czwartek, 30 czerwca 2011

"Podróż zimowa" - Amélie Nothomb

Chciałabym porwać samolot, albo chociaż nim pilotować przez chwilę. A nawet od biedy niech pilotuje nim ktoś inny, ale żebym po prostu dokądś nim poleciała. Jeszcze nigdy nie wzniosłam się w przestworza w tej metalowej puszce. A chciałabym...

Wbrew pozorom to nie jest żadna oderwana od ziemi dygresja. Bohater "Podróży zimowej" jest filologiem (do jakiego to miana ja podobno aspiruję), który zdecydował się porwać samolot. Na dziewięćdziesięciu trzech stronach powieści (opowiadania?) podążamy drogą jego miłości, obsesji i chęci zemsty na całym wszechświecie. Swoją drogą skojarzyła mi się ta historia ze zbiorem opowiadań "Trucicielka" i pomyślałam, że gdyby zmienić styl, jakim jest napisana "Podróż zimowa", można by zamieścić ją w tej właśnie książce. Pasuje tematycznie i moim osobistym odbiorem.

Po poprzednim zdaniu można wywnioskować, że ta historia mi się bardzo podobała. I słusznie. Byłam w niej wręcz zakochana, dlatego z bólem podzieliłam sobie czytanie na dwa dni (wieczór i ranek dnia następnego), chociaż bez problemu mogłam ją przeczytać od razu. Bohater wydał mi się nietuzinkowy o tyle, o ile angażuje się całym sobą w to, co sobie postanowi. Nie idzie na łatwiznę, po prostu tu robi. I prawie się złapałam na tym, że zaczynam pisać spojler. Dlatego nie mogę powiedzieć, co jeszcze tak bardzo mi się spodobało. Jestem oczarowana stylem autorki, fabułą, jaką mnie uraczyła (a którą z początku przeżywałam, jakby to się działo naprawdę - zresztą nawet i teraz niemal drżę z niecierpliwości, że nie odpowiedziała na wszystkie moje pytania, a właściwie na jedno jedyne kluczowe). I miło się rozczarowałam faktem, że to nie jest jej debiut, jak to sobie uroiłam. Z całą pewnością przeczytam więcej i więcej. Chyba że zawiedzie mnie przy kolejnej, wtedy się ograniczę. Jednakże w tym momencie jestem zauroczona. Bez wątpienia ta książka znajdzie się w mojej biblioteczce.

Polecam to cudeńko, chociaż coś mi podszeptuje, że nie każdy się nim tak zachwyci. I wbrew pozorom psychopatyczne skłonności apokaliptyczne filologa porywającego samolot nie mają nic wspólnego z moim zakochaniem. Chodzi mi wręcz o wszystko inne, a nie to, co może wydawać się tak oczywiste.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

"Córka kata" - Oliver Pötzsch

O książce tej dowidziałam się z wywiadu zamieszczonego na Sztukterze. Od razu się zakochałam (w dodatku autor jakoś znajomo wygląda... Może jakiś mój daleki krewny?) i zaciekawiłam, jak on to zrobił, czy naprawdę jest taka dobra (swoją drogą dowiedziałam się z tego wywiadu również, że wydawnictwo Ullstein jest jednym z najlepszych w Niemczech). A że ja się nie patyczkuję, od razu zapałałam obsesją na punkcie przeczytania. Efekty widać, książka trafiła do mnie w bodajże środę, a ja już ją przeczytałam, zapominając, że mam sesję, egzaminy i powinnam się uczyć, a nie czytać o jakiś bawarskich katach w siedemnastym wieku i ich córkach. Jednak tak się złożyło, że książka jest znacznie ciekawsza od tego, co robić powinnam. Jak zwykle zresztą.

Otwarcie przyznam, że autor mnie nie zawiódł. Co prawda wygląda na takiego faceta, którego w ciemnym zaułku raczej spotkać bym nie chciała, ale potrafi porywająco pisać. Strony mi mijały, a ja nie zauważałam kiedy. Przeniosłam się do Schongau, do domu kata, poznałam jego rodzinę, całe miasto i charakterki poszczególnych osób. Współczułam torturowanej akuszerce, zastanawiałam się, kto jest tym złym, trzymałam kciuki za dzieci, momentami przyspieszało mi serce, ponieważ nie wiedziałam, do czego autor zmierza. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że zbrodniarz zostanie złapany - a przynajmniej nie brałam innej możliwości pod uwagę, bo to taki typ książki, w którym dobro raczej zawsze zwycięża - ale nijak nie odbierało mi to emocji. A gdy chwilowo przerywałam czytanie, ponieważ się zmęczyłam bieganiem po mieście, oglądałam sobie tę cudowną magiczną okładkę i się zastanawiałam, dlaczego cały czas uparcie czytam widniejący na niej tytuł "Córka kafa" zamiast "kata".

Bardzo podobało mi się, w jaki sposób został skonstruowany kat. Jest on człowiekiem wrażliwym, uczuciowym, ale z drugiej strony bezwzględnym. Ma dwoistą osobowość, działa czasami na nerwy, ale jednak uważam, że ciężko nie żywić do niego sympatii. Odbieram go jako człowieka, który chce po prostu mieć spokój, ale nie zawsze może to zrobić na swoich warunkach. Autor w posłowiu zauważa, że jego przodek, którym właściwie jest nasz Jakub Kuisl, raczej nie miał tyle serca, co bohater książki. Córka kata czasami mnie irytowała, ale ogólnie należy do typu bohaterek, jakie lubię - silna i zdecydowana. Jednak ta szczypta wad nadaje jej autentyczności. A czy w rzeczywistości była taka naprawdę? Wiele bym dała, by cofnąć się w czasie do tamtego okresu i się przekonać, jak wszystko wyglądało tam i wtedy. Niestety nikt jeszcze nie wynalazł dla mnie wehikułu czasu.

Jednej konkretnej rzeczy brakuje mi w zakończeniu. Ale to tylko moja osobista fanaberia, bo konstrukcji powieści nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Tylko romantyczna część mojej natury doprasza się o różne nieodpowiednie rzeczy. Insynuowane, ale niedoprowadzone do końca. Chociaż gdy teraz myślę o historii literatury, dochodzę do wniosku, że jednak coś tam sknocił. Ale literatura rzeczywistości nie oddaje, powinnam to sobie uświadomić. A już szczególnie jej historia. Zresztą co ja bredzę, przecież oblałam ten egzamin.

I zakochałam się w nazwisku autora. Cóż za śliczny przykład fonetyczny! I tylko jedna samogłoska! Brzmi jak trzaśnięcie. Jestem całkowicie zauroczona. Nie dość, że przeciekawa książka, świetna okładka, to i autor ma nazwisko, które mnie fascynuje. Nawet grubość jest słuszna, bo prawie pięćset stron. Polecam wszystkim tę fascynującą powieść. Spędziłam przy niej bardzo miło czas i nawet nie poddawałam w wątpliwości realiów epoki, bo zostały tak opisane, że nawet nie przemknęło mi przez myśl, że coś mogłoby być nie tak. Tortury nie obrzydzają, ani też nie są przedstawione jak jedzenie cukierków. Ludzie wylewają odchody przez okna i to wydaje się, jakby było tak i dziś. No i ten patologiczny strach przed czarownicami! Gdybym tylko dała radę, przeprowadziłabym jakieś badania na ten temat. I ten oto potomek katów sprawił, że totalnie przepadłam, a nie zrobił nic ponad napisanie książki!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

A teraz poważnie rozważę naukę. Przecież ja nic nie robię, tylko czytam!

niedziela, 26 czerwca 2011

Ruda jesień w lecie.

