niedziela, 27 listopada 2011

"Kiki van Beethoven" - Eric-Emmanuel Schmitt


„Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…” – w ten oto sposób Schmitt zatytułował tę książkę w oryginale, o Kiki jedynie napomknął, jako części mniej istotnej. Tym razem daruję sobie wyrażanie swojego zdania na temat zmiany tytułu, ponieważ byłoby to długie i nużące. Wyznam jedynie, iż zdecydowanie mi się tytuł polski nie podoba.

Szczerze mówiąc, czytając opis z okładki, byłam pewna, że to będzie książka niemal równie rewelacyjna co „Trucicielka”, która przeprowadzi znaczące przemeblowanie w moich emocjach, jednak doświadczyłam jedynie niezdrowej irytacji i w jednym momencie książki się zatrzymałam i popatrzyłam, czy przypadkiem nie otworzyłam książki Paula Coelho. Okładka mnie okłamała ze wszelkich stron – ani ta dziewczynka się nie znalazła w treści, ani Kiki van Beethoven nie była tu główną postacią (za to oryginalny tytuł byłby doskonały), ani też nie poczułam znowu „głodu życia”, ani odpowiedzi na pytania, które mi obiecano. Nie otrzymałam niczego z wyjątkiem paru celnych cytatów, ale one nie były autorstwa Schmitta.

Książka w jednej trzeciej mówi o tytułowej Kiki. Jest to krótkie opowiadanie, z którego moim zdaniem nic nie wynika, a pielgrzymka do Santiago de Compostela to jeden z głównych tematów znanego literackiego hochsztaplera (jakim to tytułem obdarzył go jeden z polonistów z mojego liceum) Paulo Coelho. Zdecydowanie nie podobało mi się to opowiadanie, co mnie równie denerwuje jak smuci. Zniechęcona dotarłam do drugiej części. Już zatytułowanej poprawnie, nie będącej opowiadaniem, a raczej spowiedzią autora.

Ta część wypadła lepiej, jednak wciąż nie poczułam się usatysfakcjonowana. Filozoficzne roztrząsanie muzyki i przekładanie jej na własne życie, by wyciągnąć coś z tego (ale co? Ja osobiście odpowiedzi nie znalazłam), prawienie o moralności i humanizmie… Zupełnie to do mnie nie przemówiło. Może przesadzam (a raczej na pewno), jednak nie mam wyrzutów sumienia. Ta książka nie potrafiła mnie przy sobie zatrzymać, a miała ledwie 150 stron, dużą czcionkę i szerokie akapity. Jedynie płyta z muzyką [Beethovena] ją ratowała. Przyznam, że płytę wysłuchałam wcześniej, w trakcie czytania nie, choć taki zapewne był cel. Nie sądzę jednak, bym tego potrzebowała. Beethoven grał mi w głowie, soundtrack miałam. Nie pomogło.

Myślę, że dla fanów Schmitta ta książka będzie interesująca, ponieważ poznają go z tej najbardziej osobistej, muzycznej strony. Pełnej emocji. Ja go tylko lubię, fanką nie jestem, jednak, „gdy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”, to nie mam miłych słów względem autora. Uważam tę książkę za najgorszą, jaką napisał, a przeczytałam ich co najmniej osiem.

Zaznaczam jednak, że każdy powinien sam się przekonać, czy to książka dla niego. Na szczęście wydawnictwo Znak umożliwia wszystkim zajrzenie do książki pod tym linkiem: http://www.znak.com.pl/wirtualnaksiazka,id,3122

Na stronie również możecie posłuchać, co autor ma do powiedzenia o Kiki:

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak.

sobota, 26 listopada 2011

"Dallas '63" - Stephen King


Stephen King jest jednym z bardziej płodnych i poczytnych pisarzy naszych czasów. Ja go praktycznie nie znałam, choć moja przyjaciółka polecała mi jego książki przez całe wakacje. Przeczytałam jedynie jego pierwszą powieść „Carrie”, poniekąd przypadkiem. Muszę przyznać, że mnie nie zachwyciła, choć to mnie nie usprawiedliwia, ponieważ to było prawie czterdzieści lat temu, gdy ją napisał! W tym czasie styl każdego pisarza ewoluuje, a pomysły dojrzeją. I z takim procesem mamy do czynienia w „Dallas ‘63”.

