wtorek, 31 maja 2011

"Kłamca" - Jakub Ćwiek


Po przeczytaniu "Mitologii germańskiej" i moim zakochaniu się w Lokim C.S. odkryła gdzieś w czeluściach strony wydawnictwa Fabryka Słów "Kłamcę", który opowiada właśnie o moim ukochanym bogu. Moje podejście było dość dziwne, ponieważ najpierw niespecjalnie chciałam przeczytać tę książkę, aż pewnego dnia wpadłam w szał poszukiwania tytułu. Gdy znalazłam, nie mogłam się powstrzymać od chęci przeczytania. I tak walczyłam ze sobą samą, aż w niedzielę w ramach pocieszania się poszłam do Matrasa, gdzie ze wszystkich części trylogii była właśnie pierwsza! Jestem pewna, że gdyby to była normalna sytuacja, na półkach znalazłaby się druga albo trzecia... Fortuna jednak dopisała, a ja stałam się trochę uboższa. Mimo to sądzę, że zasłużyłam.

Pewnie nie wyda się Wam dziwne, że jednym z głównych atutów książki jest okładka. Jak ja się nią zachwycałam! Mogę się w nią wpatrywać i robić maślane oczka do Lokiego, który nic sobie z tego nie robi, bo myśli o swojej żonie Sygin, która, ratując go, zapadła w wielowiekową śpiączkę. Ale wbrew pozorom to nie jest ckliwa historyjka. Ćwiek raczy nas Kłamcą z poczuciem humoru, który pracuje dla aniołów chrześcijańskiego boga, które zrujnowały jego ukochaną Valhallę. Jest specem od brudnej roboty, której nie godzi się wykonywać aniołom, ale jest im ona na rękę. Przy okazji pracuje on dla samego siebie, chociaż anioły są zbyt głupie, by przejrzeć jego plany.

Ćwiek wykreował Lokiego tak, że jest niezwykle pociągający, bardziej męski niż w mitologii. Niestety nie widzę go wystarczająco dużo w tej książce. Są historie, zadania, które on wykonuje, ale jakby były gdzieś poza nim. Dlatego odnoszę wrażenie, jakby Loki tak naprawdę nie przejmował się zupełnie niczym. Ani Sygin, ani aniołami, ani sobą samym. Robi, co musi i na tym wszystko się kończy. Potencjał nie jest w pełni wykorzystany. Mimo to im dalej brnęłam, tym bardziej to akceptowałam, bo Lokiego przybywało wraz z głupimi pomysłami. Jednak nie potrafię się tą książką zachwycać. Ile bym o niej nie myślała, wciąż nie wiem, co tak naprawdę o niej sądzę. Bo chcę przeczytać kolejne dwa tomy, by dowiedzieć się, po kiego są mu potrzebne aniele pióra, co z Sygin i w jaki sposób do diabła odegra się w końcu na tych, którzy weszli mu w drogę. Ale sam styl autora mnie nie zachwyca. Czułam się, jakbym pływała gdzieś po powierzchni i nie mogła się zagłębić w książkę, bo po prostu się nie dało. Jestem trochę zawiedziona.

Mimo to pewnego pięknego dnia przeczytam kolejny tom, gdy tylko będę miała możliwość. Bo ja kocham tego Kłamcę. Tylko chyba nie kocham autora. Albo tylko mi się wydaje, że go nie kocham i przekona mnie do siebie później. Bo czuję się tutaj poza emocjami, poza światem. Widzę Lokiego, anioły i różne cuda. Ale nie widzę, by autor sam wierzył w to, że napisał to dokładnie tak, jak chciał. Może i tak zrobił. Ale z pewnością nie zrobił tego tak, jak chciałam ja.

poniedziałek, 30 maja 2011

"Pigmej" - Chuck Palahniuk

Ja nie rozumiem, dlaczego najlepiej myśli mi się w wannie. Po przeczytaniu każdej książki - a przed napisaniem recenzji - powinnam wziąć kąpiel, żeby móc tam ułożyć swoje myśli. Tym razem doszłam do wniosku, że Chuck Palahniuk jest pisarzem na wskroś amerykańskim. W jego pisarstwie widzę tę iskrę amerykańskości, której nie dostrzegam u żadnego innego autora, no może w ramach wyjątku u Trumana Capote, ale tutaj mówimy o innym umiejscowieniu w czasie. Capote kojarzy mi się z czasami prohibicji, a Palahniuk z latami 90'. Co ciekawe - oboje są (a raczej w przypadku Trumana powinnam użyć czasu przeszłego) homoseksualistami. Może to podświadomie ich łączy? Może to właśnie mi się podoba?

"Pigmej" jest satyrą na społeczeństwo amerykańskie. Tytułowym Pigmejem jest tajny agent w wieku lat trzynastu, pochodzący z kraju o reżimie totalitarnym (przypadkiem okazało się, że na okładce jest to ujęte bardzo podobnie).  W ramach wymiany międzynarodowej trafia do amerykańskiej Rodziny Goszczącej. Właśnie tam, wraz z innym agentami, dążą do przeprowadzenia operacji "Chaos", która zniszczy konsumpcjonizm i konsumpcyjne, niemoralne społeczeństwo amerykańskie. Jak się dowiedziałam, Chuck Palahniuk często w swoich książkach potępia konsumpcjonizm, co w tym przypadku zostało akurat świetnie ujęte, poparte ideologiami takiego Stalina, Hitlera, Trockiego, Marksa oraz innych, których słowa są przytaczane w "Pigmeju". Co ciekawe - nasi tajni agenci nie są przystosowani do życia w Ameryce, popełniają głupie błędy, a Amerykanie tych błędów nie rozumieją, ale akceptują. I chociaż niebezpieczeństwo jest coraz bliżej, a oni mogą je bez problemu zauważyć, wolą być zaślepieni. Wady i dziwactwa są tutaj groteskowo wyolbrzymione (pomaga w tym styl, w jakim książka jest napisana, głównie z jego powodu jestem ciekawa innych książek autora, ponieważ chcę wiedzieć, czy jest to powtarzalne, czy też jednorazowe).

Szczególnie mnie cieszy, że "Pigmej" zdecydowanie nie jest utworem dla osób delikatnych. Momentami bywa brutalny, niesmaczy, obrzydza. A z drugiej strony fascynuje swoją formą. Może wywoływać głośny sprzeciw, ale jednocześnie nie można się z nim nie zgodzić. Wszystko zależy od punktu widzenia. Autor daje nam możliwość samemu zadecydowania, co o tym myśleć, a pisarze przeważnie starają się delikatnie zasugerować czytelnikowi, jak ich utwór powinien być odbierany - tutaj tego nie zauważyłam. "Pigmej" ma w sobie coś wyjątkowego, niepowtarzalnego, zaskakującego. I bawi. Specyficznie, cynicznie, ponuro. To chyba najlepsze określenie czarnego humoru. Nie wiem jak inni, ale ja go tutaj bezwarunkowo widzę.

Oficjalnie uznaję Chucka Palahniuka za moje literackie odkrycie. "Pigmej" ma w sobie coś, co mocno cenię, a czego nie potrafię zwerbalizować. Jest książką tak interesującą, że bardzo się cieszę z możliwości przeczytania jej. Osobiście ją polecam, chociaż wiem, że w jej przypadku każdy powinien się zastanowić, czego od niej oczekuje i czy na pewno jest to typ literatury dla niego. Bezpardonowe opisy i określenia mogą niektórych z miejsca odrzucić. Mnie nie odrzucają. Wręcz do siebie przyciągają. Chyba na tym polega szukanie prawdy w literaturze, bo po przeczytaniu tej książki mam wrażenie, jakby już żadne fantasy nie było w stanie mnie poruszyć. Na szczęście wiem, że tak nie jest.
Za każdym razem kiedy coś napisze, myślę, że to najbardziej obraźliwa rzecz jaką kiedykolwiek napisałem.(...) Jednak nie, zawsze siebie zaskakuję
 Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu

sobota, 28 maja 2011

"Lektor" - Bernhard Schlink

Film na podstawie tej książki to chyba jeden z najważniejszych obrazów roku 2008. Dużo później dowiedziałam się, że wcześniej była jakaś książka i z miejsca postanowiłam ją przeczytać. Niestety minęło sporo czasu, ale w końcu dopięłam swego.