Tak zatytułowałam ten obrazek. Okay, ukradłam go z Internetu, ale osobiście doprowadziłam do stanu nagłówka. Rozważyłam sugestię z poprzedniego szablonu - niestety nie potrafię zrobić, by rogi były zaokrąglone. I jest chłodniej, jesienniej. Nie znoszę upałów, dlatego u mnie ich nie będzie :).

Mam nadzieję, że szablon się Wam podoba. Ja mam leciutkie zastrzeżenia co do niego, ale za parę dni mi przejdą. Albo znowu zmienię ^^.

sobota, 25 czerwca 2011

"Miłość buja nad Szkocją" - Alexander McCall Smith

Wiele się naczytałam recenzji serii "44 Scotland Street", ale szczerze powiedziawszy nigdy mnie do niej nie ciągnęło. Gdy dostałam ją do recenzji, pomyślałam "Trudno, przeczytam", chociaż też nie miałam specjalnej ochoty. Mimo czytania o serii nie wiedziałam, o czym właściwie ona jest. Zdaję sobie sprawę, że jestem głupia, ale nic na to nie poradzę. Czasem potrzebuję, żeby ktoś mnie trzepnął. No i trzepnęła mnie książka. Dobrze zrobiła, może przestanę tak marudzić.

Autor wysłał mnie do Szkocji, która to kojarzy mi się z dudami, spódniczkami w kratę noszonymi przez mężczyzn. I potwór z Loch Ness? W każdym bądź razie jestem ograniczona. I wcale po lekturze nie uważam, żebym się dokształciła, ponieważ niemal nie opuszczałam Edynburga (no, byłam jeszcze w Paryżu, na Malajach i jakimś tam innym miasteczku, ale w Edynburgu się zadomowiłam), poznawałam ludzi. Co za przyjemni ludzie! Może pomijając Irene - matkę Bertiego, kobietę tak denerwującą i ambitną względem syna... Zaś chłopiec jest tak świetny, że współczuję mu matki. Sama bym go wychowała.

Poznajemy również Angusa, jego psa Cyryla, Domenicę, Antonię, Matthew, Pat, Dużą Lou, jakiegoś psychoanalityka... A każdy z nich ma wady, zalety, przyzwyczajenia i wszyscy oni tworzą pewną grupę przyjaciół. Nie da się ich nie lubić, miałam ochotę się do nich przenieść. W dodatku książka napisana jest tak lekko... Było mi bardzo miło. Słów mi brakuje, żeby opisać jak miło. Miłość sobie buja nad Szkocją, a ja bym chciała też być ubujana, ululana i utulona gdzieś na Scotland Street 44. Poszłabym do Dużej Lou na herbatę czy nawet kawę, wyszłabym za Matthew, który jest tak słodkim facetem, że prawie idealnym, wady na pewno dałoby się wyplenić. A autora zaprosiłabym na kolację, ponieważ takiego optymizmu mi potrzeba, jakim mnie napełniła ta książka. Wszystko jest cudownie, wspólnie rozwiążą wszystkie problemy, ale ta książka nie jest naiwna. Daleko jej do tego. Ma w sobie magię, delikatną ironię, humor. Z przyjemnością czytałam tę część (a gdzie poprzednie dwie? Z równie wielką przyjemnością bym je przeczytała i z przyjemnością przeczytałabym kolejną).

Polecam szczególnie na upały, gdy ciężko jest myśleć, na smutek, na chandrę, na dobry humor, ku rozrywce. Ja odczułam po niej potrzebę przynależności do jakiejś grupy ludzi. Nie należę do żadnej. I tak smutno mi się po tym zrobiło, bo uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem samotna. Ale pomijając ten drobny fakt, który wywołała we mnie właściwie recenzja, a nie sama lektura, jestem bardzo mile ugłaskana przez "Miłość buja nad Szkocją". I życzę Wam, by i Was jakaś książka, najlepiej ta, tak ugłaskała.

Chcę kotka, którego sama będę mogła ugłaskać!

Za książkę przyjemnie, cieplutko i milutko dziękuję

piątek, 24 czerwca 2011

Alina się obnaża, czyli ekshibicjonizm sieciowy.

Alina jest człowiekiem dziwnym, jak to znajomi sprzed wieków i z poprzednich wcieleń uważają. Alina teraz postara się to udowodnić, bądź zaprzeczyć tej tezie.

Już jako dziecko byłam dziwna. Mama rodziła mnie przez tydzień (a ja mam dowód, że ja się na ten świat nie prosiłam, lekarz musiał przyspieszać poród). Gdy mnie już urodziła, ja zamiast wrzeszczeć nocami, a spać dniami, robiłam trochę inaczej - spałam nocami i dniami, czego resztki pozostały po dziś dzień - wciąż wolę spać, niż łazić po imprezach i innych takich miejscach, które moi znajomi lubią. Gdy już dotrę w miejsce, gdzie huczy, a ludzie próbują mnie opić, obserwuję sobie ich reakcje, popijając co najwyżej soczek. Alkohol okazjonalnie (bo na takich imprezach dobrego i słodkiego przeważnie nie mają, a ja innego nie lubię, a później oni jęczą "Ze mną się nie napijesz?!", nie, nie napiję, dopóki nie dostanę czegoś zdatnego do picia, toasty wypijam soczkiem). Nocami śnią mi się notorycznie mordercy, diabły, Sadako, duchy, czasami wampiry. Bywa ciekawie. Szczególnie z tymi duchami, bo gdy się pojawią w moich marzeniach sennych, przeważnie się z nimi biję. Raz śniły mi się wampiry, wywróciłam samochód z nimi. Kraków wtedy wpadł w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, ponieważ była w nim ulica Betlejem, a w autobusie zostawiłam torebkę i za nim biegłam, żeby ją odzyskać, wampiry obiecały mnie podwieźć... Nie ufaj nieznajomym, nawet w snach!

W sklepach grzecznie szeptem pytałam mamę, czy coś mi kupi. Dopiero parę lat później zaczęłam się robić głośna, zgryźliwa, płaczliwa, wrzaskliwa i upierdliwa jak mało kto. Ale mama nie ma co narzekać, bo równie dobrze mogłaby mieć córkę alkoholiczkę, narkomankę i prostytutkę, ale na szczęście (a może niestety?) alkoholu generalnie nie lubię, narkotyki kosztują zbyt dużo (za co ja bym książki kupowała?!), a prostytutka to zawód zbyt męczący dla takiego lenia jak ja. Lenia, który w wieku lat czterech umiał płynnie czytać, ale jakoś tego nie robił, bo... mu się nie chciało. Rewolucją była Rosyjska Ruletka z pytaniem o ludzi pozamagicznych w Harrym Potterze. Znałam odpowiedź. Mama zmusiła mnie do przeczytania serii. Zakochałam się po uszy. Od tej chwili czytam nałogowo. Z dziećmi w szkole się biłam, jeden chłopak o mało nie stracił głowy w zderzeniu ze ścianą. Tak samo na próbach do Pierwszej Komunii - biliśmy się non stop, a stojąc pod ołtarzem na końcu mszy, na podwyższeniu, gdy recytowałam jakiś wierszyk, pokazałam mu fuck you. Niestety nikt tego nie zauważył. Oprócz niego. Na szczęście, bo inaczej byłoby to bezcelowe.

