środa, 31 sierpnia 2011

Czy ktoś mi pomoże?

Mam taki głupi problem - z żadnego komputera w moim domu nie jestem w stanie wejść na jakikolwiek blog na WordPressie. Wiecie może czemu? Co mam zrobić, by zadziałał?

Czuję się trochę, jakbym opisywała problem w liście do czasopisma dla nastolatek ;).

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

"Wampir i inne opowiadania" - Youngha Kim

Kafka po koreańsku. Byłam zdumiona, że Piotr Kofta (na stronie dziennik.pl) określił tego pisarza dokładnie tak samo jak ja. Miło, że ktoś potwierdza moją opinię. Dalszej części artykułu nie przeczytałam, bo, szczerze mówiąc, nie była mi do niczego potrzebna.

Jak kocham literaturę orientalną, tak nie lubię uniwersalnego wydźwięku. Nie tego w niej szukam, chcę poznać lepiej obcą kulturę. Niestety nie wiedziałam, że europejska nijakość jest aż tak zaraźliwa. To mnie rozczarowało. Ale postarajmy się na tym na razie nie skupiać.

Książka była na mojej liście do przeczytania od dawna. Może ten wampir w tytule mnie skusił, może koreański autor, a może samo wydawnictwo, które zajmuje się literaturą z tego kraju. Jednak pewnie bym na nią nie trafiła, gdybym oddając do biblioteki jakąś inną książkę, nie zauważyła na półce z nowościami (choć przede mną czytało ją kilkanaście osób), że stoi i na mnie patrzy, choć nie ma oczu. Tracąc miejsce w kolejce pobiegłam ją zabrać, zanim ktoś mnie ubiegł. Byłam bardzo zadowolona z tego przypadku. Aż zaczęłam ją czytać.

Autor pisze ciekawie. Przez tekst się płynie, nic nie stoi na drodze, ale język jest prosty. Brakuje w nim magii, którą w Azji uwielbiam. Jest zbyt prosto, zbyt nijako. I muszę przyznać, że spodobałoby mi się o wiele bardziej, gdyby nie świadomość pochodzenia autora. A tak patrzę na niego z lekką niechęcią, choć czytało się bardzo dobrze.

Spodobało mi się to, że w opowiadaniach głównymi bohaterami są zupełnie różni ludzie - z zawodu, z zainteresowań, z poglądów. Były to dla mnie bardziej portrety niż opowiadania. Ledwie kilkanaście stron jedno, wampiry, pioruny, przeprowadzki i windy. Zwyczajne-niezwyczajne życie. Podoba mi się, że nie są banalne w swojej prostocie. Niestety nie przemawiają do mnie w pełni. Kafka też nie przemawia, choć z nim sytuacja jest gorsza, bo za nim po prostu nie przepadam.

Nie wiem, czy polecam. Szczerze nie wiem, bo ja czuję się zawiedziona, choć nie było źle. Może kogoś to zainteresuje. Ale nawet ten tytułowy wampir był jakiś mało wampirzy. Na trzy przeczytane przeze mnie książki z Korei Południowej tylko jedna miała w sobie ten cudowny klimat. Czyżby to jakaś narodowa tendencja do upraszczania?

sobota, 27 sierpnia 2011

"Raz wiedźmie śmierć" - Kevin Hearne

Recenzja tomu pierwszego: "Na psa urok"

Ostatnio autorzy obalają tezy, jakoby kolejne tomy były gorsze od pierwszego. Obalają również walczenie z jednym bardzo konkretnym problemem (jak chociażby w Harrym Potterze walka z Voldemordem bądź jego poplecznikami w ostatnich dniach roku szkolnego - w każdym tomie, bez wyjątku) przez całą część. Po prostu piszą, jak im w duszy gra, a przynajmniej tak to wygląda.

Kevin Hearne napisał "Raz wiedźmie śmierć" nie jako konkretną walkę z bardzo konkretnym wrogiem, ale raczej jest to książka przejściowa - implikacje wynikające z poprzedniego tomu sprawiają, że Atticus musi wziąć się za porządne sprzątanie po minionym bałaganie. I chociaż część problemów nie dotyczy go bezpośrednio, to tak naprawdę nie ma się kto nimi zająć i wszystko spada na jego głowę. Co oczywiście niesie za sobą kolejne komplikacje...

