piątek, 30 września 2011

"Inne okręty" - Romuald Pawlak


A co by było, gdyby koń Pizzara się potknął? Szczerze mówiąc, kojarzę faceta tylko z nazwiska, które z niczym mi się nie łączy, więc potknął się, czy się nie potknął, nie ma dla mnie większego znaczenia. Naprawdę się nie potknął. W książce potknął. I od tego wszystko się zaczyna.

Lubię efekt motyla. Jest naprawdę ciekawy i dla odmiany życiowy – bo czy przyszłoby komukolwiek z Was do głowy, że fakt, iż gotujecie jajko na obiad, może za dwa miesiące wywołać ulewę na drugim końcu świata? Nawet najdrobniejsza rzecz w naszym życiu – taka najmniej istotna – ma wpływ na losy całego świata. I właśnie dlatego na historii uczyliśmy się ciągów przyczynowo-skutkowych. Gdy koń Pizzara biegł bez problemu, państwo Inków zostało podbite, ale że w książce się potknął… Pizzaro przez to zginął, a próba zdobycia państwa zakończyła się klęską.

Jest w tej książce tylko jedna rzecz, która mi się nie podobała – tematyka. Okazało się, że ona mi nie leży, że Indianie interesują mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg, a ponadto klimat w książce jest jak dla mnie zbyt gorący. Dlaczego Mało kto umieszcza akcję na Syberii? I tyle z wad. Oczywiście to jest bardzo subiektywne, bo niektórych może takie rzeczy interesują… Mnie niestety nie. Ale cała reszta mi się podobała.

Sama akcja opowiada o kolejnej próbie podbicia państwa Inków przez Hiszpan, oraz o miłości pewnego kapitana do Indianki. W całej książce wszyscy wszystkich oskarżają o szpiegostwo, w końcu na karku wisi widmo wojny, a między tymi wszystkimi wydarzeniami przebija się miłość, która chce zostać usłyszana. I biorąc pod uwagę moją niechęć do bitewnych opisów, ciepłego klimatu i nijaki stosunek do Indian, wątek miłosny spodobał mi się najbardziej, oprócz oczywiście przedstawienia alternatywnej historii. Nie tyle Inków, co całego świata.

Polecam miłośnikom powieści historycznych – ja lubię takie o kobietach. „Inne okręty” są naprawdę zaskakująco dobrze napisane. Interesujące. Zastanawiające w jakiś sposób. Godne polecenia.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Erica.

środa, 28 września 2011

"Tygrysie Wzgórza" - Sarita Mandanna


Indie są krajem niezwykłym. Moje pierwsze wrażenie o nich tak naprawdę dotyczyło Malezji, jednak „Matka Ryżu” nieustannie kojarzy mi się właśnie z Indiami. Tak samo, jak „Tygrysie Wzgórza” kojarzyły mi się z „Matką Ryżu” – nawet bardziej niż z powoływanym na okładce „Przeminęło z wiatrem”. I ta recenzja będzie opowiadała o trzech utworach, a nie o jednym, ponieważ pewne emocje są nierozdzielne.

Dewi i Dawanna znali się od dziecka i byli nierozłączni, ludzie mówili, że są nierozdzielni jak ziarnka kardamonu. Dla dorosłych było oczywiste, że kiedyś się ze sobą zwiążą. Śliczna Dewi jednak w wieku dwunastu lat spotkała na swojej drodze prawdziwe przeznaczenie – pogromcę tygrysa. I jeśli kojarzycie Sayuri z „Wyznań Gejszy” i jej miłość oraz marzenia o Prezesie, tutaj doświadczycie czegoś podobnego – świętą i niezachwianą wiarę w uczucie do drugiej, wiele starszej osoby, z którym nie można i nawet nie chce się walczyć, tylko pragnie się osiągnąć sukces, zdobyć to uczucie.

Z recenzji, które czytałam, wynikało, że tak naprawdę ta książka ma niewiele wspólnego z dziełem Margaret Mitchell. Ja co prawda oglądałam jedynie film, ale widziałam pewne analogie – fabularne i emocjonalne. Miłość Dewi do Tygrysich Wzgórz i miłość Scarlett do Tary. Zaś ukochany mężczyzna – Maću – był połączeniem Rhetta Butlera i tego, w którym była zakochana Scarlett, dopóki nie zmądrzała. Tutaj oboje byli połączeni w jedno. Zaś Dawanna kojarzył mi się z Dżejanem z „Matki Ryżu”. Appu z Laszmaną. Zaś sama Dewi właśnie ze Scarlett i po części z Lakszmi, zwykle w swoich najbardziej destrukcyjnych momentach. Podejrzewam, że części tego, co napisałam, nie zrozumiecie, ale w ten sposób chcę tylko powiedzieć, że nie uważam „Tygrysich Wzgórz” za książkę jedyną w swoim rodzaju, tylko czerpiącą z najlepszych wątków innych książek – oczywiście nie chcę sugerować, że autorka czerpała z tych wspomnianych przeze mnie powieści, to tylko moje spostrzeżenia.

Sama książka mnie zaskoczyła nie tyle fabułą, nawet śliczną okładką i cudownym tytułem, ale faktem, że czytało się ją tak szybko i tak bardzo mi się podobała, choć uważam, że mojej ukochanej „Matce Ryżu” nie dorównuje (swoją drogą drugie polskie wydanie tej książki, wydawnictwa Albatros Kuryłowicz, ma bardzo podobną okładkę). Podobały mi się aromaty kawy i kardamonu, kwiaty bambusa, słonie, uczucia i wejście w wyższe sfery, które są przeciwieństwem tego, co było w „Matce Ryżu”. Ta książka ma w sobie coś naprawdę zachwycającego, delikatnego. Czas z nią spędzony z całą pewnością nie był czasem straconym. Tak samo jak wydane na nią pieniądze.

