niedziela, 26 lutego 2012

"Mowa ciała w miłości" - Allan i Barbara Pease


Oglądając film „Crazy, stupid, love”, zastanawiałam się, jak on to robi. Oczywiście chodzi o bohatera granego przez Ryana Goslinga – rasowego podrywacza, który każdy wieczór spędza z inną kobietą, a żadna mu się nie oprze. Film filmem, ale i w rzeczywistości zdarzają się takie osoby. I muszę przyznać, że ta książka pomogła mi trochę rozgryźć ten fenomen. Dlatego też zwlekałam z recenzją – chciałam po prostu sprawdzić, czy to prawda, że ciało mówi o nas wszystko.

Moje badania nad prawdziwością książki nie przypominały ani trochę zachowań z tego filmu. Po prostu obserwowałam siebie i osoby, z którymi się spotykałam. I, jak już wspomniałam, książka zdała ten prowizoryczny egzamin. Może kiedyś zdecyduję się na pełny test?

Co możemy w niej znaleźć? Proste wskazówki, jak zachęcić kogoś, by zechciał nawiązać z Tobą znajomość; informacje o tym, jakie gesty przyciągają, a jakie odrzucają; jak zasygnalizować otwartość; jak subtelnie wzbudzić w kimś coś więcej niż jedynie zainteresowanie.

„Mowa ciała w miłości” nie jest nudnym poradnikiem, jest wręcz zabawna. Obnaża ludzkie problemy z rytuałem godowym i naszą własną nieświadomość tego, co przekazujemy własnym ciałem. Zdarzają się również dowcipy, które są śmieszne głównie dlatego, że bardzo prawdziwe. I sposoby, jak kłamać, minimalizując szanse na zostanie przyłapanym. Ta książka nie jest zbyt gruba, wydana przejrzyście i naprawdę ciekawa. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w poradniki-cud, gdy po lekturze przyjrzy się samemu sobie, przekona się, jak naprawdę mało wie o własnych zachowaniach.

Jeśli chodzisz na imprezy i zawsze stoisz samotnie w kącie i zupełnie nie rozumiesz dlaczego – przeczytaj. Jeśli w Twoim związku pojawiają się problemy, których przyczyn też nie potrafisz zrozumieć – przeczytaj. Jeśli zżera Cię ciekawość, o co w tym chodzi – przeczytaj. A jeśli masz niezachwianą pewność, że wiesz o sobie wszystko i ta książka nie jest Ci potrzebna – przeczytaj dla rozrywki. A nuż się mylisz. A jeśli nie, zawsze możesz dać ją komuś, kto chciałby zaryzykować.

Lubię poradniki, nawet gdy nie zamierzam traktować ich poważnie. Ten jednak zasłużył sobie na moją większą uwagę (w przeciwieństwie do słynnego "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus").

czwartek, 23 lutego 2012

"Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" - Małgorzata Warda

Pisanie o trudnych tematach wydaje się czasem być o wiele trudniejsze, niż przeżycie samemu takiej historii. Dlaczego tak uważam? Ponieważ trzeba zrozumieć i przeżyć jedynie we własnej głowie coś, o czym nie ma się pojęcia. Rzadko kiedy książka jest tak dobra, że nie pozwala w siebie wątpić, a uczucia bohaterów ogarniają czytelnika. I muszę przyznać, że Małgorzata Warda napisała taką książkę. Cholernie dobrą książkę.

Jak tytuł wskazuje, historia ta opowiada o przeżyciach dziewczynki – Ani. Ojca nie pamięta, matka jest ciągle na lekach, a ona sama jest świadkiem przemocy wobec jej brata. Brutalnej, niewybaczalnej. Rodzeństwo ma tylko siebie. Ale książka zaczyna się od czegoś, czego trudno się spodziewać – od gwałtu. Ania oskarża o to swojego brata. I w ten sposób – poniekąd od końca – poznajemy całą historię, zlepiając ze sobą poszczególne wątki, domysły i emocje.

