sobota, 31 marca 2012

"Trupia farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie" - Bill Bass, Jon Jefferson


Od dłuższego czasu nie czytałam książki, która by mnie tak mocno zafascynowała. Możliwe, że potrzebowałam do odreagowania czegoś prawdziwego i obrzydliwego, czego nie powinno się czytać przy jedzeniu (ja jadłam w trakcie lektury, choć zapewne wiele osób nie byłoby w stanie), co wciąga i przenosi do zupełnie innego świata. Dla niektórych może rzeczywistości alternatywnej – świata, gdzie niemal każdego dnia ktoś umiera, ktoś kogoś zabija, a ktoś inny własnymi rękami „grzebie” w zwłokach, by się czegoś o ich śmierci dowiedzieć. Ktoś kładzie je na betonie i obserwuje jak gniją, pokrywają się robactwem, odpada z nich skóra… dobrze, na chwilę wystarczy apetycznych opisów.

„Trupia farma” to nie tylko tytuł tej książki i potoczna nazwa autentycznego miejsca badań nad zwłokami. To także tytuł kryminału Patricii Cornwell, która przyczyniła się do rozsławienia trupiej farmy i która napisała przedmowę do książki. Fragment podtytułu jest także fascynujący i piękny „gdzie zmarli opowiadają swoje historie”. A jednak nic z tego nie przygotowało mnie na to, co spotkałam.

Bill Bass jest jednym z najsłynniejszych antropologów sądowych. Wstąpił na swoją drogę kariery poniekąd przypadkiem, jednak tak go ona zafascynowała, że nigdy nie spoczął na laurach, ale starał się odpowiadać na coraz większą ilość pytań, które rodziły się w myśl zasady, że każda jedna odpowiedź niesie za sobą kolejne zagadki. W ten oto sposób wymyślił trupią farmę, która była i jest pomysłem dość kontrowersyjnym, a jednak niezwykle pomocnym pod względem naukowym i również prawnym.

Kości, tłuszczowosk, larwy, muchy, jaja, czerwie, otwory, płyny, krew, rany i inne cudowne rzeczy towarzyszą nam przez całą lekturę. O odpadającej skórze mówiłam. Przy okazji poznajemy także różne ciekawostki odnośnie tempa rozkładu ciał, zachowania się go w wodzie, ogniu, na świeżym powietrzu, w zamkniętych pomieszczeniach. O kremacji; o sposobach rozróżniania płci, rasy, wieku i wzrostu jedynie na podstawie kilku kości. To wszystko przedstawione w dowcipnym, gawędziarskim tonie Billa Bassa i prywatnymi wstawkami, które nadały lekturze uroku i sprawiły, że nie jest ona nudnym naukowym tomiszczem bez odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Książka nie jest doskonała. Ma dla mnie dwie wady – pierwszą jest niezbyt mnie interesujący początek, gdzie Bass opowiada o archeologii i Indianach, a drugą – książka jest za krótka, za mało trupów, ledwie kilkaset. Mogłabym ją czytać i czytać. Idąc za słowami Mary Roach: „Chyba jest ze mną coś nie tak, ale lektura tej książki naprawdę sprawiła mi dużą przyjemność”. Mi również i nie zamierzam się tego wypierać. Poza tym przedstawia naprawdę ciekawe i niewiarygodne historie morderstw, które, jak sam narrator zaznacza, zostałyby przez producentów w Hollywood wyśmiane jako mało rzeczywiste. Jak widać, życie zawsze zaskakuje bardziej niż najlepiej wymyślona fabuła.

To wspaniała i fascynująca książka. Bardzo się cieszę, że miałam okazję ją przeczytać. Gdyby została w Polsce wydana wkrótce po tym, gdy pojawiła się w Stanach (rok 2003), prawdopodobnie dziś studiowałabym coś zupełnie innego. Gorąco polecam osobom, które nie czują obrzydzenia na sam dźwięk słów: trup, rozkład, robale. Miłośnikom thrillerów. I tym, których interesuje, jak działają śledczy oraz z czym się je śmierć.

czwartek, 29 marca 2012

"Zmysłowa gra" - Stephanie Chong


Anioły i demony. Kolejny trend w literaturze obok wampirów i innych takich. Tym razem jednak Stephanie Chong i jej bohaterka – Serena – wzięły sobie za cel rozkochanie i zbawienie demona. Arcydemona. Miasto Aniołów czeka coś, czego niebo ani piekło wcześniej nie widziały. Doprawdy?