Pomysł na tę książkę powstał dwa lata przed „Carrie”, jednak autor zarzucił pomysł z czystego lenistwa – nie chciało mu się zbierać materiałów. Przez te wszystkie lata książka nabierała aromatu, aż po trzydziestu dziewięciu latach pojawiła się w moich rękach – ciężkie, opasłe tomiszcze, o objętości ponad ośmiuset stron. Gabaryty mogą przerazić, szczególnie osobę, która Kinga nie zna, nie wie, czego się po nim spodziewać (udawałam, że „Carrie” nigdy nie zaistniała, żeby nie wpaść w panikę). Książka w sam raz na szesnastogodzinną podróż pociągiem, nie trzeba się przynajmniej martwić, że się skończy, zanim dojadę na miejsce.

Bohater książki też wyjechał. Całkiem przypadkiem z roku 2011 do 1958, gdy pewien znajomy wyjawił mu, iż w jego spiżarni znajduje się królicza nora. Jake nie wierzył, dopóki sam tego nie doświadczył. Wtedy Al wyjawił mu też, co Jake ma zrobić. Mianowicie – ocalić Johna Fitzgeralda Kennedy’ego przed zamachem w Dallas w roku 1963 (tytuł oryginalny brzmi „11/22/63”, co jest właśnie datą tego wydarzenia i choć znaczenie tytułu pozostaje to samo, nie bardzo rozumiem, dlaczego nie pozostał on w formie daty). Po drodze obserwuje działanie efektu motyla w przypadku paru osób, których życie postanowił uratować. W ten oto sposób Jake staje się Georgem i rusza w przeszłość, by uratować prezydenta i zmienić bieg historii.

W tym miejscu nie wiem, co powiedzieć o tej książce. Wyrażanie entuzjazmu jest przeważnie trudniejsze niż ostra krytyka. Nieważne, że ta książka w pełni zasługuje na miano cegły, ponieważ czytałam ją z równym zainteresowaniem od strony pierwszej do ostatniej. Przeżywałam z Jake’m jego rozterki, strach, wątpliwości i nawet miłość, którą znalazł w czasie, w którym jeszcze się nie narodził.

Zaś sam proces zmiany przeszłości jest bardzo żmudny. Przeszłość nie chce, by ją zmieniać. I na osiągnięcie celu Jake musiał czekać aż pięć lat. Przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości bez telefonów komórkowych, Internetu oraz z większym zaufaniem i możliwościami bycia tym, za kogo człowiek chce się podawać. Rzeczywistość przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych została opisana tak dokładnie, że bez problemu przenosiłam się w nią i zaczynałam żyć tamtym życiem, aż do momentu, gdy zbliżał się zamach, a wszystko było opisane na innym poziomie, w krótszych fragmentach, jakby chciało przyspieszyć akcję. Napięcie się wzmagało. A ja już nie wiedziałam, czy chcę wreszcie poznać zakończenie, czy czytać dalej aż w nieskończoność. A przez zdecydowaną większość czasu chciałam.

Fanom Kinga z całą pewnością polecać nie muszę. Tym, którzy go nie znają – polecam. Ja jestem zachwycona faktem, iż tak gruba książka może nie znudzić i być cały czas równie dobra. Z całą pewnością zaprzyjaźnię się z Kingiem. Jeśli wszystkie jego książki są tak przemyślane i wciągające, wierzę, iż ta znajomość długo potrwa. To autor, który sprawił, że bez najmniejszego wahania uwierzyłam w przedstawioną przez niego wizję i liznęłam trochę historii Ameryki, co niewątpliwie się przyda (w końcu JFK romansował z MM, choć o niej nie padło ani słowo, choć padły słowa „romanse” w odniesieniu do niego), a ja powoli zaczynam rozumieć mechanizmy rządzące tym krajem.