Jednak muszę przyznać, że mimo wszystkich zalet, nie zakochałam się w tej książce. Może to wina tych podobieństw, może czegoś innego. Może odczuwałam w niej brak czegoś nieokreślonego. Proszę się jednak tym nie zrażać, bo ta książka ma w sobie coś magicznego. I zdecydowanie mogę ją polecić.

poniedziałek, 26 września 2011

"Przepiórki w płatkach róży" - Laura Esquivel


Książki o gotowaniu i potrawach należą do moich ulubionych dzięki unoszącym się w nich aromatom, które pobudzają wyobraźnię lepiej niż najdokładniejsze opisy. Zawsze też po takich książkach (i w trakcie ich czytania) mam ochotę na coś dobrego do jedzenia, niestety nie miałam możliwości się niczym uraczyć w trakcie i po lekturze „Przepiórek w płatkach róży”, jednak gdybym tylko mogła, z całą pewnością ugotowałabym część przedstawionych w niej potraw.

Sama historia jest urzekająca. Choć może wydać się banalna kolejna opowieść o niespełnionej miłości, to Laura Esquivel potrafiła stworzyć historię tak zmysłową i ociekającą aromatami, że nic nie wydaje się w niej banalne. Momentami to poezja, innymi skłania się bardziej ku zwyczajnej prozie. Każdy rozdział rozpoczyna się listą składników na jakieś danie, a w treści można odnaleźć sposób jego przyrządzenie.

Fabuła opowiada o najmłodszej córce imieniem Tita, która nie ma prawa wyjść za mąż i do końca życia ma opiekować się matką, ponieważ tak głosi jej rodzinna tradycja. Tita jednak zdecydowanie nie chce za nią podążać, ponieważ jest zakochana z wzajemnością w niejakim Pedro. Jednak rozumiejąc beznadziejność sytuacji, mężczyzna żeni się z siostrą Tity, by móc tylko być blisko niej.

„Przepiórki w płatkach róży” są historią o różnych namiętnościach – miłości, nienawiści i zazdrości. Potrawy gotowane przez Titę wyzwalają w ludziach najróżniejsze emocje, jednak nikt nie potrafi być na nie obojętnym. Wszystko zaś dąży do spełnienia. 

Jak jest napisane na okładce, książka zebrała wiele entuzjastycznych recenzji. Jestem w stanie to zrozumieć, choć z drugiej strony ma ona w sobie o szczyptę za wiele słodyczy. Jest rewelacyjna, aż chce się wejść w ten świat, mimo to moja własna wiara (a raczej jej brak) w miłość nade wszystko nie pozwala mi zagłębić się w nią tak bardzo, jak bym chciała.

Polecam tę książkę głównie ze względu na wspaniały klimat i te cudowne potrawy, których nie było mi dane skosztować. Może i Wy doświadczycie tych emocji ukrytych w jedzeniu, które nie pozwolą Wam zapomnieć o tej książce przez długi czas. Jakiś przepis z pewnością kiedyś wypróbuję.
Kochani!

Po przeprowadzce do akademika pojawiło się parę problemów m. in. z Internetem, którego do soboty teoretycznie nie mam. Przeczytałam jedną książkę. Recenzja się objawi któregoś dnia, gdy tylko zdołam stworzyć (może jeszcze dziś?). Kolejna książka zbliża się wielkimi krokami. Poradzimy sobie ^^.

Całuję,
Alina

wtorek, 20 września 2011

"Brat Grimm" - Craig Russell

Uwaga, może zawierać delikatne spojlery, bardzo ogólnie ujęte, ale jednak.

Albo ostatnio trafiają mi się niedoskonałe książki, albo obudziła się we mnie ta irytująca, czepialska część, która wynajduje wszystkie faktyczne i przypuszczalne wady danej pozycji. I chociaż "Brat Grimm" dawał o sobie znać od roku, dopiero teraz go przeczytałam i nie powiem, że zrobiłam to do końca chętnie, ponieważ musiałabym skłamać. A kłamać nie zamierzam, zamierzam być szczera - jak zawsze.

Miejsce akcji: Hamburg. Autor od razu dostał za to ode mnie ogromnego plusa. Seryjny morderca - kolejna rzecz, która musi mi się spodobać. Morderstwa ucharakteryzowane na baśnie braci Grimm - sytuacja staje się coraz ciekawsza, kolejny wielki plus. Analogie, symbole, literatura - zaczynam odczuwać niemal sadystyczną radość. Otwieram książkę, zaczynam czytać...

Pierwszy rozdział - znalezione na plaży ciało piętnasto-, może szesnastolatki. Nadkomisarz Fabel (o jakże pasującym do książki nazwisku - wszak Fabel z niemieckiego to baśń, bajka) porównuje ją ze swoją córką. Zostaje sam, atmosfera jest ponura. Całkiem niezłe wprowadzenie do książki.

Drugi rozdział - nasze pierwsze spotkanie z psychopatą, w szpitalu, przy łóżku jego matki. Pięknie pokazane kontrasty. My wiemy, personel nie wie. Oni nie słyszą tego szeptu. Robi się coraz ciekawiej.

