piątek, 29 kwietnia 2011

"Z Miśkiem w Norwegii" - Aldona Urbankiewicz

Zdecydowałam się na tę książkę z kilku powodów: Norwegia brzmi fajnie, nie jest oklepana; tam też mówią jakoś po germańsku, więc od biedy mogę to podciągnąć pod edukację; bo tam nigdy nie jest za gorąco; bo tam jest spokojnie; bo mam ochotę dokądś wyjechać, więc podróż na kartach książki brzmi nieźle; bo jakoś zafrapowały mnie te podróże z dzieckiem, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, o co mi z tym chodzi. W ten oto sposób dostałam w ręce tę książkę.

Gdy przywitała mnie paczka, zdziwiłam się formatem, zazwyczaj nie zwracam uwagi na te cyferki mówiące o nim, są i niech sobie będą, mnie to nie dotyczy. Jednak "Z Miśkiem w Norwegii" ma niezwykle przyjemny rozmiar, jest on zbliżony do kwadratu, prawie o połowę mniejszy od Murakamiego, który zdecydował się posłużyć mi za miarkę (kończę go!). Niestety na bałagan w mojej torebce jest trochę za mała, ale z drugiej strony... przynajmniej się do niej mieści z milionem innych rzeczy. Chociaż ponad połowę przeczytałam w łóżku - dzisiaj kończyłam ją w autobusie, ale o tym za chwilę.

Bardzo podobała mi się w książce naturalność. Autorka, bohaterka, narratorka pisała to, o czym myślała, jak sama odczuwała każdą przygodę, każdy moment wyprawy. Nie było dla niej samych superlatyw - frustracje również się zdarzały i nie omieszkała o tym wspomnieć. Ta książka jest szczera i tym podbiła moje serce. W dodatku Aldona Urbankiewicz taką miłością darzy Norwegię, że mi również się to na moment udzieliło. Przeżywałam z nimi wszelakie chwile i zapragnęłam tam pojechać. Miejsce, w którym jest tak cudownie, spokojnie i w sporej części bardzo dalekie od cywilizacji w chwili obecnej jest dla mnie wymarzone. Norwegio, przybywam!

Kolejną zaletą tej książki jest to, że zdjęcia do poszczególnych wydarzeń są umieszczone od razu - przeważnie w przewodnikach, książkach nawet podróżniczych (taka "Kobieta na Krańcu Świata"), bądź nawet biografiach - czyli w każdych książkach, w których zdjęcia się zdarzają - są one kilka obok siebie i szukaj potem tych zdjęć, gdy chcesz wiedzieć, jak wygląda orangutan, musisz dojść do połowy książki. A tutaj były od razu i bardzo mnie to ucieszyło. Niestety naturalność narracji czasem zbaczała z toru i przez moment nie wiedziałam, czy cofnęliśmy się do poprzedniej wyprawy, czy jesteśmy jeszcze na aktualnej. Momentami się urywała. To mi się dla odmiany nie podobało. Jeszcze jedna rzecz mnie trochę frustrowała - autorka czuła się zobowiązana podawać różne informacje na temat różnych rzeczy, miejsc i innych takich i one brzmiały dla odmiany nienaturalnie, chociaż doceniam to, że nie potraktowała tej książki jedynie jako wspomnień z podróży.

"Z Miśkiem w Norwegii" zaszczepiła we mnie ciepłe uczucia do tego kraju, o którym nie wiedziałam prawie nic. Naprawdę chciałabym tam teraz pojechać, chociaż nie natychmiast, tak po prostu kiedyś. Ta książka w swojej przyjemności i, znowu!, naturalności sprawiła, że nie dość, że chcę pojechać, to jeszcze chcę przeczytać kolejną część, tym razem o Portugalii. Zdecydowanie świat wydaje mi się dzięki niej znacznie bliższy, niż za pomocą takich książek jak wspomniana wcześniej autorstwa Martyny Wojciechowskiej (chociaż gdyby porównać poziomy, Martyna wygrałaby bezapelacyjnie). To normalni ludzie, którzy wierzą w to, że mogą coś zrobić i to robią, nie zważając na to, że wraz z nimi jedzie 14-miesięczne dziecko - rozumieją, że posiadanie potomka wcale ich nie ogranicza. Zazdroszczę Miśkowi z całego serca, ja też bym chciała móc podróżować nawet w takim wieku!

Muszę jeszcze powiedzieć, że tak się zaczytałam w tej książce, że uznałam, że zdążę skończyć ją w autobusie. No i zdążyłam. Zamknęłam ją, podniosłam głowę, okazało się, że zajechałam o przystanek za daleko. Do domu musiałam wrócić na nogach.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński.


Wiecie coooo? Ja chciałam obejrzeć ślub Williama i Kate, ale pewien palant mi to uniemożliwił (proszę nie pytać, co to za palant, bo nie chcę mówić źle o pewnych ludziach, którzy mogą to przeczytać i uniemożliwić mi dalszą karierę naukową :D), ale za to w Faktach miałam jakąś marną namiastkę tego. I był artykuł w Metrze. Czysta przyjemność. Ale jednak wolałabym to obejrzeć w całości.

czwartek, 28 kwietnia 2011

"Natalii 5" - Olga Rudnicka

Pałam jakąś niezwykłą sympatią do tej autorki. Sama nie wiem czemu, szczególnie że jej "Lilith" mnie nie zachwyciła. Podobała się, ale nie było to nic specjalnego. Jednak gdy w zapowiedziach pojawiła się "Natalii 5", z niezmąconą pewnością dążyłam do tego, by ją przeczytać, ponieważ na pewno będzie mi się podobać. I tym razem muszę powiedzieć, że ta książka jest r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-a. "Lilith" idzie do kosza, a do "Natalii" będę wracać z uśmiechem.

Świetny pomysł na fabułę - pięć kobiet, które się nie znają, które nazywają się tak samo, przyjeżdżają do notariusza, gdzie dowiadują się, że ich ojciec popełnił samobójstwo. Wszystkie te Natalie mają charakterek, więc zamiast przejąć się śmiercią ojca, zaczynają się kłócić. Każda próbuje sobie rościć prawa do mężczyzny, jednak niezaprzeczalnie jest on ojcem ich wszystkich. Powstaje zamieszanie. Dość zabawne swoją drogą, jeśli pominąć kwestię śmierci, które wyraźnie pokazuje, z czym będziemy mieć do czynienia. A właściwie z kim.

Natalie postanawiają zamieszkać w domu, który na spółkę odziedziczyły po ojcu. Oczywiście kłócą się, ale fakt, iż mają również do czynienia z pewną tajemnicą sprawia, że we wszystko są zamieszani biedni policjanci. Oni mają już serdecznie dość tych wszystkich Natalii. Nie tylko oni zresztą. Ja definitywnie ich dość nie miałam.