Spodziewałam się, że "Lektor" to grubsza książka, ale nie, ma niecałe dwieście stron, co z początku wydało mi się abstrakcją (nawet sprawdziłam, czy stron ktoś nie wyrwał, naprawdę nie wierzyłam). Bo jak zmieścić treść, nawał treści, które są w filmie w takiej małej książeczce? Od razu mówię, że patrzyłam na nią poprzez pryzmat ekranizacji. I może dlatego mam o niej takie zdanie, a nie inne... Zresztą i na okładce znajdują się obrazy z filmu, jakby nie pozwalając mi się od tego uwolnić.

"Lektor" zawiera w sobie parę wątków trudnych - romans piętnastolatka i dorosłej kobiety; sprawę holocaustu; pojęcie sprawiedliwości oraz wstydu. Historia przedstawiona jest w postaci krótkich rozdziałów, w których ma się wrażenie, że są urwane. Oczywiście w końcu doszłam do wniosku, że to celowy zabieg i tak było najlepiej, ale wolę czytać książki, które są spójne. Ale znowu narrator sam przyznaje, że wszystkiego nie pamięta. A z drugiej strony nie wszystko jest ważne. Jednak widzę tutaj puste przestrzenie. I postać Hanny. Oczywiście ekranizacja nadała jej twarz, której nie potrafiłam wyrzucić z głowy. Sceny w książce były dla mnie kadrami z filmu. Nie było to dobre dlatego, że książkowa Hanna różni się trochę od tej filmowej. Ta ostatnia jest twarda, pewna siebie. Zaś w książce widziałam ją raczej jako dziewczynkę, która nigdy nie robiła tego, co chce i czuje mnóstwo ograniczeń, a gdy na jej drodze pojawi się problem, reaguje przerażeniem i agresją, ponieważ tak naprawdę nie zna innego sposobu, chociaż ją to boli. Te dwie Hanny mają u mnie tę samą twarz, ale nic poza tym. A i twarz czasem się zamazywała i najchętniej odebrałabym Kate Winslet tę rolę. Dlatego w końcu uznałam, że oddzielę film od książki. Bo tak będzie prościej. Film jest lepszy.

Największą zaletą powieści jest przedstawienie uczuć Michaela w związku z obozami, jego drogę do zrozumienia wszystkiego. Są sceny opisane niemal cudownie, ale inne potraktowane po macoszemu, niezadowalające. "Lektor" nie jest jednolity. I o ile uważam jego przekaz za ważny, to bardziej skłaniam się ku filmowi. Dlatego film polecam z całego serca, książkę tylko osobom zainteresowanym. Bo mnie nie zachwyciła. Jest dobra, jest w porządku, ale daleko jej do tego, czego oczekiwałam.

piątek, 27 maja 2011

Wielki coming back. I któryś tam z kolei stosik.

Miałam wrócić jutro, ale impreza, która była zaplanowana na dziś, została przełożona właśnie na jutro, więc powrót nastąpił szybciej. Ale to fajnie! Bo w sumie wbrew oczekiwaniom nie muszę niczego odreagowywać. Oficjalnie oznajmiam, że w dniu dzisiejszym zakończyłam sesję zimową. I pomińmy, że za dwa i pół tygodnia zaczyna się letnia.


Zaś stosik jaki jest, każdy widzi. Taki po części nieplanowany. Otwiera go "Mężczyzna, który nienawidził kobiet", i którym chyba się już kiedyś chwaliłam, ale o tym zapomniałam. Skleroza, to już ten wiek... Pod nim dumnie prezentuje się drugi tom Trylogii Czarnych Kamieni, który użyczyła mi C.S., mimo że nie pokochałam jej ukochanej serii ^^. Dziękuję! Dwie książki niżej to moje matrasowe zakupy, bo uznałam, że zasługuję (wtedy jeszcze nie miałam czym, ale uznam to za przeczucie i nagrodę na wyrost). "Bezduszną" chciałam przeczytać od zawsze, a Viewegh tak mnie urzekł "Mężczyzną idealnym", że no... nie mogłam sobie odpuścić, zwłaszcza że kosztował tylko pięć złotych. Niżej wypożyczenie z biblioteki. Pora zagłębić się bardziej w literaturę koreańską. Chciałam to przeczytać. Biblioteka zrekompensowała mi tą książką brak "Draculi", który w katalogu był dostępny. A że dopiero się z biblioteką oswajam, wolałam nie pytać bibliotekarek. To nie ten poziom wtajemniczenia ;).
Dwie niżej to przesyłka od wydawnictwa MUZA. Serdecznie dziękuję. 44 Scotland Street to seria mi nieznana, ale chyba pora to zmienić. Więc zmienię. Allende chciałam zawsze przeczytać, więc mam okazję. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Na samym dole zaś również chciany przeze mnie "Lektor". Po obejrzeniu filmu MUSIAŁAM po niego sięgnąć. Teraz miałam okazję. Recenzja jutro. Znaczy... jak ją napiszę, bo mam taką ogromną ochotę porównywać książkę z filmem i za cholerę nie wiem, jak to zrobić, żeby tego nie robić! Może coś wymyślę.

PS Tatusiu, uważałam, że to niemożliwe, by czytali mojego bloga, ale chyba to zrobili, bo dostałam zaliczenie, chociaż w zasadzie nie odpowiedziałam na żadne pytanie! Dziękuję! A pokazywać na razie nikomu niczego nie musisz, oszczędzaj siły do sesji letniej ;).

PS2 C.S. zdałam! xD.

PS3 Nowa księgarnia internetowa http://prolibri.pl/ właśnie startuje, przyjrzyjcie się jej bliżej ^^.

poniedziałek, 23 maja 2011

Moi Kochani!

Ten tydzień zapowiada się strasznie. Po części z mojej winy, po części z powodu idiotyzmu i złośliwości pewnych osób. Nie mnie w tej chwili roztrząsać, muszę sobie z tym poradzić i w tym momencie chcę Wam powiedzieć, że nie pojawię się przynajmniej do sobotniego popołudnia, jeśli nie do niedzieli. Postaram się wszystko załatwić i już nie musieć niczym przejmować.
Mam nadzieję, że na mnie poczekacie.

Całuję,
Alina.

sobota, 21 maja 2011

"Po deszczu przy księżycu" - Akinari Ueda

Książka ta jest zbiorem japońskich opowiadań grozy. Dlatego nie będzie dziwne, gdy spotkamy tutaj duchy, upiory, bogowie i magia. Wszystko to oczywiście bazuje na japońskich (i chińskich) wierzeniach.

Ciężko mi powiedzieć, co jest najciekawsze w tym zbiorze. Bo o ile same historyjki są dość banalne, przewidywalne i moralizujące, to jest to skarbnica wiedzy na temat osiemnastowiecznej (oraz wcześniejszej) Japonii, język jest naprawdę ładny i plastyczny, a książka wciąga. Już wcześniej niektórym osobom się skarżyłam, że Wiesław Kotański, który popełnił tłumaczenie książki, powinien umieścić przypisy (których naprawdę jest ogromna ilość!) pod tekstem, a nie na końcu każdego opowiadania. Niestety byłoby to naprawdę ciężko czytać, w związku z czym ja najpierw czytałam opowiadanie, następnie przypisy do niego, z czego często wynikało, że czytałam dwie różne historie. Ale przez to łatwiej było mi ogarnąć całą treść.

I chociaż narzekałam na ten układ, doszłam do wniosku, że jest on całkiem dobry. A gdyby całkiem pominąć przypisy, straciłabym wiele. Straciłabym analizę stosunków społecznych, opisanie każdego zjawiska japońskiej kultury, które Ueda zamieścił w swoich opowiadaniach (a było tego naprawdę mnóstwo). Przy okazji mogłam się sprawdzić, na ile jestem w stanie sama to wszystko zauważyć i, ku połechtaniu mej miłości osobistej, wynik okazał się całkiem niezły. Kotański wykonał naprawdę świetną pracę i uświadomił mi, jak ciężko tłumaczyć książki związane z kulturą orientalną.

Zaś książka sama w sobie (abstrahując od przypisów) jest przyjemna, w rzeczywistości nieskomplikowana, jeśli posiada się jakąś elementarną wiedzę na temat Japonii i fascynująca ze względu na mnogość paranormalnych postaci. Dodatkowo sam Ueda nie jest w pełni autorem tych historii, ponieważ są to w większości opowiadania chińskie, przetłumaczone i przekształcone przez niego. Ale, żeby nie było, że autor plagiatuje, w Japonii uważa(ło?) się, że wplecenie dużej ilości cudzych treści do własnego tekstu uchodzi za przejaw elokwencji i przez to jest o wiele lepiej i ciekawiej, szczególnie dla osób wykształconych, które mogły to wyłapać. Byłam tym faktem zdziwiona, ale jednocześnie bardzo mi się spodobał.