Nałogowe czytanie sprawiło, że wydawałam dużo pieniędzy. Wcześniej kupowałam wszystko, co się dało (pieniądze nigdy się mnie nie trzymały), ale w gimnazjum znalazłam nowe produkty - książki!!! Księgarnia w moim mieście... panie księgarki były przerażone, widząc mnie w progu. Gorzej było, gdy pojawiła się moja mama, chcąca kupić mi książkę. Panie mdlały "Ja nie wiem, co Pani polecić! Pani córka wszystko czytała!". Ale jakoś mama zawsze wracała z książką, której jeszcze nie znałam i która mi się podobała. Czyli nie było tak źle, jak myślały. W gimnazjum pobiłam (w wakacje) jednego chłopaka pewnym metalowym prętem, który się na nim wygiął. Chłopak wciąż mnie kochał. Masochista jakiś, ratunkuuuu! Pół roku później jeszcze do mnie wydzwaniał. W końcu sobie odpuścił, gdy kazałam mu się odczepić w dość ostrych słowach (obudził mnie o godzinie dwunastej w ferie zimowe, to było niewybaczalne).

Po skończeniu gimnazjum dorobiłam się chłopaka, który był ode mnie starszy siedem lat i sześć dni oraz parę godzin. Stety bądź niestety zerwał ze mną po niecałych czterech miesiącach, ale dobrze się to dla mnie skończyło, bo teraz jest leniem, hazardzistą (ale muszę przyznać, że robi ładne regały na książki, więc może nie jest tak źle?...) i równie skończonym kretynem jak wcześniej, ale teraz to przynajmniej ujawnia. Wpadłam wtedy w lekką depresję, a gdy poprawił mi się wiosną humor, zakochał się we mnie mój następny chłopak, z którym przyjaźniłam się do czasu, gdy uznałam, że mi się to znudziło i powiedziałam mu, że ma zdecydować, co między nami jest. W końcu jakoś staliśmy się parą. Pierwsze półrocze roku 2009 było najpiękniejszym okresem mojego życia. W międzyczasie zaczęłam odkrywać w sobie nowe cechy i zastanawiać się nad studiami filologicznymi. Ale to było głupie, teraz to wiem.

Po zerwaniu z owym chłopakiem zaczęłam spotykać się z byłym chłopakiem mojej przyjaciółki, ale nasze relacje były burzliwe aż do niecałego miesiąca temu, kiedy po baaardzo burzliwym momencie przestały istnieć. Wkurzyłam go, paląc trawkę z jego kumplem kilka miesięcy wcześniej (zaraz... czy to nie było w jego urodziny?), a mama się zapytała, jak mi smakowała. Czułam wędzonkę przez kolejne dwa dni. I tyle mojego bezpośredniego kontaktu z jakimkolwiek tytoniem.

W pewnym momencie chciałam iść do klubu gejowskiego, ale niestety samej mi się z domu wyjść nie chce, a chętni co prawda byli, jednak wyciągnięcie ich zakrawało na cud. Rozważałam zmianę orientacji seksualnej, zostanie prostytutką, płatnym mordercą bądź chociaż seryjnym. Albo narkomanką. Jednak okazało się, że z powodu studiów nie miałam czasu i wciąż nie mam. Sesja zrujnowała wszystko. Znaczy zimowa, bo się rozchorowałam i zepsuła mi cały semestr letni. Później nagle - ni stąd ni z owąd - objawiła się sesja letnia, chociaż marzec i kwiecień gdzieś zniknęły - po lutym obudziłam się dopiero trzeciego maja.

Raz chciałam się otruć tabletkami uspokajającymi, ale tylko się naćpałam. Było to uczucie nadzwyczaj nieprzyjemne, dlatego więcej już nie próbowałam.

Mam pecha do przyjaciół - moje przyjaźnie nie trwają zazwyczaj dłużej niż pięć lat - im rzadziej kogoś widzę, tym mniejsza szansa, że go wkurzę, dlatego wtedy trwa to dłużej. Niestety jestem postacią najwidoczniej nieznośną, samotną i nic na to nie poradzę. Ludzie mnie nie lubią dłużej niż przez chwilę. W związku z tym uznałam, że zostanę starą panną z kotem i dzieckiem z probówki, na które przeleję wszystkie swoje ambicje. Czyli dziecko zostanie płatnym mordercą, skoro mi to nie było dane. Kupimy sobie domek nad morzem i będziemy szczęśliwi. Może wtedy znajdę sobie mężczyznę z bajki? Kto wie? Póki co nie szukam, bo to odnosi jak najbardziej odwrotne efekty do zamierzonych. Mogę sobie znaleźć kobietę z bajki, nie obrażę się.

Nie jestem patriotką, nie znoszę Polski. Podobne uczucia żywię do sporej części mojej rodziny. I do całego świata, który próbuje mną dyrygować, narzucać mi coś i zmieniać mnie. Na ogół jestem spokojnym człowiekiem, ale jak to brzmiał napis na moim kubku, który już od dawna nie żyje:

Drzemie w Byku taka siła, że i ścianę by przebiła
Jeśli chcecie zostać zdrowi, nie narażajcie się Bykowi.

Moi znajomi o tym wiedzą, dlatego starają się mnie nie wkurzać celowo. Jednak czasem się zdarza. Kiedyś byłam bardzo impulsywnym człowiekiem, jednak odkąd zaczęłam wyrzucać z siebie uczucia w tworzenie własnej literatury, jestem spokojniejsza, panuję nad sobą, tracę emocje, co sprawia, że czasem źle się czuję. Mniej się wkurzam na ludzi, czasem tylko dla zasady, gdy wiem, że tego ode mnie oczekują. Bardzo mało osób jest w stanie naprawdę wytrącić mnie z równowagi. Jedną z nich jest mój ojciec, ale od jakiegoś czasu wie, że to jest niebezpieczne i na trzeźwo już raczej nie próbuje, bo wie, że to może zaboleć.

Nie boję się raczej niczego. Jeśli ktoś mi powie, że czegoś nie zrobię, zrobię to na przekór, choćby było sprzeczne z moimi poglądami. Nie lubię się patyczkować, chociaż czasami niestety to robię. Nie lubię się spotykać w gronie większym niż trzy osoby, ponieważ nie znoszę nikomu przerywać wypowiedzi, a gdy jest więcej osób, przeważnie nie dopuszczają mnie dobrowolnie do rozmowy, wtedy usuwam się w cień. Chyba że wiem, że danej osobie przerwać mogę, wtedy to robię, powiem, co mam powiedzieć i obserwuję sobie dalszy rozwój sytuacji. Nienawidzę się spóźniać, jestem zawsze patologicznie za wcześnie. Kłamię bardzo rzadko, gdy muszę, ale jeśli już to robię, nie da się rozpoznać. Chyba że chcę, by moje kłamstwo było rozpoznane. Zazwyczaj ludzie mi nie wierzą, gdy mówię prawdę, o ironio.

Mam wybujałą wyobraźnię, piszę opowiadania o Tokio Hotel, byłam wierną fanką, ale teraz oni mają mnie gdzieś, więc ja ich również. Ale piszę wciąż. Czasem piszę o czymś innym, ale ostatnio mam mało czasu. Napisałam również jedno opowiadanie z kategorii "Zmierzch", z którego jestem dumna, było na konkurs, niestety komisja się nie poznała na jego ironii i nie wygrałam. Cóż, brutalne.