„Dziewczynka…” nie jest zbyt gruba, ale czytałam ją zadziwiająco długo. Nie potrafiłam przebrnąć przez te wszystkie wydarzenia i uczucia od razu, na szybkiego. Musiałam robić przerwy, zastanawiać się i uwalniać od tego, co mi dawała. To bardzo trudna emocjonalnie lektura. Ciężko jest zrozumieć, dlaczego opiekun nie reaguje na przemoc, dlaczego dziecko się nie broni i dlaczego inne musi na to wszystko patrzeć. Można albo pogrążyć się w tych wydarzeniach, albo spróbować się zdystansować, co nie jest takie proste.

Nie mam tej książce nic do zarzucenia. Język, styl, fabuła, konstrukcja – wszystko jest spójne, doskonałe. Często zdarza mi się denerwować stylem polskich pisarzy, który tak bardzo odbiega od literatury tłumaczonej, której czytam znacznie więcej. Tutaj tego nie było. Po prostu zagłębiłam się, nic mnie nie wybijało z rytmu – może poza moimi własnymi emocjami, ale za nie autorka nie odpowiada.

To ważna książka. Niektórzy ludzie ignorują przemoc, bądź święcie wierzą (lub chcą wierzyć), że w dzisiejszych czasach jej nie ma, że jesteśmy cywilizowani. A może właśnie w domu sąsiadów dziecko leży w łóżku przerażone, że ktoś zaraz przyjdzie je ukarać za to, że krzywo oddycha?

Każdy powinien ją przeczytać, choćby zupełnie nie była w jego typie, nie lubi ładunku emocjonalnego, czy też nie chce czytać o rzeczach smutnych. Trzeba być świadomym, jak pozornie „żadna” przemoc wygląda w rzeczywistości!

A książka poza tym jest rewelacyjna i z całego serca ją polecam.

niedziela, 19 lutego 2012

"Pan Potwór" - Dan Wells

Tom 1 - "Nie jestem seryjnym mordercą"


John ledwie miesiąc wcześniej zabił po raz pierwszy, a tu nagle okazuje się, że w ślady za poprzednim mordercą podąża kolejny, który zostawia mu wiadomości – dość brutalne, z ranami po nakłuciach oraz porażeniu prądem. W tym samym czasie John decyduje się zaprosić dziewczynę na randkę (co jego mama kwituje ironicznym „Pomyśleć, że jedyny członek tej rodziny, który ma normalny związek, to socjopata”). Sytuacja rodzinna się komplikuje, społeczna także, uczuciowa się rozwija… a John dodatkowo musi się zająć kolejnym problemem. Kolejnym mordercą. Emocje sięgają zenitu.

Nie mogłam się doczekać drugiej części. I muszę przyznać, że faktycznie skumulowało się tutaj wiele uczuć – począwszy od zamieszania w miasteczku aż po mordercze zapędy Johna. On jak zwykle pakuje się w kłopoty związane ze swoimi zainteresowaniami, które dotyczą – należy przypomnieć – seryjnych morderców. Może przez całą pomieszaną sytuację książka była mniej zabawna. Bohaterowie za bardzo koncentrowali się na ogólnych problemach, by móc się śmiać z samych siebie. Jednak tutaj sytuacja była poważniejsza niż w pierwszej części. Choć jedyny zarzut, jaki miałam wobec „Nie jestem seryjnym mordercą” miał niestety odzwierciedlenie również w „Panu Potworze” i zapowiada się, że zostanie to pociągnięte także w „Nie chcę cię zabić”. Oswoiłam się z tą myślą, ale wciąż uważam, że książka byłaby znacznie lepsza, gdyby pominąć tę niedogodność. Zainteresowanych, o co chodzi, odsyłam do książki lub recenzji poprzedniego tomu.