Autor daje nam kilka smaczków - oprócz oczywistych rzeczy takich jak genialni prawnicy bohatera, spotykamy np. Matkę Boską! Bogów w tym tomie nie przewija się zbyt wielu, ponieważ swoje wizyty odbyli w czasie między tomem pierwszym a drugim, czyli w ciągu trzech tygodni, jakie dzielą akcję książek. Za to doświadczamy nowych postaci - bachantek, nazistowskich heks i zaglądamy do garażu sąsiada, który również nas czymś zaskakuje. I otrzymujemy bardzo wyraźne wskazówki, co czeka nas w kolejnych książkach, z czym bohater będzie musiał walczyć.

"Raz wiedźmie śmierć" ma w sobie mnóstwo uroku i humoru. Bardzo mnie cieszy, że nie jest oklepane i ma w sobie dozę wiarygodności - wciąż nie zamierzam niczego kwestionować. Poza tym z ogromną niecierpliwością czekam na kolejny tom (niestety tytułu nie znalazłam, ale mam nadzieję, że tłumacz w dalszym ciągu będzie używał tak świetnych haseł), na Twitterze autora znalazłam informację, że czwarty tom zostanie wydany w kwietniu 2012. Kroniki Żelaznego Druida są naprawdę dobrym urban fantasy, które zrywają z konwencjami. A polskie wiedźmy są rewelacyjne, co tu dużo mówić!

Po raz kolejny bardzo polecam.

Za książkę serdecznie dziękuję Domowi Wydawniczemu

czwartek, 25 sierpnia 2011

"Zabawy z kotem" - Denise Seidl


Kocham koty, a koty kochają zabawę, dlatego uznałam, że książka Denise Seidl będzie niezwykłą przygodą – na tyle, na ile może być nią jakikolwiek poradnik. Oczywiście pierwsze moje wrażenia były po obejrzeniu zdjęć – nie są to statyczne koty, tylko zwierzęta w trakcie zabawy. Cudowne, rozczulające, bądź niezadowolone i groźne. Choć tych ostatnich jest znacznie mniej. Bardzo spodobały mi się te żywe zdjęcia. Później doszła treść.

Autorka zawodowo zajmuje się kocimi zachowaniami, sama ma w domu kilka zwierząt, dlatego jestem skłonna jej wierzyć. Czytałam tę książkę w oparciu o własne doświadczenia z kotami, ale również te, których chciałabym nabyć. Książka ta nie wylicza poszczególnych zabaw, ale daje też rady na temat bezpieczeństwa kota, jego zachowania a tego, co chce on przekazać. Można ugryźć trochę kociej psychologii, choć muszę przyznać, że dla miłośników tych zwierząt nie jest to raczej nic zaskakującego. Jeśli ktoś mieszkał z kotem, bądź kilkoma, wie to wszystko, choć czasem warto sobie uświadomić pewne rzeczy na nowo.

Zabawy się dzielą na kilka kategorii: sam kot, kot i człowiek, kot i kot. Jest podział na koty przyjacielskie i nieśmiałe. Zabawy można znaleźć dla każdego. Zaś każdy rodzaj zabawy jest rozdrabniany na różne wariacje. W trakcie czytania wyobrażałam sobie moje koty i ich preferencje. Niektóre zabawy znałam, innych nie, choć są naprawdę ciekawe. I zapragnęłam mieć kota od razu, by je wszystkie przetestować. W dodatku cudowne kocie oczy patrzące na mnie ze zdjęć nie umniejszyły moich odczuć.

Zdecydowanie polecam, to urocza książeczka, przydatna dla osób, które już nie mogą wymyślić, co zrobić ze swoim kotem, by się nie nudził i był aktywny. I te wszystkie koty - śliczne! Choć moja mama twierdzi, że brzydkie. Ja uważam, że się myli.

Za książkę dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

"Milion małych kawałków" - James Frey

O narkotykach zostało napisanych wiele książek. Jakieś dziesięć lat temu była to tematyka porównywalna do dzisiejszych wampirów - wyeksploatowana na wszystkie strony. Sama przeczytałam "Pamiętnik narkomanki", "My, dzieci z dworca Zoo", "Ćpuna" i kto wie, co jeszcze. Byłam wtedy w okresie niejakiego buntu i lubiłam o buncie i autodestrukcji czytać. Wtedy czytałam, żeby mieć kontrargumenty wobec rodziców, później zaczęłam czytać, by zrozumieć. Narkotyki przerażają, często krok za nimi idzie prostytucja, alkoholizm. Wszystko to, przed czym normalny rodzic chce uchronić dziecko. To niszczy.