Najchętniej siedzę przed komputerem, z książką. Jestem bałaganiarą, ale nachodzą mnie momenty pedantycznego sprzątania [przed egzaminem]. Kocham dzieci. Kocham Berlin. Jestem niezdatna do życia w społeczeństwie. Nienawidzę kawy, kocham herbatę. Będę miała kotka. Kocham kotki. I nauczę kotka niemieckiego.

Zrobię sobie tatuaż na jesieni. Uwielbiam być blada i nienawidzę się opalać, co przy mojej cerze jest zaletą, bo zaraz przypominałabym ofiarę z poparzeniami trzeciego stopnia i gigantycznym rakiem skóry. Naturalnie jestem ruda, czuję się za gruba, czasami jadam surowe mięso. W zależności od nastroju. Obecnie próbuję się odchudzać, nie jem słodyczy. A na stacji BP już nie ma mojej ulubionej kanapki trzy sery, jak się dzisiaj przekonałam.

Moje sny zasadniczo się w jakiś sposób spełniają, dlatego moja mama woli ich nie słuchać. Zresztą ona mnie nie słucha. Wczoraj Emilka się mnie zapytała:

- A co, gdy Twoja mama wyjedzie i będziesz sama?
- Nic, będę gadała do ściany, efekt taki sam, bo ona też mnie nie słucha.

Mama zaczęła się śmiać. A ja uznałam to za tragiczne.

Chciałabym być aktorką. Ostatnio mi się przyśniło, że gram w serialu. A propos seriali - jestem fanką, oglądam ich obecnie chyba pięć, na jesieni dojdzie szósty. Nie znoszę moich wykładowców, studia mnie wykańczają, ale i tak je lubię. Brzmi mi to trochę jak syndrom sztokholmski. Miałam coś podobnego w liceum. Ale o tym mówić nie będę. Oprócz tego, że w klasie maturalnej polonista chciał mnie oblać, miałam zagrożenie z polskiego, co skończyło się moim atakiem furii, depresji i to był oficjalnie najgorszy dzień mojego życia. Konkuruje trochę z dzisiejszym, gdy dowiedziałam się, że mój przewoźnik kasuje 90% kursów i nie będę miała jak się dostać na uczelnię. Najlepszego nie mam.

Koty mnie lubią. Dzieci też. Lubię osoby nietuzinkowe. Czuję się niedoceniona przez świat. Jestem z natury wredna, ale dla osób, które są dla mnie ważne, skoczyłabym w ogień, zabiła prezydenta USA, a później siebie, jeśli by tylko sobie zażyczyły. Niestety nikt tego nie docenia. Dlatego lepiej, żebym na zawsze pozostała sama, amen.

Nie potrafię śpiewać, ale to uwielbiam. Kiedyś biegałam półnago po chodniku, wieczorem, ale kierowcy to ignorowali. Gdy nie zasłaniam okna w łazience, ignoruje mnie sąsiad. Mam wrażenie, że jestem nieatrakcyjna. Lubię robić dziwne rzeczy. Ale przeważnie pozostają bez oddźwięku.

I nie mam zielonego pojęcia, co tu napisałam. Jest tego dużo, ale teraz przejdźmy do najciekawszego punktu dnia: nie mam na imię Alina, mam Róża. Alina to moje drugie imię. Neumann to nie moje nazwisko, aczkolwiek rozważałam zmianę. Mam rozdwojenie (a raczej roztrojenie, ale o tym kiedy indziej) osobowości. Moja listonoszka się już chyba do tego przyzwyczaiła, w każdym bądź razie bez zbędnych pytań przynosi Alinie pocztę. Czasem Róży. To zależy od mojego nastroju w trakcie podawania adresu w mailu.

Dodam jeszcze, że znajomi mnie nie rozumieją. Ale większość akceptuje to, jaka jestem. A przynajmniej nie narzekają. Czasem się zdarza, ale szybko przechodzi. Jestem tolerancyjna, wkurzam się, gdy ktoś żywi się stereotypami i jestem za tym, żeby małżeństwa homoseksualne zostały w Polsce zalegalizowane, a takie pary mogły adoptować dzieci. Nie wierzę w Boga ani w Kościół. Gdy nachodzi mnie ochota na modlitwę, modlę się do Bastet. Wierzę w reinkarnację. Czasami. Przez większość czasu.

Czasami zaś dostaję słowotoku. Jeśli przez to przebrnęliście i coś rozumiecie, wiedźcie, że Was kocham, uwielbiam i gratuluję. Tutaj się czuję dobrze. I chyba boję się przeczytać ten tekst od początku.

Aha, kiedyś próbowałam suchą kocią karmę i mi nie smakowała. Biszkopty dla chomików były smaczne. W chwili obecnej preferuję po prostu owoce i kuchnię japońską i każdą dziwną. Wspominałam o herbacie? Wspominałam.

Zaś do zwierzeń zapraszam Kaś, z którą spędziłam dzisiaj bardzo miłe popołudnie, oraz Arię, która stała się Panią Magister.

czwartek, 23 czerwca 2011

"Angelina. Biografia nieautoryzowana" - Andrew Morton

Lubię czytać biografie, ponieważ mnie inspirują. Czytam o ludziach (do tej pory były to same kobiety), którzy coś w życiu osiągnęli, walczyli z rzeczywistością, by później mówił o nich cały świat - nawet jeśli to nie było bezpośrednio ich celem. Jednak gdy czytam o ich życiach, okazuje się, że do szczęścia zawsze im było daleko, ich dzieciństwo było nienajlepsze, wiek dorastania bardziej buntowniczy niż to zazwyczaj bywa, a dorosłość była kalką błędów, jakie popełnili rodzice. Oczywiście to jest tylko uogólnienie, ale faktem jest, że każda z poznanych przeze mnie kobiet była przez zdecydowaną większość życia nieszczęśliwa i musiała walczyć. Przeważnie dla mężczyzn u jej boku.

Angelina jest moją idolką. Piękną kobietą z klasą, diabelnie utalentowaną aktorką, opiekuje się dziećmi na całym świecie. W dodatku kobietą, która nieświadomie powtarza te same błędy, które ją bolały, gdy była dzieckiem. Jest nieugięta, pamiętliwa. Ma niezliczoną ilość wad. I kroczy przez życie, z którym sobie nie radzi, jakby wszystko było w najlepszym porządku.

Muszę przyznać, że Andrew Morton zrobił naprawdę świetną rzecz z tą książką. Zapoznaje nas z życiem Angie (jak zresztą nazywa Angelinę przez większość czasu) niemal od samego urodzenia. Przedstawia wcześniej życie jej rodziców (Marcheline Bertrand i aktora Jona Voighta), ich poznanie się, osobowość matki Angie, która miała ogromny wpływ na życie córki oraz cechy charakterystyczne dla rodzin Bertrandów oraz Voightów. Przedstawia ciekawostki z planów filmowych, życie prywatne każdej postaci ważnej w życiu Angeliny. Przedstawia ją jako osobę niezrównoważoną, ale niezwykle wrażliwą, która bardzo intensywnie wszystko przeżywa. Opowiada o jej młodości z narkotykami, cięciem się i uzależnieniem od tatuaży. Oraz o niezwykle wybujałym życiu seksualnym. Andrew Morton wkradł się w najbardziej intymne momenty w życiu aktorki i nie pozwolił mi, czyli czytelniczce, poczuć, że chociażby chwila z jej życia została pominięta, co uważam za niezwykle dobre. Szczególnie, gdy uzupełnia się słowa zdjęciami, szczególnie tymi prywatnymi.