Zdecydowanie nie polecam zaczynać od drugiej części, gdyż cała sytuacja z pierwszej jest na jej łamach opowiedziana, a pierwszy tom jest zabawniejszy i z jednej strony lepszy (właśnie przez humor), ale trochę bardziej banalny. Seria jest naprawdę interesująca i wciąż ją polecam. Może właśnie odrealnienie jej trochę sprawia, że jest skierowana do młodzieży? To dla mnie jedyne wyjaśnienie. Za to bardzo dobrze jest w niej przedstawiona psychika socjopaty.

I tu mam problem – bardzo chciałabym, żeby autor napisał coś więcej o seryjnych mordercach, socjopatach i innych równie ciekawych osobach, ale dla jak najbardziej dorosłych czytelników. Obiecuję, że przeczytam. Tylko niech napisze. Już jest bardzo dobrze, ale gdyby pozostał w ogólnie przyjętej wizji rzeczywistości, byłoby jeszcze lepiej!

Przyjemnego czytania!
(Jak widać, nie przyjmuję do wiadomości, że nie przeczytacie.)

piątek, 17 lutego 2012

"Ukąszenie" - Lynsay Sands

 Wampiryczna komedia! Pewnie wielu z Was włos się jeży na głowie, gdy słyszycie słowo „wampir” odmieniane przez wszystkie przypadki, liczby, osoby i przez co jeszcze tylko się da. Ja jednak nie daję się zniechęcić i wciąż próbuję czegoś nowego, co zaskakuje mnie samą. I tym razem trafiłam na prawdziwą komedię!

W tego typu literaturze ciężko wymyślić coś nowego. Zwykle wampiry różnią się jakąś jedną cechą (z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny sama lubię najbardziej klasycznego wampira sypiającego w trumnach), a cała reszta pozostaje taka sama. Modne są romanse ze śmiertelnikami i wszelakie komplikacje na drodze do związku. Nuda! A jednak Lynsay Sands doprowadziła mnie do śmiechu przez ¾ książki, stworzyła własną tezę dotyczącą powstania wampirów (która mnie przekonuje!) i wykreowała bohaterkę cierpiącą na hemofobię. A to wszystko w prostej, schematycznej historii, jakich wiele.

Oczywiście nastręcza to pewnych problemów – i nawet nie chodzi o to, że Lissianna pomyliła psychologa z kolacją, co pociągnęło za sobą multum przezabawnych komplikacji, ale o to, że ta książka może być dla niektórych zbyt prosta. W końcu nie samym humorem żyje czytelnik. Styl prosty jak budowa cepa, uczucia bohaterów znamy lepiej niż oni sami, przez co cała sytuacja wydaje się trochę naiwna. A może nawet bardzo. Dlatego nie wiem, co o niej sądzić. Autorka podobno często darzy czytelników swoim poczuciem humoru, jednak nie wiem, czy chodzi w tej książce właśnie o nie, czy też o jakąś głębię psychologiczną postaci. Bo tego nie ma. Ja postanowiłam skupić się na pozytywach, czyli salwach śmiechu, które sprawiały, że kot patrzył na mnie ze zgorszeniem i układał się w jeszcze wygodniejszej (dla niego) pozycji, która niemal uniemożliwiała mi dalszą lekturę. Nie poradzę nic na to, że zdrowo się ubawiłam, choć mam święte prawo do narzekania na brak jakiegokolwiek wysiłku intelektualnego.

Mimo to jestem bardzo zadowolona. Idealna książka do odreagowania sesji, pracy czy czegokolwiek innego (choćby wczorajszego Tłustego Czwartku), zabawna i próbująca pokazać wampiry z inną historią. Te akurat pochodzą z Atlantydy i są ciekawsze niż zdecydowana większość – magii w nich raczej nie ma. O tym się jednak przekonacie sami.