Polecam tę książkę, bezwzględnie miłośnikom Japonii, względnie innym. Podejrzewam, że nie każdy ją doceni, ale myślę, że naprawdę warto po nią sięgnąć. Najchętniej bym ją sobie kupiła, ale ku mojemu rozczarowaniu nie ma jej nigdzie, wyłączając biblioteki.

piątek, 20 maja 2011

"Sprawa osobista" - Kenzaburō Ōe

Mój egzemplarz pachnie perfumami i, zamiast pisać recenzję, wącham go sobie. Pachnie tylko tylna część okładki, leżała chyba za długo na buteleczce... Ale o czym ja to?... Ach, noblista. Japoński na dodatek. Nie lubię noblistów, bo przeważnie mnie nudzą. Nie jest to regułą, ale muszę przyznać, że zdarza się dość często. Walczę z tym uparcie, czasem bezskutecznie. Ten mnie zdrowo wymęczył, truł o jakiś... Zaraz do tego dojdę. "Sprawa osobista" nie jest złą książką, ale mnie strasznie nudziła i nie podejrzewam, bym miała kiedykolwiek jakieś szczególnie mocne chęci powrócenia do niej.

Powiedziałabym, że to powieść o dojrzewaniu, chociaż główny bohater jest formalnie dorosły. Również o pokonywaniu własnych ograniczeń. Jest to książka po części autobiograficzna (niestety nie wiem w jakim stopniu) i aż się prosiła o to, by ocenić autora pod względem moralnym. Jednak nie mogę tego zrobić, ponieważ nie wiem, jak bardzo utożsamia się on z Ptakiem. Za to mogłam się przyglądać bohaterowi, który cały dzień czekał na telefon ze szpitala z nadzieją, że jego nowonarodzony syn nie żyje. Bezskutecznie. W tym czasie spędzał upojne chwile z dawną przyjaciółką, gdy jego żona o tym nie wiedziała. I czekał na ten telefon...

Pomijając kwestię fabularną, widziałam tu smutek, panikę, ucieczkę, ograniczenia. I niezwykłe tchórzostwo. Ale z drugiej strony go rozumiem, bo świadomość, że syn urodził się z przepukliną mózgową, co sprawia, że nawet po operacji istnieje niewiele większa szansa na to, że będzie zdolny normalnie funkcjonować, może człowieka naprawdę dobić i wtedy faktycznie mogą najść myśli, że lepiej, żeby nigdy się nie urodziło, umarło zaraz po urodzeniu... I tak myśli Ptak i dąży do tego, by to się stało. Oddala się od żony tak bardzo, że nie wiemy o niej nic, oprócz tego, że ona myśli, iż ich syn ma wadę serca. Potem widzimy tylko Himiko, Ptaka i czasem inne postacie, zdecydowanie mniej istotne. Np. pielęgniarki i lekarzy. W scenach z nimi można dostrzec pewną paranoję.

Książka opowiada o trudnym wyborze. Ale jednocześnie obchodzi mnie to mniej niż zeszłoroczny śnieg, ponieważ ja się nudziłam. Okropnie. Cudem tylko ją skończyłam. To nauczka na przyszłość - następnym razem, gdy w taniej książce zobaczę książkę azjatyckiego autora, powinnam poważnie się zastanowić, czy na pewno chcę ją przeczytać. Na noblistów patrzeć z jeszcze większą podejrzliwością. To wcale nie znaczy, że wykluczam sięgnięcie po inne książki tego konkretnego autora. Jednak na dzień dzisiejszy, wczorajszy, zeszłomiesięczny i przyszłotygodniowy go nie lubię i nie chcę go widzieć.

środa, 18 maja 2011

Czas mija szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Może nie zdajecie sobie sprawy, ale mój blog kończy dzisiaj roczek. A mimo to nie jest raczkującym berbeciem, ale słodkim dzieckiem, które chodzi, mówi i czasem potrafi tupnąć nogą i krzyknąć! Rzadko się zdarzało w przeszłości, bym jednego bloga prowadziła konsekwentnie przez tak długi czas. Żebym tak bardzo pokochała stworzony przeze mnie świat.

Tradycją blogową są podsumowania rocznicowe. Ja się wyłamię, bo tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, ile książek/stron przeczytałam, z iloma wydawnictwami nawiązałam współpracę, ile mam komentarzy, ile wejść, ile kupiłam/dostałam książek w trakcie tego roku. To był rok pełen zmian, odnajdywania siebie wśród stron i okładek, rozumienia.

Mogłabym powiedzieć, ile blog dla mnie zrobił. Ale rozdrabniać się nie będę. Bo oprócz poznania Was, co jest naprawdę wartościowe, nabyłam zwyczaju rozmyślania nad treścią każdej, choćby najgorszej, książki. I to sprawiło, że moje czytanie nie okazywało się w żadnym wypadku jałowe. Zaś Wy mnie wspieraliście, zarażaliście entuzjazmem i wzmogliście mój książkoholizm. Minął rok na tym blogu, a ja go nawet nie zauważyłam. I chociaż naprawdę nie zaczęło się to tutaj, ale w innym miejscu w Sieci prowadzonym wraz z C.S., to ten blog tak naprawdę otworzył mi te najważniejsze drzwi. Dojrzałam czytelniczo. Wierzę, że z każdym kolejnym rokiem to się rozwinie.

Oczywiście nie może obyć się bez życzeń. A więc życzę mojemu blogowi:
- więcej recenzji, regularnych, lepszych niż kiedykolwiek, pisanych z pasją aż po życia kres
- więcej radości z obcowania z Wami oraz wydawnictwami, którym bardzo dziękuję za egzemplarze, przez co mój blog nie jest zacofany w lata ubiegłe, ale posuwa się naprzód wraz z nowościami
- kolejnego ślicznego szablonu, gdy ten już mi się znudzi (oby nie!)
- czytelników równie wspaniałych jak Wy
- radości, braku zwątpienia
- bycia

A czego życzę sobie (bo niektórym pewnie jest wiadome, że z dniem jutrzejszym przestanę być radosną nastolatką):
- dalszego pisania bloga i pisania więcej
- spełnienia swoich marzeń
- bycia nareszcie w pełni szczęśliwą
- skończenia jakiś studiów
- znalezienia swojego miejsca
- dalszej możliwości obcowania z Wami
- i żeby mój plan wakacyjny się spełnił! ale o nim mogę zacząć myśleć dopiero w piątek

Dzisiaj zdarzył się jeden ciekawy dialog, którego efektem była poniższa wypowiedź:
- Wiesz, mnie faceci nudzą, ja naprawdę nie chcę się wiązać. Chcę jeszcze móc pożyć. Kocham moje życie. Nieważne, że składa się ono wyłącznie z komputera i książek.


Oczywiście bez książek nie mogło się obejść. Dziękuję wydawnictwom, a za bluzkę, która posłużyła jako tło sponsorowi, czyli mamie :).
Wam dziękuję za obecność, blogi, komentarze, słowa, książki... za wszystko! A sobie dziękuję za prezent, który sama sobie sprawiłam, który wyjątkowo książką nie jest.
A Wunderkind też coś dostał, nagrywarkę. I będę mogła wreszcie oglądać na nim filmy na płytach :D.

wtorek, 17 maja 2011

"Nie dla mięczaków" - Monika Szwaja + Madama Butterfly (bynajmniej one razem tego nie pisały) + ThumbThing

Jestem fanką gratisów. Może dlatego, że mam manię posiadania (leczę się z tego, ogranicza się ona tylko do książek) i każdy przedmiot (a nawet żywność do degustacji), który dostaję za darmo, zawsze mnie cieszy. No i Szwaja gapiąca się na mnie z plakatów w Empiku też tak zadziałała. Ale nie robiłam wtedy zakupów. Na szczęście Mary robiła i postanowiła się swojego gratisa pozbyć i trafił szczęściem do mnie. No i stał się moim prywatnym gratisem. Tak oto wygląda historia, w której Szwaja trafiła w moje ręce.

Książczyna jest to rozmiarów niewielkich, za to z czcionką malutką. Tak, czcionka mi się nie podoba (i kolor okładki oczywiście, wspominałam coś, że nie lubię koloru pomarańczowego?). A z tą autorką kontaktu wcześniej nie miałam, chociaż chyba jest popularna (wnioskuję to po tym, że czasem zdarza mi się coś na jej temat usłyszeć). To czemu miałabym unikać? Należy poszerzać horyzonty. No więc poszerzyłam.