Niestety książka nie zasłużyła sobie u mnie na najwyższą ocenę, jaką zazwyczaj daję wszystkim przeczytanym biografiom, ale na jeden stopień niższą. Biografie są według mnie pozycjami, które muszą być pisane obiektywnie. Autor powinien powziąć sobie jakąś tezę, która będzie jego osią w pisaniu, ale nie powinien przesadzać. Może wypełniać luki w wiedzy swoimi domysłami i interpretacjami, ale niestety kilkakrotnie zdarzyło mi się poczuć, że przesadził, pokusił się o nadinterpretację. I jeszcze jednej rzeczy brakowało mi w tej książce tak bardzo, że aż bolało - kalendarium życia. Nie mogę sobie sprawdzić, w którym roku się urodziła - muszę przekopać całą książkę. Nie mogę również się dowiedzieć, kiedy nakręciła jakiś film (chyba że wejdę sobie na Filmweb, ale w biografii takie rzeczy być powinny). Kiedy adoptowała Maddoxa, a kiedy urodziła Siloh. Nie mogę ogarnąć jej życia jednym spojrzeniem, a gdy czegoś chcę, muszę grzebać w książce, a i to wcale nie znaczy, że dostanę datę tego konkretnego wydarzenia. Ta niedogodność ciągnęła się za mną przez całą lekturę. Parę razy zdarzyło mu się również zaprzeczyć temu, co napisał kilkanaście stron wcześniej.

Jeśli miałabym ogólnie podsumować tę książkę, nazwałabym ją bardzo dobrą. Wnikliwą, interesującą i porywającą na tyle, na ile biografia porywająca być może. Z całą pewnością "Angelina" pozostanie jedną z moich bardziej refleksyjnych książek. Z bohaterką mam wiele wspólnego, dlatego łatwiej było mi ją zrozumieć i denerwować się tymi przesadzonymi momentami na autora. Mimo to podziwiam biografów, że są gotowi wykonać tak syzyfową pracę, jaką jest przekopanie się przez tony materiałów o danej osobie i poskładać to wszystko w jedną całość, jaką jest książka. Szczególnie tak dobra książka, chociaż przed wadami nie zdołała się uchronić. Mam nadzieję, że Andrew Morton napisze również biografie innych postaci, które podziwiam. Najlepiej jest czytać, oglądając jednocześnie filmy, w których w danym momencie książki Angie zagrała - jest to naprawdę ciekawe doświadczenie. A tymczasem polecam Wam zapoznanie się z Angeliną Jolie w jego wydaniu.

niedziela, 19 czerwca 2011

"Evil at heart" - Chelsea Cain

Recenzja "Obłędu serca".
Recenzja "Wirtuoza zbrodni".

Mało jest książek, na punkcie których dostaję takiej obsesji, że nie widzę żadnych barier nie do pokonania, żeby je zdobyć, przeczytać. I tak jest w przypadku Chelsea Cain - póki co pierwszym historycznie udokumentowanym przypadku sięgnięcia przeze mnie po książkę angielskojęzyczną i przeczytania jej przeze mnie w całości. Szczególnie z moją niechęcią oraz nie do końca doskonałą znajomością owego języka.

Gdy się dowiedziałam, że wydawnictwo Prószyński nie zamierza wydać trzeciego tomu, wpadłam w histerię (bo jak można przerywać wydawanie jakiejś serii? Sadyzm, bezczelność i... nie powiem co jeszcze) i zrobiłam wszystko, by zdobyć tę książkę w innym języku. Znalazłam ją na Allegro, wręcz za grosze. I zaczęłam czytać. Stanęłam w okolicach strony setnej i tak trwało przez parę miesięcy aż do paru dni temu, kiedy wróciłam. I pochłonęłam "Evil at heart" niemal za jednym zamachem.

Ten tom różni się od poprzednich, bo głównej roli nie odgrywa tutaj związek Archiego i Gretchen, ale zamieszanie, jakie wprowadza fanclub seryjnej morderczyni. W mieście po raz kolejny zaczynają się nowe morderstwa, a Archie jest w tym czasie zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, zresztą na swoje własne życzenie. Niestety pewne wydarzenia sprawiają, że musi wyjść znowu na wolność i zająć się pewną sprawą, tym razem na własną rękę. Pomaga mu w tym oczywiście nieustraszona Susan Ward, tym razem z fioletowymi włosami. Wygląda na to, że Gretchen jednak nie opuściła miasta. Ta część ma pewną gigantyczną zaletę - poznajemy tutaj więcej tajemnic z przeszłości, z okresu, gdy Archie szukał Wirtuoza. Dowiadujemy się, na czym polegały ich pierwsze kontakty oraz dostajemy pomieszania pod koniec, gdy okazuje się, że tak naprawdę nie wiemy nic.

Przeczytanie książki w oryginale sprawia, że mogę oficjalnie skrytykować polskie tłumaczenie. Gdy czytałam Gretchen po polsku, miałam zawsze wrażenie, że jest lekko szorstką osobą, bardziej postawną i mówiącą głosem z lekkim echem, bądź delikatną chrypką. A czytając po angielsku, daleko było mi do tego wrażenia. Chyba nareszcie zobaczyłam ją taką, jaka jest. Oczywiście mówię tu o powierzchowności. Niestety było jej tutaj naprawdę mało, gdyż, jak powiedziałam, główną rolę odrywał tutaj jej fanclub.

Zakończenie przyprawiło mnie o siniaka na kolanie, gdy poszłam po ciemku do mamy, żeby jej powiedzieć: Mamo, Gretchen znowu...

Ale nie do kończę, ponieważ wciąż liczę, że zapoznacie się z moją kochaną seryjną morderczynią!

Przede mną jeszcze jeden tom. Chyba ostatni, o ile się nie mylę. Niestety muszę poczekać, bo Empik dał mu jakąś horrendalnie wysoką cenę. Wierzę, iż wkrótce zmądrzeją.

piątek, 17 czerwca 2011

"Całując grzech" - Keri Arthur

Recenzja tomu pierwszego - "Wschodzący księżyc".

Z utęsknieniem wyczekiwałam nowych przygód Riley, a drugi tom został niestety wydany w niefortunnym okresie - sesji. Jak napisałam przy okazji części pierwszej - ta książka nie pozwala skupić się na nauce, tylko zmusza, by ją przeczytać natychmiast i ani sekundy później. Sytuacja powtórzyła się i tym razem - "Całując grzech" pochłonęłam w jeden dzień, całkowicie ignorując fakt, iż powinnam uczyć się do egzaminu. Dlatego właśnie seria Zew nocy mnie szczerze przeraża.

Kolejne spotkanie z Riley, Quinnem oraz Rhoanem obfitowało w znacznie więcej wartości. Keri Arthur ograbiła tę książkę ze sporej ilości miłości fizycznej, co oznacza, że było jej o wiele mniej, ponieważ Riley miała przez cały tom mnóstwo refleksyjnych momentów, które sprawiły, że seks przestał dominować w jej życiu. Po raz kolejny mnóstwo osób próbowało ją zabić, jednak tym razem robili to bardziej konkretnie. Wątki z pierwszego tomu zaczęły się rozwijać, komplikować i wprowadzać zamieszanie w jej życie. Również miłosne.