Jako grupę docelową wybrałabym fanów wampirów i wszystkiego, co pije krew, a na miano wampira nie zasługuje (tak, mówię tu o pewnym błyszczącym panu o inicjałach EC).

PS W "Ukąszeniu" miałam przyjemność zaobserwować najlepszą scenę erotyczną, jaka wystąpiła w przeczytanych przeze mnie książkach.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Stosik na ferie.

Półtora miesiąca to czas, w którym można zrobić naprawdę wiele. Zamierzam przeczytać powyższe i jeszcze więcej.
Zapomniałam, że obiecałam koledze zrecenzować jego książkę. No to ją też. Przy okazji. Nawet jeszcze nie przeczytałam.

sobota, 11 lutego 2012

"1Q84. Tom 3" - Haruki Murakami

Tom pierwszy.



Po przeczytaniu pierwszego tomu nie potrafiłam wydać oceny. Po drugim już było łatwiej, ale zgłodniałam. Chciałam więcej. Tom trzeci… wreszcie zrozumiałam, ogarnęłam, poczułam. Jestem już zdolna, by powiedzieć cokolwiek o moich odczuciach względem tej niezwykłej trylogii, a w zasadzie jednej niezwykle grubej książki podzielonej na trzy części.

Zarys historii jest Wam zapewne dobrze znany, w końcu o tym się mówi, to się czyta. A Murakamiego się kocha lub nienawidzi. Gdybym miała wydać o nim osąd po przeczytaniu „1Q84”, bez wątpienia byłabym w tej pierwszej grupie osób. Wciąż mam jednak w pamięci „Przygodę z owcą”, która zawiesiła mnie na granicy nie-czucia. Mimo to postanowiłam zabrnąć do „miasta kotów” i spróbować znaleźć z niego wyjście. Wraz z bohaterami obserwowałam na niebie księżyc. I drugi księżyc, ten mniejszy i zielony. Chodziłam po Tokio, wkraczałam w ten świat w nieco krzywym zwierciadle, gdzie jedynie miłość ma siłę i jest do wytłumaczenia.

Murakami składa ładnie w ostatnim tomie wszystko, co pojawiło się w poprzednich. Wątki się grupują, łączą w pary, a każda część wskakuje na swoje miejsce, tworząc obraz. I moje przypuszczenie, które wyraziłam w recenzji tomu pierwszego, okazało się prawdziwe. Jednak spodziewałam się tego i byłam przygotowana. I naprawdę zdumiona, że autor nad tym zapanował na tak ogromnej ilości półtora tysiąca stron. I wciąż mnie nie nudził, a ile tak naprawdę jest w tym akcji? Z napięciem czekamy na reakcje Sakigake i na spotkanie Aomame z Tengo. Szukamy odpowiedzi na pytania, które mnożą się w trakcie lektury. A jest ich mnóstwo i wcale nie dotyczą jedynie treści. To książka, która dotyka bardzo mocno, gdy tylko się ją do siebie dopuści.

Tutaj też dostrzegłam pewną tendencję do kiczu. Słodkiego, lukrowanego niczym róż okładki. Myślę, że kolejne książki Murakamiego będę czytać z większą świadomością, jakby „1Q84” mnie na niego otworzyło. Gdzieś w środku czuję zachwyt i tęsknotę za tym światem i bohaterami. Jednak wciąż nie potrafię wyjaśnić tego fenomenu. To sceneria i poczucie czegoś ponadczasowego nadaje tej książce wyrazu i siły przyciągania.