Gdy sięgałam po książkę Jamesa Freya - opartą na jego własnych doświadczeniach - nie spodziewałam się niczego nowego. Raczej potwierdzenia tego, co przeczytałam w poprzednich lekturach. A teraz, gdy to piszę, nagle zdaję sobie sprawę, że zarówno Christiane F., Barbara Rosiek jak i James Frey to osoby ogromnie inteligentne, które doskonale zdawały sobie sprawę z tego, co robią. Żadne z nich nie miało złego dzieciństwa i tylko jakiś idiotyczny przypadek sprawił, że zaczęli brać, niszczyć siebie. I piękne jest to, że pewnego dnia podjęli decyzję, że tym razem na poważnie skończą i to zrobili. Ale nie dlatego, że stosowali się do jakiś ogólnie przyjętych zasad przeciwko uzależnieniom, ale dlatego, że znali siebie i swoje własne ograniczenia i wiedzieli, że to już jest ten ostatni moment, stoją na skraju przepaści i muszą się cofnąć, bo inaczej będzie koniec.

James Frey przedstawił swoje życie w ośrodku odwykowym, gdzie trafił w tak okropnym stanie, że jeszcze kilka dni picia, bądź ćpania by go zabiły. Ta książka nie jest moralizatorska - daleko mu do tego, bo sam nie znosił, gdy ktoś próbował go pouczać. Podziwiam go za to, że sprzeciwiał się jakimkolwiek określonym sposobom walki z nałogiem, wybrał swoją własną drogę i mimo że nikt nie wierzył w jego sukces, on uparcie brnął dalej drogą, którą wybrał. Książka ta opowiada o tych milionach małych kawałków, które przekonują, że pora się zmienić, bo podjęcie poważnej decyzji to sukces, milowy krok, a każdy z kroków jest kawałkiem, wszystkie zaś składają się na życie. Dlatego opowiada o przyjaźniach w ośrodku, miłości, wytrwałości i rodzinie - naprawianiu z nią więzi lub też tworzeniu ich od nowa.

Ta książka ma w sobie coś pięknego. Tę surowość, stanie na bakier, czyste emocje i zero kombinowania. Dialogi nie są oznaczone myślnikami bądź cudzysłowami, tylko oddzielone od siebie linijkami, czasem ciężko się połapać, kto co mówi, czy to dalej dialog, czy już może tekst. Jednak po jakimś czasie się do tego przyzwyczaja, bo tak naprawdę nie forma jest istotna, ale treść. Multum przekleństw, ataki myślowe i narkotyki w nich. Nie ma ugrzeczniania. I bardzo dobrze, bo dzięki temu książka ma większy wydźwięk.

To ważna książka. Pokazuje, że się da. Przedstawia niebezpieczeństwo, ale nie truje o tym, żeby nie dotykać narkotyków. Bo to i tak nie przynosi zamierzonych efektów. Po prostu mówi, co będzie dalej, następnym kroczkiem, następnym i kolejnym.

Zdecydowanie polecam, choć z początku miałam co do niej wątpliwości. Teraz ich nie mam.

Dziękuję wydawnictwu

niedziela, 21 sierpnia 2011

"Niewinność zagubiona w deszczu" - Eduardo Mendoza

Lubię książki o tytułach, które można smakować. Słowo "niewinność" wzmaga bicie serca i rozgrzewa ciało, "zagubienie" zaś opatula to ciepło, które trwa niezmienione, aż nadchodzi "deszcz", który swoją czystością opłukuje, opłakuje zagubienie niewinności. Deszcz pachnie, orzeźwia, ale czasem również ogrzewa, dodaje nadziei. A w naszym świecie czasem nadzieja to wszystko, co pozostaje.

Moje pierwsze spotkanie z Mendozą nie należało do najlepszych - cieniutka książeczka, ale zdrowo mnie wymęczyła. Mimo to zdecydowałam się na tę książkę o pięknym tytule z ciekawą grafiką na okładce i jednym z moich ulubionych połączeń kolorystycznych - fiolecie z szarością. Mam skłonność do dawania autorom kolejnych szans, czasem z nich korzystają, czasem nie. Mendoza skorzystał, tyle na razie mogę powiedzieć.