Współczułam Riley w tej książce, ponieważ za dużo spadło na jej głowę, a w dodatku jej stosunki z Quinnem brzmiały mi tak znajomo, że nie potrafiłam nie wczuć się w jej sytuację. Kłótnie, jakie prowadzili, były znowu tak realistyczne - każdy chce od drugiego czegoś innego, cały czas powtarza się te same argumenty, a druga osoba nie chce ich przyjąć do wiadomości, przy czym jedna pozornie się zgadza, ale za chwilę okazuje się, że tak naprawdę jest jej do tego daleko. Całkowite poplątanie, w którym się w pewien sposób zakochałam, ponieważ pomyślałam: Samo życie! I taki jest fakt. Ludzie się kłócą w naprawdę głupi sposób.

Ta część jest lepsza niż poprzednia. Poważniejsza - "Wschodzący księżyc" był zorientowany raczej na zabawę, tutaj zaś były poważne decyzje do podjęcia i przekraczanie pewnych osobistych barier, co uwielbiam we wszystkich książkach - pokazująca, że autorka faktycznie ma pomysł na serię i konsekwentnie nad nim pracuje, nie rozwiązuje zagadek po łebkach, ale drąży je książka po książce. Najważniejszy jest jednak fakt, że widać, iż Riley rozwija się emocjonalnie. Nie przypominam sobie, by w pierwszym tomie sprawiała takie wrażenie, a tutaj? Jestem z niej dumna.

Nie mogę również nie wspomnieć o mojej miłości do okładek tej serii - szkoda tylko, że akurat na "Całując grzech" ma krzywe usta. Nie znoszę krzywych ust. Ale mimo to mają w sobie coś cudownego, nastrojowego. Może na którejś okładce znajdzie się Quinn? Pobożne życzenia, wiem...

Serię polecam głównie dlatego, że jestem nią zauroczona. Racjonalnych powodów podać nie potrafię. Zresztą podejrzewam, że można się ich doszukać w moich recenzjach. Coś nowego, ciekawego, rozrywkowego. I wciąga lepiej niż odkurzacz. Zresztą... czy jest coś racjonalnego w uczuciach?

Za książkę bardzo gorąco dziękuję

środa, 15 czerwca 2011

"Pisarz, który nienawidził kobiet. Podwójne życie seryjnego mordercy" - John Leake

Seryjni mordercy. Płatni zabójcy. Psychopaci. Mam do nich wszystkich słabość. Nie wiem dlaczego, ale po prostu uwielbiam książki, filmy, piosenki, obrazy, zdjęcia... O czymkolwiek można sobie tylko zamarzyć z tej kategorii. (Niezdrowo) Fascynują mnie te postacie. Bywają momenty, kiedy sama się o siebie i swoje zainteresowania martwię. Niestety nic na to nie poradzę. Uwielbiam ten temat i koniec kropka.

Wydawnictwo Znak wyszło naprzeciw moim zamiłowaniom, wydając książkę Johna Leake o jednym z najciekawszych seryjnych morderców, który wcale nie zabijał gdzieś za oceanem (w porządku - tam też mu się zdarzyło), ale całkiem niedaleko - w Wiedniu (mieście, które uwielbiam, chociaż w ogóle go nie znam, ale w ostatnim czasie poznałam jego najmroczniejszą stronę - właśnie dzięki tej książce). Muszę przyznać, że ta książka jest niezwykła, dokładna i wydaje się, jakby autor prześwietlił Jacka Unterwegera na wylot. Przedstawił wszystkie jego zbrodnie, życie, motywy. Jednak nie można tutaj mówić o suchych faktach - tę książkę czyta się jak powieść i co chwilę trzeba sobie na siłę przypominać, że to nie fikcja literacka, ale prawdziwy brutalny świat. Historia, która miała miejsce w rzeczywistości, na początku lat 90'.

Nie mogę wyjść z podziwu dla autora, że tak konsekwentnie pracował nad tą książką. Nie mogę zaprzeczyć, że poświęcił jej wiele czasu i sił - widać to w tak świetnym opracowaniu wszelakich materiałów i stworzeniu z nich całości. Dlatego widzimy problemy Jacka, jego własne motanie się w alibi, zeznaniach i "pomyłkach". Ale z drugiej strony niezwykłą charyzmę, skrupulatność i pewność siebie. Niewielu jest ludzi tak pokręconych jak Jack Unterweger, a John Leake mnie o tym przekonał, chociaż nie było łatwo.

Mam jednak jedno małe "ale" do tej książki. Chociaż była naprawdę świetna i wciągnęła mnie w świat seryjnego mordercy, czułam, że autor był bardzo tendencyjny, pisząc ją. Widać z miejsca, że od samego początku jest święcie przekonany o winie Jacka i poniekąd narzuca czytelnikowi swoje zdanie, zamiast dać mu samemu zdecydować, czy uważa, że Jack faktycznie zabił te jedenaście kobiet. Ja nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, jednak gdzieś w podświadomości czaiła się irytacja z tego powodu. I smutne jest również to, że nie było jednoznacznych dowodów przeciwko mężczyźnie, chociaż akurat tego nie mogę zarzucić autorowi, a nieudolnym śledczym. Muszę przyznać, że rozprawa w sądzie była jedną wielką farsą i najlepszym fragmentem (dość sporym w dodatku). Jack Unterweger wodził wszystkich za nos aż do samego końca i właściwie powiedziałabym, że robi to nadal.

Wydawnictwo zaś skrytykuję za czerpanie z Larssona. Wiem, że te tytuły brzmią chwytliwie, ale po jakimś czasie ma się tego szczerze dość. Bardzo podoba mi się niemiecki oraz angielski tytuł i zostałabym przy ich tłumaczeniu.

Jednak tak naprawdę czepiam się głupoty. Bo książka jest warta przeczytania, jeśli ktoś się interesuje tematyką. Świetne przypisy, bibliografia, a każdy może na własną rękę dokładniej przyjrzeć się seryjnemu mordercy, sięgając chociażby po książki napisane przez niego samego. Podziwiam Johna Leake za trud, jaki włożył w tę książkę. Jest niezwykła. No i brawa za okładkę, z której patrzy na nas osobiście Unterweger. Jest świetna.

Polecam.

Za możliwość recenzji dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 13 czerwca 2011

"Bezduszna" - Gail Carriger

To musi być ciekawe, nie mieć duszy w społeczeństwie, gdzie duszę - mniej lub więcej - raczej każdy ma. W dodatku jest się starą panną (aż dwadzieścia sześć lat!) i ma się w nosie konwenanse. Znaczy... czasami ma się je w nosie.

Alexia taka jest. W dodatku bywa upierdliwa, a wilkołaka raz posadziła na jeżu. I teraz się non stop kłócą. W międzyczasie znajduje się ona w niebezpieczeństwie. Nie tylko ona. Inne postacie (te z nadwyżką duszy) jak wilkołaki i wampiry także. Tylko jej parasolka nie jest zagrożona. Parasolka to również bardzo ważny bohater.