Książka jest przepełniona mnóstwem humoru, absurdalnych sytuacji, poplątań, zamieszań. Właściwie wątek kryminalny mógłby jak dla mnie nie istnieć. Chociaż nie... musi istnieć, ponieważ wtedy byłoby znacznie mniej zabawnie, a to mi się już definitywnie nie podoba. Natalie są inteligentne, zabawne i tak uroczo kłótliwe, że nie oddam ich, oj nie. Wyciągnęły mnie z mojego świątecznego marazmu książkowego, pochłonęły na dobre, zanosiłam się śmiechem i nie byłam w stanie odłożyć książki. Jest dość gruba, ponieważ ma 560 stron, ale pochłonęłam ją tak szybko, że nawet nie zdawałam sobie sprawy, kiedy to minęło. Olga Rudnicka musiała się nieźle bawić w trakcie pisania. Ja się świetnie bawiłam w trakcie czytania. Książka ma tylko jedną wadę - jest za krótka! Ja chcę więcej Natalii, ja chcę więcej książek z ich udziałem, ja chcę więcej się tak zaśmiewać! Mam nadzieję, że powstaną kolejne tomy. Albo przynajmniej jeszcze jeden. Proszę...

I muszę powiedzieć, że nawet okładka mnie nie zniechęca jakoś bardzo. Pomijając oczywisty fakt, że ogromnie nie podoba mi się styl okładek książek Olgi Rudnickiej. Jednak ta mnie nie odrzuca.

Jak już mówiłam, książka mnie wyjątkowo rozbawiła, pochłonęła i ogólnie ją polecam. Bardzo mi się podobała. Ale sądzę, że to już zdążyliście wywnioskować.

Za egzemplarz recenzyjny serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński.

wtorek, 26 kwietnia 2011

"Z ciemnością jej do twarzy" - Kelly Keaton

Wiecie, co mnie najbardziej zdumiewa w Amerykanach? To że oni jako jedyny naród na świecie mają tyle tupetu, żeby wejście na Olimp umieścić na szczycie Empire State Building. Takie coś zostało przedstawione w filmie "Percy Jackson i bogowie olimpijscy". Nie wspominałabym o tym, gdyby nie fakt, iż książka Kelly Keaton ciągle przypominała mi o tym filmie. I wcale nie dlatego, że w niej też na Olimp można się dostać przez ESB (w tym tomie z całą pewnością czegoś takiego nie ma), ale przez bogów i potwory. Tak zresztą tytuł nosi cała seria, której pierwszym tomem jest właśnie "Z ciemnością jej do twarzy".

Bohaterka jest osobą doświadczoną przez życie - sierotą, która krążyła po różnych rodzinach zastępczych, porzuconą przez matkę. W dodatku jest dziwadłem z dziwnymi włosami i oczami. Gdy trafia na trop swojej matki, dowiaduje się, że tak naprawdę długo nie pożyje, jeśli nie będzie ostrożna... Ale, jak to zazwyczaj bywa z charyzmatycznymi bohaterkami książek młodzieżowych, nic sobie nie robi z niebezpieczeństwa, tylko rusza mu naprzeciw. I słusznie.

Autorka ma naprawdę ciekawą koncepcję - przenosi bogów olimpijskich do świata współczesnego, jednak nie robi tego tak, jak zdarzyło się w ww. filmie. Tutaj mamy do czynienia z Ateną - mściwą boginią, która chce władzy. Szczerze mówiąc, zawsze lubiłam tę kobietę, jednak po przeczytaniu "Z ciemnością jej do twarzy" drastycznie zmieniłam o niej zdanie... Taka siła oddziaływania literatury. Atena niszczy wszystko i wszystkich, którzy staną jej na drodze. Jednak jest jedna rzecz, która powstała z jej winy i potrafi zaszkodzić jej samej... Wszystko jest połączone w bardzo ciekawy sposób, jest dość oryginalne, interesujące. Ale...

...ale. Książka nosi w sobie zadatki na coś naprawdę bardzo dobrego, jednak mam wrażenie, jakby autorka nie chciała przedobrzyć i uznała, że lepiej napisać mniej niż więcej. W tym wypadku, chociaż zazwyczaj krytykuje się za pisanie o niepotrzebnych bzdurach, powinna ona rozwinąć książkę, napisać ją grubszą i bardziej zagłębić się w poszczególne sceny. Wszystko poszło stanowczo za szybko. Książka jest niezła. Podejrzewam, że kolejne tomy będą coraz lepsze. Niestety na chwilę obecną brakuje mi tutaj zaufania czytelnikowi, pozwolenia mu zanurzyć się w czymś zbędnym, ale dodającym książce czegoś... pochłaniającego? Wydaje mi się, że Kelly Keaton bała się napisać jakieś wątki poboczne, a nawet rozwinąć te główne. Brakuje tego.

Jednak pomimo wad książka mi się podobała (chociaż mogłaby spodobać o wiele bardziej) i chętnie przeczytam kolejne tomy. Mam nadzieję, że tym razem będą napisane z większą pewnością siebie. Pomysł mi się podoba i szczerze życzę autorce, by nie bała się pisać, by dała się sama porwać swojej fabule.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

The Roommate - Christian E. Christiansen (2011)

O tym filmie mówiło się już od dawna. Podejrzewam, że głównie za sprawą aktorów, którzy w nim występują (Leighton Meester - Gossip Girl, Nina Dobrev - The Vampire Diaries, oraz Cam Gigandet, który ostatnio jest coraz popularniejszy, głównie za sprawą roli w ekranizacji Zmierzchu oraz Burlesce u boku Christiny Aguilery). Co ciekawe - w pierwszym tygodniu po wejściu do kin film ten zarobił więcej niż film Jamesa Camerona Sanctum 3D. Tego ostatniego nie widziałam, więc nie wiem, czy to on jest taki kiepski, czy może "The Rommate" jest tak świetne. Chociaż zdziwiłabym się, gdyby naprawdę mówiono o świetności. Na Filmwebie różnią się te filmy jedynie dwoma dziesiątymi w ocenie, z korzyścią dla Sanctum. Po tym drobnym wprowadzeniu możemy przejść do rzeczy.

Fabuła przypomina mi trochę Chloe. Takie samo stwarzanie pozorów i zorientowanie się za późno, o co chodzi. Chociaż w The Roommate widz o wiele szybciej orientuje się, co się dzieje. Również są obsesje i nastrój również jest trochę podobny. Może zmienia się sceneria - tym razem lądujemy w akademiku. Bohaterowie są różni. A ich zachowanie też nie jest identyczne.

Twórcy zaskoczyli mnie również doborem aktorów. Na początku filmu ciężko odróżnić, kto jest kim. Okazuje się, że Sara jest bardzo podobna do Rebecci (Leighton), szczególnie w półmroku. Więc jeśli ktoś wie, że w filmie gra Leighton, prawdopodobnie - tak jak ja - pomyśli, że ta aktorka to ona. Dopiero później staje się wszystko jasne.

Fabuła jest nudna. Nie warto wspominać, poczytajcie o niej gdzieś indziej. Mi się spodobało wykonanie - zdjęcia, muzyka, delikatne stopniowanie napięcia i mało wyskoków "zza szafy", które są tak przewidywalne, że nie da się wystraszyć, choćby się bardzo chciało. Podobają mi się również postacie - są takie... różne. Niestety wszędobylskie opisy filmu psują. Dlatego uważam, że lepiej ich nie czytać. Bo nie mówią nic, a później się okazuje, że to "nic" odbiera "coś" filmowi. W sumie szkoda.

Tak naprawdę nie rozumiem, o co tyle szumu. Leighton zagrała nieźle, ale nie zachwycająco. Nina Dobrev w swojej epizodycznej roli wyszła kiepsko. Aktorka grająca Sarę była bezbarwna. W sumie chyba o to chodziło, ale i tak mi się nie podobała. Cam... on również potrafi zagrać lepiej. Najbardziej podobała mi się rola Billy'ego Zane'a. Duża zaszła w nim zmiana od Titanica. Z początku go nie rozpoznałam. Ale on pasuje do takiej roli.

Reasumując - film nie jest zły, ale na horror beznadziejny (kto go tak sklasyfikował?! Na IMDb sobie to darowali, i słusznie, to thriller). Gra aktorska mogłaby być lepsza, ale ujdzie. Muzyka - mniam. Zdjęcia - również mniam. Obejrzeć można, ale nie warto się spodziewać czegoś wybitnego. Jestem trochę rozczarowana. Tylko trochę, ponieważ emocje mi się podobały.

Czekam z utęsknieniem na kolejny film z Leighton, w którym gra u boku Hugh Laurie i który będzie miał premierę w tym roku. Na razie niestety nie wiadomo kiedy dokładnie. Liczę, że nim się nie rozczaruję. A póki co muszę obejrzeć Sanctum dla porównania.

piątek, 22 kwietnia 2011

"Kompozytor burz" - Andrés Pascual

Są książki, o których trudno jest mówić. Książki, które wzbudzają sprzeczne emocje. Książki, które mają w sobie tak wiele piękna, ale jednak wkradają się pewne wątpliwości...

"Kompozytor burz", oprócz oczywistości w postaci pięknej okładki oraz nie mniej ładnego, frapującego, nastrojowego tytułu ma jeszcze jedną zaletę, obok której nie potrafię przejść obojętnie - akcja rozgrywa się za czasu Króla Słońce, Ludwika XIV. To, z niewyjaśnionych dla mnie samej przyczyn, mój ulubiony okres i miejsce w historii Europy. W chwili obecnej są dwie przeczytane przeze mnie książki, które traktują o tym czasie - "Kompozytor burz" oraz "Tysiąc drzewek pomarańczowych". I te dwie książki, obie cudowne, chociaż przecież różniące się od siebie, mówią o magii. Magii, miłości, smutku. Czy to zbieg okoliczności? Czy może Król Słońce miał w sobie coś, co każe go pisarzom utożsamiać z czasami tak zawikłanymi i czarującymi? Porzućmy w tym momencie fakty historyczne, bo tak naprawdę nie są mi one do niczego potrzebne.

Wspomniałam, że "Kompozytor burz" wzbudza we mnie sprzeczne uczucia. I to prawda, wciąż nie wiem, w jaki sposób je rozgryźć. Z jednej strony mnie zachwyca, wciąga, porywa, pozwala odpłynąć na Madagaskar, ale z drugiej... nudzi. Rozwleka się w nieskończoność, chociaż gdy popatrzę na numer strony, okazuje się, że przed chwilą byłam czterdzieści stron wcześniej i gdzie mi to zniknęło? W pewnym momencie już nie wiem, czy to z czasem, z książką, czy może ze mną samą jest coś nie tak. Przez coś specyficznego w sposobie pisania tej książki mam problem z określeniem poziomu mojego zachwytu. Bo z jednej strony jestem całkowicie oczarowana, ale zaraz odzywa się ta druga - rozczarowana. One się ze sobą mieszają, są nierozdzielne, komponują burzę w moim sercu. I nie wiem już nic. Ale gdyby ktoś chciał mi tę książkę zabrać, dałabym sobie wyrwać włosy, połamać paznokcie, aczkolwiek książki bym nie oddała. Magia, czary, opętanie?

Spotykamy się tutaj również z czymś, co może się już wydawać śmieszne i oklepane - Kamień Filozoficzny. Ale jak wspaniale autor się nim zajął! To chyba najlepszy opis Kamienia, jaki w życiu czytałam. Najlepsze zrozumienie jego natury. A to wszystko obleczone muzyką duszy, miłością, pragnieniami. Ta książka jest wręcz gorąca. Oczywiście do czasu, gdy nie spadnie towarzyszący burzy deszcz.

Z mojej recenzji prawdopodobnie nie wynika nic. Jednak gdyby ktoś naprawdę chciał już wiedzieć, czy w końcu warto ją przeczytać, czy też nie, odpowiem bez wahania - warto. Bo jest piękna. Bo nie jest prosta w odbiorze emocjonalnym. Bo skoro zadałam sobie taki trud, by spróbować ogarnąć, co o niej sądzę, chociaż jest to nie do ogarnięcia, to Wy powinniście się równie bardzo namęczyć. Żartuję. Ale "Kompozytor burz" ma w sobie coś tak wyjątkowego, że nie powinno się przejść obok niego obojętnie. Wsłuchajcie się w melodię duszy. Czym ona dla Was jest? Ja swojej wciąż nie odnalazłam, została zaklęta gdzieś w tej książce. Czegokolwiek bym o "Kompozytorze burz" nie powiedziała i tak nie będę wierzyła nawet sobie samej.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo serdecznie wydawnictwu Otwartemu.

Bo jeszcze parę książek i mi się zawali... Stosik nr 9.



Trzydzieści cztery książki na stosiku. Nie pokażę Wam całego, bo będzie mi się robiło słabo za każdym razem, gdy wejdę na bloga, a tego nikt nie chce, prawda? :D. Co prawda Murakisia na nim nie ma, żeby popsuć mi humor brakiem czasu, aaalee... w tym tygodniu stałam się bogatsza o pięć książek, z których każdą bez wyjątku chcę połknąć jak najszybciej. "Lolitka", którą kupiłam na Allegro, "Natalii 5" od wydawnictwa Prószyński, Fitzuś od G+J, który przed paroma minutami zapukał do moich drzwi wraz z "Anioły muszą odejść" oraz "Kompozytor burz", którego już prawie przeczytałam, ale uznałam, że zrobię sobie przerwę na rzecz pieczenia ciast i czytania "Z ciemnością jej do twarzy". Dlatego jutro (lub dziś wieczorem) spodziewajcie się recenzji którejś z tych dwóch książek, jeszcze się zastanowię, która będzie pierwsza ;). Och, jak mi cudownie!

Wesołych świąt, zajączków, kurczaczków, jajeczek, serniczków i innych takich! ;).

czwartek, 21 kwietnia 2011

"Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" - Newt Skamander

Och, Harry Potter! Od tej książki zaczęła się na dobre moja przygoda z książkoholizmem. Pamiętam, jak w Rosyjskiej Ruletce było pytanie, jak się nazywają w HP ludzie niemagiczni. Nie wiem, skąd znałam odpowiedź, ale znałam, chociaż z szanownym panem bliznowatym nie miałam wtedy jeszcze do czynienia. Mama wtedy zapytała: Czemu tego nie czytasz, skoro wszyscy czytają? Popatrzyłam tylko na nią i powiedziałam: Kup mi, to przeczytam. Szczerze nie spodziewałam się, że faktycznie to zrobi. Zrobiła. Uzależniłam się od książek. I chociaż od tej pory przeczytałam wiele znacznie lepszych utworów literackich, to jednak HP zawsze gdzieś zostaje... Ostatnio, po obejrzeniu pierwszej części ekranizacji siódmego tomu, doszłam do wniosku, że tęsknię. Że chcę znowu przeczytać. Cóż, czasu brak. Kilka dni temu przeczytałam w eBooku "Baśnie Barda Beedle'a", które pokochałam i nie mogę się doczekać, aż będę je posiadać, a dzisiaj przeczytałam "Fantastyczne zwierzęta".

Ta książka, jak i "Quidditch przez wieki" są cieniutkie. Tę ostatnią mam od wielu lat, ale wciąż jej nie przeczytałam. W sumie nie lubię sportu, to dlatego. Ale o zwierzątkach? Jak najbardziej! Wydanie jest uzupełnione o notatki na marginesach sporządzone przez Harry'ego i Rona, z których można się uśmiać. Tak samo czytanie o magicznych zwierzętach było fascynujące. Świat HP nagle staje się pełny - to nie tylko książka, to prawdziwy świat. I właśnie takie książki i baśnie sprawiają, że aż się wierzy w to, że to prawda.

A co o samej książeczce? Ciężko mi ją zaklasyfikować, bo mieści się gdzieś na granicy poważnej rozprawy naukowej i jednego wielkiego żartu. Czasem mam wrażenie, że autor próbuje potraktować czytelnika poważnie, aż do momentu, w którym natrafiam na specyficzny humor, który zawsze towarzyszył mi w trakcie czytania HP. I w dodatku tak uroczo było napisane o zwierzętach! Już znalazłam jedno, które chcę posiadać. To kuguchar. Chcecie wiedzieć, co to jest? To sięgnijcie po "Fantastyczne zwierzęta". Naprawdę przyjemna, leciutka lektura na pół godziny wolnego czasu. Dla miłośników HP niemal obowiązkowa, bo jakże nie znać wszystkich książek, które go bezpośrednio dotyczą?

Polecam, a co!

środa, 20 kwietnia 2011

Prywatnego anioła stróża otrzyma...

Zawsze, gdy był jakiś konkurs, który nie polegał wyłącznie na napisaniu w komentarzu "zgłaszam się", osoby wyłaniające zwycięzców mówiły, że było naprawdę trudno. Że to smutne, że nie mogą nagrodzić wszystkich. Że wszystkie prace im się podobały.

Aż do stworzenia mojego własnego pytania konkursowego byłam pewna, że to totalna bzdura i tylko takie gadanie, by pocieszyć pozostałych uczestników w związku z tym, że nie wygrali. O Boże. Zmieniłam zdanie, naprawdę.

Do konkursu zgłosiło się trzynaście osób, wszystkie opowiedziały mi coś o swoim aniele stróżu. Naprawdę wszystkie wypowiedzi mi się podobały - wierzcie mi, proszę. Jednak miałam taki gigantyczny problem ze zdecydowaniem pomiędzy dwiema. Jedna już od początku mi się baaardzo spodobała i została do końca tą potencjalnie zwycięską. Nie powiem, kto był drugi w kolejce, żeby nie popsuć nastroju tym, że tak malutko (o tak tyci, tyci!) brakowało, żeby to ta druga osoba wygrała. Ale ja mam swój gust i nie potrafiłam z nim zawalczyć. I w ten sposób "Zawsze przy mnie stój" wygrała Bibliofilka z tekstem, który tak bardzo mi się spodobał i który pozwolę sobie zacytować:

Mój anioł stróż - To pewien Ktoś.
Ktoś, kto sprawił, że uwierzyłam w siebie;
Ktoś, to obudził we mnie kobietę;
Ktoś, kto mówi, że mam piękny uśmiech;
Ktoś, kto nauczył mnie znaczenia nowych pojęć, takich jak:tęsknota, namiętność, pożądanie;
Ktoś, z kim mogę się kłócić intelektualnie;
Ktoś, o kim mogę powiedzieć, że wolałabym jeden dzień dłużej z nim, niż całe życie z kim innym; Ktoś, choć nie jest obok mnie, ja czuję Jego obecność.
I parafrazując słowa z pewnego filmu,
Wolałabym tylko raz powąchać jego włosy,pocałować usta,dotknąć dłoni niż zaznać wieczności bez tego, tylko raz. 


Serdecznie gratuluję! Wszystkim pozostałym dziękuję za udział i życzę powodzenia w następnych konkursach, a zwyciężczynię proszę o przesłanie mi adresu :).

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

"Jutro" - John Marsden

Czasem wydaje mi się, że wszystkie książki dla nastolatków są pisane na jedno kopyto - byle się sprzedało. Naturalnie musi być miłość - im bardziej schematyczna i nieszczęśliwa (rzecz jasna zakończona happy endem), tym lepiej. Nie ma co zaprzeczać, że tak nie jest - jest, chociaż zdarzają się sporadyczne przypadki, gdzie literatura młodzieżowa ma sens.

A co dostajemy od "Jutra"? Mamy grupę nastolatków, którzy wyjeżdżają na kilkudniową wycieczkę w pobliskie góry. Patrzą na siebie, poznają się, tworzą się między nimi coraz ciaśniejsze więzi, no i... zakochują się. No bo jakże by inaczej. Oczywiście są problemy. Resztę każdy zna.

Naprawdę tak uważacie? Ha! To się mylicie!

"Jutro" jest prawdziwym fenomenem, prawdziwym dziełem sztuki literatury młodzieżowej - jest książką posiadającą wartości. Bohaterowie muszą dorosnąć niemal natychmiast, ponieważ wybucha wojna, tracą wszystko, mają tylko siebie i swoją kryjówkę w górach, ale walczą. Są odważniejsi niż niejeden dorosły. Zresztą oni stoją już na progu dorosłości, po prostu muszą zrobić ten jeden krok do przodu, by poradzić sobie z nową, niezaprzeczalnie bardzo trudną sytuacją. Czasem się cofają za linię, by znów pobyć beztroskimi, ale tylko na chwilę. Mają zadanie do wykonania, które muszą, chcą wykonać. W dodatku tworzą się między nimi uczucia, z którymi nie do końca sobie radzą, nie w tej sytuacji.

Co jeszcze uważam w tej książce za wspaniałe? Opis uczuć bohaterów - każdy lęk, adrenalinę, przypływy i odpływy odwagi. Rozdarcie, chwile zwątpienia. Widać wyraźnie, w jakim oni są wieku, nie są sztucznie postarzani, ani robieni na bardziej infantylnych, niż na to zasługują. W dodatku inwazja jest opisana w taki sposób... że gdy czytałam, byłam razem z nimi, wyłączona z życia zewnętrznego, bałam się, że zostanę odkryta, że mnie postrzelą, zabiją... cokolwiek.

Jeśli chodzi o książki dla młodzieży, ta znajduje się na szczycie mojej listy. Ona nie jest błaha, jest wartościowa. Zmusza do rozmyślań. Czemu nie ma takich lektur szkolnych? Od razu zachciałoby się czytać tym, którzy nie mieli książki w ręku. Jest ciekawa, wciągająca, wartościowa. Nie to, co każą czytać w szkołach (jacyś "Krzyżacy" w gimnazjum...). Dlatego z całego serca jestem za akcją wydawnictwa Znak. Mam nadzieję, że osiągnie sukces, a książkę osobiście bardzo gorąco polecam. I nie mogę się doczekać na kolejne części.

Na podstawie książki powstał również film, który w najbliższym czasie obejrzę.

Za egzemplarz bardzo ciepło dziękuję wydawnictwu Znak.

sobota, 16 kwietnia 2011

"Przezroczyste przedmioty" - Vladimir Nabokov

Geniuszu geniusza się nie kwestionuje, bo pewne kwestie nie ulegają dyskusji. Czasem zdarza mi się nastawiać na to, że "tak, dziś udowodnię, że on wcale taki mądry to nie jest", jednak Nabokov to zupełnie inny przypadek - mój jedyny kontakt z nim to przeczytanie kilku linijek pierwszej strony "Lolity" w eBooku w dodatku, żeby się dowiedzieć, czy mi się spodoba (taki pierwszy rzut oka na styl). Nabokov zdał ten test śpiewająco, dlatego nie mogłam się doczekać, aż przeczytam coś jego autorstwa. No i padło na "Przezroczyste przedmioty", przedostatnią powieść autora.

Książka bardzo mi się spodobała, styl nie zawiódł, Nabokov nie stracił w moich oczach miana geniusza danego mu na wyrost, ale... bez posłowia Leszka Enkelinga niewiele co zrozumiałam. Śmiech na sali, wchodzimy w krainę paradoksu, skąd mówimy: i to chyba był jeden z głównych powodów moich zachwytów, bo to naprawdę miłe, gdy nareszcie trafię na książkę, która przerasta mnie pod względem ogólnej "fajności" a nie ogólnego "Boże, ale mi się już tego nie chce czytać". Na szczęście Pan Enkeling w swoim posłowiu mnie pocieszył pewnym cytatem:
Nawet wybitny pisarz, od dawna uważnie śledzący twórczość autora Lolity, bezradnie przyznał: "Nie rozumiem nowej powieści Vladimira Nabokova". (str. 126)
Od razu moje samopoczucie (które mieszało się ze swoistym rozbawieniem) uległo poprawie. Główną warstwę fabularną zdołałam jakoś ogarnąć: Hugo Person (Percy) zakochał się w Armandzie, której osobowość bardzo mi się spodobała, dzieją się jakieś dziwne rzeczy, jego ojciec umarł w przymierzalni, mierząc spodnie, później ktoś kogoś zabił (tak, wiem kto, ale nie powiem, bo po co spojlerować?). Historyjka pozornie banalna, jak można przeczytać na okładce, jednak Nabokov skomplikowaną konstrukcją bezbłędnie udowadnia, że można tam znaleźć o wiele więcej, tylko trzeba się wysilić. Dlatego jestem również zachwycona posłowiem, bez którego książki bym nie pojęła, mimo mojego ogólnego zadowolenia z niej. Przeczytam "Przezroczyste przedmioty" jeszcze wiele razy, próbując odnaleźć się w fabule i nie zgubić po raz kolejny. Będę się starała lepiej poznać autora, który wciąż jest geniuszem i pewnie nim pozostanie w trakcie moich kolejnych kontaktów z nim.

Książka nie nadaje się do czytania w autobusie, chociaż może się wydawać, że taka cieniutka książeczka to rzecz idealna - nic bardziej mylnego. Jestem pewna, że gdybym czytała ją w łóżku, poszłoby mi znacznie lepiej zrozumienie jej.

Naprawdę uważam ją za godną polecenia, jednak nie jest ona dla osób, które lubią miłe i proste książki. Wymaga ona trochę wysiłku, ale ja Nabokova pokochałam. Mimo wszystko i nade wszystko.

Za książkę dziękuję wydawnictwu MUZA.

czwartek, 14 kwietnia 2011

"Córki hańby" - Jasvinder Sanghera

Zauważyłam, że ostatnio lubię przyznawać się do błędu. Nieważne, czy sprawa jest poważna, czy błaha, ale ja się przyznaję. Ot, tak sobie. I tym razem również muszę to zrobić.

Nie sądziłam, że problem kobiet zmuszanych do małżeństwa i wszystkie nieszczęścia w rodzinie jest rozwinięty na aż taką skalę. Wydawał mi się znacznie mniejszy, a w trakcie czytania "Córek hańby" doszłam do ponurego wniosku, że świat nagle się skurczył i wypełniają go w całości cierpiące kobiety z Azji południowej. Kobiety po przejściach, w trakcie przejść i przed najgorszymi przejściami. Poznawałam ich historie - pełne bólu, płakałam nad nimi i jednocześnie sobie myślałam "Ale ja mam nudne życie", co jednocześnie było pozytywne i negatywne.

Książka ta jest zapisem wyznań kobiet, opisanych przez jedną z nich - Jasvinder (znana ze swojej autobiografii pt. "Zhańbiona") opowiada tym razem o innych kobietach i organizacji, w której pracuje. Każda z przedstawionych kobiet jest inna, jednak sytuacje, w których się znalazły, często są do siebie bliźniaczo wręcz podobne. Doświadczamy ich bólu. Potem myślimy, że my to mamy dobrze, że nas nie czeka taki smutek, samotność i brak zaufania. Nie czujemy się prześladowane na każdym kroku, nie musimy się ciągle przeprowadzać w obawie, że zostaniemy znalezione. A te kobiety tego nie mają. Nieustannie uciekają, żyją w ciągłym strachu, nie ufają nikomu.

Wyznania tych wszystkich kobiet mnie porwały. Nie mogłam się od nich oderwać, dużo rozmyślałam nad tym wszystkim, ale nie dochodziłam do żadnych wniosków. Nie było tutaj owijania w bawełnę, ułagadzania. Była czysta prawda, jasność. Sprawy nie zostały zbagatelizowane. "Córki hańby" zostały napisane po to, by uświadomić ludziom, jaki jest los kobiet na świecie. Mam szczerą nadzieję, że wiele osób przeczyta tę książkę. Te kobiety potrzebują wsparcia.

I tak, gwoli ciekawostki, mężczyźni też nie mają lekko, też bywają ofiarami i możemy się tego również dowiedzieć z "Córek hańby" chociaż znacznie mniej.

Książka jest naprawdę ważna, szczególnie dla kobiet, zdecydowanie warta polecenia. Ma w sobie coś dla mnie bardzo istotnego - zarysowane różnice kulturowe i sposoby ich rozumienia. Zdecydowanie w moim typie.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński.

A Wam przypominam o konkursie.

środa, 13 kwietnia 2011

KONKURS "Zawsze przy mnie stój"

Witajcie. Właściwie miałam przyjść z tym tematem w piątek, jednak uznałam, że nie mogę się doczekać ;). Ostatnio jestem jeszcze bardziej niecierpliwa niż zwykle. Mam tyle rzeczy na głowie, że jeszcze dokładam sobie kolejne i staram się z tym jakoś żyć. A co mi tam! Żyć będę dalej, a im więcej mam roboty, tym większa szansa, że coś uda mi się zrobić ;).

Moje ogromne zachwyty nad "Zawsze przy mnie stój" sprawiły, że bardzo chciałabym Wam podarować jedną książkę. Wraz z wydawnictwem Otwartym uznaliśmy, że konkurs to dobra rzecz, dlatego, uwaga, zasady:

1. Musisz naprawdę chcieć tę książkę.
2. Musisz zmieścić się w terminie od teraz do godziny 21:00 dnia 19. kwietnia 2011.
3. Musisz stworzyć pracę konkursową.
4. Musisz mnie przekonać swoją pracą, że to Ty masz wygrać.

Trudne? Nie? Tak myślicie? Otóż przejdźmy do pracy konkursowej. Jest to opowieść o Twoim aniele stróżu. Nie wymagam napisania książki (ale nie obraziłabym się, gdyby ktoś to zrobił ;)). Nie musi to być opowiadanie, wiersz, epopeja, ani nic w tym stylu. Po prostu chcę wiedzieć, jaki jest Twój anioł stróż. Czy w niego wierzysz? Kim dla Ciebie jest? Jak go sobie wyobrażasz?

Może to być jedno zdanie. Może być dłuuuuuga historia. Może być cokolwiek. Od biedy nie obrażę się nawet za piosenkę, rysunek, przedstawienie. Forma dowolna. Ma mnie zachwycić. Będę bardzo subiektywna i wybredna ;).

Prace zamieszczajcie w komentarzach pod tym postem.

Mam nadzieję, że Was nie zniechęciłam...

Wyniki pojawią się 20. kwietnia, czyli w dzień premiery książki. Powodzenia :).

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

"Zawsze przy mnie stój" - Carolyn Jess-Cooke

Kocham kolory na okładce. Mroczne, ale jednocześnie delikatne; napawające lękiem, ale uspokajające. Nie mogę się na nie napatrzeć. Okładka jest cudowna, otulała mnie niczym skrzydła smutnego anioła. Bo w gruncie rzeczy o tym jest książka. O smutnym aniele. Aniele stróżu.

Już wielokrotnie mówiłam, że za dużo jest w literaturze tych wszystkich istot nadprzyrodzonych, wywróconych na lewą stronę, wymyślanych na nowo, ale w gruncie rzeczy wszystko to jedno i to samo. Bo to prawda. Boom na fantastykę, fantasy i tak dalej sprawił, że tak wiele spotykamy papierowych bohaterów, przesłodzonych, nastawionych na miłość aż po zaświaty, bo o grobie mówić nie podobna, ponieważ postacie te zasadniczo już nie żyją. Ale mimo to te książki przyciągają. Czego się spodziewałam po "Zawsze przy mnie stój"? Że to będzie coś podobnego, chociaż napisanego znacznie lepiej, bardziej emocjonalnie. Wydawnictwo Otwarte ma u mnie gigantyczny kredyt zaufania, dlatego jestem niemal pewna, że każda z wydanych przez nich książek będzie co najmniej dobra. I mimo tego, że ta książka jest o aniołach, wiedziałam, że to będzie coś innego, czułam to w całym ciele. Po prostu nie mogłam się doczekać.

Ciekawym pomysłem było, że bohaterka wróciła na ziemię jako swój własny anioł stróż. Takich cudów się nie spotyka, są rzadkością, a może nawet w żadnej książce się wcześniej nie pojawiły. Nie wiem, nie jestem pewna, ale ja się z tym jeszcze nie spotkałam (jeśli macie dowód na to, że się mylę, powiedzcie mi o tym). W dodatku toczy walkę z demonem... W porządku, pewnie wyjdzie z tego jakiś romans, który osłabi książkę. Tego demona uważałam (jeszcze przed przeczytaniem) za najsłabszy punkt, cienki włos na którym zawisł los "Zawsze przy mnie stój". Ale wystarczyło zacząć czytać, by wszystkie wątpliwości odeszły w niebyt.

Mogę tylko podziwiać autorkę, że nie popełniła dziesiątek błędów, tworząc zależności między aniołami, ludźmi, demonami, czasem i Bogiem. Obawiałam się, że nie dotrzyma poziomu do końca, że książka stanie się banalna, skończy się nijako, że w ogóle nie poradzi sobie z tym, co zaplanowała. Czytałam, podszyta tą obawą, i zatapiałam się w historii. W historii smutnej, przemyślanej, ale też pięknej, pokazującej czym jest radość z życia, zmuszającej do myślenia, stawiania pytań i szukania na nie odpowiedzi. Refleksje nadchodzą subtelnie, niemal nie zauważone. Czytając, czułam obecność aniołów dookoła. A konkretnie mojego anioła stróża - zastanawiałam się, co on dla mnie robi, jak mocno o mnie walczy. Często stawały mi w oczach łzy, traciłam oddech. Żyłam historią Margot.

Muszę powiedzieć, że autorka osiągnęła sukces. Niezwykle mnie zachwyciła, sprawiła, że nie uznałam nawet sekundy poświęconej na czytanie za zmarnowaną. Powiem więcej - to najlepsza z wydanych w tym roku książek i pewnie znajdzie się w bardzo ścisłej czołówce, gdy rok dobiegnie końca. Piękna, nietuzinkowa, emocjonalna. Po prostu wspaniała.

Polecam każdemu. Ci, którzy nie przepadają za aniołami, wampirami i innymi stworzeniami, również powinni być zadowoleni. Warto przeczytać. Jeśli to Was nie przekonało, nie wiem jeszcze, co powinnam napisać. Ja osobiście kocham tę książkę i mam nadzieję, że Wy również ją pokochacie.

Z całego serca dziękuję za egzemplarz wydawnictwu Otwartemu.

Premiera książki 20.04.2011.

Stoooos. Osiem.


Kolejne brzydkie zdjęcie mojego autorstwa. Ja się kiedyś znowu postaram, ale może najpierw znajdę na to staranie czas ;). Książkoholizm jest naprawdę przerażający momentami. Szczególnie wtedy, gdy przyjeżdżam do domu z pięcioma nadprogramowymi książkami, a pod drzwiami leżą jeszcze dwie paczki, tak ku radości i niemożności wygrzebania klucza z torebki, by otworzyć dom i wtoczyć się do niego z tymi wszystkimi nabytkami. Jedną książkę to w ogóle niosłam w ręce, bo mi się już do torebki nie zmieściła! A jeszcze czekało jedno awizo. Swoją drogą ciekawe, cóż ono zwiastuje... Spodziewam się dosłownie wszystkiego, łącznie z bombą atomową xD.

Ale tak, stosik. Na samym jego dole znajdują się książki, które przyszły, gdy mnie już nie było - "Córki hańby" od wydawnictwa Prószyński, które zapowiadają się na przesmutną książkę. Zaraz nad nimi "Musiałam odejść" od wydawnictwa Znak o żonie Bin Ladena, która pewnie o wiele radośniejsza nie będzie, ale dla mnie, która nie zadowoli się tym, że Bin Laden był terrorystą, będzie idealna, bo mam nadzieję poznać go od innej strony, nie tej kreowanej przez świat. Kolejną półeczkę wyżej znajduje się jedna z dzisiejszych przesyłek od wyd. powyżej wspomnianego. W związku z nią prowadzona jest niesamowita akcja "Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro" i nie mogę się doczekać, gdy ją przeczytam. Zazdroszczę już tym gimnazjalistom zajęć dotyczących książki. "Kojiki" zaś wypożyczyłam z biblioteki (dobra, nie własnoręcznie, ale moja karta biblioteczna została już rozdziewiczona, sama bym chyba umarła, gdybym miała tego dokonać osobiście) ku celom wyzwania Literatura Japońska, ale muszę powiedzieć, że już wcześniej chciałam ją przeczytać po recenzji Luizy i teraz się zmobilizowałam [do wypożyczenia]. Wyżej kolejna książka "zachęcona", tym razem przez Arię, którą użyczył mi chłopak mojej przyjaciółki na czas bliżej nieokreślony. Ale już przeczytałam jedną piątą. Niech mnie bogowie strzegą, bo jeszcze za szybko ją pochłonę!
Przyjaciółka pożyczyła mi też obiecane kilka miesięcy temu mitologie - chińską, irańską i słowiańską, z którymi zaprzyjaźnię się z czasie odległym, jednak zapewne najbardziej odpowiednim, ot co! A książeczka na samej górze od wydawnictwa Znak Emotikon - kolejna z serii "wampiry i inne takie", ale powinna mi się spodobać. Zobaczymy ^^. Lektury na za dwa tygodnie prezentować nie będę, bo pewnie i tak jej nie przeczytam w całości, bądź nie zrozumiem, bądź też uznam, że nie warto o niej wspominać.

Ale się napisałam! Jutro, pojutrze, czy jakoś tak uraczę Was recenzją "Zawsze przy mnie stój". Później poznęcam się nad "Effi Briest". Muszę się wziąć za tę pracę semestralną, bo w takim tempie to się nie wyrobię. Został mi tydzień bez połowy dnia.

A rosyjską wersję "Belle" z Notre Dame de Paris podrzuciła mi Aria. Zakochałam się w niej (wersji ;)) niemal na równi z francuską.



Miłego wieczoru!

niedziela, 10 kwietnia 2011

"Wyznania gejszy" - Arthur Golden

Chyba każdy przynajmniej słyszał o tej książce, albo jej ekranizacji (świetnej swoją drogą, uważam ją za najlepszy film na podstawie książki, chociaż nawet teraz, gdy w trakcie ponownego czytania doszukałam się pewnych nieścisłości, nie zmieniłam zdania). Z jakiejś przyczyny "Wyznania gejszy" musiały zasłużyć na miano bestselleru. Ostatnio czytałam je trzy lata temu (a przed czterema laty zdarzyło się w związku z nimi ciekawe wydarzenie i to była pierwsza moja próba zdobycia ich na własność) i od tej pory wiedziałam, że chcę posiadać tę książkę. Udało mi się tego dokonać ledwie przed paroma dniami i, szczerze mówiąc, nie zamierzałam jej w tym czasie czytać, ale w autobusie robiłam wszystko, żeby nie uczyć się na egzamin (z którego, niemal się nie ucząc, dostałam 4+. Jak to się mówi? Do trzech razy sztuka - zdałam za trzecim razem) i zaczęłam. No i musiałam skończyć. Wciągnęła mnie na nowo i przynajmniej mam świadomość, że moje odczucia sprzed trzech lat nie były idealizowane.

O fabule mówić nie będę, ponieważ powiedziane zostało już wiele. Może tylko wspomnę, że pewna niesforna dziewczynka z biednej rodziny trafiła do okiya, gdzie miała kształcić się na gejszę, narozrabiała, więc droga do jej przyszłości została zamknięta, dopóki ktoś nie otworzył jej na nowo. Wszystko toczyło się wokół miłości absolutnej, niedozwolonej.

Autor przedstawił nam życie gejsz bardzo malowniczo. Bardzo łatwo można sobie wyobrazić sytuację w Kioto w przededniu II Wojny Światowej, poczuć atmosferę i zapragnąć zostać gejszą przynajmniej na chwilę. Ja jestem nią zauroczona po raz kolejny, w trakcie czytania chciałam obejrzeć poszczególne sceny z filmu, jednak w autobusie było to trochę niemożliwe. Książka jest piękna, momentami smutna, przewidywalna, ale jednocześnie zasługuje w pełni na miano światowego bestselletru - gdyby tylko "Zmierzch" był taki świetny...

Kto jeszcze nie przeczytał - gorąco polecam. Najlepiej do kompletu z filmem, chociaż niektórzy nie uznają czytania i oglądania... W tym wypadku to nie powinno zaszkodzić. Ja sobie nie wyobrażam znać tylko jedną z wersji. Naprawdę.


Wróciłam! Było cudownie, mam mnóstwo energii, a praca semestralna ma tylko cztery linijki, ale co tam! Murakiś już przeczytany do połowy, "Zawsze przy mnie stój" w całości (kocham!), recenzja wkrótce, a ja dzisiaj kupiłam sobie dwie herbaty sencha - malinową i imbirowo-cytrynową. Jutro planuję nawiedzić Starbucksa, wypożyczyć "Kojiki" i może wreszcie się przygotować na zajęcia, hm. Jutrzejszą historię literatury mamy w Jagiellonce. Umrę tam. Wspominałam coś o mojej bibliotekofobii?

A za kiepską recenzję przepraszam. Nie umiem pisać o tej książce, sama nie wiem czemu. A może jeszcze nie wybiłam się z rytmu podróży.

Gdy przejeżdżałam przez Warszawę, chciałam wysiąść z pociągu. Nie podoba mi się to miasto, ale coś mnie mocno do niego ciągnie. Wybieram się tam całkiem niedługo. Może następnym razem napiszę o herbacie? Dzisiaj chyba osiągam bardzo wysoki poziom w robieniu dygresji.

czwartek, 7 kwietnia 2011

"Pokój z widokiem na Dunnes Stores"

A to jeszcze raz ja, tuż przed wyjazdem. Właściwie powinnam się powoli zbierać, jednak chciałam Wam powiedzieć, że w najnowszym numerze LifeStyle Magazine możecie przeczytać moją recenzję książki, który tytuł widnieje w tytule postu. Magazyn możecie pobrać na stronie internetowej.

Miłego weekendu, wracam do Was w niedzielę. Już tęsknię. Poważnie.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Weekend.

Kochani moi.

Ostatnie dni mnie wymęczają i wykańczają. Niby czytam, ale wszystkiego po trochu, za nic nie biorę się na poważnie. W czwartek wyjeżdżam na weekend, wrócę w niedzielę i przysięgam, że z recenzjami. Na razie muszę odpocząć i poczytać. Później odetchnę na tydzień z ulgą i znowu zacznę się stresować, ale mniejsza z tym ;).

Czytam:
"Wyznania gejszy"
"Przezroczyste przedmioty"
"Zawsze przy mnie stój"
i wezmę się zaraz za "1Q84".

No i ta nieszczęsna "Effi Briest", ale ją skończę jutro lub pojutrze. Niestety recenzji nie zdążę napisać.

Wrócę do Was może ze zdjęciami... Jakąś popapraną historią... Nie wiem, czymkolwiek, ale obiecuję, że nie będzie tak źle ^^. Będę za Wami tęsknić, prawdopodobnie odcięta od Internetu przez 90% doby.

Życzę Wam miłej zabawy beze mnie!

niedziela, 3 kwietnia 2011

"Tatami kontra krzesła" - Rafał Tomański

Kiedyś (czyli jeszcze kilka dni temu) byłam pewna, że rozumiem Japonię na tyle, że gdybym tam poleciała, udałoby mi się nie popełniać żadnych rażących błędów w kontaktach z Japończykami. Ale nie zrozumcie mnie źle - nie chodziło mi wcale o to, że znam Japonię super, żadnych wątpliwości. Po prostu trochę rozumiem, ale na tyle, by żadnego mieszkańca tego cudownego kraju nie urazić swoim zachowaniem w jakiś totalnych podstawach dotyczących kultury. A do czego doprowadziła mnie książka Rafała Tomańskiego? Wystraszyła mnie. Po prostu.

W tej chwili pragnę oznajmić, że każdy, kto interesuje się Japonią, zamierza tam pojechać (na wycieczkę, na stałe, na wymianę, na spotkanie biznesowe, na cokolwiek...) powinien iść do księgarni, kupić "Tatami kontra krzesła", uważnie przeczytać i postarać się zapamiętać chociaż część z nawału informacji, jakim raczy nas autor i uświadomić sobie, jakim jest ignorantem (piję trochę do siebie, ale również do całego świata).

Rafał Tomański pokazuje nam, że Japonia to nie tylko sushi, gejsze, samuraje i nowoczesna technologia - udowadnia, że Japonia to Japończycy ze wszystkimi swoimi "dziwactwami", całe społeczeństwo, które działa jak jeden organizm, a nie jednostka odpowiedzialna sama za siebie. Nie da się zrozumieć jednego Japończyka, trzeba ogarnąć całość, inaczej nic z tego nie wyniknie.

Mogę się rozdrobnić, powiedzieć o poszczególnych rzeczach opisanych w książce, ale to nie ma sensu, zresztą zostało już wspomniane w wielu innych recenzjach. Sama nazwałabym ją mini-leksykonem japońskości, psychologiczną analizą kraju i jego obywateli oraz obcokrajowców, którzy mają do czynienia z Krajem Wschodzącego Słońca. Pokuszę się o stwierdzenie, że czytelnik znajdzie tu niemal wszystko, czego szuka, w wyjątkowo przystępnej formie - dobrej zarówno dla laika jak i kogoś, kto jakieś pojęcie o Japonii posiada. Obala stereotypy, przedstawia sytuacje, o których nie ma się pojęcia, dopóki nie otworzy się tej książki. Powiedzieć, że ta "Tatami kontra krzesła" jest cudowne, to ogromne niedopowiedzenie podobne do stwierdzenia, że gejsza to prostytutka. Można by mówić wiele, ale ja powiem, że należy ją po prostu przeczytać.

A co mnie tak wystraszyło? Japonia właśnie. Ten pośpiech, bezpieczeństwo, ramy, w których poruszają się ludzie - brak indywidualizmu, brak słodkiego rozleniwienia. Uznałam, że to nie kraj dla mnie, nie mogłabym w nim zamieszkać. Ale z drugiej strony, czy to nie oznacza, że zbliżam się do pojęcia go chociaż trochę, by wiedzieć, że nic nie jest w nim proste i jasne? Może to ma jakieś inne podstawy? Wiem jedynie, że będę próbowała się dowiedzieć coraz więcej, zrozumieć Japonię i może kiedyś uznam, że dojrzałam do niej na tyle, by wreszcie pojechać i przekonać się na własnej skórze, jak to naprawdę jest.

Polecam "Tatami kontra krzesła" z całego serca. A do tych wszystkich, którzy narzekają na okładkę mam parę słów: sami nie wiecie, o czym mówicie, ona doskonale pasuje do tej książki.

Za egzemplarz gorąco dziękuję wydawnictwu MUZA.

sobota, 2 kwietnia 2011

Stosik numer siedem.

Lubię moje stosy, naprawdę. Ale kto ich nie lubi? Ten co prawda nie jest jakiś wieeeelki, ale taki ładny! Takie cudeńka na nim są!

Ale pójdźmy od dołu ;).

W pierwszej liceum przyjaciółka obiecała, że da mi "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" (o której to książce można było poczytać w Harrym Potterze), ponieważ miała dwa egzemplarze. W czwartek sobie o tym przypomniała :D. To tylko trzy lata, czym się przejmować... xD. Na górze zaś jest przecudna książka, którą już, już chcę przeczytać, ale czasu odrobinkę brak... To egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa Otwartego - "Zawsze przy mnie stój". Ma przecudną okładkę, poszukajcie sobie, mniam!
Kolejne dwie książki w górze (Nabokov i "Tatami kontra krzesła") to książki od wydawnictwa Muza. "Tatami..." zrecenzuję na dniach [bądź godzinach], a Nabokova zawsze chciałam przeczytać. To będzie moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale wydaje mi się, że z miejsca go pokocham.

Piętro wyżej znajduje się Murakiś, którego użyczyła mi kochana, cudowna, wspaniała itd. itp. etc. usw. Aria wraz z zakładką, którą można podziwiać pod "Fantastycznymi zwierzętami" oraz kartką, która opiera się o kwiatki przyklejone do monitora i książki :D.
Dziękuję!

A na samej górze znajduje się prezent urodzinowy dla przyjaciółki, którego niestety nie przeczytam, bo mam za mało czasu, ale przynajmniej optycznie powiększa stosik ;).

Tydzień mnie czeka trudny. Pewnie umrę w jego trakcie kilka razy, ale w czwartek wyjeżdżam daleeeeeko na Podlasie, skąd wrócę w niedzielę z, miejmy nadzieję, nową siłą, nowymi przeczytanymi książkami i nową wiedzą (tak, liczę, że się tam czegoś nauczę...) oraz skończoną pracą semestralną. Będzie ciężko, dlatego w tym czasie spodziewajcie się mnie rzadziej widzieć.

Ale i tak Was kocham!
Wiosnaaaa.

Zapomniałam o jeszcze jednym. Wyobraźcie sobie na tym stosie jeszcze widmowe "Wyznania gejszy", które odbiorę dopiero w poniedziałek, ale prawnie powinny zamieszkiwać mój stosik ^^.