wtorek, 31 stycznia 2012

"Czarna topiel" - Joyce Carol Oares

Joyce Carol Oates bawi się z czytelnikiem, gra w nieczystą grę, komplikując, przesuwając akcję w czasie zarówno do przodu i do tyłu, nakładając na siebie historie i osoby. Opowiada na niewielu stronach jeszcze krótszą historię, potęgując napięcie i utrudniając czytelnikowi podjęcie decyzji, czego zamierza on oczekiwać.

Jak już wspomniałam, historia jest krótka. Senator Kennedy wraz z młodą pasażerką wjeżdżają samochodem do wody. I właśnie ta sytuacja to faktyczny czas akcji – Kelly umiera, wierzy, marzy, nie rozumie. W tym czasie otrzymujemy przebłyski z przyjęcia poprzedzającego wypadek, a czasem też sny i wspomnienia z dalekiej przeszłości – czyje? Kelly, ale nie-Kelly. Zbieramy szczegóły, składamy je w całość. Czekamy na nieuchronny koniec, a choć ma się czasem wrażenie, że już się to czytało, że napisała jeszcze raz to samo, ale innymi słowami, napięcie rośnie, czytelnik wstrzymuje oddech, boi się wciągnąć do płuc czarną wodę i wypatruje – czego?

Oates stworzyła coś niesamowitego, co nie pozwala o sobie zapomnieć. Akcja – choć z perspektywy czasu wydaje się mało emocjonująca – nabiera nowych barw i wymiaru. Jest niczym guma do żucia – rozciągliwa, kolorowa, aromatyczna, ale blaknąca z każdą chwilą, by pogrążyć się w niesmacznej szarości, jednak wciąż zdolna do modelowania. Nie nudzi. Wciąga coraz mocniej, robiąc coś, co wydaje się momentami niemożliwe.

A później zostaje pustka. I mam wrażenie, że to uczucie będzie mi towarzyszyło po zakończeniu każdego z dzieł Oates – genialnej pisarki, która potrafi wywrócić świat na lewą stronę i wyjaśnić, że to przecież takie proste, trzeba tylko spróbować.

piątek, 27 stycznia 2012

"Koniec gry" - Anna Onichimowska

W Polskiej literaturze nie mówi się zbyt wiele o homoseksualizmie. Katolickość naszego kraju postawiła mur, który społeczeństwo musi dobrowolnie zburzyć, jednak jest to trudne nawet w tak rozwiniętym świecie jak nasz, gdzie każdy teoretycznie może być sobą.

Anna Onichimowska – znana mi przede wszystkim jako autorka książek dla młodzieży o narkotykach – podjęła się napisania książki ciężkiej jak na polską rzeczywistość – o siedemnastoletnim chłopcu, który zaczyna odkrywać, że tak naprawdę pociągają go nie tylko kobiety, ale również mężczyźni. Jego rodzice mają skamieniałe poglądy, a brat bliźniak walczy ze wszelkimi przejawami „dziwności” (w sposób nierzadko brutalny) oraz „pedalstwa”. Alek ma wspaniałą dziewczynę, dość dobrą pracę dorywczą, jest dobrym uczniem. Jednak wrodzone poczucie uczciwości zmusza go do ujawnienia się jako gej.

Ta książka mnie zaskoczyła. Z jednej strony pozytywnie, z drugiej negatywnie. Gdy ją zaczęłam czytać, czekałam, aż Alek dotrze do momentu, w którym zaczyna rozumieć, kim jest. Byłam ciekawa, jak sobie z tym poradzi – szczególnie znając jego sytuację rodzinną. Jednak okazało się, że książka ta bardzo mocno wciągnęła mnie w swoją rzeczywistość. Bohaterowie mają swoje wady i zalety, słabości. Są bardzo dobrze przedstawieni, bardzo realni. Może momentami stereotypowi, ale to wcale nie odbiera książce realizmu – w końcu żyjemy w świecie pełnym stereotypów. Niestety miałam wrażenie, jakby autorka na siłę chciała pokazać, że nie wszyscy geje kończą w slumsach chorzy na AIDS, dlatego pokusiła się o american dream w polskim wydaniu, podkreślając, że to jedynie efekt przypadku. I właśnie ta jedna rzecz mi się nie podobała. W momencie, gdy w życiu Alka powinny pojawić się problemy pozornie nie do pokonania, on dostał najprzyjemniejsze możliwe rozwiązanie, przez co wszystko było zbyt proste, zmierzające do nieuchronnego happy endu.