Z początku ta książka miała być dramatem. Jednak w końcu autor zmienił zdanie i powstało opowiadanie, mimo że w większości składa się ono z dialogów, choć nie widać ich, gdy na chybił trafił otworzy się książkę, ponieważ są one wplecione w tekst, a nie wyróżnione, co może działać na nerwy, szczególnie, gdy ktoś lubi dialogi w normalnej formie. Sama książka jest nastrojowa. Interesująca postać, ciekawe przedstawienie zakazanej miłości i walka ze samą sobą, żeby choć poczuć winę. Siostra Consuelo jest osobą, którą można polubić, głównie dlatego, że jest rozdarta wewnętrznie. I, co ciekawsze, ogromnie spodobało mi się, jak przedstawione są boskie interwencje. A że ja zasadniczo za Bogiem nie przepadam, powinno być na odwrót. Mendoza dostał u mnie kolejny plus.

Drugie spotkanie z Mendozą uważam za bardzo udane, bardzo ciekawa książeczka. Fanom Mendozy polecać nie muszę, ale osobom takim jak ja - czemu nie? Mnie przekonał. Mimo to i tak z obawą będę sięgać po kolejne jego książki, specyfika autora nie do końca do mnie przemawia. Jednak "Niewinność zagubioną w deszczu" polecam, deszcz chyba zdołał ją oczyścić.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

piątek, 19 sierpnia 2011

"CHERUB: Rekrut" - Robert Muchamore


Jak niektórzy zapewne wiedzą, chciałam być w dzieciństwie szpiegiem (i wciąż chcę, ale to na razie inna historia). Wciąż lubię oglądać filmy, czytać książki, słuchać teorii spiskowych mojej mamy… no, to ostatnie trochę mniej. Mimo to kocham o tym czytać. I choć wiek, w którym czytanie „Rekruta” byłoby doskonałe, mam już za sobą – nad czym ubolewam, bo te parę lat temu spodobałby mi się o wiele bardziej – to wciąż robiłam to z ogromną przyjemnością, miła książka o poranku przeczytana w mgnieniu oka.

„Rekrut” jest pierwszym tomem serii „CHERUB” o tajnych dziecięcych agentach na usługach rządu brytyjskiego, którzy rekrutowani są spośród sierot i przechodzą wyczerpujące szkolenie, żeby osiągnąć status agenta. Są to dzieci inteligentne, wytrzymałe i zdeterminowane. Głównym bohaterem jest James – syn grubej złodziejki, nie panujący nad sobą, momentami agresywny, rozpieszczony dzieciak. Jednak gdy jego matka umiera, ląduje on w sierocińcu, ponieważ jego ojczym szczerze go nienawidzi (z wzajemnością), zabiera ze sobą tylko przyrodnią siostrę Jamesa, a chłopiec pakuje się w kolejne kłopoty. Wkrótce po nich trafia do CHERUBa. 

Pierwszy tom opowiada głównie o szkoleniu, o związywaniu się przyjaźni i pierwszych miłości, braterskiej miłości, współpracy. Ja oczywiście aż się pieniłam w zazdrości, że nie miałam okazji trzymać bomby na głowie, mieć połamanych wszystkich kości, obrażeń wewnętrznych i innych takich. Czemu mnie nie zwerbowano, czemu? No czemu? Mogłabym się uczyć jakiś dziwnych języków, zmienić nazwisko, co mi tam. Oczywiście mam pecha i byłam sobie zwyczajnym dzieckiem, które tylko marzyło o takich cudach… Za to mogłam sobie o tym poczytać.

I choć książka nie pokazuje wszystkiego czarno-biało, są momenty zwątpienia, przemyślenia na temat moralności – czy warto zniszczyć dziesięciu ludzi by ocalić tysiące? – to bez wątpienia młodsza młodzież może ją docenić. Jest napisana bardzo prostym językiem (prostszym niż taki „Złodziej pioruna”, który należy do tej samej kategorii czytelniczej), co raczej młodego czytelnika nie zniechęci. I jest niesamowicie ciekawa, jeśli ktoś uwielbia tajnych agentów i innych takich… (Takim osobom polecam również gorąco książki Ally Carter, choć ona pisze raczej bardziej dla dziewcząt, a CHERUB jest skierowany bardziej w stronę chłopców).

Po takiej książce zamierzam poważnie się zabrać za swoją tężyznę fizyczną z nadzieją, że zadzwoni mój telefon i usłyszę: Jesteś nam potrzebna, tylko ty możesz ocalić świat.

Rzucę wszystko w diabły i polecę na spotkanie przeznaczenia.

A Wam póki co polecam młodzieżowe książki o szpiegach, szpiedzy są fajni.

Dla zainteresowanych znalazłam dzisiaj blog poświęcony serii, na którym odkryłam informację, że wkrótce powstanie film! Nie mogę się doczekać.