Historyjka to dość banalna. Facet rozwodzi się z żoną (jednoznacznie wredną babą), ale w chwili po rozwodzie, gdy ratuje latające dziecko (pedofil!), zakochuje się w Myszce. No i po jakimś czasie zaczyna za nią latać. Nagle okazuje się, że przybłąkał się do niego jakiś syn, o którym nie wiedział. Cóż zrobić, zaopiekować się (przynajmniej do wyników badań DNA, abstrahując od tego, że syn niewątpliwie jest jego). A tu Myszka, w międzyczasie koleżanka z pracy i nagły plan zmiany swojego życia, chociaż w bliżej nieokreślonym kierunku. Łomatkoboska. Ale się narobiło! No właśnie, nie narobiło się.

Co prawda dzisiaj piszę dziwnie, ale cóż można poradzić, miałam do czynienia ze stylem Szwaji (bynajmniej nie uważam, że to coś jest choćby w jednej setnej do niego podobne, broń boże!), przez który miałam ochotę książką o coś prasnąć. Sama fabuła w tym pomagała, ale czego się spodziewać, gdy książka jest pisana na zamówienie Empiku, a nie z potrzeby serca/duszy/umysłu/pustek na koncie. Chociaż to ostatnie to kwestia sporna, bo z tego powodu pisze Pilipiuk (zaraz... co on ostatnio napisał, żeby spłacić mieszkanie?... Nieważne, i tak było kiepskie). Ale styl. Jakoś zdawało mi się, że próbuje intelektualizować w nim na siłę. Tak sztucznie na siłę. Nie wiem, czy to tak zawsze, czy tylko tutaj, ale fakt faktem - takie odniosłam wrażenie. Czyli fabuła nie zachwyca, książeczka na podróż autobusem, a styl mnie doprowadzał na granice załamania nerwowego.

Ale plusy też są! A jak! Nawet zabawne to to. Tyle że gdybym ja spotkała takiego faceta jak ten bohater, od razu zatargałabym go do ołtarza, bo to miły człowiek, nie flakowaty, inteligentny, zarabia wystarczająco, by utrzymać kilku synów i łatwy do manipulacji. Ale to pewnie wynika z tego, że miły. W ogóle jakoś miło było.

Autorki nie opuszczam, bo coś korci mnie "Zupa z ryby fugu". Ciekawe, co to będzie...




W tytule wspomniałam o Motylku. Pamiętacie recenzję "Madame Sadayakko"? Całkowicie zauroczona jej osobą zamarzyłam o tej operze... No i w końcu dotarłam, byłam na niej w niedzielę. I mam mieszane uczucia... Lekko mieszane. Bo pierwszy akt uważam za beznadziejny, ostatnia scena mi się tylko podobała, pozostałe dwa świetne. Ale ostatnia scena? Widział ktoś kiedyś, żeby gejsza popełniała seppuku podcinając sobie gardło? O ile świetnie rozpaczała (zachwycam się tą sceną), to umieranie szło jej definitywnie kiepsko. Co za problem wetknąć sobie brzuch w nóż?

Ale muzyka była cudowna. Scenografia w pierwszym akcie beznadziejna, ale później się poprawili. Gejsza klękać nie potrafi, ale za to potrafi śpiewać. Cóż, dla mnie opera to gra i śpiew, ale jak kto woli. Ale wszystko zrekompensował mi dyrygent. Błagam, nie pytajcie o niego, bo nie przestanę się rumienić :D. Jak on machał tą batutą! Ale ogólnie wrażenia są bardzo dobre. Tylko ten pierwszy akt. Ale do diabła z pierwszym aktem!


Ostatni punkt dzisiejszego postu dotyczył będzie pewnego urządzenia, które krąży ostatnio po blogach. Jest to ThumbThing. Przyznaję, że o ile idea była świetna, to miałam pewne obiekcje co do niego. Bo nie za twarde? Na pewno wygodne? I jeszcze parę innych, których w tej chwili nie pamiętam.
No i ThumbThing pojawił się dzisiaj u mnie w domu. Podręczyłam nim ku celom poznawczym "Pigmeja" Chucka Palahniuka, ryzykując jego śmierć. Ale Pigmej nie umarł, tym lepiej dla niego. Później uznałam, że może to przypadek i przeniosłam się na "Po deszczu przy księżycu". Działa dalej. No i cóż ja teraz zrobię?...

Dlatego oficjalnie Wam ogłaszam, że polecam ThumbThing, który sprawia, że książka w trakcie czytania się nie zamyka, może posłużyć jako zakładka (w sumie chwilowo teraz pełni tę funkcję). Jest wygodny, nie za twardy, nie zabija książek. Ha! Naprawdę ciekawe urządzenie, przydatne. Ma moje błogosławieństwo ^^.

A tutaj jego strona internetowa.

Nakładka na kciuk umożliwiająca wygodne czytanie książki trzymając ją tylko jedną ręką! Dwa skrzydełka ThumbThing delikatnie rozchylają książkę (jednocześnie zapobiegając łamaniu się jej grzbietu). Po zakończeniu czytania wsuwamy ThumbThing między kartki i wykorzystujemy go jako wygodną zakładkę. Dzięki niemu możesz swobodnie czytać w zatłoczonym autobusie, metrze czy tramwaju...
Kciuki w górę!

poniedziałek, 16 maja 2011

"Anioły muszą odejść" - Konrad T. Lewandowski

Uwielbiam "Mistrza i Małgorzatę". Sądzę, że od tego stwierdzenia powinnam wyjść w dzisiejszej recenzji, ponieważ na okładce "Anioły muszą odejść" jest wyraźnie napisane: Warszawska odpowiedź na "Mistrza i Małgorzatę". Więc z miejsca się skusiłam, zaczęłam się zastanawiać i szukać tego Bułhakowa w treści...

Lubię, gdy pisarze się ze mnie naśmiewają. I przeważnie są to polscy fantaści, inni sobie nie radzą z wyzwaniem, jakie im stawiam. No i tutaj mamy takiego jednego, który uznał, że napisze sobie książkę, ponieważ zdenerwował go taki jeden ksiądz, który uznał, że Powstanie Warszawskie nie wypaliło, ponieważ Matka Boska obraziła się na Warszawiaków za to, że za mało ją czcili. I jak to powiedział Lewandowski "Doszedłem do wniosku, że coś takiego mógł powiedzieć tylko człowiek opętany przez demona". I chyba tak bardzo mu się spodobał ten pomysł, że postanowił napisać o tym książkę. I to się ceni! (Przynajmniej u mnie).

Akcja "Aniołów..." rozgrywa się w XXI wiecznej Warszawie. Na cmentarzu poznajemy cztery anioły. Interesujące anioły, ponieważ dwoje z nich za życia było ateistami (jeden to nawet ateistą pozostał, będąc już aniołem), anielica była niemal prostytutką, a taki jeden to nawet zasługiwał na bycie aniołem, chociaż może lepiej by było, gdyby się odzwyczaił od bycia husarem... I właśnie ta czwórka musi zapobiec chaosowi, jaki postanowiły zgotować dwie spalone na stosie w XVI wieku kobiety, obecnie demonice. Oczywiście miłość. Miłość naprawi wszystko. Z radością wskoczyłam na tę karuzelę i chociaż w głowie się pokręciło, wsiadłabym od razu jeszcze raz. Niestety na dzisiaj wesołe miasteczko zamykają.

Ciekawe jest to, co tak bardzo spodobało mi się w tej książce. Powiedziałabym, że wszystko. Ale to nie do końca tak, ponieważ są różne stopnie natężenia. Oczywiście warto zająć się na początku tymi niezwykłymi aniołami, które nie klepały zdrowasiek za życia, tylko były normalnymi, nieidealnymi ludźmi, jak to sobie pewnie co poniektórzy wyobrażają. Nie trzeba wierzyć w Boga, by być aniołem. Jak to jeden z nich, główny narrator (bo jest ich kilku) określa: "Naczelny nie jest małostkowy" (str. 28). Parę stron wcześniej dodaje również, że ma poczucie humoru. I to właśnie widać w tej książce. I mniejsza z tym, jaki Bóg jest naprawdę, o ile jest. Tutaj mamy wizję Lewandowskiego, z którą w pełni się zgadzam, a właściwie zgadzałabym się, gdybym była wierząca. Jednak akceptuję ją w całości. Właśnie ta wizja jest również świetna i nietuzinkowa. Bo mało kto traktuje Boga jako osobę zabawną. Zaraz wtedy lecą zarzuty o herezję i inne takie. A fakt, że Bóg pozwala egzorcyzmować anioły, szaleć demonom zemsty i robi z ateistów anioły? To już przechodzi ludzkie pojęcie. A ja lubię, gdy coś przechodzi ludzkie pojęcie, więc po raz kolejny się zachwycam, że ktoś nie boi się opinii publicznej i pisze to, co chce.