Zdecydowanie polecam.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński.

piątek, 25 listopada 2011

Stos późnojesienny.

Dawno sobie do Was tak po prostu nie pomówiłam. Cóż, bloga do gadania znajdziecie z boku, tutaj zwykle pastwię się nad książkami ("Top Modelka") lub je wychwalam ("Między młotem a piorunem"). Teraz jednak zamierzam wrócić tu trochę bardziej ambitnie, ponieważ widzicie, jaki stos mi się uzbierał (a to tylko ostatnio!).

 Jutro zresztą dojdzie do niego najprawdopodobniej "Notes from my travels" Angeliny Jolie, które już czekają na odbiór w Berlinie.

Wszystkie książki od dołu do "Powiedz wszystko" włącznie są recenzyjne. Na szczycie pożyczona Bishop, pod nią dwie książki z wymiany z Leną. I jedna niepozorna wygrana. Zaś w domu czeka na mnie "Na kawie z... Marilyn Monroe", na święta dostanę "Metamorfozy" oraz "Fragmenty". I kto wie, co sobie jeszcze kupię. Tak, ten rok zdominowała MM. Siedzi mi w głowie nieustannie od przeczytania "Blondynki". W końcu rok 2012 to pięćdziesięciolecie od jej śmierci. Mam wrażenie, że po przebrnięciu przez tony literatury i filmów z nią związanych (o, przypomniało mi się, że będę mieć jeszcze "Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe") bez problemu rozgryzę pewne aspekty z nią związane.

Wkrótce przyjdzie również przesyłka od Sztukatera. Powinnam chyba rzucić studia, by to czytać, prawda? Ale nie narzekam. Pod żadnym pozorem. Brak czasu jest wyłącznie moją winą, a każda nowa książka sprawia mi niewysłowioną radość i nie mogę się doczekać, aż ją przeczytam. Niestety nierecenzyjne czekają najdłużej... Ale po pokonaniu Kinga (jeszcze tylko jakieś dwieście stron) ruszę z kopyta. Teraz idę czytać to cegliszcze.

A jutro Berlin, Berlin... Kocham to miasto. Szkoda tylko, że na razie jest zimno i nie mogę usiąść sobie w parku i poczytać lub popisać. To znaczy mogę, ale przemarznę. A i bez tego jestem przeziębiona.

Recenzja Kinga jutro, bądź najdalej w niedzielę.

Miłego weekendu!

niedziela, 20 listopada 2011

„Dom Jedwabny” – Anthony Horowitz


Mimo iż Arthur Conan Doyle od dawna nie żyje w sensie fizycznym, to wciąż pozostaje jak najbardziej żywy poprzez postać najsłynniejszej wykreowanej przez niego postaci – Sherlocka Holmesa. Chyba każdy człowiek usłyszał o detektywie przynajmniej raz w życiu, w końcu stał się on już dawno temu archetypem. Jego sukces nie zakończył się wraz ze śmiercią autora, ba!, śmiałabym nawet powiedzieć, że wciąż rośnie. Na świecie można znaleźć fankluby, a coraz to nowe rzesze autorów wskrzeszają Sherlocka Holmesa w swoich własnych dziełach. I właśnie o takim pragnę Wam dzisiaj opowiedzieć.

Anthony Horowitz ma na swoim koncie kilka książek o pewnym nastoletnim detektywie, jest autorem scenariuszy do seriali oraz filmów na podstawie kryminałów. Jak sam twierdzi, dzięki Arthurowi Conan Doyle’owi rozpoczął swoją karierę artystyczną, gdy jako szesnastolatek zetknął się z jego opowieściami. Zaś „Dom Jedwabny” pisał aż osiem lat! I muszę przyznać, że choć oryginalnego Holmesa jeszcze nie miałam okazji przeczytać, to po przeczytanym ostatnio „Sherlockiście” oraz „Domu Jedwabnym” zdecydowanie przeczytam coś napisanego przez Conan Doyle’a.