środa, 17 sierpnia 2011

"Czekam na Ciebie" - Veronique Olmi


„Czekam na Ciebie” jest książką specyficzną – jak wszystko co francuskie. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, jak ją sklasyfikować i w końcu, wbrew okładkowym zaleceniom, uznałam ją za powieść dla nastolatek. A dlaczego? Ponieważ Emilie, główna bohaterka i zarazem narratorka, cofa się do czasu, gdy miała lat naście, przeżyła swoją pierwszą, intensywną miłość, która trwała aż do dwudziestej piątej rocznicy ślubu z… innym mężczyzną.

I właśnie w dniu tej rocznicy Emilie przypadkiem odnajduje  w gazecie ogłoszenie, które siłą rzeczy musi dotyczyć jej. I wtedy całkowicie spontanicznie i bez wahania rzuca przygotowania do uroczystości, wsiada w samochód i rusza do Włoch, żeby odnaleźć utraconą miłość, która przecież tak wyraźnie ją wzywa.

Traktowałam tę książkę pobłażliwie, bo w końcu kto bez zastanowienia rzuca wszystko i wyjeżdża, bo przeczytał ogłoszenie w gazecie, które równie dobrze mogło dotyczyć kogoś innego, choć prawdopodobieństwo było niewielkie? Z początku nie lubiłam bohaterki, jednak im dalej czytałam, tym więcej rozumiałam. Tym cieplejsze uczucia względem niej żywiłam. Mimo wszystko rozumiałam, że sentyment do dawnych uczuć i brak ich względem obecnego partnera jest silniejszy, niż przysięga małżeńska. Dzięki temu poznałam ją jako nastolatkę, później dorosłą kobietę, w której wciąż drzemie dziewczyna, czekająca na okazję, by się obudzić. Pewnych momentów nie akceptowałam, gdy zachowywała się wręcz brutalnie wobec rodziny, jakby nie miało znaczenia, że córki się o nią martwią. Mimo to bardzo miło i szybko się ją czytało.
Mimo „podróży sentymentalnej” nie bardzo zrozumiałam, do czego dążyła  autorka. Do pokazania miłości ponad czasem? Czy może do akceptacji tego, co się ma, a nie rozpamiętywania? Zakończenie nie pokazuje jednoznacznie, o co chodziło. Jakby tylko opowiedziała historię i chciała, żeby czytelnik sam wymyślił, o co tutaj chodzi, jaki miała cel.

Brakuje mi rozwiązań pewnych wątków, wyjaśnienia, po co one są stworzone. Nie jest to książka doskonała, choć zdecydowanie przyjemnie się ją czyta, jest nostalgiczna i zakorzenia się gdzieś głęboko myśl: czy jest coś, co czego warto wracać mimo wszystko?

Całkiem miła lektura, gwoli rozrywki. Nic wybitnego. Ale czyta się bardzo przyjemnie.
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa

niedziela, 14 sierpnia 2011

"Blondynka" - Joyce Carol Oates

O Marilyn Monroe słyszał chyba każdy. Ciężko mi sobie wyobrazić, by tak nie było, szczególnie, że w ostatnim czasie eksploatacja ikon kina jest bardzo wysoka, a MM zdecydowanie była jedną z nich. Aktorka ta nie miała łatwego życia, niszczyła je poprzez alkohol, narkotyki i aborcje, mimo to miała w sobie coś, co przyciągało do niej niemal wszystkich. Jej życie jest tak cennym materiałem na fabułę powieści, że naprawdę nie dziwię się Oates, że postanowiła o niej napisać.

"Blondynka" jest powieścią niesamowitą. Z początku miała być opowiadaniem, które rozrosło się do książki o objętości półtorej tysiąca stron, która ostatecznie została skrócona do niespełna ośmiuset. Oates przeanalizowała życie Marilyn jako aktorki, jako Normy Jeane i jako każdej z istotnych dla niej ról, kiedy to aktorka stawała się granymi przez nią postaciami. Nie należy jednak traktować "Blondynki" jako biografię, co autorka zaznaczyła już we wstępie - wybrała pewne epizody, niektóre pominęła, część wymyśliła. W trakcie czytania szukałam informacji w Internecie na temat faktycznego życiorysu MM, żeby porównać z treścią książki. Muszę przyznać, że zmian było naprawdę niewiele. Mam wrażenie, jakby Oates wdarła się w Normę Jeane i poznała ją tak dokładnie, jak nikt inny. Nie wątpię, że tę pozycję można potraktować jako portret psychologiczny jednej z najsłynniejszych kobiet w historii świata, a zdecydowanie XX wieku, mimo to nie jako jej biografię.