Ale nie tylko postacie są tutaj świetne i ogólny rys fabularny. Spodobało mi się też łączenie ze sobą wydarzeń historycznych odległych od siebie w czasie i przestrzeni za pomocą fabuły. Pokazywanie głupoty prostego ludu, bezsensu kościoła i wszechobecnej obecności bytów nadprzyrodzonych, których nie widać, ale są i oddziałują na ludzi. I mogę sobie nie wierzyć, ale po tej książce byłabym skłonna uklęknąć i zacząć się modlić! Nie wiem, w czym to tkwi, ale oprócz tego, co przez bardzo religijną moherową babcię zostałoby uznane za herezję (czyli zdecydowana większość treści), ta książka propaguje Boga (bo na religię w tym wypadku nie powinno się rozdrabniać) i wiarę. Jest tak świetnie skonstruowana, tak świetnie napisana i tak świetnie stworzone niemalże wszystko, że ja... no, nie potrafię powiedzieć, że jest kiepska. Widać, że dopracowana, że autor wie, o czym mówi. A nie jest nudna. Nie jest teologicznym mamrotaniem, teologia jest zgrabnie w nią wpleciona do pary z filozofią. I to sprawia, że... brakuje mi słów. Szczególnie, że ironia polskich fantastów jest tak doskonała i tym głębiej oddziałuje na czytelnika. Dlatego, jeśli ktoś nagle ogłosi, że w Warszawie nastąpi Zniebazstąpienie, nie zdziwię się.

Książka ta staje obok "Trucicielki" i "Zawsze przy mnie stój" w rankingu najlepszych przeczytanych w tym roku książek. Co ciekawe, każda z nich ma coś wspólnego z religią. Muszę jeszcze raz przemyśleć bardzo poważnie mój światopogląd.

A co do tego "Mistrza i Małgorzaty" - nie zobaczyłam go tam wiele wraz z jego ideologią, chociaż jest w idealnej ilości. Ale pewnie gdyby nie on, nie przeczytałabym tej książki, dlatego dziękuję wydawcy za umieszczenie tej informacji, ponieważ zakochałam się w "Aniołach...". Dziękuję wydawcy również za udostępnienie mi egzemplarza.

Wam zaś polecam. Bo to prześwietna książka.

sobota, 14 maja 2011

"Córka Krwawych" - Anne Bishop

Kiedyś kolega zapytał, co teraz czytam. Powiedziałam, że "Córkę Krwawych". Na jego twarzy odmalowało się przerażenie: To profanacja, ja tego czegoś nie dotykam, wystarczy na okładkę spojrzeć! No i teraz zacznę recenzję od okładki właśnie.

Jak byłam mała, pewnie by mi się spodobała, bo widać, że magiczna, kolorowa i fajna, ogólnie rzecz biorąc. Ale jak byłam mała, nie doceniałam Photoshopa z jego efektami i innymi takimi, żadnych subtelności w zdjęciach, okładkach... Teraz dostrzegam i krzywię się lekko z niesmakiem, gdy widzę te smugi przy księdze. Są kiczowate (chociaż czasami nie mam kiczowi nic do zarzucenia, jednak w tym wydaniu mi nie odpowiada), a dziewczynka ma brzydkie usta. Ale książki po okładce się nie ocenia, więc zignorowałam na razie to, że oprawa mi się nie podoba i zapomniałam o tym na jakiś czas, żeby nie psuć sobie wrażeń z części właściwej książki, czyli treści.

Trylogia Czarnych Kamieni ma wielu miłośników i wrogów. Ja spotkałam na swojej drodze prawdziwą miłośniczkę, dzięki której miałam możliwość przeczytania. Podejrzewam, że zrobi jej się smutno, że nie poszłam w jej ślady, jednak... jak na mój gust, to nie jest nic wybitnego. To kolejna książka, do której przekonałam się dopiero po połowie. Tak samo było z "Rudowłosą". I oczywiście po tej połowie chcę przeczytać kolejną część, chociaż na początku uważałam, że po moim trupie, ja się dalej męczyć nie będę. Nie wiem, z czego to wynika. A może jednak wiem.

Wybitnie mnie frustrowało zakochanie się wszystkich w Jeanelle. Taki cudowny Daemon (po tej połowie zaczęłam go widzieć jako Damona z TVD, co pozytywnie wpłynęło na mój odbiór), z charakterem. A tu nagle robi się z niego coś rozlazłego. W takich momentach bałam się, że ktoś mu coś zrobi. Ale Daemona też nie polubiłam przed tą połową. Jest tylko jedna postać, która podobała mi się od samego początku. Surreal. Prostytutka, niebezpieczna, ale właściwie nikt się tego po niej nie spodziewa, z naprawdę fascynującym imieniem. Saetan był całkiem w porządku, chociaż jego podejście do własnych dzieci mi się nie podobało. Za to wobec Jeanelle był słodki jak miód! Tak, tej małej momentami nie znosiłam, momentami była w porządku.

Ta książka wydała mi się innym niż zazwyczaj fantasy. Nie było żadnych wojen, wszystko toczyło się bardziej na poziomie intryg, niż faktycznego konfliktu. Może przez to akcja wydawała mi się nudnawa. Bo ile książki może się toczyć wobec troski o jedną małą dziewczynkę? Oczywiście wiem, że teraz spłaszczam to wszystko totalnie, ale po prostu nie widzę w tej książce niczego szczególnego. Nie jest w moim typie. Nie tego oczekuję od powieści fantasy. Dlatego gorąco dziękuję za Daemona i Surreal (jak ja im kibicuję, ale póki co nic z tego i pewnie na pozostałą wieczność nic z tego...), dziękuję za ciekawy pomysł, ale nie dziękuję za to, co z niego wynikło.

Podobała mi się od połowy. Nawet bardzo. Chciałabym przeczytać kolejną część z nadzieją, że tym razem będzie już dobrze, bo nic przecież tego nie wyklucza. Ale smutno mi, że "Córka Krwawych" nie spodobała mi się od samego początku. I wtedy doszłam do wniosku, że mogę ponarzekać na okładkę, bo oddała treść - kiczowata dziewczynka, którą nie warto się zachwycać, chociaż inni się zachwycają. Zaś okładki kolejnych tomów mi się nawet podobają, więc jeśli iść tym tropem, to i książki powinny.

Ale mi głupio. Chciałam, żeby mi się podobała... C.S. wybacz, naprawdę tego chciałam, ale niestety nie wyszło.

"Mężczyzna idealny" - Michal Viewegh

"Mam nadzieję, że książka sprawi Ci radość; mnie bawi niezmiennie" - napisała mi w liście dołączonym do książki jej poprzednia właścicielka. Lekko uniosłam brwi w geście zdziwienia, ponieważ spodziewałam się raczej typowego romansidła, a nie czegoś, co może bawić. Może gdybym spojrzała na okładkę, dostrzegłabym na niej ironię, jaką nacechowana jest cała książka. I nie chodzi tutaj o to, że dziewczyna całuje męską dłoń (czy nie powinno być na odwrót?...), ale o jej spojrzenie, które mówi znacznie więcej niż ten gest. Jednak zwróciłam na to uwagę znacznie później.

W moim życiu nie miałam raczej wiele do czynienia z literaturą czeską. Możliwe, że nasze drogi w ogóle wcześniej się ze sobą nie zbiegły. Nie mam zbyt dobrych skojarzeń z tym krajem - są podobne do tych z Kanadą. Ponury kolor pomarańczowy, którego nie lubię. O ironio, okładka "Mężczyzny idealnego" również jest pomarańczowa. Ciężko było mi się przestawić. Aż otworzyłam, przeczytałam pierwsze słowa i wsiąkłam.

Jest to opowieść o miłości Laury i Olivera. On ma czterdzieści lat, ona niewiele ponad dwadzieścia. Jej matka nienawidzi Czechów. Ona sama ciągle szuka mężczyzny idealnego. Oliver zaś jest człekiem interesującym, tak interesującym, że czasem ma się ochotę trzepnąć go wałkiem do ciasta. Ale nasza cudowna Laura się zakochuje, z wzajemnością zresztą. Ale właśnie doszłam do wniosku, że nie ma sensu mówić o fabule, bo to wcale nie sprawia, że wiadomo, o czym ta książka w ogóle jest.