„Dom Jedwabny” opowiada historię tak sprzeczną z normami społecznymi okresu wiktoriańskiego, że Watson postanowił opowiedzieć ją dopiero po śmierci detektywa, a i tak nie wyraził zgody na wcześniejszą jej publikację niż po upłynięciu wieku. Tak naprawdę w książce są dwa główne wątki – na początku prześladowanie pana Carstairsa przez pewnego człowieka, który podobno chce się zemścić za zabójstwo swojego brata oraz historia, która przypadkowo wynika z tej pierwszej – mroczna i niebezpieczna, w którą zamieszane są osoby z najwyższych sfer.

Muszę przyznać, że ta książka jest niesamowita pod względem ułożenia wątków i komplikacji. Z Holmesem nie miałam jeszcze do czynienia, dlatego nie wiedziałam, czego się spodziewać, jak to będzie wyglądać. Byłam pewna, że to będzie coś prostego, schematycznego jak książki Agathy Christie, gdzie na początku mamy zabójstwo, a później krok po kroku zmierzamy do odkrycia sprawcy, jednak spotkałam się z inną historią, co muszę zaliczyć na plus, ponieważ to był pierwszy punkt, w którym byłam zaskoczona. Jednak zastanawiam się, czy Conan Doyle pomyślałby w ogóle o stworzeniu takiej afery, jaką wykreował Anthony Horowitz. A nawet jeśliby pomyślał, to czy zdecydowałby się na opisanie jej? Nie wiem, ale to było moje kolejne wielkie zaskoczenie. Było ich również kilka więcej, jednak były znacznie mniejszych rozmiarów.

Nie mogę porównać tej książki z „prawdziwym” Holmesem, jednak ze swojej laickiej strony ją polecam. Czyta się naprawdę wspaniale, można trochę pogłówkować i cofnąć do czasów wiktoriańskiej Anglii, wobec której mam bardzo ciepłe uczucia (pomijając londyńską mgłę). Mam nadzieję, iż wkrótce będę mogła ją skonfrontować z dziełami Conan Doyle’a.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Rebis.

czwartek, 17 listopada 2011

"Kuszące zło" - Keri Arthur



Tom trzeci nie trafił po raz kolejny na okres egzaminacyjny, lecz na jak najbardziej wolny od stresów czas w moim życiu. Pozwoliło mi to na przeczytanie książki od razu i to bez wyrzutów sumienia i zastanowienie się nad tym, czy tym razem było dużo seksu, czy może nie. W recenzjach poprzedniego tomu dominowały dwie wersje – że o wiele więcej niż w pierwszym tomie, albo że o wiele mniej. Ja obstawałam za tą ostatnią, dlatego z powodu tych nieścisłości zwracałam przy okazji tomu trzeciego na to większą uwagę. I tym razem mówię z pełnym przekonaniem co do prawdziwości moich słów – ta książka jest grzeczniejsza.

Może moja miłość do tej serii nie jest już tak silna jak na początku, jednak wciąż ją lubię. Ciężko mi się oderwać od historii Riley. Może jest to spowodowane smutkiem, jaki mnie ogarnia, gdy myślę, że jest tak niewiele osób, które troszczą się o nią bezinteresownie, a tak dużo chce ją wykorzystać na różne sposoby. I tutaj jest wykorzystywana – w dodatku w sposób, który jej się podoba najmniej. Ma zostać strażnikiem w Departamencie i zostaje wysłana na misję, zostawiając za sobą śmiertelnego wroga. Tak naprawdę od tej misji zależy wszystko.

Relacje między Riley i Quinnem się rozwijają, choć wciąż zachowują się jak dzieci w piaskownicy. Riley stara się zignorować swoje uczucia i zachowywać racjonalnie, co zaprzecza jej decyzji z poprzedniego tomu. Choć zabawa w kotka i myszkę tym razem jest o wiele mniej rozwinięta, to jednak dalej trwa. W chwili obecnej Riley ma trzech stałych kochanków. Na szczęście gdyby seksu było więcej, chyba odłożyłabym ten tom na bok, ponieważ zdecydowanie nie mam w ostatnim czasie ochoty o tym czytać.