Nie mam zielonego pojęcia, jak opisać ten wielki banan, jaki wykwitł na mojej twarzy w pewnym momencie książki i mocno się trzymał aż do końca. Ja nigdy wcześniej nie miałam banana na twarzy, przysięgam! A ten był rasowy. Parskałam śmiechem, mówiłam do książki "oj ty kici kici" i tak zazdrościłam Alexi takieeego faceta, że Darcy przy nim jest nikim, ot co. I chociaż nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem tej książki, bałam się, że gdy już ją kupię, zawiodę się. I do szóstej strony byłam zawiedziona, od siódmej zamieniło się to w zachwyt i chcę przeczytać drugi tom natychmiast.

Może jednak spróbuję przez chwilę być konkretna. Dobra, wiem, że to niemożliwe. Ale na początku zaskoczył mnie język. Stylizowany na wiktoriańską komedię, jaką zresztą "Bezduszna" jest. Wiktoriańską paranormalną komedię, powinnam powiedzieć. Wszystko jest tam cudowne, Londyn mi się podoba, postacie zachwycają, a autorkę pokochałam za kilka słów o niej na okładce. Jestem już pozbawiona wszelkich wątpliwości wobec tej książki. I muszę powiedzieć, że ani jedna recenzja nie przekazała mi tego, co w niej znalazłam. Wy wszyscy mieliście rację tylko w jednym - to jest cholernie świetna książka. Podejrzewam, że odbierzecie wszelakie moje słowa jako bredzenie wariata, bo ja sama je tak odbieram (znając swój stan emocjonalny). Pozostaje mi tylko czekać, aż w moich progach zawita "Bezzmienna". Cóż Gail tym razem wymyśliła? Okaże się.

Zakochana w tej książce i oszołomiona chloroformem polecam z całej mojej (bez)duszy. Pójdę sobie kupić parasolkę, którą najwyżej komuś przyłożę, gdy mnie zdenerwuje. Takiej książki to ja jeszcze nie przeczytałam. Aczkolwiek część fragmentów przypominała mi bodajże jedną z ostatnich scen z książki "Emancypacja Mary Bennet". Ale tylko wydźwiękiem, bo tam to było niezachwycająco, tutaj wręcz przeciwnie.

Dobra, dobra, polecam raz jeszcze i już sobie stąd idę.

Niech mi ktoś zaparzy herbaty.

Proszę.

piątek, 10 czerwca 2011

"Dziewczyna, która pływała z delfinami" - Sabina Berman

Nie czytałam "Forresta Gumpa", więc moje pojęcie na temat prawdy zawartej w słowach na okładce nie istnieje. Pewnie będę się zastanawiać, gdy po ową książkę sięgnę, czy to ona jest na miarę "Dziewczyny, która pływała z delfinami".

Tak naprawdę nie spodziewałam się po tej książce zupełnie niczego. Nie popatrzyłam nawet na opis - tylko na okładkę, tytuł i tego nieszczęsnego Forresta. Dopiero później, gdy dotarła do mnie przesyłka, przeczytałam, że Twój Styl dało książce odznakę "Czytania wolnego od stresu". I naprawdę "Dziewczyna..." jest spokojna. Niczym te nieszczęsne delfiny. Ale o delfinach później.

Bohaterka jest dzieckiem z autyzmem. Całą historię poznajemy z jej punktu widzenia, co z początku wydawało mi się dziwne, byłam pewna, że autorka sobie nie poradzi, ale jednak udało jej się całkiem nieźle. Za to przeżywamy naukę mówienia, poznajemy świat oczami osoby z autyzmem. I płyniemy przez książkę, niczym Karen ze swoimi ukochanymi tuńczykami w morzu. Tak, te delfiny z tytułu w rzeczywistości są tuńczykami - podejrzewam, że tuńczyki są znacznie mniej medialne niż te urocze wodne ssaki, dlatego nie znalazły się na okładce. Ale żeby nie było, że tytuł wziął się znikąd - z tuńczykami pływały również delfiny. Tylko o nich było mało mowy... A o tuńczykach za to bardzo dużo, ponieważ są one głównymi postaciami zaraz po Karen. Ciotka Karen ma fabrykę tuńczyka w puszce. I w związku z tym dzieją się różne rzeczy. Ale o tym poczytacie sami.

Co mi się podobało w tej książce? Spokój, relaks, morze. Czytało się powoli (ale nie żmudnie), a poznawanie świata Karen było ciekawym doświadczeniem. Głównie dlatego, że stroni ona od ludzi, jeśli tylko może, najchętniej spędziłaby życie wśród ryb, jest wegetarianką, ma pewne wybitne uzdolnienia, ale z drugiej strony spora część jej umysłu pozostaje na poziomie siedmioletniego dziecka. Czasem to widać, czasem nie. Ta dziewczyna jest niezwykła, wzbudza sympatię, szczególnie gdy pozna się ją lepiej. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że pokazuje, że czasem warto poddać się całkowicie dziecku, które w nas drzemie i postawić wszystko na jedną kartę, nie zważając na późniejsze konsekwencje. Może dlatego jej ciotka słuchała tego, co mówi Karen i dostosowywała się do słów dziewczyny.

"Dziewczyna, która pływała z delfinami" jest książką dobrą, przemyślaną i nie przesadzoną. Karen zaskakuje. Naprawdę ją lubię. A książkę wam polecam na jakieś popołudnie na plaży. Szum morza będzie do niej cudownym soundtrackiem.

Za egzemplarz dziękuję wydawnicwu

Tydzień był dość napięty. Powiedzmy, że go ogarnęłam, a w przyszłym tygodniu zaczyna się na dobre sesja! Czysta radość, nie mam co do tego wątpliwości... Przede mną osiem egzaminów i trzy za mną. I jeszcze muszę w końcu zdobyć jedno zaliczenie. A co tam... ja już myślę o wakacjach. Cóż za radość wiedzieć, że z niektórymi wykładowcami w przyszłym roku się nie zobaczę!
Pewnie trafię na jeszcze bardziej denerwujących :D.
Ten weekend zamierzam trochę nadrobić czytelniczo. Głównie myślę tutaj o "Pisarzu, który..." i "Bezdusznej". A może i z Angie się wyrobię? Chciałabym :).
Miłego weekendu, Kochani! A tym, którzy mają sesję, życzę, by nie uczyli się za dużo, bo to szkodzi ;).

niedziela, 5 czerwca 2011

"W północ się odzieję" - Terry Pratchett

Fanką Pratchetta nigdy nie byłam i raczej już nie będę. Wiem, że powtarzam się po recenzji "Łups!", bo tam napisałam to samo na wstępie. Jednak dzisiaj sprawa wygląda trochę inaczej - bo tę książkę przeczytałam akurat z wielką przyjemnością, bardzo mi się podobała, ale mimo to raczej nie pójdę w ślady swojej przyjaciółki, która tego autora uwielbia. Pratchetta mogę czytać wybiórczo, ale całego Świata Dysku nie przeczytam. To niemożliwe. Nie dla mnie.

Lubię czarownice, a tutaj taka jedna (o wdzięcznym imieniu Tiffany, z którym mam miłe skojarzenia) jest główną bohaterką, która to odzieje się w północ. Czarownicą może zbyt altruistyczną, ale za to inteligentną, uzdolnioną i odważną. To ona pocałowała Zimistrza, przyłożyła królowej elfów patelnią (śmiać mi się chciało, bo przypomnieli mi się wtedy "Zaplątani") i notorycznie się nie wysypia, bo przecież tyle osób sobie bez jej pomocy nie poradzi! A tu jeszcze jej przyjaciel lata za jakąś falbaniastą lalką, która jest jego narzeczoną. W dodatku nagle ludzie zaczynają widzieć we wszystkich czarownicach to, co najgorsze... I wygląda na to, że Tiffany się nie wyśpi.