Śliczny jasnowłosy aniołek wkracza na teren Juliana. Nie robi tego chętnie, jednak jej podopieczny – aktor Nick – jest zajęty wciąganiem kokainy z pośladka pewnej kobiety, a Serena za wszelką cenę chce doprowadzić do jego poprawy. Niestety znudzony demon staje na jej drodze i postanawia się zabawić. Niewinny aniołek jest przerażony, ale wbrew sobie czuje… że mu się to podoba. I w ten oto sposób zaczyna się zabawa w obietnice, układy, plany i namiętność.

To Harlequin. Przeczytałam w swoim życiu wcześniej tylko jednego (miałam chyba dwanaście lat, a tytuł brzmiał „Ich troje i kot” – przeczytałam tylko dla tego kota, nie przyznam się, że dwa razy) i schemat poniekąd się pokrywa. Jest seksowny mężczyzna, który chce – jest kobieta, która nie chce, ale musi iść na układ dla dobra kogoś, kim się opiekuje. Bawią się ze sobą w kotka i myszkę, po czym pojawia się wielka miłość i happy end. Drobnymi szczegółami fabuły się różnią. I nie chodzi nawet o wątek fantastyczny, ale o te złe postacie i część zakończenia.

Książka jest lekka, prosta i przewidywalna. W niektórych momentach istniała możliwość zaskoczenia czytelnika, jednak autorka najwidoczniej wybrała opcję – piszę, jak leci, bo czytelnik nie lubi myśleć. Ja lubię. I czasem język wprawiał mnie w konsternację, szczególnie gdy były opisywane sceny erotyczne i dochodziło do takich określeń jak wejście do „sekretnego ogrodu”. Nigdy nie wiem, czy mam w takich sytuacjach śmiać się czy płakać. Jednak im dalej czytałam, tym język był albo lepszy, albo ja po prostu przestałam zwracać na niego uwagę.

Książka pasuje do tego, czym jest – to literatura kobieca opowiadająca o namiętności. Trochę zbyt prosta, ale dla kobiet, które rzadko czytają i nie przepadają za wysiłkiem, tylko chcą się zrelaksować przy lekturze, jest idealna. Przy okazji wątek fantastyczny nadaje jej smaku, a drobne teologiczne przemyślenia nadają jej wymiar bardziej realny. A za półtora miesiąca Dzień Matki. Może warto się skusić?

środa, 28 marca 2012

"Kleopatra" - Karen Essex


Jeśli jakąś postać lubię, będę jej broniła całą sobą. Kleopatrę uwielbiam, dlatego wywołuje we mnie furię, gdy ktoś przedstawia ją raczej jako ekskluzywną, humorzastą prostytutkę (jak np. w „Ja, diablica” i „Ja, anielica” Katarzyny Bereniki Miszczuk). Kojarzy ją głównie z kąpielami w mleku i jakimiś urokami rzucanymi na mężczyzn. O, zgrozo! Czy przenoszenie wielkich kobiet do świata popkultury musi zawsze się kończyć w taki sposób?

Z książką Karen Essex spotkałam się kiedyś w pociągu. Siedząca obok mnie kobieta ją czytała, a ja nie mogłam się powstrzymać i zapytałam ją o lekturę. Powiedziała, że to jej ulubiona książka i że jest naprawdę dobra. Postanowiłam uwierzyć i czekałam na okazję. Aż w końcu nastąpiła.

„Kleopatra” jest zbeletryzowaną biografią ostatniej królowej Egiptu. Oczywiście zdarza się, że autorka nie trzyma się faktów, trochę folguje swojej wyobraźni i sama wypełnia luki w historii. Z początku zamierzałam jej mieć to za złe, jednak po chwili oddechu uznałam, że takie jest prawo pisarza i naprawdę nie mam powodów, by się czepiać, ponieważ poza tym książka mnie nie zawiodła. Może trochę, ponieważ nastawiłam się na genialne dzieło, a dostałam tylko bardzo dobry kawałek literatury.

Bardzo mi się spodobało odmalowanie starożytnej rzeczywistości. Naiwności ojca Kleopatry, życia na dworze. Mimo to czegoś mi w nim brakuje. Może to dlatego, że „wychowałam się” na książce „Niedościgniona Kleopatra” Irene Frain i na siłę próbowałam zrobić z „Kleopatry” coś więcej niż powieść. Chciałam, żeby to była kolejna biografia. Błąd powstał z mojej winy. Choć autorce też się należy trochę odpowiedzialności – dlaczego, och, dlaczego przerwała książkę tuż przed spotkaniem Kleopatry z Cezarem? (A nie zabrałam drugiego tomu z domu.) Gdy już popłynęłam z nurtem Nilu, zostało to brutalnie przerwane. I chciałabym jeszcze powiedzieć, że najbardziej podobały mi się fragmenty z życia Cezara (o, ironio). Pomyślałam wtedy, że pierwszy tom można by zatytułować „Cezar i Kleopatra”, a kolejny „Antoniusz i Kleopatra”. Niestety podział życia królowej, jaki przeprowadziła Karen Essex, uniemożliwił ten zabieg.

