środa, 30 marca 2011

"Terapia" - Sebastian Fitzek

Fitzuś znowu powalił mnie na kolana! A gdy czytałam "Terapię", byłam prawie pewna, że tym razem będzie znacznie gorzej, bo debiut, bo się jeszcze nie wyćwiczył w mąceniu w głowie czytelnika. Pomyliłam się, ale po raz kolejny bardzo się z tego powodu cieszę.

Tym razem wytrwale walczyłam z Fitzusiem do samego końca, nie poddałam się w połowie książki i wciąż próbowałam poskładać wszystko w całość i odgadnąć zakończenie. Mogę z dumą powiedzieć, że w sporej części mi się udało. Uczepiłam się jednej myśli jak rzep psiego ogona (jakiś pies tutaj występuje, więc miałam czego) i nawet gdy nie do końca pasowała mi ona do czegokolwiek, nie porzucałam jej, zaprzyjaźniłam się z nią i okazało się, że miałam rację. Ha! Nawet nie wiecie, jaka jestem z tego powodu zadowolona. Reszta to tylko przypuszczenia czające się gdzieś z tyłu czaszki, ale również okazały się właściwe. Niestety nie potrafiłam ich poskładać w całość. Ale swój sukces osiągnęłam. Teraz Wam powiem, czego on właściwie dotyczył.

Mamy pewnego psychiatrę, któremu znika córka. Stara się ją przez cztery lata odnaleźć i, z tego co wiemy, odnajduje ją, jednak historia ma tak wiele tajemnic, powikłań, poplątań, zamotań, że tak naprawdę nie wiemy, czy znajduje ją żywą, martwą, półżywą, półmartwą, czy też może ćwierćżywą. To Fitzuś, więc wszystkie chwyty są dozwolone. Opowiada całą historię jednemu lekarzowi, aż dochodzimy do końca. Fitzusiowego poplątanego końca. Rzecz jasna.

Zdaję sobie sprawę, że o fabule nie powiedziałam prawie nic, ale jeśli ktoś chce poznać ją lepiej, może poszukać opisu okładkowego w Sieci. Bo ja tak naprawdę przyszłam tutaj tylko po to, by powiedzieć, że jednak kocham Fitzusia (chyba można się zorientować po zdrabnianiu jego nazwiska, ale pewnie tak już zostanie, dopóki mnie nie zdenerwuje), ale boję się, że nigdy nie przeczytam żadnej jego książki po niemiecku, bo utonę gdzieś między słowami i już nie złapię oddechu. Jak na razie "Terapia" jest świetnym debiutem, ale jak już wiecie, nie tylko na świetnym debiucie się kończy, bo "Makabryczna gra" również była cudowna, nawet lepsza. Podejrzewam, że reszta książek, które wydostały się z jego nienormalnej głowy również będzie. Więc co następne w kolejce? Podejrzewam, że pewnie "Klinika", tylko pójdę ją gdzieś kupić*.

Polecam Fitzusia baaaardzo gorąco całym moim spragnionym kolejnych jego thrillerów sercem. Chyba wreszcie znalazłam obiekt zastępczy za Gretchen. I za Berlin. I za wszystko inne, co teraz nie przychodzi mi do głowy.


*ale to dopiero pojutrze, bo postanowiłam, że nie wydam już ani grosza w marcu ;).

wtorek, 29 marca 2011

"Gdzie Indziej" - Gabrielle Zevin

Raz na zajęciach z literaturoznawstwa dowiedziałam się, że książkę czyta się dla treści, a nie formy. Bo co jest fajnego w tekście, który nie ma dobrej fabuły, choćby był napisany najpiękniejszym językiem? Zaprotestowałam wtedy głośno i powiedziałam, że jest jeden autor, którego czytam tylko i wyłącznie dla stylu, bo w jego fabułach nie widzę sensu i mnie nie porywają. Wiecie o kim mówię? To Truman Capote. Jego styl kocham, ale niestety nie potrafię polubić równie mocno tego, o czym on pisze. Uznałam, że obroniłam swoją tezę. Ale czy da się czytać książkę napisaną kiepsko, ale z wyjątkowo świetną fabułą? Ciężko. Naprawdę ciężko.