Wydaje mi się, że ta książka ma szansę zrobić rewolucję samoświadomości u młodzieży i pomóc osobom niepewnym siebie w pokazaniu, kim są. Że nie warto się bać i wstydzić. A może tej drugiej stronie społeczeństwa wyjaśni, że tak naprawdę homoseksualizm nie jest zły.

Zdaję sobie sprawę, że w tej kwestii można się kłócić bez argumentów, sensu i końca. Jednak bardzo się cieszę, że została napisana taka książka, która przemówi w jakiś sposób do każdego. Nie czaruje językiem, mówi jasno, co ma do przekazania. Daje również nadzieję na to, że w przyszłości także Polska stanie się krajem tolerancyjnym.

Zdecydowanie polecam!

czwartek, 26 stycznia 2012

Kryzys.

Wiem, że nie ja jedna, ale w styczniu przeszłam samą siebie w nieopiekowaniu się blogiem. Mogłabym zwalić winę na Bogu ducha winną sesję, ale to byłoby wredne z mojej strony. Na zajęcia od rana do nocy? Bzdura, czasu się zawsze trochę znajdzie. Lenistwo? O, już jesteśmy trochę bliżej. Ale zwalę winę na Twój Styl, bo kupiłam sobie wydanie z Alicją Burtona i czytam i czytam i skończyć nie mogę (skończę dziś wieczorem). A w weekend zmuszę się do zrobienia czegoś. Najlepiej napisania recenzji. Bo ja chętnie czytam, tylko pisać mi się nie chce...

Styczeń to miesiąc kryzysowy. Postanawiam się poprawić. Bo, szczerze mówiąc, ostatnio recenzuję tylko te książki, które muszę. Aż tak bardzo mi się nie chce.

Moja wina! Ale wrócę, tylko trochę odpocznę!

W weekend.
Całuję,
Alina

czwartek, 19 stycznia 2012

"Nie jestem seryjnym mordercą" - Dan Wells

Kilka razy dałam o sobie znać, że żywię wyjątkową sympatię oraz zainteresowania względem seryjnych morderców, których uważam za postaci wybitnie fascynujące (choć może nie godne naśladowania). Tym bardziej ucieszyło mnie, że została w Polsce wydana książka dotykająca tej tematyki, jednak skierowana do… młodzieży.

„Nie jestem seryjnym mordercą” jest pierwszym tomem trylogii o piętnastoletnim Johnie, który jest młodocianym socjopatą, fascynującym się seryjnymi mordercami o wiele bardziej niż ja. Mówi o nich nieustannie i uważa, że sam z bardzo dużym prawdopodobieństwem zostanie jednym z nich, o czym często rozmawia ze swoim terapeutą. Jeśli znacie serial „Dexter”, na pewno zwrócicie uwagę, że John tak samo jak bohater serialu ma swój kodeks, według którego postępuje, by tylko nie skrzywdzić innych osób i dzięki niemu trzyma swoją mroczną część na smyczy.

Jednak w miasteczku pojawia się prawdziwy seryjny morderca, przez co John zaczyna odczuwać potrzebę odnalezienia tej osoby i… zabicia.

Bardzo podobało mi się, że miałam możliwość obserwowania myśli Johna, jego czarnego humoru, bezczelności i zmian, jakie stopniowo w nim zachodziły, gdy pozbywał się swojego muru i pozwalał wyjść Panu Potworowi na wierzch. Zmiany jego uczuć i stopniowe pojawianie się ich oraz znikanie. Opisy potrzeby zabijania.