Ciężko mi sprecyzować, czego brakuje mi w tej książce. Z pozoru ma wszystko. Możliwe, że „Królowa” mi to uświadomi lub okaże się jeszcze lepsza. Mojej przygody z tą autorką nie skończę na serii o Kleopatrze. Mimo tego braku nieokreślonego szczerze polecam. Ta książka jest bardzo miłym początkiem nawiązania znajomości ze wspaniałą Kleopatrą i całą historią jej rodziny kazirodców i morderców.

Czytaliście? Może też odkryliście, że jest w niej „coś” czego nie ma?

poniedziałek, 26 marca 2012

"Szybka i prosta joga" - Christina Brown


Zdarzyło mi się wspomnieć, że chciałabym ćwiczyć jogę. Jednak kursy kosztują, trzeba mieć czas… i zawsze się znajdą inne wymówki. To, że joga jest dla każdego, próbuje powiedzieć Christina Brown w przedmowie do swojej książki „Szybka i prosta joga”. Podtytuł także jest intrygujący: 5-minutowe ćwiczenia dla każdego, o każdej porze dnia, wszędzie. Wszędzie? Naprawdę?

Naprawdę.

Książka jest podzielona na rozdziały i przyporządkowane do nich poszczególne asany. Są one dopasowane do pór dnia (na rozluźnienie, na mobilizację), do miejsc (park, komputer, praca) oraz funkcję (odstresowanie, poprawa nastroju, powiększenie energii). Autorka przedstawia również propozycje ćwiczeń dla par.

Czy naprawdę jest to takie proste?

Zdaje się, że tak. Wypróbowałam kilka najprostszych asan zgodnie z instrukcjami i uważam, że są one przygotowane bardzo dobrze – krok po kroku a do nich zdjęcia. O moim lenistwie jednak nie będę mówić. Opowiem o wydaniu, bo ono w tej książce najbardziej przykuwa uwagę – jest to prostokąt zbliżony wymiarami do kwadratu, w książce znajduje się wiele zdjęć, a czcionka jest w odprężającym kolorze zielonym. Zaś okładka zamyka się na magnes, przez co nie trzeba się martwić, iż ten niewielki (zmieści się do większości torebek) kurs jogi otworzy się w najmniej oczekiwanym momencie i się zniszczy. „Szybka i prosta joga” zasługuje na jeszcze jeden epitet – tania. To bardzo przyjemne wydanie kosztuje zaledwie 25 zł.

Polecam ją szczególnie tym, którzy chcą, ale nie mogą się za ćwiczenie jogi zabrać. Może, gdy kupicie i postoi na półce, w końcu się zmobilizujecie. Ja sama po cichu liczę na taki efekt.

sobota, 24 marca 2012

"Łowca złodziei" - Stephen Deas

Książka zaczyna się na placu, gdzie kilkoro złodziei zostaje ściętych. Całej tej sytuacji, jak i łowcy, który otrzymuje królewskie wręcz wynagrodzenie, przypatruje się chłopiec - nie jest on jednak niewinny, sam para się taką profesją jak skazańcy. Berren - bo tak ma na imię - śledzi łowcę i go okrada. W tym momencie wszystko w jego życiu się zmienia.

Berren ma duszę wojownika. Chce walczyć, być kimś. Nie chce być pomiatanym, nędznym złodziejaszkiem, którego nie stać nawet na to, by móc dotknąć prostytutkę. Chce być ważny. I gdy trafia mu się szansa do polepszenia bytu, zaczyna powoli rozumieć, iż wiąże się ona z nieco ograniczoną wolnością. Pojawiają się schody, wątpliwości i chęć powrotu. Jednak nowy mistrz Berrena pokazuje mu, że istnieją inne drogi. Mistrz sam w sobie nie jest ideałem, ma swoje tajemnice, przekonania i potrafi być agresywny. Mimo to jest ukazany jako postać dobra i konsekwentna.

Miałam wobec książki odrobinę mieszane uczucia. Często zresztą tak bywa. Z jednej strony uważam ją za dobrą, wciągającą lekturę o ciekawej fabule. Z drugiej strony jest jej potencjał nie do końca wykorzystany. Bazuje na banałach i przeplata je z czymś nowym, co zdaje się ze sobą gryźć w niektórych momentach. Kończy się również niezbyt satysfakcjonująco. Jedynym wyjaśnieniem dla takiego rozwiązania jest powstanie drugiego tomu, który już został napisany i nominowany do nagrody dla najlepszych powieści fantasy. Liczę na rozwinięcie drogi Berrena, bliższe zapoznanie się z mistrzem Sy i moje marzenie - poznanie jego brata, który dodałby lekturze więcej pikanterii, a został jedynie wspomniany kilkakrotnie. Tom pierwszy sam w sobie jest jedynie aperitifem. Chce się więcej - słów, treści i konkretów.

Jak można się domyślić, najbardziej intrygują mnie bohaterowie. Na drugim miejscu jest fabuła, która poniekąd zmierza w stronę złapania piratów, ale mam przeczucie, że tak naprawdę autorowi chodzi o coś więcej, o czym się pewnie przekonam w kolejnych tomach. Język i momentami urywane wątki przechodzące w kolejne są trochę irytujące. Życzyłabym też sobie dokładniejszego opisania religii panujących w królestwie. Tego brakowało mi najbardziej. Coś było, ale za mało.

Seria zapowiada się ciekawie. Pierwszy tom jest dość dobry, ale wciąż mu czegoś brakuje. Wydaje mi się, że tym niedostatkiem jest ciąg dalszy, na który trzeba jeszcze poczekać.

środa, 21 marca 2012

Wyniki konkursu + zwycięzkie prace.

Moi Drodzy!

Jak obiecałam, w ten pierwszy wiosenny dzień ogłaszam wyniki konkursu:

Pierwsze miejsce zajmuje Nyx.

Drugie miejsce zajmuje Dizzy.

Zwyciężczynie proszę o wysłanie mi adresów i gratuluję!
Prace można powiększyć.

wtorek, 20 marca 2012

"Bezwzględna" - Gail Carriger

 
Gdzie znajduje się Alexia Tarabotti (o, przepraszam, już od dłuższego czasu Maccon), pojawiają się kłopoty. Tym razem na „dzień dobry” ul westminsterski próbuje ją zabić, wysyła mechaniczne jeżozwierze, a później dochodzi do tego, że ktoś planuje zamach na królową! Sama Alexia jest w ósmym miesiącu ciąży i, jak widać, nie ma czasu, by w spokoju czekać na rozwiązanie. Problemów i kolebania się po Londynie jest co niemiara! A lady Maccon ma ten pech, że wciąż strzela odrobinę niecelnie…

O „Bezwzględnej” mogę powiedzieć same pozytywne rzeczy – poczynając od tego, że uważam ją za najlepszy tom z dotychczasowych. Tutaj się dzieje naprawdę wiele! Jeśli ktoś nie do końca zrozumiał w poprzednich tomach zależności między nad-stworzeniami, tym razem wszystko staje się klarowniejsze. Ivy mądrzeje, Felicity zaskakuje… jedna zagadka tworzy drugą i robi się zamieszanie. Szczególnie, gdy ktoś nie zna do końca zasad rządzących wampirami i wilkołakami. Jeśli ktoś uważał poprzednie tomy za schematyczne – ten taki nie jest. Jeśli ktoś uważał, że chodzi tu tylko o humor, a nie akcję i ciekawą fabułę – może o tym zapomnieć w „Bezwzględnej”.

Bardzo mi się podoba uchylenie rąbka tajemnicy odnośnie ojca Alexii oraz wyjaśnienie i skomplikowanie wielu innych rzeczy. To naprawdę zaskakujące, jak może zaskoczyć mnie seria, która wydaje się nie do końca mieć zdolności do zaskakiwania! Ten tom zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi. I dopiero teraz zauważyłam i mogę bez wyrzutów sumienia przyznać, że trzeci tom (czyli „Bezgrzeszna”) jest najsłabszy z serii. „Bezwzględna” mi to uświadomiła.

Smutno mi, że przed nami został ostatni tom. Po nim jednak, na pocieszenie, powstaje całkiem nowa seria, choć również dotycząca Protektoratu Parasola, jednak już nie Alexia będzie jej główną bohaterką.

Jeśli nie znacie jeszcze Alexii, najwyższa pora nadrobić braki. Całą serię gorąco polecam. Tak samo jak herbatę i ciasto kajmakowe jako towarzyszy lektury.

Czy tylko ja po przeczytaniu tych książek mam ochotę na posiadanie miotającej pociskami parasolki?