Dopiero później zaczyna być dziwnie. Policjanci nie radzą sobie ze śledztwem, morderca wodzi ich za nos tak skutecznie, że ja się dziwię, iż doszli do jakiegoś rozwiązania. Zakończenie było tak bardzo niczym nieuzasadnione, że jedynie oświecenie prosto z nieba mogłoby sprawić, że uwierzyłabym w to, iż naprawdę odgadli. Pisarz też wodzi nas za nos, ponieważ daje niby wskazówki, ale one są tak oczywiste, że to nie ta osoba i policja też je widzi, ale w pewnym momencie uważa, że najlepiej będzie je zignorować, a później drążyć dalej oskarżenia, żeby później powiedzieć: Tak, wiedzieliśmy, że to nie on. To czemu, do diabła, dalej się przy nim upieraliście? A później to nagłe oświecenie, nie wiadomo skąd, i od razu wpada się na prawdziwy trop mordercy. Paranoja. Naprawdę. Niczym, powtarzam, niczym nieuzasadniona.

Sama książka jest bardzo ciekawa. Można się wiele dowiedzieć na temat historii Hamburga i spisywania baśni, ich cenzury oraz interpretacji. To były moje ulubione fragmenty. Zagadka jest żałosna, bo niczym nie podparta. Kryminały powinny być tak skonstruowane, by czytelnik miał jakąś nikłą szansę na rozwiązanie zagadki. Logiczne rozwiązanie, bo strzelać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Jeśli o to chodzi, "Brat Grimm" zupełnie nie spełnia swojej funkcji. W ogóle jest napisany tak, że momentami jest świetny, żeby w kolejnych być śmiertelnie nudny.

Reasumując - dziwna ta książka, ma w sobie pewne wartości i informacje, ale jako kryminał czy thriller jest kiepska. To naprawdę frustrujące, gdy człowiek głowi się przez całą książkę, żeby odkryć, że do rozwiązania potrzebny był cud, bo logicznej konkluzji doświadczyć niepodobna.

Może pójdę poczytać Fitzka, bo ostatnio wpadł mi w ręce kolejny... w jego jakość przynajmniej nie muszę wątpić.

poniedziałek, 19 września 2011

"Jutro 3: W objęciach chłodu" - John Marsden

Jutro
Jutro 2

Nasi bohaterowie nie mają lekkiego życia. Najpierw cudem uniknęli uwięzienia w czasie inwazji, później sami wydali na siebie wyrok śmierci (gdyby ktokolwiek ich złapał), a wciąż są przecież nieletni! Zobaczyli wiele okropności, sami wyrządzili wiele zła w imię wyższego dobra, są cały czas na celowniku, zamartwiają się swoimi rodzinami i nie mogą, nie potrafią żyć tak jak kiedyś, gdy byli beztroskimi nastolatkami w swoim sielankowym życiu. Wojna niszczy. Państwa i ludzi. Zewnętrznie i wewnętrznie.

Trzeci tom bestsellerowej serii zaczyna się po raz kolejny od apatii, przerwy od walki. Siedzą i chcą coś zrobić, ale nikt nie ma odwagi wypowiedzieć tego na głos, bo w głębi duszy są przerażeni. W końcu ktoś decyduje się zabrać głos i podejmują się największego niebezpieczeństwa do tej pory. Planują, ryzykują, a niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku - nawet częściej niż poprzednio. W narracji Ellie widać, że jest roztrzęsiona wewnętrznie, jednak duma nie pozwala jej tego przyznać na głos, może o tym tylko napisać. Wszyscy nie są już tymi samymi ludźmi co przed inwazją, albo chociażby w poprzednim tomie. Nic już nie jest takie samo. Są wojownikami, mordercami, ale nie osobami, którymi być powinni - szczęśliwymi, bezpiecznymi nastolatkami.

I choć wszystko zapowiada się wspaniale, ten tom jest zdecydowanie gorszy od poprzednich. Ma w sobie sporo naiwności, jest jakby ugrzeczniony, a bohaterowie mają w sobie o wiele więcej dziwnych zachowań, jednak nieuzasadnionych wojną. Autor ich w jakiś sposób infantylizuje na innym poziomie - nie psychicznym, ale literackim. Do książki wkradły się pewne błędy - za dużo zbiegów okoliczności, zbyt dużo szczęścia. Może pewne tragiczne momenty starają się to zatuszować, ale czytelnik bez problemu zauważy, że "coś" w tym tomie jest nie tak, jak być powinno. Nie dorównuje poprzednim, czyli stało się to, czego się obawiałam.

Mimo to nie jest on zły. Drażni, ale z drugiej strony posiada kilka ważnych wątków, patrzymy na inwazję z perspektywy "wewnętrznej", a nie tylko naszych bohaterów. Jest jeszcze jeden bardzo ważny moment, o którym nie powiem, żeby nie zdradzić zbyt wiele z akcji (bo on jest bardzo, bardzo ważny), ale właśnie on mnie zawiódł najbardziej swoją naiwnością.

Osoby, które czytały poprzednie tomy, mogą bez problemu przeczytać, ale jednak ostrzegam, że jakość się obniżyła.

Za książkę dziękuję wydawnictwu

niedziela, 18 września 2011

"Dziewczyna na każdy dzień" - Camilla Morton

Z Camillą Morton miałam okazję się spotkać przy okazji "Jak chodzić na wysokich obcasach", którą to książkę dostałam od mojego ówczesnego chłopaka na Dzień Kobiet i w której całkowicie się zakochałam. Zaś o "Dziewczynie na każdy dzień" myślałam od dłuższego czasu, aż trafiłam na wcale niezłą ofertę na Allegro i kupiłam. Cóż za przyjemne wieczory z nią spędziłam!