Lektura niezmiernie mnie cieszyła i jeśli nie śmiałam się na głos z dialogów, to następnie przez bardzo długi czas opowiadałam o tym, jak bardzo mi się podoba. Moje otoczenie zdecydowanie odczuło to, że dzięki tej książce znowu rozbudziły się moje „mordercze” zainteresowania i w głowie miałam tylko trupy i flaki i przez dwa dni chodziłam bardzo zadowolona ulicami.

Sama postać bohatera jest sympatyczna mimo socjopatii. Albo wydaje się tak tylko mi. Może z tej książki popłynąć nauka, że zbrodnia nie popłaca i warto zwalczać swoje mroczne cechy lub używać je ku dobrym celom. Nie mogę się już doczekać kolejnego tomu, który będzie miał w Polsce premierę już za miesiąc. Jednak mam jedno zastrzeżenie do tej książki – wplecenie wątku… fantastycznego odebrało jej coś, co mogłoby być o wiele bardziej fascynujące, gdyby stało trochę bardziej na ziemi. Nie rozumiem, czemu on miał służyć.

„Nie jestem seryjnym mordercą” mocno polecam wszystkim miłośnikom thrillerów, seryjnych morderców i socjopatów. A jeśli ktoś nie będzie pewien, a ta książka choć na chwilę znajdzie się w jego rękach, niech przeczyta przynajmniej podziękowania autora, które pokazują naprawdę dobre poczucie humoru i dystansu do samego siebie.

sobota, 14 stycznia 2012

"Boliwia" - Martyna Wojciechowska

Miłośnicy podróży i książek podróżniczych nie muszą już się martwić o zawartość swoich portfeli, ponieważ w śladach za „Blondynką” podążyła również Martyna Wojciechowska – powstała seria małych książeczek, na które może pozwolić sobie niemal każdy. Jedna książka – jeden kraj i jedna historia, które można było podziwiać już w telewizji, w programie „Kobieta na Krańcu Świata”.

Boliwia jest najbiedniejszym krajem Ameryki Południowej, gdzie pogaństwo miesza się z chrześcijaństwem, kobiety walczą o równouprawnienie, będąc jednocześnie zwalczane. Jednak z drugiej strony jest to piękny, malowniczy kraj, którego urodę możemy podziwiać na zdjęciach w książce. A kim jest bohaterka? Wojowniczką, walczącą z mężczyznami. I choć może się to wydawać dobre, to należy wiedzieć, że o przebiegu walk decyduje się jeszcze zanim wojownicy znajdą się na ringu.

Książka zawiera wstęp, krótką historię kraju, informacje o wielkości kraju, walucie, ambasadach, czyli wszelakiego rodzaju informacje dla podróżników – nawet co zjeść, a czego unikać. Ta część jest bardzo przydatna dla każdego, kto wybiera się do Boliwii po raz pierwszy. Dostajemy również wgląd w sytuację kobiet w kraju. Poza tym interesującą historię z punktu widzenia Martyny Wojciechowskiej, zdjęcia i chęć przeczytania kolejnej książeczki z serii.

Wydaje mi się to bardzo dobrą alternatywą dla osób, których nie stać na „Kobietę na Krańcu Świata” lub dla tych, których interesuje spojrzenie na jeden konkretny kraj. Oczywiście na tak małej objętości nie można zmieścić wszystkiego, jednak Martyna Wojciechowska jest o wiele konkretniejsza niż Beata Pawlikowska. Tutaj nie miałam wrażenia, jakby wszystko było opisane bardzo pobieżnie. Jeśli coś już jest, jest to w miarę konkretne i, jak na tę podróżniczkę przystało, bardzo interesujące i poruszające.

Dziękuję Sztukaterowi i wydawnictwu G+J.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

„Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść” – Marlena de Blasi


Świat się skończy za kilka miesięcy, a ludzie wciąż chętnie zaczytują się w słonecznych, radosnych bajkach, jakie mają miejsce w Toskanii lub Prowansji – krainach smaków, zapachów i… miłości.