Czytając tę książkę, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam film - nie napisy, nie scenariusz, ale film. Oates pozwala nam patrzeć na Normę z jej perspektywy, z perspektywy innych osób. Z perspektywy snu i jawy. Poprzez kontrasty, własne wyobrażenia. Nigdy w życiu nie miałam okazji przeczytać książki tak doskonałej - wymagającej, ale nie męczącej z każdym słowem coraz bardziej, dopracowanej, grubej, ale mimo to skłaniającej do myśli, żeby trwała jeszcze, jak najdłużej i nie skończyła się nigdy. Mogłabym czytać "Blondynkę" w nieskończoność, co sprawiło, że z miejsca, od pierwszych rozdziałów, stała się moją ulubioną książką, detronizując "Matkę Ryżu", która królowała na tej pozycji od pięciu lat. Oates stworzyła arcydzieło. Pozwoliła mi czuć, że znam Marilyn jak nikt inny na świecie, że już nic mnie w niej nie zaskoczy.

Im dalej się brnie w książkę, im bliżej śmierci bohaterki, tym większy psychiczny chaos czuć w samej treści. Autorka świetnie opisała problemy z umysłem, wchłania czytelnika w ten świat i nie da się od niego uwolnić, niczym zahipnotyzowana idę dalej, czekam na nieuniknioną śmierć, którą czuć od początku książki. Ciężko oddzielić czytelnika i "Blondynkę" - tutaj niemożliwe jest bycie osobno, trzeba się scalić, stać obserwatorem, stać Normą, stać innymi ludźmi. Oglądać, czytać ten film. Później kończą się te 784 strony, a czytelnik czuje pustkę, choć kłębi się w nim tyle emocji - własnych i otrzymanych w trakcie lektury.

Chciałabym czytać więcej tak niesamowitych książek. Oates wykonała naprawdę genialną pracę przy "Blondynce" i jeśli inne jej książki są równie dobre, bez najmniejszego wahania je przeczytam. Teraz również zapoznam się dokładniej z samą bohaterką, by zobaczyć, czy znam ją tak dobrze, jak czuję.

"Blondynka" jest książką, która aż prosi się, by ją przeczytać. I mogę jedynie potwierdzić, że należy to zrobić. Jest naprawdę genialna. Polecam jak jeszcze żadnej innej książki polecić nie miałam okazji. Całą sobą, wzbogaconą o nowe doświadczenia, choć nie moje własne. Zdecydowanie jest warta swojej ceny.

Za książkę bardzo dziękuję Instytutowi Wydawniczemu




A Wy już wiecie, czemu mnie tutaj tak bardzo nie było ;).
Informację o zmianach długości "Blondynki" zaczerpnęłam z recenzji Ann.

piątek, 12 sierpnia 2011

"Panna Wina" - Witold Horwath

Pisanie bajek musi być naprawdę świetnym zajęciem, choć niezwykle trudnym - w skondensowanej, acz przystępnej formie trzeba zawrzeć tyle elementów... a bajki dla dorosłych? Tu już się robi ciekawiej, prościej. I w tej książce było coś, co mnie na tę myśl naprowadziło. Panna Wina rozmawia na czacie z pewnym pisarzem. Ma swoje fantazje, których nie może urzeczywistnić, więc "zatrudnia" go, by napisał historię, którą ona opowiada. I w ten oto sposób wspólnymi siłami tworzą książkę. Zdecydowanie bajkę, zdecydowanie o miłości, równie zdecydowanie o przestępstwie, zbrodni i paru drobnych perwersjach, bo bez tego przecież nie będzie dobrej historii, prawda?

Panna Wina i pan Prawo. Cóż może ich łączyć? Oczywiście przeciwieństwa, które, jak wszyscy doskonale wiemy, się przyciągają. Laura wraz z gangiem okrada amerykańskich turystów z samochodów (choć należałoby powiedzieć, że wciąga ich w pułapkę, resztą zajmują się inni), jednak pewnego razu wpadają, a ona wraz z nimi. Wtedy w jej życiu pojawia się Sędzia. Laura się nie broni, prowokuje, choć z drugiej strony nikogo nie pogrąża, ma swój honor. Jednak od tego momentu w jej myślach będzie tylko Sędzia.