Książka może przerazić objętością - toż to prawie sześćset stron. Ale nie jest to powieść, żeby patrzeć na nią z przerażeniem. "Dziewczynę..." można sobie dawkować. Najlepiej dzielić czytanie na miesiące, bo część "...na każdy dzień" jest traktowana dość dosłownie. Jest to kalendarium, podział na dni i opis, co, kto i jak się kiedyś tego dnia zdarzyło. Do tego porady, ciekawostki i różne inne cuda, które można w książkach Camilli znaleźć.

W każdym miesiącu są cztery stałe działy: "Szkoda, że Cię tu nie ma", "Muza miesiąca", "Lektura miesiąca" i "Na deptaku". O ile drugi i trzeci są jasne, to pierwszy jest listami różnych osobistości z różnych miejsc na świecie, a ostatni opowiada o różnych rodzajach butów. Bo należy wiedzieć, że na temat butów (szczególnie tych od Blahnika) autorka ma obsesję. I daje o tym znać w tekście.

Spotkałam się z opinią, że książka ta jest zła, bo... ktoś myślał, że to powieść, a tu się okazało, że jakiś mało poważny poradnik. Załamałam się tym, bo w każdym możliwym miejscu jest napisane, że to przewodnik/poradnik. W każdym bądź razie wyraźnie zaznaczam - to NIE jest powieść. Zdecydowanie nie. Pod żadnym pozorem. Choć czyta się tak dobrze, że mogłaby nią być.

Może ta książka podobała mi się trochę mniej od poprzedniej, ale wciąż jestem urzeczona dowcipnym językiem autorki, jej wiedzą, tymi drobnymi poradami "jak żyć w zgodzie z modą", choć to określenie trochę na wyrost, bo ona raczej chce, by młoda kobieta akceptowała siebie i dążyła do samozadowolenia. To zdecydowanie nie jest nudny i poważny poradnik. jest tutaj sporo perełek, ale trzeba umieć je wyszukać. Poza tym służy ona wyłącznie do rozrywki.

Ja to uwielbiam. Polecam. A Wy się same przekonajcie. Bo z tej książki można się dowiedzieć naprawdę wielu ciekawych rzeczy. Mnie ona bardzo inspiruje. Pokazuje, że można żyć tak, jak się chce nawet małym kosztem. Bo ważne jest to, jak się czujesz, a nie ile wydasz pieniędzy.

sobota, 17 września 2011

"Dziewczynki ze Świata Maskotek" - Anja Snellman

Bardzo chciałam tę książkę przeczytać, choć nie do końca wiedziałam, o czym jest. Zdawałam sobie sprawę, że chodzi o dziecięcy seksbiznes, ale brakowało mi większego wglądu w tę książkę. I wcale nie nastawienie sprawiło, że czuję się nią trochę rozczarowana, ale fakt, jak jest napisana.

W książce mamy trzech narratorów - zaginioną główną bohaterkę Jasmin, jej matkę oraz narratora trzecioosobowego, który opowiada o innych postaciach. Sama historia zaś jest zaskakująca - bo główna bohaterka nie jest skrzywdzonym dziewczątkiem, które porwał i zgwałcił zły pedofil - ona sama doskonale wiedziała, co robi. I nie żałowała żadnej ze swoich decyzji. W tym wszystkim tylko jedno jest prawdą - została porwana, ale o niewinności w jej kwestii nie powinno być mowy.

Matka jest osobą, która wyrzuca sobie, że nie zauważyła, że coś jest nie tak, że nie znała swojej córki. Ciężko było jej poradzić sobie z tym, co ją spotkało. Każdy doszukiwał się w sobie jakiejś winy, ale czy była ona czyjąkolwiek własnością?

Wgląd w seksbiznes był fascynujący. Silna zamknięta grupa, która pilnuje swoich tajemnic, dziesiątki młodziutkich dziewcząt i to, że one same podjęły tę decyzję, nikt ich nie zmusił. A przykrywką dla całej organizacji był sklep ze zwierzątkami. Czy to nie cudownie dwuznaczne? Szczególnie jego nazwa - Świat Maskotek.

Konstrukcja książki nie przypadła mi do gustu. Sama w sobie jest ciekawa, porusza ważny temat, ale przez ten podział dostawałam momentami mętliku, książka wydawała mi się znacznie grzeczniejsza, niż jest. I nie potrafię określić swojego stosunku do bohaterów, co akurat zaliczam na plus. A największym plusem książki jest niezwykle istotne pytanie: Kto jest ofiarą?

Ciężko polecać literaturę tego typu, ponieważ to po prostu powinno się przeczytać. Jednak to od Was zależy, czy to zrobicie. Ja mam mieszane uczucia, bo choć mi się podobało, zmusiło do zastanowienia, to wciąż uważam, że z tą książką jest coś nie tak, brakuje w niej czegoś. Decyzja należy do Was, jak zawsze.

środa, 14 września 2011

"Blondynka w Indiach" - Beata Pawlikowska

Po wycieczce do Kambodży udałam się wraz z Beatą Pawlikowską do Indii, które zresztą są krajem, który chciałabym zwiedzić wzdłuż i wszech (w końcu w każdym miejscu jest taka różnorodność kulturowa, że nie mogę się ograniczyć wyłącznie do jednego miejsca). Sam początek naszej podróży przypomniał mi moją wycieczkę na Ukrainę, ponieważ we Lwowie kierowcy niespecjalnie przejmują się przejściami dla pieszych, światłami i są prawdziwymi piratami drogowymi. Okazało się, że w New Delhi jest podobnie! Może tylko gorzej, ponieważ tam pieszymi nie przejmuje się nikt, więc lawirowałyśmy między rozpędzonymi samochodami i przeżyłyśmy!