Jednak najnowsza powieść Marleny de Blasi nie do końca odpowiada temu wizerunkowi. Jest to historia autentyczna, po części biograficzna i z całą pewnością bardzo osobista. Czytelnik bez problemu może podzielić ją na dwie części – Marlenę i Lavinię. W ten sposób poznajemy pisarkę, jej sposób pracy, odkrywamy ją w Italii jako miłośniczkę, ale też osobę, która wciąż tam nie przynależy. I po wycieczce po jej umyśle spotykamy Lavinię – kobietę, która zdecydowanie nie lubi pragnących wykupić jej krainę ludzi. Gardzi turystami, nienawidzi szczególnie Niemców. Zaś jej złośliwość może dotkliwie zranić niejednego człowieka. Czy te dwie kobiety mogą się zaprzyjaźnić? Czy mają ze sobą coś wspólnego?

Wydawca określa tę książkę jako „pełną ciepła i miłości”, jednak czy rzeczywiście tak jest? Poniekąd. Niewiele jest tutaj miłości romantycznej, stanowi ona zaledwie tło do historii o bólu, przyjaźni i miłości, ale do ziemi i rodziny. Lavinia i jej córki kochają się na różne sposoby. Dla mnie to opowieść o tym, co nas tworzy, kreuje. Książki, które każą cofać się do przeszłości, by wyjaśnić teraźniejszość, zawsze fascynują, najlepiej pokazują złożoność ludzkiej psychiki. I choć ta książka jest lekka, w toskańskim słońcu, z porozrzucanymi włoskimi słowami i suto zakrapiana oliwą z oliwek, to wciąż ma w sobie tę skomplikowaną strukturę. Czy tylko prawdziwa historia może być tak opisana, czy autorka pisze tak zawsze? To mogą ocenić jedynie czytelnicy, którzy mieli z większą ilością jej książek do czynienia.

„Lavinia i jej córki” są powieścią mądrą, mającą przesłanie. Zdecydowanie warto ją przeczytać, gdy chce się spędzić przyjemne, ale niebanalne popołudnie. Miło się wybrać na wycieczkę po Toskanii i warto ją poznać od tej drugiej strony, a może i nawet trzeciej.

Dziękuję Sztukaterowi i Wydawnictwu Literackiemu.

czwartek, 5 stycznia 2012

"Lolita" - Vladimir Nabokov


Niektórzy ludzie mają z klasykami problem – przecież „nie wypada” (aż włos mi się jeży na głowie, gdy słyszę te słowa w obojętnie jakim kontekście), żeby się nie podobały. Klasyków się nie krytykuje, oni mają zachwycać, bo „jak się nie podoba, jak podoba”? Ja nie mam problemu z klasykami. Ja mam tylko problem w sytuacjach, gdy w danym dziele się zakochałam, zanim je jeszcze poznałam, a ono nie do końca spełniło moje oczekiwania.

„Lolita” była moim marzeniem czytelniczym od wielu lat, niestety okazji zawsze brakowało. Gdy w końcu ją zakupiłam, czekała na odpowiedni nastrój, który pojawił się całkiem niedawno, gdy chciałam coś przeczytać, ale wszelaka rozrywkowa literatura po dwóch stronach lądowała z powrotem na półce. Sięgnęłam wtedy po największe dzieło Nabokova.

Wydaje mi się, że głównym powodem, dla którego czuję się „Lolitą” trochę rozczarowana, jest przekład autorstwa Michała Kłobukowskiego, który mnie nie wciągnął, momentami drażnił. Cała reszta zaś jest inną historią, ponieważ o Lolicie wszyscy wiedzą wszystko, tak się przynajmniej zdaje. Nieletnia dziewczynka, dojrzały mężczyzna i ogromna ilość seksualności między nimi, co w dzisiejszych czasach ma nawet swoje własne określenie – pedofilia. Czego się spodziewa przeciętny czytelnik, zanim otworzy tę książkę? Nie wiem. Ja nie spodziewałam się niczego. Po prostu chciałam to przeczytać.