I wcale nie chcę przez to powiedzieć, że "Gdzie Indziej" jest napisane bardzo źle. Po prostu w trakcie czytania przypomniałam sobie o tamtych zajęciach i Trumanie, ponieważ o ile fabuła "Gdzie Indziej" jest naprawdę nietuzinkowa, to język nie wciąga jakoś szczególnie, jest prosty. Momentami denerwujący, gdy bohaterka wybucha złością w najmniej oczekiwanym momencie, ale czytywałam książki napisane znacznie gorzej.

A fabuła? Ona nadrabia niedostatki w języku. I jest o tyle ciekawa, że dotyka aspektów, nad którymi przynajmniej raz w życiu dumał każdy człowiek - tego, co się dzieje po śmierci. Autorka wysłała piętnastoletnią Liz w podróż statkiem, który zawiózł ją na wyspę, do miejsca Gdzie Indziej. Tam właśnie trafiają wszyscy ludzie po śmierci. I spotykamy się z czymś, co być może znacie jako przypadek Benjamina Buttona. Ludzie, zamiast się starzeć, stają się coraz młodsi.

Liz nie może się pogodzić ze swoją śmiercią, ma depresję. Chce wrócić do swojego życia, spotkać swoją pierwszą miłość, przeżyć pierwszy pocałunek... A Gdzie Indziej próbują ją przekonać, że tutaj też może toczyć się życie i można doświadczyć wszystkiego. A co dalej? Jak wygląda Gdzie Indziej? Jaki jest jej kolejny krok? Powiem tylko, że do mnie ta wizja przemówiła, dałam się jej przekonać.

Liz jest bardzo miłą bohaterką, nie do końca typową nastolatką. Jest rozsądniejsza, bardziej naturalna. Muszę przyznać, że wszyscy bohaterowie są dobrze skonstruowani. Mają wady, zalety, uczucia. Swoje racje i swoje historie. I to oni mocno trzymają całą historię, żeby się nie posypała. Trzymają również Liz przed popełnianiem głupich błędów.

Muszę przyznać, że książka bardzo mnie poruszyła, szczególnie pod koniec. Ale wytrwale się trzymałam, bo mój tusz do rzęs nie jest wodoodporny, a rozmazana przecież nie będę jechać autobusem. A zresztą... co mi zależy, następnym razem nie będę się powstrzymywać przed płaczem, gdy książka będzie tego wymagała. O moich refleksjach na temat życia i śmierci mówić nie będę, bo tak naprawdę było ich niewiele, chociaż bardzo mocno się na mnie odbiły. Książka jest przyjemna, ciepła, skłaniająca do refleksji, naturalna, przemyślana. Tak naprawdę nie spotkałam się w niej z niczym rażąco frustrującym, oprócz wspomnianych wcześniej wybuchów złości bohaterki, których było tak naprawdę niewiele. Aż prosi się o polecenie. I polecam. Bo warto.


I widzę, że Pilipiuk nikomu do gustu nie przypadł. Hihi. Teraz się chyba wezmę za Fitzusia, bo tak się na mnie ładnie patrzy ze stosika... ^^.

poniedziałek, 28 marca 2011

"Wampir z M-3" - Andrzej Pilipiuk

Gdy usłyszałam, że Pilipiuk - pisarz, którego w swoim czasie uwielbiałam nade wszystkich innych polskich - zamierza napisać polską odpowiedź na "Zmierzch", wiedziałam, że chcę to przeczytać. I w końcu się pojawiła. Znacznie szybciej niż się spodziewałam, inna niż się spodziewałam. Oczywiście, to Pilipiuk, on musi wszystko wywrócić na lewą stronę, jak biednego wilkołaka. Ale do rzeczy.

Jeśli ktoś faktycznie chce się tam doszukiwać wyłącznie odniesień do "Zmierzchu", niech zajrzy od razu na strony 53-54, gdzie znajdzie minimalne ilości tych amerykańskich obezjajców, ale dalej już może o nich zapomnieć. Tutaj mamy innych, polskich, PRLowskich wampirów, wilkołaki, mumie, zombiaki, nadwampiry, MO i ubecję. Ach, tak, i jeszcze Pana Samochodzika Historia Prawdziwa, kolejną ożywioną egipską mumię i mojego ulubionego pilipiukowego bohatera, jego alterego, Tomasza Olszakowskiego. A skoro o tym ostatnim mowa, wreszcie dowiedziałam się, jaki ma tytuł naukowy. Poza tym możemy o nim zapomnieć, bo mamy ważniejszy problem na głowie.

Wampiry... Prawdziwe, martwe, bojące się czosnku, chodzące zabobony, które nie mogą wejść na poświęconą ziemię, nawet gdy są ateistami i nie wierzą w takie brednie, ale cóż, zabobon rzecz silniejsza. W dodatku gdy nastolatka się zabija a partyjnej rodzinie, zostaje pochowana w rodzinnym grobowcu (oczywiście świecki pochówek), a po pół roku nagle się budzi i wraca do domu... rodzina próbuje ją na nowo zabić. Babcia wraz z kumplami z kółka różańcowego i wnukiem zbierają się i idą na cmentarz, by wykończyć upiora. Ale pojawia się nagle rycerski przystojny wilkołak, który ratuje dziewczynę z opresji. I wtedy ona przeprowadza się do innych wampirów, które tłumaczą jej jak (nie)żyć i radzić sobie w komunistycznym kraju.

Jest ciekawie, pilipiukowo, śmiesznie. PRL z zupełnie innej perspektywy, niż jest przedstawiana przez rodziców czy dziadków, nawet doszłam do wniosku (hmmm, w sumie to było jeszcze przed tą książką...), że chciałabym wtedy żyć. Pomijając fakt, że papier toaletowy był towarem deficytowym. Można się zdrowo uśmiać, zastanawiać się, co się w głowie tego Grafomana dzieje, ale to nie zmienia faktu, że książce do ideału daleko.

Pilipiuk zaliczył drastyczny spadek formy już przy "Homo bimbrownikusie", "Wampir z M-3" jest powolnym wygrzebywaniem się z Rowu Mariańskiego pisarstwa, ale jednak wciąż jest źle. Mam wrażenie, jakby bohaterowie z poprzednich książek wracali w trochę innej postaci. Gośka to bardziej wyluzowana Monika z "Kuzynek", mumia to... no mumia, tym razem z "Księżniczki". Inni bohaterowie również mają swoją rolę z innych dzieł, chociaż już nie tak wyraźną. Szczerze mówiąc... im bliżej byłam końca książki, tym było gorzej. Na początku było cudownie, już się cieszyłam, że Pilipiuk radzi sobie na nowo świetnie, ale później, gdzieś po połowie zaczął się wypalać. I chociaż bardzo mi się podobało, nie mogę nie porównać z tym, co już kiedyś było napisane. Pilipiuk, żeby zachwycić mnie swoim pisaniem na nowo, będzie musiał zdrowo się postarać.

Mimo to polecam Wampira. Jest zabawny, lekki i inteligentny. Jeśli ktoś nie zna twórczości Pilipiuka tak dobrze, jak ja mogę uważać, że ją znam, powinien sobie z tymi niedostatkami poradzić. Ja skupiałam się głównie na obrazie PRLu i różnych bytach paranormalnych. Gdybym chciała zainteresować się całokształtem lektury, musiałabym stać się niemiła. Na szczęście mogło być znacznie gorzej, ale niestety o wiele lepiej również.

sobota, 26 marca 2011

Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro

Wydawnictwo Znak postanowiło przeprowadzić pewną akcję, o której dostałam informację i pozwolę sobie przekopiować treść maila. Przeczytajcie, bo naprawdę interesujące i powiem nawet, że ważne :).


Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro


Ostanie badania czytelnictwa potwierdzają tezę, że Polacy przestają czytać. Szkoła – najbardziej naturalne miejsce – nie wyrabia nawyków czytelniczychco trzeci uczeń i student nie sięgnął w ubiegłym roku po książkę.

Musimy to zmienić! Znak, jako wydawnictwo gromadzące wokół siebie środowisko wybitnych pisarzy, filozofów i naukowców, czuje się szczególnie zobowiązany do promocji kultury czytania. Dlatego przed zbliżającym się Światowym Dniem Książki rozpoczniemy akcję wspierającą czytelnictwo wśród młodzieży Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro.

Zainspirowały nas działania, jakie przeprowadzono w Szwecji w ramach Läsrörelsen [Ruch Czytelnictwa]. Jego twórcy uznali, że wysoki poziom kultury czytania jest niezbędnym warunkiem istnienia demokracji. Początkowo była to inicjatywa intelektualistów i edukatorów, jednak z czasem akcja nabrała rozpędu i włączyły się w nią kolejne instytucje, ministerstwa i rząd Szwecji.
W trakcie projektu uruchomiono ponad 120 programów, w tym Ge dina barn ett språk, czyli Dajmy dzieciom język.
Dzieci i młodzież poproszono o wybranie książek, które mają największe szanse, by zachęcić ich rówieśników do czytania. Jutro Johna Marsdena znalazła się w tym zestawieniu jako jedyna książka spoza Szwecji. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się rozpocząć akcję w momencie wydania tej książki w Polsce.
Akcję przeprowadzono także w miejscach niekojarzonych dotąd z czytaniem – wybrane tytuły były między innymi dołączane w McDonald's do zestawów Happy Meal. Łącznie rozdano 1,2 mln egzemplarzy książek.

Przedstawiliśmy nasz projekt uczniom i nauczycielom. Rozmawialiśmy z młodzieżą o tym, co podoba im się w książkach. Dyskutowaliśmy z pedagogami o tym, jak mogą wykorzystać Jutro do rozmowy o uniwersalnych wartościach. Chcemy pokazać, że można o tych wartościach mówić współczesnym, przystępnym językiem. Że lektury szkolne nie muszą być nudne, a czytanie może być po prostu fajne.
W wyniku współpracy z dr Gabrielą Olszowską, recenzentką ministerialną i dyrektor krakowskiego gimnazjum, powstał szereg materiałów dydaktycznych ułatwiających przeprowadzenie lekcji [m.in. z języka polskiego, języka angielskiego, wiedzy o społeczeństwie].
W ramach akcji chcemy przekazać każdemu gimnazjum i szkole ponadgimnazjalnej zestaw materiałów edukacyjnych, egzemplarz  powieści Johna Marsdena Jutro oraz materiały informujące o konkursie dla uczniów – przesłane materiały stanowić będą komplet narzędzi potrzebnych do przeprowadzenia lekcji.
Kontaktujemy się już ze szkołami, które bezpośrednio zapraszamy do wzięcia udziału akcji – skontaktowaliśmy się już z ponad dwoma tysiącami gimnazjów.

Wszystkie osoby, które chciałyby zgłosić swoją szkołę do udziału w akcji, prosimy o kontakt mailowy: jutro@znak.com.pl
Wkrótce ruszy również oficjalna strona www.seriajutro.pl

czwartek, 24 marca 2011

"Dobrani" - Ally Condie

Zawsze marzyło mi się życie w społeczeństwie idealnym. Ludzie przestrzegają zasad, które sprawiają, że żyje im się lepiej, nikt nikogo nie zabije, nie gwałci, nie obraża, nie okrada... Oczywiście to tylko marzenia, bo niestety zdaję sobie sprawę, że nie da się stworzyć takiej utopii. Na szczęście niektórzy walczą ze światem swoją własną wyobraźnią i pozwalają nam chociażby zasmakować Społeczeństwa, które jest idealne.

Jest już w Sieci tyle świetnych recenzji "Dobranych", że nie mogłam się doczekać, gdy sama przeczytam. Leżeli na moim stosiku i czekali na swoją kolej, ale niestety ostatnio mam bardzo mało czasu na czytanie, który wyrywam ze szponów nauki, kosztem swojego zdrowia psychicznego. Mój stres osiąga apogeum, a ja nie potrafię porzucić książek. Jednak wczoraj, z racji, że dzisiaj cały dzień miałam poświęcić na przygotowywanie się na jutro (jak to cudownie brzmi), uznałam, że mogę przeczytać jedną przyjemną książeczkę. I wzięłam "Dobranych", po dwudziestu stronach już wiedziałam, że uwielbiam tę książkę.

Na moment trafiłam do idealnego świata, który tak bardzo kłócił się z tym, co znam, w czym żyję, że postanowiłam wyzbyć się wszystkich myśli i dać się pochłonąć Społeczeństwu. To było tak niesamowite przeżycie! Ja tam byłam, chodziłam ulicami Miasta, jadłam doskonale zbilansowane potrawy, czytałam Sto Wierszy i zakochiwałam się nie w tym chłopaku, w którym powinnam. Przeżyłam uroczystość Doboru i zachwyciłam się moim Wybrankiem. Może dlatego poszło mi to tak łatwo, ponieważ książka jest napisana w pierwszej osobie, całkiem niezłym stylem, a fabuła naprawdę wciąga. Pewne rzeczy łatwiej przewidzieć, inne trudniej. Na niektóre trzeba czekać, aż przybędzie więcej informacji.

Tak się zastanawiałam nad buntem, podejmowaniem decyzji, miłością... I chociaż nie pochwalam pewnych decyzji bohaterki, z którymi uważam, że sama bym sobie lepiej poradziła, to nie potrafię jej nie lubić za jej determinację i siłę. I podziwiam autorkę za to, jak wiele warstw posiadają "Dobrani". Tę prostą, idealną, którą widzi każdy członek Społeczeństwa, komplikującą się, gdy Cassia zaczyna nie radzić sobie ze swoim (nie)idealnym życiem i tę realną za granicami Prowincji. To wszystko pięknie się splata i jest właśnie idealne.

Powinnam powiedzieć, że wszystko jest przesłodzone, nienaturalne, ale Ally Condie tak dobrze sobie poradziła z tym, co napisała, że nie potrafię skrytykować. A chciałabym, żeby nie czuć się tak, jak się czuję.

Jestem też zakochana w okładce. Prostej, minimalistycznej i symbolicznej. Tak doskonale oddaje treść książki, że najchętniej uściskałabym grafika.

Niecierpliwie czekam na kolejne części i ogromnie dziękuję wydawnictwu Prószyński za możliwość jej przeczytania.

Na stronie wydawnictwa można również posłuchać, jak autorka opowiada o książce, obejrzeć trailer i przeczytać fragment. Chyba właśnie próbuję zachęcić wszystkich, którzy jeszcze nie przeczytali "Dobranych", by to zrobili. Książka posiada świetną stronę internetową, na której można znaleźć ciekawe rzeczy, takie jak Sto Wierszy, Sto Piosenek...

Polecam.

poniedziałek, 21 marca 2011

"Trucicielka" - Eric-Emmanuel Schmitt

Moja przyjaciółka jest fanką Schmitta, a co za tym idzie - ja również znam zdecydowaną większość jego twórczości. Przez długi czas byłam święcie przekonana, że już się nim przejadłam, gdy w zapowiedziach pojawiła się "Trucicielka" ze swoją cudowną, magnetyzującą okładką, na którą można patrzeć i patrzeć, a ona nie daje o sobie zapomnieć. I właśnie ta wspaniała czerń i biel, tytuł wskazujący na jakiś morderców oraz opis, który mówi o obsesjach - ja muszę, po prostu muszę przeczytać.

Podobno książek po okładce się nie ocenia. Jednak w tym wypadku to było moje główne kryterium wyboru (bo kto by nie chciał mieć takiego cuda na półce?) i później już doszłam do wniosku, że to dobrze, że oprawa jest tak fascynująca, ponieważ wiele osób sięgnie po tę książkę chociażby dla niej. A okładka - zagłaskana przeze mnie niemal na śmierć - kryje w sobie o wiele więcej niż można by przypuszczać.

Mamy tutaj do czynienia z czterema opowiadaniami - tytułową "Trucicielką", opowiadającą - jakże by inaczej - o wiekowej trucicielce, która zafascynowała się młodym księdzem i chciała go za wszelką cenę zdobyć. Dalej mamy "Powrót" o mężczyźnie, który spędza większość życia na morzu, a w domu czeka na niego żona i cztery córki. W pewnej chwili dostaje wiadomość, że jedna z jego córek nie żyje. W jego głowie szaleje myśl - która córka. Ponosi to za sobą wiele innych konsekwencji. Później mamy do czynienia z "Koncertem Pamięci anioła", które to opowiadanie jest tytułową historią oryginalnego wydania książki. To historia o dwóch chłopakach, później mężczyznach. O wzorach i rolach, jakie przyjmują. Ostatnim opowiadaniem jest "Elizejska miłość". Spotykamy tutaj prezydenta i jego żonę, ich wzajemne relacje i budzącą się nienawiść.

Pokazałam ogólnie, o czym mówią te opowiadania. Ale tak naprawdę można mówić o nich wiele. Każde z nich pokochałam - "Trucicielkę" za główną bohaterkę; "Powrót" za ojcowskie uczucia i moje własne refleksje, które wtedy powstały; "Koncert..." to moje ulubione opowiadanie, które wywołało we mnie wiele emocji, myśli i pozwoliło mi popatrzyć z innej perspektywy na moją własną rzeczywistość. Odnalazłam to, czego ostatnimi czasy szukałam, pewnej luki, którą za wszelką cenę chciałam znaleźć, by ją zalepić. Niestety zdałam sobie sprawę, że nie dam rady tego zrobić. To opowiadanie jest tak piękne... I jedyne, w którym znalazłam fragment, który nie był dopracowany w stu procentach, jednak to nie zaważyło na moich uczuciach. "Elizejską miłość" zakończyłam strumieniem łez. Później czekał mnie jeszcze pamiętnik autora, w którym było tak wiele ciekawych spostrzeżeń, że niemal pokochałam pana Schmitta. Za tę jego niedoskonałość i fakt, że pamiętnik brzmiał inaczej niż opowiadane przez niego historie.

Książka ta nie pozwoliła mi o sobie zapomnieć. Przeczytałam ją bardzo szybko, chociaż chciałabym się nią nieustannie delektować, a później przez kilka godzin myślałam o niej, o jej bohaterach. O całej tej cudowności i smutku. I również groteskowych elementach, które wypaczając rzeczywistość nadawały jej o wiele bardziej prawdziwy wymiar. Bohaterów można było zrozumieć, identyfikować się z nimi, dać szansę na odkupienie. I dać szansę sobie samemu na refleksje. Uwierzyłam w tę książkę. Uwierzyłam w świat.
Jaka miłość jest wolna od nienawiści? (str. 219)
I właśnie w ten sposób "Trucicielka" stała się jedną z najważniejszych książek mojego życia oraz jedną z ulubionych. A wszystko zaczęło się od przepięknej okładki... Najbanalniejsze początki zwiastują najmniej banalne zakończenia.

Gorąco dziękuję wydawnictwu Znak.

piątek, 18 marca 2011

"Księga Sandry" - Tamora Pierce

Mam naprawdę słabą wolę. Powinnam była się uczyć, a tutaj nagle postanowiłam, że przeczytam tę książkę od razu, gdy tylko otworzyłam paczkę. Nie powinnam być taka spontaniczna, naprawdę, powinnam się uczyć, powinnam! Ale książkoholizm zobowiązuje do pewnych - nagannych w określonych sytuacjach - czynności.

"Księga Sandry" jest pierwszym z czterech tomów nowej serii fantasy wydawnictwa Initium - "Krąg Magii". Każdy z nich nosi w tytule imię jednego z czterech bohaterów, przyjaciół, którzy trafiają do wspólnoty Wietrznego Kręgu pod opiekę magików. Są nastolatkami raczej z dolnej granicy wieku. I każdy z nich jest inny - Briar jest złodziejem, Sandry (tak, to nie pomyłka, tak się pisze to imię) arystokratką, Tris z rodziny handlarzy i Daja - Kupiec. Każde z nich jest inne, każde ma swoje siły i słabości, ale żadne nie daje się wpisać w jakiekolwiek społeczne konwencje.

To nie jest typowy, rozbudowany świat fantasy, gdzie toczą się wojny, boje polityczne, dworskie skandale i pojawia się ktoś, kto połączy skłócone rody i kraje. Nie. Tutaj mamy tę czwórkę dzieci. I wcale nie chodzi, jak mi się wydaje, o przedstawienie nietypowego świata, o którym nikt jeszcze nie napisał, ale o pokazanie właśnie tych bohaterów. Pokazanie, że nawet osoby tak skrajnie różniące się zarówno pochodzeniem jak i charakterem mogą się zaprzyjaźnić, zaufać sobie i odkryć własne moce. Muszą poradzić sobie ze stereotypami i uprzedzeniami, by w końcu odkryć, że mają siebie. I to jest jasne dla czytelnika, chociaż nie dla samych zainteresowanych.

Tutaj poznajemy też definicję słów "w kupie siła". Bo czymże byłby świat bez przyjaźni i zaufania? "Księga Sandry" cudownie pokazuje, jak ważne jest to w życiu człowieka, szczególnie młodego. W tym tomie co prawda nie możemy zauważyć misternie skonstruowanego świata fantasy, ale za to otrzymujemy coś innego, pięknego, co wynagradza ten mały niedobór, który może niektórym przeszkadzać. Jestem pewna, że to wszystko się rozwinie w kolejnych częściach, na które nie mogę się doczekać.

Jedna rzecz mnie frustrowała - nieustanne nazywanie bohaterów dziećmi, dziewczynkami. Bo chłopiec był tylko jeden, więc nie powtarzało się to słowo tak często. Mimo to miałam wrażenie, jakby zaniżało wartość książki, kierowało ją bardziej dla starszych dzieci, młodszych nastolatków. A przecież ta książka jest warta znacznie więcej. Z drugiej strony rozumiałam, dlaczego było to w ten sposób użyte. Sądzę, że sama nie znalazłabym żadnego kompromisu.

Polecam tę niezwykle przyjemną i wartościową lekturę, którą pochłonęłam w tak błyskawicznym czasie, że aż nie wierzyłam zegarowi. A ja, jak już wspomniałam, czekam na "Księgę Tris", "Księgę Daji" i "Księgę Briara".

Za książkę dziękuję wydawnictwu Initium.

Premiera 23.03.2011.

środa, 16 marca 2011

...bo wiem, że to lubicie najbardziej. Stosik numer 6.

Podejrzewam, że do końca życia będę narzekała, że nie mam pieniędzy, miejsca i czasu. Oczywiście pieniędzy na nowe książki, miejsca na nowe książki i czasu, by wszystkie te nowe książki przeczytać. I chociaż na zdjęciu tego stosiku może się wydawać, że książki zostały ułożone przypadkowo, to jednak muszę wyprowadzić Was z błędu. Wszystko ma swój cel.

Pierwsze trzy książki od góry to mój wczorajszy zakup w Taniej Książce za łączną kwotę 13,10 złotych. Mamy tu jednego japońskiego Noblistę (bo muszę jakoś ambitniej ruszyć z tym wyzwaniem!) oraz dwie książki z chińskimi opowiadaniami. Ta wyżej to szesnastowieczne historie detektywistyczno-sądownicze, a pod nią znajduje się zbiór nowel - tym razem siedemnastowiecznych - o dziwnych zdarzeniach. Dziwnych, magicznych, wywodzących się z chińskich wierzeń. Jestem pewna, że to będzie cudowna uczta. Czwarta zaś książka została zakupiona z winy recenzji C.S., która mnie tak bardzo zachęciła, że od razu weszłam na Allegro i kupiłam. Dzisiaj byłam na poczcie ją odebrać. Jednak zaraz po przyjeździe odkryłam, że o drzwi opierają się grzecznie dwie paczki. Były to egzemplarze recenzyjne od wydawnictwa Initium oraz Znak. Pod nimi widać też "Dobranych" od wydawnictwa Prószyński i "Księdza Rafała" wygranego u Agnieszki Tatery.

Teoretycznie powinnam się uczyć, ale one się tak ładnie na mnie patrzą... ;). Jednak wierzę, że da się jakoś pogodzić naukę i czytanie. Zaraz spróbuję sobie z tym poradzić.

sobota, 12 marca 2011

"Wschodzący Księżyc" - Keri Arthur

Połączenie wampira i wilkołaka - dla mnie coś zupełnie nowego, chociaż część moich znajomych od razu wspominała o filmie "Underworld" (który próbuję właśnie obejrzeć, ale śmiertelnie mnie nudzi). Ja go nie znałam przed przeczytaniem "Wchodzącego Księżyca", więc dziewiczo zagłębiłam się w lekturę.

Choćbym bardzo chciała, nie mogę jednoznacznie odepchnąć od siebie książek fantasy, fantastyki, czy innych romansów paranormalnych. Cudownie odprężają. A gdy są jeszcze dobrze napisane, jak właśnie "Wschodzący Księżyc", to od razu można porzucić myśl o zbliżającym się egzaminie/sprawdzianie/kolokwium/zaliczeniu i po prostu czytać, ignorując to, co powinno się robić. I tak zrobiłam. Rano wsiadłam do autobusu z książką, zaczęłam czytać, przed południem na przerwie wróciłam, czytając w ciemnościach (powiedzmy, że jeden z wykładowców nie był do końca zadowolony w trosce o mój wzrok), później kolejne zajęcia, poszłam na przystanek, tam czytałam dalej, wsiadłam do autobusu i kontynuowałam lekturę. Gdy dotarłam na mój przystanek, zostało mi do końca jakieś sześćdziesiąt stron. Po powrocie do domu (bo wcześniej jeszcze półtorej godziny szukałam tych przeklętych butów, o których wspominałam na Facebooku) postanowiłam doczytać książkę. Trochę się nie wyspałam, ale w jeden dzień ze sporymi przerwami pochłonęłam te 439 stron.