A wycieczkę po Indiach zakończyłyśmy widokiem białego szczura w Świątyni Szczurów.

Muszę przyznać, że "Blondynka w Indiach" podobała mi się o wiele bardziej niż ta w Kambodży. Może to przez kontrasty rządzące Indiami (okropna bieda i ogromne bogactwo tuż obok siebie, mieszanie się wszystkiego, niezwykła barwność kraju), a może dlatego, że samej Blondynce podobało się tam bardziej? Nie można tego wykluczyć. Fascynująca i barwna podróż sprawiła, że z całą pewnością zawitam kiedyś w progi tego wspaniałego kraju. Osobiście zobaczę Taj Mahal (które na zdjęciach wcale mnie nie zachwyca) i sama się podenerwuję na amerykańskich turystów. A później będę uciekać przed rozwścieczonymi dzikimi wielbłądami, a pustynia oczyści moje myśli, które będą swobodnie ulatywać. Bo tego wszystkiego doświadczyła Blondynka i doświadczyłam ja w trakcie lektury.

Choć wycieczka była krótka, była również zdecydowanie fascynująca. Bardzo chętnie wybiorę się w jeszcze niejedną podróż z Beatą Pawlikowską i Wam również to polecam.

Za książkę dziękuję wydawnictwu

wtorek, 13 września 2011

"Blondynka w Kambodży" - Beata Pawlikowska

Jakiś czas temu podjęłam się wyzwania przeczytania książek trójki naszych polskich podróżników - Martyny Wojciechowskiej, Beaty Pawlikowskiej oraz Wojciecha Cejrowskiego (ten ostatni wciąż czeka na swoją kolej). Jak już wiecie, Martynę uwielbiam, a dziś opowiem Wam o mojej przygodzie z inną blondynką - Beatą Pawlikowską.

Wybrałam się z nią na podróż po Kambodży, którą znałam głównie z dwóch filmów z Angeliną Jolie ("Tomb Raider" oraz "Beyond Borders" - ten ostatni polecam szczególnie w przypadku Czerwonych Khmerów) i zdecydowanie chciałam się dowiedzieć czegoś więcej - a z drugiej strony po prostu lubię książki podróżnicze.

Beata Pawlikowska stworzyła książeczkę bardzo interesującą. Format mniejszy niż A5, zdjęcia, i jej własne rysunki, które są tak zabawne, że od razu się w nich zakochałam, a dotyczą co ciekawszych wątków. Muszę przyznać, że jest o wiele lepiej napisane, niż książki Martyny Wojciechowskiej, choć dodam, że brakuje mi tutaj większego kontaktu z ludźmi i kulturą. Jest to raczej zbiór ciekawostek, historii i własnych przeżyć podróżniczki i tym się obie blondynki od siebie różnią.

Zdecydowaną zaletą tych książeczek jest ich niska cena (13,99, a w Empiku 8,99), dzięki czemu każdy może wybrać się w krótką podróż do odległych miejsc na świecie, zobaczyć, jak wyglądają one z punktu widzenia turysty, obejrzeć zdjęcia miejsc, ludzi i jedzenia, uśmiać się przy rysunkach i przejść króciutki kurs języka (a khmerski jest naprawdę ciekawy. Przy okazji wiecie, co znaczy "łandula"?). "Blondynka w Kambodży" raczy czytelników historią komuny Czerwonych Khmerów, umożliwia bliskie spotkanie z wężem, oraz domów na wodzie. Nie ominie Was również wizyta w świątyni buddyjskiej.

Przede mną jeszcze wyprawa do Indii - już mogę Wam powiedzieć, że bardziej fascynująca, niż ta do Kambodży, ale o tym opowiem Wam jutro.

Aw Khum (czyt. o-kum).

Z Blondynką zaprzyjaźniłam się dzięki uprzejmości wydawnictwa

poniedziałek, 12 września 2011

"Origami z wierszykami. Ciekawska kaczuszka Omi" - Agnieszka Frączek, Dorota Dziamska

Jest to historia o papierowych kółkach. I zwierzątkach, najczęściej tych wodnych, bo w końcu kaczuszka wodę lubi, prawda? Paradoksalnie nawet papierowa. A Omi nie dość, że papierowa, to jeszcze niezwykle ciekawska! I stąd właśnie tytuł.

A że Omi jest ciekawska, przekonali się już jej rodzice, gdy bardzo nie chciała wykluć się z jajka, bo jest tam tak interesująco i tylu rzeczy jeszcze nie widziała! Omi jest bardzo sympatyczną kaczuszką, która pomaga odkrywać świat zwierząt, ich podstawowe zwyczaje (np. chodzenie raków tyłem), bądź związki frazeologiczne ("gdzie raki zimują"). Omi bez strachu wędruje przez świat, chłonąc o nim jak najwięcej informacji.

Bardzo ciekawie jest przedstawiona sama historia. Przygody Omi są napisane prozą, zaś o zwierzętach, które spotyka ona na drodze, czytamy wiersze. Język nie jest bardzo prosty, ale też nie skomplikowany, dzięki czemu i starsze dzieci nie powinny się poczuć znudzone (ja na pewno nie byłam). Zaś do wydania dołączony jest woreczek z papierowymi kółkami, z których dziecko samodzielnie, bądź z pomocą kogoś starszego, może poskładać bohaterów historii. Ja tego nie zrobiłam, oddam kółka (i książeczkę) w ręce kogoś młodszego, kto z całą pewnością będzie się bawił równie dobrze. Oczywiście przy każdym zwierzątku jest instrukcja, jak je stworzyć.