Tak naprawdę nie wiem, co powiedzieć. W jaki sposób opowiedzieć tę historię, jej zalety (bo wad tak naprawdę nie zauważyłam), wszystko, by Was zachęcić i pokazać, co naprawdę o niej sądzę. Oczywiście mam z tym problem, ale w moim przypadku to nic dziwnego. Tutaj jest takie cudowne poczucie humoru, ironia, niebanalne postacie, ciekawy język, wydarzenia... Wszystko doskonale ze sobą współgrające. Jest zapisem miłości, ale nie takiej, dla której przenosi się góry, ale miłości, która z góry jest traktowana podejrzliwie, chociaż ma mnóstwo przesłanek do tego, by powątpiewać w wątpliwości. Pomińmy to moje masło maślane. Ta książka cudownie nabija się z kobiet, mężczyzn, miłości i wszystkiego innego, jednocześnie traktując je poważnie. I jest po prostu cudowna. Tak samo jak opisane w niej stosunki matki z córką. Mogę się pochwalić, że sama mam podobne z moją mamą.

Czytając ją, uwolniłam się od migreny. Sama nie wiem, w jaki sposób to nastąpiło, ale fakt faktem - głowa mnie przestała boleć, humor mi się poprawił, książka skończyła, a ja się zirytowałam, bo się wciągnęłam, a tu koniec!

Dlatego polecam. Bo nie mam jej nic do zarzucenia. Oprócz tego, że się skończyła, rzecz jasna. Wybornie się przy niej bawiłam (to słowo pasuje doskonale). I naprawdę jest warta przeczytania. A ja chcę obejrzeć film na jej podstawie, chociaż spodziewam się, że będzie znacznie gorszy.



I jeszcze kilka ogłoszeń drobnych. W Empiku panuje promocja, w której wybrane książki wydawnictwa W.A.B. są z 50% zniżką, oraz Czarnej Owcy (Larsson etc.) 25%.
Wydawnictwo Muza zaprasza Was na spotkania w warszawskich Hybrydach z następującymi osobami:
17.05 Rafał Tomański
18.05 Piotr Szarota
26.05 Marek Orzechowski


A mój komputer próbował zrobić wszystko, żeby dzisiejsza recenzja nie powstała. Podejrzewam, że dlatego mi osobiście się ona niezbyt podoba ;).


***
Jak widać, posty wróciły. Z tego co widzę, nie tylko u mnie :). Ale komentarze i tak zeżarło. Myślicie, że wrócą? Nieważne. I tak Google porobiło w bałagan w zakładkach, więc przyjrzyjcie im się. Tę recenzję wrzuciłam "na wierzch", żeby było widać, że jest. "Córkę Krwawych" dam wieczorem :).

Miłego (bezkłopotowego) dnia!

I filmik, o :).

piątek, 13 maja 2011

Kłopoty na blogu.

Coś dziwnego się stało. Myślałam, że to może na jednym komputerze, ale nie... Ostatnie dwa posty zniknęły - mój ostatni stosik oraz recenzja "Mężczyzny idealnego". Ale kto wie? Może u Was się wyświetlają? Bo póki co mam ochotę zamordować bloggera za to, że w ciągu ostatnich dwóch dni wyprawiał coś dziwnego.

Przeczytałam dzisiaj "Córkę Krwawych", zaraz skończę "Anioły muszą odejść" i chciałam popełnić recenzję zbiorczą drugiego sezonu "The Vampire Diaries". Ale skąd ja mam wiedzieć, że to też nie zginie śmiercią tragiczną przez blogowe problemy?

Niech to diabli!

Jeśli ktoś skomentował "Mężczyznę idealnego" i miał w danym komentarzu jakąś bardzo ważną sprawę, proszę napisać mi o niej w mailu. Nie podejrzewam, by zaistniała jakaś kwestia życia i śmierci, jednak wszystko możliwe ;).

Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządki i żadne nadprzyrodzone siły nie skrzywdziły Waszych blogów. Ja wkrótce, pewnie jutro rano, pojawię się tutaj z recenzją. Miłego wieczoru :).

czwartek, 12 maja 2011

Stosik pomaturalny. #10


Jak wylecę ze studiów, przynajmniej nie będę się nudzić! Boże, ale ostatnio ze mnie fatalistka. Naprawdę. Aż szkoda mi słuchać siebie samej, bo nawet ja zauważam, że bredzę. Ale książka zawsze jest dobra na wszystko. Szczególnie, że ostatnio trochę poszczęściło mi się w konkursach. Tak oto wygrałam "Mężczyznę idealnego" u Eireann, którego zresztą dzisiaj przeczytałam i jutro bądź pojutrze będzie recenzja (miód książka!), zaś innego mężczyznę, tym razem samotnego, wygrałam u Anety. W międzyczasie Szwaję empikową u Mary, która schowała się, gdy szukałam książek na stosik (jakaś nieśmiała, wymiękła, choć podobno nie dla mięczaków), a w międzyczasie recenzja "Zawsze przy mnie stój" została recenzją tygodnia na LubimyCzytać. No i efektem jest kolejny Fitzuś i Anne Rice. Nie czytałam żadnego z jej erotyków, więc zobaczymy, jak mi się spodoba. Na samym dole jest biografia Angie mej cudownej, którą kupiłam, gdy w Empiku panowało 30% mniej. Miał być do tego "Dracula", ale Empik nie podołał, więc dostałam tylko Angie, ale zniżka została, więc na wampira to ja sobie jeszcze poczekam i zrobię zapasy czosnku, bo ostatnio niedostatek go u mnie w domu... Strach się bać. Czy wampiry boją się krzyża ankh? Może nie zdejmę go z szyi? Nad Angie jest "Pożeracz snów" od wydawnictwa Znak Emotikon, z którym wkrótce się też zapoznam. "Różany labirynt" i "Różowy to kolor Persji" (nawet nie zauważyłam, jak na tym stosiku wszystko chodzi parami...) są grzechem popełnionym w Matrasie. Labirynt chciałam przeczytać od dawna, ale był drogi. Jednak tym razem trafiłam na niego za 19,90... Nie mogłam nie skorzystać, chociaż opinie na LC są niekorzystne. Przymknę na nie oczy. O Persji mówić nie będę, bo to był impuls o nazwie 4,90. I Ueda Akinari. Pierwszy okres w wyzwaniu japońskim.

Fajna jestem, nie? :D.

Za to ładnie spieprzyłam maturę. Ale kto by się tym przejmował. Na pewno nie ja i na pewno nie dziś. Zacznę jutro.

A, zapomniałam o gościnnie występującej Śwince. Wprowadziła się do mnie wraz z książką od Anety ^^.

Wybaczcie, że nie linkuję, ale dzisiaj jestem wyprana. Dobrej nocy Wam życzę! Może zdołam jeszcze dzisiaj nadrobić Wasze blogi, ale na razie idę na kolację.

Pa :*.

niedziela, 8 maja 2011

"Musiałam odejść. Wspomnienia żony i syna Osamy Bin Ladena" - Jean Sasson, Nadżwa Bin Laden, Omar Bin Laden

Długi tytuł i dużo autorów, prawda? Przez trzy dni zastanawiałam się, którą część pominąć, ale w końcu zapisałam wszystkie - najwyżej ktoś się wystraszy. Albo właśnie nie, bo gdybym coś pominęła, nie byłoby z miejsca wiadomo, że książka ta opowiada o Osamie Bin Ladenie, bądź, jak powinno być to poprawnie zapisane, Ossamie Binladenie. Pozostańmy jednak przy popularnej formie zapisu. Od całkiem niedawna znowu zrobiło się głośno i najsłynniejszym terroryście świata z powodu, iż Amerykanie twierdzą, że go zabili. Pominę swoją opinię na ten temat.

Zasadniczo nie lubię stereotypów. Oczywiście czasem posługuję się nimi jak chyba każdy człowiek, jednak staram się to systematycznie redukować i poznawać właściwy stan rzeczy. Propozycja od wydawnictwa Znak Litera Nova była dla mnie z miejsca interesująca. Bo skoro mamy tutaj do czynienia z pierwszą żoną Osamy oraz jego czwartym synem, w którym pokładał on nadzieje, że pójdzie w ślady ojca, to kto, oprócz samego zainteresowanego, mógłby powiedzieć najlepiej, jaki on naprawdę był? Jak to ujęła Jean Sasson: Nadżwa Ganem Bin Laden zna tylko człowieka. Zachód zna tylko terrorystę. Dla mnie Bin Laden nigdy nie był tylko terrorystą. Nie był również człowiekiem. Zawsze był czymś nierzeczywistym, nieistniejącym. Ale ja mam taką skłonność, że gdy mnie coś zainteresuje, przestaję wierzyć, jakoby istniało naprawdę. Ta książka starała się pozbawić mnie tego i uświadomić, że to jednak osoba, której istnieniu zaprzeczyć się nie da.