PS Jak widać, zrecenzowałam tylko tom pierwszy i trzeci – jednak to nie znaczy, że drugiego nie przeczytałam. Po prostu nie wiedziałam, co o nim napisać, dlatego zrezygnowałam z recenzji. Przy okazji… zastanawia mnie, jak czytacie tytuł. Moja koleżanka czyta „tysiąc osiemdziesiąt cztery”. Ja widzę i wiem, ale gdy mam powiedzieć, co czytam, mówię, że... trylogię Murakamiego, bo tytuł, choć pozornie prosty, nastręcza mi więcej trudności niż jakikolwiek inny. Opowiedzcie mi o Waszych doświadczeniach z „1Q84”.

wtorek, 7 lutego 2012

"Spadkobiercy" - Kaui Hart Hemmings


 Rodzina to twór bardzo dziwny. Składa się z poszczególnych osób, które są ze sobą połączone na różne sposoby. Czym naprawdę jest rodzina? Jak ją zdefiniować, by niczego nie pominąć? Czy jest to możliwe?

Właśnie kwestia rodziny zastanawiała mnie w trakcie lektury tej książki. Bo mamy tu ojca, którego nigdy nie było w domu. Dziesięcioletnią córkę, która ma dziwne pomysły, ciężko zrozumieć jej sposób myślenia, nadążyć za nią. Jest również niania i pomoc domowa w jednym. Zaraz jednak okazuje się, że istnieje również przebojowa matka, która znajduje się w śpiączce. Potem odkrywamy istnienie siedemnastoletniej córki – zbuntowanej i nieposkromionej.

Akcja… nie powiedziałabym, że tak naprawdę tutaj jest szczególnie zarysowana. To powieść o odnajdywaniu więzi, tworzeniu rodziny z części, które dostajemy. Ojciec musi poznać córki, córki muszą zrozumieć pewne rzeczy. Nauczyć się kochać, wybaczać i akceptować to, co przynosi los. To nie jest prosta droga. Jednak książka jest bardzo prosta w konstrukcji. Jednak największe zmiany w bohaterach zauważamy właśnie w szpitalu, przy łóżku, a następnie w ich decyzjach. Nie można uznać „Spadkobierców” za trudnych, czy szczególnie wciągających. Oni płyną, kusząc nas dalszym ciągiem, choć jest on oczywisty.

Mam ambiwalentne uczucia względem tej książki. Z jednej strony bardzo mi się podobała i dobrze mi się ją czytało, a tematyka wydaje się naprawdę ciekawa, ale z drugiej jest banalna. Książka jakich wiele, jedynie akcja zostaje umieszczona na Hawajach, przez co robi się ciekawiej. Jednak wiele takich powstało, napisanych lepiej, skonstruowanych w bardziej skomplikowany sposób, może bardziej porywających. Lecz są dwie rzeczy, a raczej osoby, mnie zachwycają – Scottie i Sid. Dziesięciolatka stwarza pozory dojrzałej kobiety, która nie waha się mówić o seksie, ale wciąż jest dzieckiem, które ciężko radzi sobie z problemem chorej matki i zdecydowanie odrzuca prawdopodobieństwo jej śmierci; oraz popalający trawkę chłopak, który ma w sobie momentami więcej mądrości życiowej niż ojciec dziewczyn. Oni są naprawdę ciekawi i tworzą oś, która wskazuje, w którą stronę się to wszystko kręci.

Książka została sfilmowana, ekranizacja jest nominowana do Oscara. Nie oglądałam jej jeszcze, jednak zastanawiam się, jak można nakręcić dwugodzinny film, w którym siłą rzeczy nie ma się co dziać. Ale o czym ja mówię, ktoś nakręcił „Dziennik nakrapiany rumem”, w którym też nie dzieje się nic. Poniekąd mam wrażenie, że omawiana teraz książka i film z Johnnym Deppem do siebie pasują. Tylko książka o wiele bardziej mi się podoba niż tamten film, który na razie przerwałam w połowie i czekam, aż najdzie mnie ochota na ciąg dalszy. Do książki zaś wracałam z przyjemnością. 

PS Co do ekranizacji "Spadkobierców" na razie odwołuję, co przypuszczałam. Obejrzałam właśnie trailer, który mnie ubawił i jest bardziej żywotny niż książka. Nie mogę się doczekać, aż go obejrzę i porównam.