Czy mam polecić? Przy trzeciej recenzji zdaje mi się, że sami możecie już się zorientować, czy to seria dla Was, czy też nie. Po te książki zdecydowanie powinni sięgać tylko dorośli świadomi tego, co w sobie zawierają. I nastawieni pozytywnie do potrzeb wilkołaków.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Erica.

wtorek, 15 listopada 2011

"Między młotem a piorunem" - Kevin Hearne

Tom pierwszy.
Tom drugi.


Nastały ciężkie czasy. Druidzi są na wyginięciu (w końcu ostał się tylko jeden), a kolejnemu (kolejnej) zostało jeszcze ładnych naście lat nauki. W dodatku ten naiwny ostatni druid wkopał się w niezłą kabałę (kabalista z poprzednich tomów ściągnął kolegów, którzy przeszkadzają w wyjściu na whisky z Jezusem), choć (też) nie dosłownie. Atticus narobił sobie znacznie więcej problemów, niż by chciał.

O ile poprzedni tom nazwałam przejściowym, ten jest dość mocno konkretny. Obietnica złożona pod koniec ostatniej części musi zostać wypełniona, a zarówno Jezus jak i Morrigan mówią druidowi, żeby zaniechał. Problemów jest co niemiara. Wampiry się nagle rozmnożyły, a beta watahy wilkołaków jęczy Atticusowi, że za nic nie chce zostać alfą i próbuje potencjalną winę zrzucić na Atticusa. W dodatku druid jakoś przypadkiem doprowadza do pomieszania kolejności i efektów wydarzeń w „Eddzie” (a jeśli ktoś nie wie, co to „Edda”, proponuję się dowiedzieć).

I choć nie mogę powiedzieć, by Kevin Hearne zrezygnował w tym tomie ze swojego specyficznego humoru, jest on poważniejszy. W końcu gdy śmierć zagląda bohaterom w oczy (i to naprawdę bardzo dosłownie), nie za bardzo jest okazja do pośmiania się. Za to można się w końcu dowiedzieć czegoś na temat tajemnic wampirów, historii życia i nie-życia Leifa, wilkołactwa, starych morskich tajemnic i przepowiedni syren oraz dlaczego bóg Perun nie lubi Thora (albo raczej – dlaczego nikt nie lubi Thora). Nie można też zapomnieć o tak drobnej kwestii, dlaczego Freja jest seksowna.

Nie zauważyłam nawet, kiedy ten tom się skończył. Jak zwykle było mi za mało przygód Atticusa. I nie było ważne, że ten tom obfitował w tragiczne wydarzenia i rozdarł mi serce na kawałki, ponieważ mam pełną świadomość, że któregoś dnia przeczytam kolejną część. Nie wiem, jak to się dzieje, ale jeśli chodzi o tę serię fantasy, bardzo mocno zżywam się z całą historią. Może podoba mi się idea życia bogów, bóstw i istot z różnych mitologii obok siebie oraz przeplatania światów? Wiem, że Gaiman robi to samo, ale niestety nie dociera do mnie jego wizja, wolę tę przedstawioną przez Kevina Hearne.

Powtórzę po raz kolejny, że jest to seria nietuzinkowa, nie infantylna i mocno intrygująca. I trzyma poziom kolejnych tomów jeszcze mocniej niż Protektorat Parasola Gail Carriger. Nieustannie mnie to zadziwia. Kronikom Żelaznego Druida po raz kolejny nie mam nic do zarzucenia poza tym, że najchętniej przeczytałabym jak najszybciej kolejny tom.

Bardzo gorąco polecam całą serię. Porządne fantasy, tak trzymać!

(Choć teraz myślę, że chyba brakuje mi tu jakiegoś smoka. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu chciałabym smoka.)