Historia zaczyna się (abstrahując od czatu, który jest tylko preludium i później interludium) od urodzenia Sędziego, aż do momentu, gdy zaczyna pełnić władzę. I wtedy na scenę wchodzi Laura - poznajemy ją, jej motywacje i osobowość, która... zaskoczyła mnie. Bardzo ją polubiłam za jej niezłomność, wierność, ale jednocześnie bezwzględną inteligencję, dzięki której każda rzecz, którą zrobiła, była w pełni jasna, przemyślana. Zaś Sędzia jest ideałem ojca, męża i kochanka - wykreowanym przez samą Laurę. Nie jest ona grzeczną dziewczyną, ale też nie ocieka złem. To sprawia, że jest niezwykła, ponieważ potrafi znaleźć złoty środek w swoim życiu. I tym złotym środkiem jest miłość.

To jest baśń dla dorosłych, ktokolwiek by mi próbował udowodnić, że się mylę, nie odniesie na tym polu sukcesu. I o ile książka przez kilkadziesiąt stron (aż do wejścia Laury) jest nijaka, nudnawa, to później zaczyna się rozkręcać, tak że potrafi rozbudzić nawet przed czwartą nad ranem (o ile ktokolwiek będzie tak głupi jak ja i zacznie ją o tej porze czytać). Bardzo podobał mi się język - barwny, wulgarny (ale nie przekracza pewnych granic, z kocią gracją balansuje na krawędzi, przez ani chwilę nie poczułam się zdegustowana, a o to wbrew pozorom nietrudno). Kreacje bohaterów również były niezwykle zajmujące, aż momentami nie chciałam końca książki, choć przecież jest jeszcze tyle innych... "Panna Wina" jest bardzo interesującą pozycją. Aż sama się temu dziwię, bo nie spodziewałam się po niej czegoś takiego. Raczej jakiegoś gangsterskiego sex story i światła sprawiedliwości i choć pozornie tak jest (ale zastrzegam - pozornie), to rzeczywistość przekroczyła moje oczekiwania.

Polecam tę książkę, ale osoby bardzo delikatne powinny raczej jej unikać, pewne rzeczy mogą w niej zniesmaczyć. A okładka mi się nie podoba. Muszę też przyznać, że ta książka brzmi zupełnie nie po polsku, nie miałam poczucia naszej krajowej literatury, co uważam za plus.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi

oraz wydawnictwu Nowy Świat

sobota, 6 sierpnia 2011

"Fruwająca dusza" - Yoko Tawada

Japonia ze snu. Szkoła. Ale szkoła niezwykła - jedynie dla wybranych (czy to przypadek, że wybranymi są tylko kobiety?), mniej  praktyczna niż znana nam. Raczej metafizyczna, skupiona na jednym - Drodze Tygrysa. Czym jest ta droga? Nie wiem, choć teoretycznie wiedzieć powinnam. Z czym mi się to miejsce kojarzy? Z sektą, uzależnieniem do pary z pozorną niezależnością. Ale na drugim miejscu z saficką szkołą dla dziewcząt na wyspie Lesbos - od tego wzięły się lesbijki, podobno Safona wykorzystywała swoje uczennice, tak niesie wieść. I tutaj można dostrzec tak mocny erotyzm (choć jednocześnie nie opisany bezpośrednio), że aż gorąco się czytelnikowi robi. Kikyo zdecydowanie kojarzyła mi się z Safoną, guru, duchem. A główna bohaterka? Z jakimś wybrańcem, jedynym, który może pokonać wroga.

W tej książce jest parę naprawdę cudownych rzeczy - język, oniryczne labirynty, zabawa japońskimi wierzeniami - żonglowanie nimi, obalanie, przekręcanie. Książka jest niezwykłą plecionką tego wszystkiego, a pomiędzy splotami pojawia się czasami zmysłowość, która promieniuje na całą treść. Budzi ona podskórną grozę, niepewność. I choć można podejrzewać, co się stanie, o co tu chodzi, autorka potrafi zburzyć wrażenie, próbując udowodnić, że to tylko sen, a rzeczywistość jest inna. Co istnieje naprawdę, a co jest tylko pozorne?