I muszę wspomnieć, że obrazki są bardzo ładne, momentami zabawne. Podejrzewam, że dzieciom się ten pomysł bardzo spodoba.

Dziękuję portalowi
oraz wydawnictwu BIS.

niedziela, 11 września 2011

"PRacownik" - Hubert Hurbański

"PRacownik" jest podobno jedyną do tej pory powieścią fabularną, której akcja ma miejsce w prywatnych agencjach PR (dla nieuświadomionych - Public Relations). Ja sama mam za sobą dwie zagraniczne ("Bliźniacy z Tribeki" Rachel Pine oraz "Portier nosi garnitur od Gabbany" Lauren Weisberger) i śmiem twierdzić, że choć "Bliźniacy..." mi się szczególnie nie podobali, to i tak mam po nich przyjemniejsze wspomnienia niż po "PRacowniku".

Już nawet spora ilość literówek nie ma takiego wpływu na mój odbiór tej niewielkiej powieści. Skupiłabym się raczej na tym, że nie otrzymałam tego, co opis okładkowy mi obiecywał. O mechanizmach PRu jest tutaj naprawdę niewiele - to raczej opowieść niezadowolonego z siebie PRacownika, który trafia do agencji, które systematycznie go oszukują, przez co przepuszcza tę rzeczywistość przez krzywe zwierciadło, może ku celom uzyskania większej ilości śmiechu, bądź głębszego wciągnięcia czytelnika. Ja się nie śmiałam, nie wciągnęło mnie. Jedynie mi uświadomiło, że gdyby naprawdę wszystkie polskie agencje PR takie były, reklama w tym kraju by zupełnie nie istniała.

Nie odbieram tej książki jako PRowej powieści fabularnej, tylko jako wyznania sfrustrowanego pracownika, który nie radzi sobie z własnym życiem. Szczerze mówiąc, opis na okładce (czyli również na większości portali oraz w księgarniach internetowych) jest bardzo ładnie brzmiącą nadinterpretacją. Gdyby książka rzeczywiście taka była, z całą pewnością byłabym zachwycona. Oto doskonały przykład oddziaływania mediów na człowieka! Sprzedają coś kiepskiego jako dobrego i oczekują, że człowiek się zachwyci po samej reklamie.

Jedyną rzeczą, która naprawdę mi się w "PRacowniku" podobała, jest jego zakończenie. Jest rewelacyjne, pokazuje sposób myślenia i własną tezę autora na temat życia, która mnie przekonuje, choć jest lekko pesymistyczna. Zaś książeczka w całości zdecydowanie nie zachwyca, wolałabym przeczytać jakiś poradnik, bo widać, że tutaj ciężko mówić o poważnym potraktowaniu tematyki. I nie chodzi o te niedostatki PRu. Chodzi o zapowiedzi, co być powinno, a czego nie ma i sam fakt, że jest to pozycja po prostu nudna. Na szczęście ma tylko 135 stron, w innym wypadku mogłoby się to źle skończyć dla nas obu.

Jeśli ktoś bardzo chce, może przeczytać. Jednak ja nie polecam.

Za egzemplarz dziękuję portalowi

Oraz Wydawnictwu Promocyjnemu Albatros
(nie mylić z tym drugim Albatrosem Kuryłowicza!)

Po napisaniu tej recenzji, w trakcie wyszukiwania okładki, trafiłam na fragment programu, w którym jest mowa o "PRacowniku". Tak się składa, że poniekąd prezenterzy się ze mną zgadzają - że ta książka jest PRem, ale pływa po powierzchni. Może oni nie powiedzieli, że jest nudna. Cóż, to była moja rola.
Filmik dla zainteresowanych:

piątek, 9 września 2011

"Spadek" - J. D. Bujak

Nie wiem, co sprawiło, że wybrałam akurat tę książkę. Coś podświadomie mnie przyciągało (może słowo "Kraków" w opisie?), ale tak naprawdę nawet opis książki do mnie nie dotarł. Może go przeczytałam, ale nie zwróciłam szczególnej uwagi - ostatnimi czasy mam poważne problemy z przyswajaniem sobie jakichkolwiek informacji, dotyczy to również tekstów na okładkach, których nie pamiętam już po sekundzie od przeczytania. Na szczęście z książkami jest inaczej, a "Spadek" na pewno zapamiętam na dłuższy czas.

Nie będę się rozdrabniać na fabułę - wystarczy wiedzieć, że młoda lekarka dostała w spadku kamienicę w Krakowie, ale musiała odbić się na chwilę od ziemi i użerać z pewnymi nadprzyrodzonymi wydarzeniami. Tyle z głównego wątku fabularnego. Ale przejdźmy do rzeczy.

Zakochałam się w tej książce dlatego, że tutaj nic nie jest takie, jakie się wydaje. Nie dość, że książka naprawdę świetna, choć Polska, to jeszcze dzieją się jakieś cuda, których mogłaby pozazdrościć Meyer, a Rowling uśmiechnęłaby się z uznaniem. Choć mam wrażenie, że Bujak nabija się trochę z tej pierwszej, bo liczę, że pewnego wątku potraktować poważnie nie powinnam! Pilipiukowskie przedstawienie Krakowa, które pokochałam w jego trylogii o kuzynkach Kruszewskich, odbijało się echem od stron "Spadku", wprawiając mnie w radosny nastrój. A bohaterowie, choć trochę zbyt marysuiczni, potrafią rozbawić. Prowadzą mnie spacerkiem po Krakowie, który znam, kocham i za to jestem jeszcze bardziej entuzjastycznie nastawiona. A gdy w połowie książki pomyślałam, że może by na chwilkę odpocząć i poczytać coś innego, usłyszałam od Bujak kategoryczne NIE i za nic nie mogłam się oderwać.

Spodobała mi się magia, z jaką mamy tu do czynienia. Naturalna, surowa. Parę roślin, kilka słów i duchy nad głowami. Nieludzcy ludzie, ludzkie cechy w przedmiotach. Ciekawe rozwiązanie, które ja jednak przeprowadziłabym trochę inaczej, jednak zachowam sobie ten pomysł na przyszłość. I jeszcze jedna interesująca rzecz - momentami bywało naprawdę mroczno i można się było wystraszyć (szczególnie, gdy jest się samotnym w dużym domu, drzwi trzaskają od przeciągu, a po domu czasami też włóczą się duchy - zdecydowanie rozumiałam uczucia bohaterki).

A za tę herbaciarnię uściskałabym autorkę, w myślach wypiłam litry herbaty wraz z bohaterami. Jeśli tylko Bujak napisze jeszcze parę takich książek, znajdę zastępstwo za Pilipiuka na szczycie listy moich ulubionych polskich pisarzy. Takiej fantastyki było mi potrzeba. Nie infantylnej, nie uproszczonej, może trochę słodkiej, ale zdecydowanie na wyższym poziomie rozrywki niż wspomniany wyżej już-nie-Wielki Grafoman.

Jednak nie myślcie, że ta książka to chodzący ideał - początek czytało się dość opornie, a poza tym ma również inne drobne wady. Mimo to zdecydowanie ją polecam. Po jakimś czasie trudno się otrząsnąć ze świadomości, że to naprawdę dobra książka. To 456 stron pochłonięte w zaledwie kilka godzin. Wciąż mnie to dziwi.

Z przyjemnością przeczytam poprzednią książkę autorki, a póki co polecam tę.

Dziękuję wydawnictwu

czwartek, 8 września 2011

New blog.

Jeśli kogoś to zainteresuje, od paru dni mam prywatnego bloga o wszystkim i o niczym - jeśli ktoś chce, zapraszam ;).

http://koffer-in-berlin.blogspot.com/

Czyli żegnamy się z prywatnymi wstawkami na tym blogu... tak podejrzewam.

środa, 7 września 2011

"Pokuta" - Anne Rice

Gdy Królowa Wampirów, Anne Rice, nawróciła się, wzbudziła zdumienie (wzburzenie?) w swoich czytelnikach, oznajmiając, że kończy z pisaniem o wampirach i swój talent poświęci Bogu. Dopiero gdy dowiedziałam się o "Pokucie", znalazłam informację uzasadniającą decyzję o rezygnacji z "Kronik wampirów" (którą to serię uwielbiam, choć jeszcze w całości jej nie przeczytałam). Porzuciwszy wampiry, autorka wzięła pod swoje skrzydła inne stworzenia - anioły, które zapoczątkowały nową serię. I właśnie o pierwszym jej tomie dzisiaj opowiem.

Kiedyś żył mały chłopiec - Toby O'Dare, którego matka była alkoholiczką, on sam zaś grał na lutni i opiekował się młodszym rodzeństwem. Jednak jego los potoczył się zupełnie inaczej, niż można się spodziewać. Został płatnym mordercą - nieuchwytnym Lucky'm. Chłopiec, który chciał zostać dominikaninem, porzucił Boga i zabijał innych ludzi. Aż nadszedł moment, który i jego samego zadziwił.

Kochałam wampiry Rice, pokocham również jej anioły. Niezaprzeczalnie. Muszę przyznać, że do połowy książki miałam pewne wątpliwości, czy to ta sama Rice, którą uwielbiam. Rozwiały się one szybko, gdy cofnęła mnie do Anglii w XIII wieku, a ja rozpłakałam się nad bohaterami. Pisze poruszająco, pokazuje swoją własną drogę do nawrócenia, rozkłada emocje na czynniki pierwsze, a później skleja je w całość, aż uderzają w czytelnika z całym impetem, na jaki je stać. Nie pokazuje, że jej wiara jest najlepsza - mówi, że "jest jeden Bóg", który "jest sędzią sprawiedliwym". Średniowieczny konflikt Żydów i Chrześcijan, miłość ponad podziałami i ból. Czyżby w tej książce chciała złożyć również hołd swojej zmarłej córce? Samo dzieciństwo bohatera jest pewną analogią do jej własnego - alkoholizm matki, opiekowanie się dwoma siostrami, a następnie porzucenie wiary i planów zostania zakonnicą. A lata później nawrócenie się w najmniej oczekiwanym momencie.

Podeszłam do tej książki sceptycznie, z wahaniem. Bałam się narzucania mi wiary na siłę, braku oddziaływania literatury na mnie samą. Bałam się, że wszystko będzie nie tak, jak chciałam, że przestanę uwielbiać Anne Rice. Bardzo się cieszę, że tak nie jest, że poruszyła mnie tak mocno. I to wcale nie pod względem religijnym. W październiku ma zostać wydany drugi tom - z całego serca nie mogę się doczekać.

Zdecydowanie polecam - fanom Rice, miłośnikom aniołów i osobom, które poszukują sensu życia - ta książka trochę popycha w tym kierunku, pokazuje, że wszystko może się zmienić. Jest wspaniała. I zdecydowanie warta przeczytania.

Dziękuję wydawnictwu

wtorek, 6 września 2011

"Sztuka morderstwa" - Michael White

Jakby się zastanowić, wszystkie kryminały mówią o tym samym - jest morderca, zabija kogoś, a później ktoś szuka mordercy. Zabójca jest bez polotu, bez wizji. Zastrzeli, otruje, zadźga. Zero pomysłowości. To się może wręcz zrobić nudne. Różni się tylko sposób odkrycia sprawcy, ale poza tym wszystko już było. Prawie wszystko.

Michael White wyszedł na przeciw znudzonym czytelnikom kryminałów - tworzy ze zbrodni sztukę, bowiem morderca... upodabnia ofiary do dzieł surrealistów. Już samo to jest fascynujące, jednak gdy dochodzi do tego brak wszelakich poszlak, dziesiątki podejrzanych i tylko jedna łącząca zbrodnie rzecz... wszystko staje się bardziej skomplikowane. W dodatku równolegle otrzymujemy relację z roku 1888, gdy Londynem wstrząsnęły inne zbrodnie.

Zafascynował mnie ten pomysł. Zastanawiałam się, jaki artysta będzie następny, skąd ten pomysł i czy istnieje jakakolwiek szansa, by znaleźć sprawcę. Sama odkryłam go szybko, ale to mi nie przeszkadzało, by obserwować przebieg śledztwa i czekać na wyjaśnienie. Autor używa paru klasycznych sztuczek. Może dlatego znalazłam sprawcę tak szybko, choć muszę przyznać, że do końca zagadki nie rozwiązałam. Jednak bardzo chętnie przeczytałabym o wcześniejszym dochodzeniu detektywa Pendragona, który dotyczył pierścienia Lukrecji Borgii (w tym roku powstał serial o tej rodzinie, który zresztą oglądam). Jestem ciekawa, jak tam przebiega akcja.

"Sztukę morderstwa" polecam za niebanalny pomysł, który potrafi mocno działać na wyobraźnię. Również za wciągającą akcję, naprawdę psychopatycznego mordercę oraz historię z przeszłości. Michael White stworzył naprawdę interesującą historię i byle tak dalej!

Za książkę dziękuję Domowi Wydawniczemu


Przy okazji dwie informacje od Sztukatera:
1. Trwa nabór.


2. Oraz konkurs.

Do wygrania płyty DVD z filmem Michaela Lehmann'a "40 dni i 40 nocy", a także z przebojowym miniserialem kryminalnym "Firma Cia - Company, The".

Co zrobić aby wygrać? Podążajcie za punkcikami:
1. Polubić fan page portalu Sztukater.pl na Facebooku portalu - http://www.facebook.com/pages/Sztukater/106611002754928
2. Zaprosić swoich znajomych na Facebooku do tego wydarzenia, poprzez kliknięcie ikony pod zdjęciem.
3. Udostępnić informację o Wydarzeniu konkursowym na swoim profilu.
4. Przesłać zgłoszenie konkursowe na maila konkurs@sztukater.pl o tytule "Oni lubią Nas! - FB", a w treści wpisując swoje imię i nazwisko, w celu weryfikacji zgłoszenia.

Pod koniec każdego tygodnia spośród wszystkich zgłoszeń rozlosujemy 2 szczęśliwców, którzy staną się posiadaczami powyższych wspaniałych nagród!

niedziela, 4 września 2011

"CHERUB: Kurier" - Robert Muchamore

 CHERUB tom pierwszy.

Co prawda to dopiero druga książka autora, jaką miałam okazję przeczytać (i przy okazji druga z serii), ale już odkrywam, że go uwielbiam. Choć minęło siedem lat, odkąd została wydana, to gadżetowo nie stoi wcale na złym poziomie, nie kłóci się ze świadomością techniczną współczesnego nastolatka (może pomijając 256 mega RAMu, ale wtedy jeszcze młodsza młodzież nie ma na ten temat zbyt dużego pojęcia, choć wiedza, co to jest Windows ME, raczej w ich przypadku już całkiem nie istnieje), więc brzmi wciąż prawdopodobnie. W dodatku łatwiej się identyfikować z trzynastoletnim tajnym agentem niż takim, który ma lat trzydzieści. Choć wg mnie te dzieciaki mają zbyt rozwinięte życie uczuciowe (chodzi mi o wątki o pakowaniu rąk "wszędzie").

W drugim tomie nie ma już szkolenia i pierwszej prostej misji. Przynajmniej prosta się ona wydaje w porównaniu z rozpracowaniem kokainowej potęgi. Wszystko się komplikuje, nie każdy da radę spełnić swoje zadanie, o wiele łatwiej jest zawalić. Naturalnie James i jego przyjaciele sobie radzą, choć nie wychodzą z tego bez szwanku. Przy okazji siostrę James'a czeka szkolenie... a co się w jego trakcie wydarzy - to jest dopiero świetne! W dodatku mnóstwo kokainy, alkoholu... a chłopcy oczywiście się tłuką i pokazują, jacy to oni nie są mocni. Dużo śmiechu, zamglenia oczu ze wzruszenia (że też nie ma mnie co wzruszać...) i wspaniałej zabawy.

Bardzo się cieszę, że po raz kolejny mogłam się zetknąć z CHERUBem. I mój kuzyn powiedział, że ten tom jest lepszy od pierwszego - zgadzam się z nim w pełni. Jest trudniej i bardziej na poważnie (i, co ciekawe, ten tom przeprowadza delikatną lekcję tolerancji!). Tutaj każda decyzja niesie za sobą spore ryzyko. Na szczęście to seria dla młodzieży, więc można się spodziewać, że aż do jej końca wszyscy bohaterowie przeżyją. W innym wypadku martwiłabym się o nich. W końcu to tylko dzieci...

...które mogłyby złamać mnie na pół jak zapałkę.

Oczywiście, że polecam.