Po lekturze zaczęłam się zastanawiać, czy znam jakieś nimfetki, z jakiej perspektywy Nabokov opisał ich cechy. Byłam niezmiernie ciekawa, co i skąd się wzięło. Otrzymałam za to denerwującą Lolitę, zakochanego w niej po uszy mężczyznę i podróż po Ameryce, zazdrość i szpiega podążającego za bohaterami.

W całej książce najbardziej spodobało mi się posłowie autora. To nie oznacza, że książka jest zła – jest bardzo dobra, interesująca i niekonwencjonalna w formie – ale właśnie tamte ostatnie strony powaliły mnie na kolana… głupotą niektórych ludzi. Dlatego w odpowiedzi na możliwe pytania – „Lolita” nie jest perwersyjna i pornograficzna, nie posiada morału i chociaż w książce nie ma pozytywnych postaci, nie oznacza to, że wszyscy Amerykanie są źli i ponurzy.

Nie podoba mi się jedynie tłumaczenie i fakt, że nie jest tak genialna, jak się spodziewałam. Albo ja jestem zwyczajnie zbyt głupia, by dostrzec w niej ten wybitny geniusz. Dla mnie to po prostu bardzo dobra książka, na wystarczającym poziomie, by mnie nie odrzucić w chwilach „sama nie wiem, czego chcę”.

niedziela, 1 stycznia 2012

"Metamorfozy. Marilyn Monroe" - David Wills

Skoro już mowa o ikonach kina… nie możemy zapomnieć o Marilyn Monroe. Tę wieczną dziewczynkę kochał obiektyw, kochali ludzie. Choć wiele osób uważa, że w swoich filmach nie miała okazji się wykazać, ja uważam, że i w tych banalnych komediach widać jej talent. Marilyn jest ikoną seksu. Jest ikoną dwudziestego wieku.

Moda na Audrey Hepburn i MM nie przemija, ich popularność wręcz wzrasta z każdym rokiem. Dwie niezwykle piękne kobiety pojawiają się niemal wszędzie, choć za życia dzieliło je niemal wszystko – filmy, wygląd, styl, historia, życie. Czy to nasze ludzkie zamiłowanie do kontrastów? Wrzucamy je do jednego worka „ikon”, choć ludzie zwykle dzielą się na miłośników jednej lub drugiej, tylko czasem zdarza się ktoś, kto równie mocno podziwia obie. Dzisiaj jednak pomówimy o Marilyn.

W tym roku będziemy obchodzić pięćdziesięciolecie jej śmierci, z tej oto przyczyny rynek księgarski zostaje zasypywany nowymi pozycjami. Z najciekawszych należy wymienić dwie „Fragmenty” oraz właśnie „Metamorfozy”. Książka ta jest albumem okraszonym cytatami o Marilyn. Poznamy zdanie o aktorce osób z nią współpracujących, jej przemiany na przestrzeni lat, zaczynając od brązowowłosej nastolatki, przez symbol seksu aż do kobiety, jaką stała się w ostatnim roku swojego życia – promiennej, chudej i wciąż niewyobrażalnie wręcz pięknej.

Wstęp do książki wprowadza nas w przemiany i wyjaśnia ich układ oraz tytuły rozdziałów w książce (czy też etapów w życiu Marilyn). Dowiemy się paru faktów o jej życiu, wpływie na kulturę. Zaś jako epilog otrzymujemy ostatni wywiad z Marilyn Monroe, jakiego udzieliła w roku 1962.

„Metamorfozy” są naprawdę piękną książką, którą każdy fan aktorki z chęcią widziałby na swojej półce. Duży format, twarda, miła w dotyku oprawa, gruby błyszczący papier i mnóstwo zdjęć bardzo dobrej jakości. Patrząc na nie, aż ciężko uwierzyć, że zostały zrobione ponad pół wieku temu. Marilyn staje się żywa, jakby nigdy nawet nie pomyślała o śmierci.

Jestem zachwycona, że posiadam tę książkę. Gorąco polecam.