Jest tutaj płynnie opisane dziesięć lat, lecz nie czuć upływu czasu - sama fabuła jest ponad jakimikolwiek kryteriami. Jest las, jest szkoła. Przewijają się ludzie, ale świata zewnętrznego prawie nie ma. My poznajemy tylko to, co jest w środku. Można się irytować tym, że bohaterka chce być uważana za wyjątkową, ale z drugiej strony... jest wykluczona. Albo sama tak uważa. Nie mnie osądzać. Dziesięć lat na stu osiemdziesięciu stronach, kondensacja, choć zdaje się, że rozwleka się w nieskończoność. Niczym sen - może trwać pięć minut, choć przeżyliśmy w nim pięć lat, urodziliśmy się i zdołaliśmy zestarzeć.

Mimo całej niesamowitości "Fruwającej duszy" nie jestem do niej w pełni przekonana. Chyba ta senna rozwlekłość mi się nie podobała, ponieważ sama przy tym przysypiałam, męczyłam się, próbując utrzymać oczy otwarte i pilnować, by moja dusza nie szybowała ponad nią, ale skupiła się na treści. Zbyt często odpływałam daleko od tej onirycznej Japonii. A jednak polecam. Bo to naprawdę ciekawe doświadczenie.

czwartek, 4 sierpnia 2011

"Ostatnie fado" - Iwona Słabuszewska-Krauze

Pewnego dnia odkryłam, że zakochałam się w Lizbonie. Był to dzień, gdy dowiedziałam się o istnieniu tej książki, zobaczyłam tę magiczną okładkę i przeczytałam opis. Był nawet konkurs, gdzie można było wygrać wycieczkę do Lizbony na weekend i książkę. Tak bardzo pragnęłam ją przeczytać, że nawet perspektywa wyjazdu wydawała mi się mniej atrakcyjna - książka wydawała mi się czymś, bez czego w życiu się nie obejdę. Pragnęłam ją, czułam tę cudowną atmosferę, jaką wokół siebie roztaczała. Czytałam wiele recenzji. Książki nie dostałam. Czekałam na nią, aż do mnie przyjdzie. W końcu kupiłam ją sobie, chcąc w ten sposób uczcić otwarcie Empiku w Myślenicach. Byłam szczęśliwa, że ją wreszcie mam.

Autorka opowiedziała historię o miłości, fado i Lizbonie. O zamiłowaniu do podróży, z którego może wyleczyć miłość. O saudade. O niepotrzebnych dygresjach, historiach pobocznych, które wpływu na główną oś fabularną żadnego nie miały. Nie czytałam "Amelii", filmu też nie oglądałam. Nie wiem, o czym jest. Nie wiem, co ma ona wspólnego z "Ostatnim fado". Ale jeśli faktycznie jest to książka "dla wszystkich, którzy pokochali Amelię", ja po "Amelię" nie sięgnę, bo nie pokochałam "Ostatniego fado".

Autorka pisała tę książkę, słuchając wspaniałego fado Cristiny Branco. Szczerze nie przemawiała do mnie ta książka już od początku, dlatego po połowie uznałam, że co mi zależy? Włączyłam fado i słuchałam. Nie wiem, co drażniło mnie bardziej - książka czy muzyka. Nie jestem niewrażliwa na dźwięki. Mają one dla mnie duże znaczenie. Ale najwidoczniej saudade zawarte w tej muzyce nie jest tym saudade, które ja czuję. Może gdyby fado mi się podobało, pokochałabym również książkę? Może...

Podobał mi się język, podobały opisy Lizbony. Nie zrozumiałam jednak tutaj sensu... bo niby bohaterka szukała Rosy, by dać jej list od Dominika, ale z drugiej strony na tym się kończyło. Nie wiem, po co zostało dołączone życie Fernanda Pessoa, jego uzależnienie od absyntu, roz(bodajże)czworzenie osobowości i nieporadność życiowa. Nie wiem, po co był tutaj Antonio i jego problemy ze zrozumieniem córki. Może dawały głębszy obraz Lizbony i jej mieszkańców, ale nijak się łączyły z głównym wątkiem. Zaś sama podstawowa historia mi się nie spodobała. Bo do dwóch trzecich książki nie działo się nic. Dopiero końcówka zaczęła do mnie przemawiać, moje odczucia się poprawiły, ale zaraz potem spadły znowu drastycznie w dół.

To fado nie przemówiło do mnie w żaden sposób. Znalazło się parę celnych, emocjonalnych cytatów. I na tym koniec. Było przyjemnie, nie porwało. I jestem naprawdę z tego powodu zła, co wpłynęło na cały mój nastrój. Jedyne co z tego wyniosłam, to chęć wyjechania do Lizbony. Ale to jedynie efekt oddziaływania okładki.

Ze swojej strony niespecjalnie polecam.