Pokochałam w tej książce Nac Mac Feeglów z ich dziwnym poczuciem honoru. Polubiłam, nawet bardzo, Tiffany, która może i jest wielką ciut wiedźmą tych wzgórz, ale z drugiej strony momentami tak mało wiedźmowatej wiedźmy to ja nigdy nie widziałam. A kiedy indziej znowu pokazuje, na co ją stać.Było dość zabawnie, z pewnością ciekawie, bohaterowie mi się spodobali, mój wyrok śmierci na Pratchetta został odroczony, a ja sama niemalże umarłam z zachwytu, gdy zobaczyłam bohaterów "Łups!" i ich rozpoznałam. Nagle poczułam, że przynależę do Świata Dysku.

Tiffany i Feeglowie sprawili, że mi się ta książka podobała. Naprawdę, chociaż i dla mnie to brzmi abstrakcyjnie. Ale muszę przyznać, że gdy decydowałam się na zrecenzowanie jej, wiedziałam, że ta będzie inna, że ją bardzo polubię. Tiffany od pierwszych słów doprowadziła do tego, że uwierzyłam, że Pratchett jest fajny.

"W północ się odzieję" polecam. Naprawdę. Bo skoro moje zdanie o tym autorze zmieniła, to może i innych? A fanów tego autora zachęcać na pewno nie muszę. Ja, jako zaskoczona tak pozytywnym przeze mnie tej książki, informuję, że polecam. Polecam. Naprawdę. I przeczytam chętnie inne książki prawiące o Tiffany, takiego "Zimistrza" na przykład.

A na okładce Tiffany to ta w zielonym, a te małe niebieskie przy jej nogach to Feeglowie. Ja tam ich sobie na niebiesko nie wyobrażałam. Ale mogą i być niebiescy. Jestem tak zadowolona z tego, że mi się tak spodobało, że krytykować nie będę niczego. Bo w sumie i tak nie bardzo jest co krytykować.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu

sobota, 4 czerwca 2011

Stosik.




Przybłąkały się w tym tygodniu. A jedna paczka czeka jeszcze na poczcie.
Spodziewajcie się wkrótce recenzji Pratchetta.

czwartek, 2 czerwca 2011

"Pożeracz snów" - Bettina Belitz

Lubię fantasy, ale nie w nadmiarze. Przeważnie jest ono moim lekarstwem na smutek i samotność, ponieważ znajdujemy tam miłości, fantastyczne wydarzenia, których na darmo by szukać w życiu codziennym. Takich emocji nie ma w "normalnej" literaturze, której mimo wszystko trudniej jest doprowadzić czytelnika do takich uczuć, ponieważ brakuje tutaj tego jednego elementu - magii.

Po raz kolejny książka trafiła do mnie w momencie idealnym, gdy znowu namieszałam w swoim życiu. Zawsze chcę wtedy wylądować w zupełnie innym świecie. W miejscu, z którego nie zostanę brutalnie wyrwana nieoczekiwanym zakończeniem, gdy chciałabym jeszcze poczytać. Tutaj było mi daleko do rozczarowania, ponieważ "Pożeracz snów" jest książką po prostu grubą. I ma taką śliczną, spokojną, melancholijną okładkę, która wyjątkowo dobrze oddaje treść. Zdecydowanie jest ona ładniejsza niż w wydaniu oryginalnym. Tak samo jak ładniejszy niż w oryginale jest tytuł. Pożeracz snów kojarzy mi się z taką futrzaną kulką z wielkimi zębiskami i wielkimi okrągłymi oczami. Moje skojarzenie sprzed lektury nie jest zgodne z przestawieniem tego stworzenia w książce. Książce niezwykłej, która mnie zaczarowała.

Jestem przyzwyczajona do głupawych bohaterek, które zakochują się bez pamięci w idealnych mężczyznach, którzy w ostateczności rzucają wszystko, by z tymi dziewuchami być. I z początku wydawało mi się, że Elisabeth będzie taka sama. Zblazowana panienka, niezadowolona z tego, że rodzice wywieźli ją z Kolonii i kazali zamieszkać na jakiejś głupiej wsi. I faktycznie tak było na początku, jednak później dowiedziałam się, że to jest maska. Ta dziewczyna jest naprawdę inteligentna, silna i boi się wielu rzeczy, ale nie poddaje się, stara się dopasować do społeczeństwa. I wcale nie zakochuje się w najfajniejszym chłopaku w miejscowości. Ona szuka kogoś innego i dopiero po jakimś czasie zaczyna powoli orientować się w uczuciach, jakie w niej siedzą, a nie natychmiast, od pierwszego spojrzenia. Zaś mężczyzna jej snów nie śledzi jej maślanym wzrokiem.

Również sytuacja nie jest taka, jak w typowej książce. Oczywiście mamy jakieś nadprzyrodzone stworzenie, tajemnice, drobne intrygi i problemy (te z rodzicami również), ale nie są one wysunięte na pierwszy plan, lecz splatają się ze sobą wzajemnie, tworząc historię, której nie można wiele zarzucić, ponieważ nie czuć ani przesytu rzeczy, które sprawiają, że mam ochotę złapać się za głowę, ani niedosytu związanego z długim oczekiwaniem na to, o czym się pragnie przeczytać. Nie ma lukrowej słodyczy, ani tragedii, która zwiastuje brak happy endu, który nagle wyskakuje jak królik z kapelusza - nieoczekiwanie i bezsensu. To jedna z niewielu książek, na które reagowałam wręcz fizycznie, nie tylko emocjonalnie. A jeszcze mniej było takich, w których zaczęłam się śmiać na początku strony na cały głos, ale wciągnęła mnie tak, że zorientowałam się dopiero, gdy dochodziłam do końca strony.

To nie jest jedyny tom. W Niemczech wyszły do tej pory dwa, a na początku tego roku planowane było wydanie trzeciego. Ja z całą pewnością je przeczytam. Jestem chorobliwie ciekawa, jak wszystko się potoczy, co będzie dalej z Colinem i Elisabeth i jak bardzo będą oni walczyć może nie tyle o siebie, ale o swoje sny.

Zauważę tylko, że ta książka nie jest doskonała. Podejrzewam, że Bettina Belitz jeszcze wypracuje się w pisaniu. Tutaj tylko czasami nachodziły mnie uczucia podobne do tych, jakie miałam, gdy czytałam "Anioła" Dorotei de Spirito, szczególnie gdy Bettina wchodziła w bardziej poetyckie opisy. Mignął mi też dwa lub trzy razy "Zmierzch". Ale jeśli o mnie chodzi, plagiatowanie (którego tutaj pod żadnym pozorem nie ma!) tej sagi nie jest żadnym przestępstwem. Szczególnie, gdy robi się to znacznie lepiej, ciekawiej, mniej mdło... Amerykańscy autorzy powinni się wzorować na tej książce, ponieważ nie spłaszcza ona odbierania świata przez nastolatki i nie ogranicza go tylko do: Ale ciaaaacho, zakochałam się!

Może dlatego "Pożeracz snów" zauroczył mnie tak bardzo. Nie jest natarczywy, wszystko płynie w nim powoli, a ja mogłam rozsmakowywać się w trakcie czytania. I Wam również tego życzę.

Premiera 16. czerwca.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa