wszystko byłoby spojlerem. Dlatego potrafię jedynie myśleć o wszystkich elementach, jakie składały się na moją lekturę i powiedzieć, że każdy z nich należy poznać. I ten audiobook – rzadko się zdarza, bym dała radę jakiegoś wysłuchać, ponieważ zawsze się wyłączam i skupiam na czymś innym, a ten do siebie przyciągał i brzęczał mi w głowie – nienatrętnie, przyjemnie i zdecydowanie palahniukowo. Z niezwykłymi postaciami, które pozostają w głowie na długo.

Polecam każdy element po kolei. I, tak jak zostało doradzone mi, proponuję, by zacząć od filmu, a dopiero później przeczytać książkę. Ciężko jest uzasadnić, dlaczego tak uważam – wydaje mi  się, że chodzi o ten worek pełen niespodzianek, jaki oboje oferują, choć zestawy różnią się odrobinę kolorami.