Kolejne rozdziały są opowiadane przez Nadżwę i Omara. Momentami Jean Sasson dodaje jakieś słowo od siebie na temat działalności Al-Kaidy i innych faktów, które nie były znane rodzinie. Bin Laden nigdy nie dzielił się swoimi planami. Wraz z upływem lat coraz bardziej zachęcał swoich synów do działań na rzecz Al-Kaidy, jednak albo się nie nadawali, albo też nie chcieli mieć z tym nic wspólnego. Bin Laden jako mąż był bardzo dobry, jako ojciec surowy, ale troskliwy. Mimo swojej niechęci do postępu technicznego starał się zapewnić rodzinie wszystko co najlepsze, chociaż bez lodówki, ogrzewania czy klimatyzacji bywało naprawdę ciężko. Był człowiekiem dumnym, upartym i za nic się nie poddawał. W książce możemy zaobserwować, jak powoli ogarniała go chora obsesja na punkcie dżihadu. Z każdym rokiem było coraz gorzej - zarówno pod względem finansowym jak i bezpieczeństwa. Ciągle się przeprowadzali, jednak najgorszy moment nastąpił, gdy zamieszkali w masywie górskim Tora Bora w Afganistanie, gdzie warunki były tragiczne i tak prymitywne, jak tylko się dało. Omar potrafił się zbuntować i tylko dzięki niemu matka przeżyła poród dziesiątego dziecka, ponieważ zadręczał Osamę tak długo, aż ten pozwolił wyjechać jej do rodziny w Syrii. A później, dwa dni przez atakiem na World Trade Center, Nadżwa zdołała opuścić Afganistan raz na zawsze. Ale niestety również nie za darmo.

Zobrazowałam Wam w skrócie, jak to wszystko wyglądało. Jednak jest to ogromny skrót, a książka ma naprawdę ogromną wartość. Bo dlaczego uważać jakiegoś człowieka tylko i wyłącznie za wypranego z uczuć terrorystę? Tutaj możemy obserwować zmiany w nim na przestrzeni lat, poznać życie, rodzinę... Napisałam wyżej, że chciałam pozbyć się iluzji, że on nigdy nie istniał. I ta książka jest napisania niczym dobra powieść, przez co było mi jeszcze trudniej. Jednak teraz, gdy przeglądałam różne informacje na temat zabójstwa Osamy, żeby sprawdzić, który z jego synów zginął w trakcie akcji i nie znalazłam tego, pomyślałam sobie: Mogliby powiedzieć, biedna Nadżwa nie wie nawet, który z jej synów zginął u boku ojca. I która z jej przyjaciółek, jedna z jego kolejnych żon. Poczułam się z nimi związana. Dlatego cenię sobie tę książkę i chciałabym, żeby każdy ją przeczytał. Może i świat się cieszy z zabójstwa tak niebezpiecznego terrorysty, jednak czy aby nie zapomniał, że to również człowiek? Zresztą teraz będzie tylko gorzej, ponieważ bojownicy będą chcieli pomścić jego śmierć. I na co to wszystko?

I każda moja chwila poruszenia w trakcie lektury, przeżycia, emocje, zniecierpliwienie, strach sprawiają, gdy patrzę na opinię publiczną, że tak naprawdę nie wiem, o co chodzi. Nie lubię tych ludzi, bo tak naprawdę nie wiedzą nic. Po lekturze nie lubię specjalnie również samego Osamy, ale ja przynajmniej wiem dlaczego.

Za książkę do recenzji ogromnie dziękuję


Opowiem Wam teraz jeszcze anegdotkę związaną z atakiem na WTC. Po tym wszystkim USA powiedzieli, że za każdą informację dadzą ileś tam milionów. No to ja wzięłam globus, przerysowałam sobie na kartkę mapy Afganistanu, Pakistanu i czegoś tam jeszcze, zaznaczyłam miejsca, gdzie Bin Laden kiedyś był, pomyślałam chwilkę i z moich wyliczeń wynikało, że ukrył się w górach Pakistanu. Podejrzewam, że nawet dokładniej to określiłam, jednak nie pamiętam. Jakiś tydzień czy dwa później Amerykanie ogłosili, że znaleźli właśnie w tamtym miejscu obozowisko Bin Ladena, ale ten zdążył już uciec. I to było niewysłowienie śmieszne, moich rodziców śmieszy do dzisiaj, że dziesięcioletnia dziewczynka z globusem w ręce szybciej znalazła najbardziej poszukiwanego mężczyznę na świecie niż Amerykanie ze swoją zaawansowaną technologią. I ojciec mi wczoraj powiedział: Te Twoje miliony za znalezienie Bin Ladena poszły się teraz j***ć. No i w sumie ma rację. Kto dostał moje pieniądze? Przyznać się i oddawać! xD.

I jeszcze jedno - wiecie, że w 1993 roku był pierwszy atak na WTC? Tyle że zdecydowanie nieudolny. Ktoś podstawił pod budynek ciężarówkę z materiałami wybuchowymi. Ale o tym wszystkim dowiecie się z książki.

czwartek, 5 maja 2011

Paplanie okołoksiążkowożyciowe.

Postanowiłam się bliżej przyjrzeć temu, co czytam. Załamałam się. Prawie same książki dla wydawnictw. Cóż, nie lubię tego odwlekać w nieskończoność. Ale teraz się trochę zbuntuję i poczytam książki własne i niewłasne, które bezinteresownie pojawiły się w moich stosach. I chcę Was jednocześnie przeprosić, że taki nawał recenzyjnych...

Ostatnio przypomniałam sobie o tym, jak bardzo chcę przeczytać/obejrzeć Doriana Graya. I muszę powiedzieć, że przybliżam się ku temu :). Znaczy najpierw ku obejrzeniu. Później przeczytam (trochę nie ta kolejność, prawda? Chociaż mi to jest obojętne). Ostatnio również odkryłam w sobie coś interesującego - każdą nową książkę zaczynam od razu czytać, po czym ją odkładam, bo o ile sześć książek na raz jestem w stanie czytać, to kilkanaście mnie już przerasta ;).

No i matury! Kto z Was zdaje? Ja poprawiam niemiecki i jutro tak gwoli rozrywki zdam sobie podstawowy angielski. Właściwie wciąż nie wiem, po co to robię. Ktoś mi powiedział, że chyba dlatego, bym nie wyszła z wprawy. I jeszcze ten maj! We wtorek przed godziną 14 byłam mentalnie w lutym, aż nagle ochłonęłam, spojrzałam na zegarek i tu nagle: MAJ! O cholera... I od wtorku otrząsam się z tej informacji ;). Jednym z efektów otrząsania było to, że poszłam do Empiku odebrać biografię Angeliny Jolie. Oczywiście zaczęłam ją, za zakładkę służy mi kolczyk, który właśnie wyjęłam i chęć zrobienia czegoś ze sobą. Nie wiem czego. Jak na razie postanawiam sobie trochę pogadać. Zdarza mi się to czasem, więc raczej nikogo już to nie dziwi, prawda?

Ten miesiąc, który mnie dobił, bo gdzieś zniknęły mi dwa inne, zapowiada się ciekawie. Idę z przyjaciółką na "Madama Butterfly" do opery, co jest moim marzeniem od przeczytania biografii madame Sadayakko. Później do teatru. Nie lubię teatru. Po prostu nie lubię. Sama nie wiem czemu. Ale muszę. Więc będę musiała to przeboleć z nadzieją, że mi się spodoba.

Piję herbatę, czuję, że nie będzie się Wam najlepiej czytało tego postu. Ale i tak go opublikuję. Teraz pójdę obejrzeć Doriana. Mam nadzieję, że mi się spodoba. Powinnam się uczyć na jutrzejsze kolokwium... Ale zrobię to w autobusie. Przed maturą z angielskiego. Podejrzewam, że gramatyka opisowa języka niemieckiego nie jest najlepszym pomysłem w tym wypadku, ale teraz rzuciłabym tą książką o ścianę czy inne okno, a tego nie chcę, ponieważ kosztowała za dużo, a okna nowego nikt mi nie wprawi i będę marzła, dopóki się nie wyprowadzę, więc może lepiej, żebym jej nie dotykała ;).

Miłego wieczoru, bez żadnych głupich problemów, jakie mam ja. Chociaż mam poważniejsze, ale udam, że nie istnieją. A teraz uśmiechnijcie się i idźcie czytać ^^.

Przesyłam Wam wirtualnego Chupa Chupsa pomarańczowego i herbatę bananowo-wiśniową.

wtorek, 3 maja 2011

"1Q84. Tom 1" - Haruki Murakami

W związku z tą książką miałam kilka problemów. Po pierwsze dostawałam pomieszania z poplątaniem, bo wszyscy to czytali, a ja nie. Po drugie to Murakami, kolejne pomieszanie z poplątaniem. Po trzecie nie miałam skąd go wziąć, więc dostawałam pomieszania z poplątaniem. Po czwarte, gdy już go przeczytałam, nie wiedziałam, jaką ocenę mu wystawić. Moje pomieszanie osiągnęło apogeum poplątania.

Murakami jest specyficznym autorem. W to chyba nikt nie wątpi. Moje pierwsze spotkanie z nim wcale nie sprawiło, że wiedziałam, czy go lubię, czy też może nie. Był mi obojętny, więc postanowiłam zabrnąć w to dalej, dowiedzieć się, co o nim sądzę. Ta książka miała mi w tym pomóc. I o dziwo wiedziałam nawet, o czym czytam. Nadążałam za fabułą. Zresztą, gdyby ją uogólnić, nie jest ona skomplikowana. Rozwleczenie czegoś niezbyt długiego na prawie pięćset stron i nie sprawienie, by czytelnik się nudził, jest naprawdę godne podziwu. Szczególnie, że ten tom nie zamyka historii. On ją dopiero otwiera. Dostajemy tutaj jedynie zarys tego, co się będzie dziać. Czyli kolejne dwa tomy będą mieć podobną objętość (drugi tom jest niewiele cieńszy). Ale czemu ja piszę o ilości stron? Naprawdę ta książka coś ze mną zrobiła.

Jak już mówiłam, wg mnie tom pierwszy jest zaledwie wstępem do całej historii Aomame, Tengo, Little People. O ile pierwszą dwójkę poznajemy dość dobrze, o tyle ci ostatni są osnuci mgłą tajemnicy. Swoją drogą spodziewam się, że nawet po przeczytaniu trzeciego tomu nie będzie wiadomo, kim oni naprawdę są. Za to Aomame jest fajna, ponieważ jest zawodową morderczynią. Tengo jest fajny, ponieważ jest pisarzem. Little People są fajni, bo nic o nich nie wiem. Dlatego nie starałam się dowiedzieć, w jaki sposób Tengo i Aomame się ze sobą spotkają, o co w tym wszystkim chodzi, i dlaczego na niebie są dwa księżyce. Obserwowałam zachowania bohaterów, ich życia, przemyślenia, a w gruncie rzeczy nie działo się tam nic ciekawego. Więc wyjaśni mi ktoś, dlaczego ten przeklęty Murakami tak mnie wciągnął w swój świat? Na szczęście nie zostawił mi całkowitej rozsypanki, ale dał kilka elementów, które da się ze sobą połączyć, bądź umieścić obok siebie i nie zostawić po lekturze całkowitego bałaganu w myślach.

Muszę powiedzieć, że mi się podobało. Że nie wiem czemu, że nie wiem co, że nie wiem jak. Ale podobało. Że chcę kolejny tom i w końcu się dowiedzieć czegoś więcej na temat, o którym nie wiem niemal całkowicie zupełnie nic. Cóż uroiło się w głowie tego Japończyka? Nie wiem. Ale chcę się dowiedzieć. Ale żeby ocenić tę książkę? Nie, to mnie przerasta. Bo przecież w gruncie rzeczy nie dzieje się w niej nic. Dlatego nie oceniam, ślepo polecam, czekam na kolejny, a Arii dziękuję za użyczenie mi tego czegoś niedookreślonego. I liczę, że szybciutko użyczy mi również tom drugi.

niedziela, 1 maja 2011

"Kolekcjoner oczu" - Sebastian Fitzek

Miałam czytać Fitzka po kolei, jednak nic z tego nie wynikło, ponieważ nie chciałam odwlekać w nieskończoność przeczytania jego najnowszej książki. Książki, która wprowadziła mętlik w mojej głowie, zanim jeszcze mój wzrok spoczął na jakiejkolwiek literze w tekście. Muszę powiedzieć, że pomysły tego mężczyzny momentami przerastają nawet mnie. A o co poszło tym razem? O numerację stron i rozdziałów. Książka zaczyna się na stronie 437., a kończy na... pierwszej. Rozdziały analogicznie. Od końca do początku. Jakiś czas temu na stronie autora chciałam przeczytać darmowy fragment po niemiecku, jednak gdy popatrzyłam na rozdział, na numerację, uznałam, że przecież nie będę czytać książki od końca. I w ten oto sposób Fitzek wykiwał mnie w "Kolekcjonerze oczu" po raz pierwszy. Pozostałych nie będę wymieniać, ponieważ było ich za dużo. Jak zwykle zresztą.

Odniosłam wrażenie, że "Kolekcjoner oczu" jest napisany trochę inaczej (już abstrahując od moich problemów z numerami). Jakby spokojniej, jakby Fitzek chciał wznieść kiwanie czytelnika na wyższy poziom. Mamy tutaj kilkoro narratorów, kilka punktów widzenia. Mamy również drobne nawiązanie do bohatera "Terapii" (Anno, teraz już wiem, o co Ci chodziło z tymi "smaczkami"), którego nazwisko od razu wyłoniłam z tekstu, przyporządkowałam do odpowiedniej książki i nawet nie zdążyłam w tym czasie pomyśleć. Zresztą ogólnie mało myślałam w trakcie czytania.

Jak tytuł wskazuje, mamy do czynienia z pewnym seryjnym mordercą. Mordercą, który bawi się z ojcami ofiar w chowanego. Dosłownie. Porywa dzieci, zabija ich matki, w których ręce wkłada stoper, odliczający do 45 godzin.Po tym czasie, jeśli ojciec nie odnajdzie dziecka, ono umiera. Głównym bohaterem tutaj jest były policyjny negocjator (jego postać kojarzy mi się z bohaterem "Osaczonego" Roberta Craisa), który po zastrzeleniu kobiety w trakcie akcji przestaje pracować w policji i zajmuje się dziennikarstwem śledczym. I wtedy w wyniku pewnych zawirowań akcji zaczyna szukać osoby, która zabija dzieci i wyrywa im po jednej gałce ocznej...

Powiem, że przez moment rozważałam bardzo poważnie, czy Fitzek nie chce powtórzyć schematu z "Terapii". Bałam się tego i modliłam, żeby tak nie było, bo nie chcę przestać go lubić. Nie powtórzył, uwielbiam go dalej, cholernie chcę do Berlina. Nic się nie zmieniło. I ciężko mi określić, czy zagadka była trudna do rozwiązania, czy też nie. Bo jednocześnie było o wiele bardziej skomplikowanie niż w poprzednich książkach, ale z drugiej, już po przeczytaniu, doszłam do wniosku, że wszystko było podane jak na tacy, tylko trzeba było wyłonić poszczególne elementy. I tak samo jak w "Terapii" zgadłam "kto". I również przez przypadek (mówiłam, że prawie nie myślałam w trakcie lektury). Miałam problemy z ogarnięciem motywu do końca. A co do końca? Jest inaczej, ciekawie. Podoba mi się. Zresztą sami zobaczycie.

I wydaje mi się, że w tej książce bohaterowie są zupełnie inni, bardziej skomplikowani. Może dlatego, że Fitzek zagłębił się w świat niewidomych i przez to, paradoksalnie, postacie nabrały barw?

Polecam. Jakże mogłabym go nie polecić? A w przyszłym tygodniu może wpadnie w moje ręce "Klinika", na którą czekam od niepamiętnych czasów.

Za egzemplarz gorąco dziękuję wydawnictwu G+J.

Mój wczorajszy dzień był tak nienormalny, że byłoby dziwnie, gdyby dziś wszystko nagle stało się zwyczajne i przewidywalne - komputer mi się zawiesił i tylko błagałam, by moja recenzja, która nawet mi się podoba, przeżyła. Przeżyła. Dziękuję!