Jednak nie do końca pochwalam czytanie książki w autobusie i innych miejscach publicznych, ponieważ w książce jest bardzo duża ilość seksu. Niemal na każdej stronie. A seks ten nie jest grzeczny i "po bożemu". Jeszcze trochę, a niektórzy mogliby się pokusić o nazwanie tego pornografią (ja definitywnie nie). Było to bardzo ciekawe doświadczenie, wręcz marzyłam, by ktoś zajrzał mi przez ramię. Niestety miałam pecha. Ale przynajmniej nikt nie przeszkadzał mi w poznawaniu historii Riley.

Znajdujemy się w przyszłości. Z treści wywnioskowałam, że z całą pewnością nie jest to już XXI wiek. Wampiry i wilkołaki nie ukrywają się, chodzą ulicami. Oczywiście nie żywią do siebie zbytniej sympatii, ale gdy trzeba, potrafią razem współpracować. Jednak w okolicach pełni księżyca, gdy wilkołacze hormony szaleją, a stworzenia te nie myślą o niczym innym jak namiętnym i wyuzdanym seksie (chociaż faza księżyca tego nie determinuje - są chętne zawsze, po prostu w tym okresie, jeśli nie otrzymają odpowiedniej dawki namiętności, mogą stać się naprawdę krwiożercze - rozumiecie, profilaktyka), na progu mieszkania Riley pojawia się nagi, niezwykle seksowny wampir. Nagle okazuje się, że Riley jest wplątana w niezwykle poplątaną sprawę, z którą raczej nie chciałaby mieć nic do czynienia, gdyby jej brat nie był w niebezpieczeństwie. Rusza do boju, wampir u jej boku, Departament Innych Ras próbuje ją przekonać, by stała się Strażniczką (synonimem mogłaby być zabójczyni), a biedna dziewczyna jeszcze musi sobie radzić z upierdliwym facetem i księżycową gorączką.

Dochodzę do wniosku, że mogłabym naprawdę wiele o tej książce napisać. Gdy tak mam, oznacza to, że bardzo mi się podobało. A w tym wydaniu naprawdę miało co - wartka akcja, która nie zwalnia nawet na moment, a jeśli coś się na chwilę uciszy, dziura zapychana jest seksem. W dodatku ta cudownie minimalistyczna okładka - aż chce się patrzeć. Dobrze, ma swoje wady, jednak wciąż bardzo mi się podoba. Książka nie jest również całkowicie nieprzewidywalna, ale jednak ma mnóstwo zalet natury rozrywkowej. I po raz pierwszy od dawna zdarzyło mi się, że polubiłam dokładnie tych bohaterów, których powinnam, a ci źli zostali przeze mnie znielubiani. Zapisuję to autorce na plus, bo udało jej się osiągnąć swój cel, a ja zazwyczaj jestem bardzo oporna w tej kwestii.

"Wschodzący Księżyc" otwiera dziewięciotomowy cykl Zew Nocy, na którego kolejne tomy będę wyczekiwała z utęsknieniem. Chyba znalazłam godnego zastępcę mojej miłości do serii o sukubie Richelle Mead, której ostatni tom pojawi się w USA we wrześniu tego roku. Czyli książek paranormalnych nie wyrzucę w kąt, czytać będę dalej, tyle że tym razem przeprowadzę się z Seattle do Melbourne. Tak, akcja tej książki dzieje się w Australii, to też coś nowego, prawda?

Polecam, jakże mogłabym nie polecić. Z krystalicznie czystym sumieniem, bo przed dużą ilością seksu już Was ostrzegłam.

I dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica za egzemplarz.


Wszyscy o tym piszą, ja miałam nie napisać, ale tak mi żal Japonii... Mam nadzieję, że wszystko się unormuje, chociaż ciężko w tym wypadku mówić cokolwiek o normowaniu.

Obejrzałam dzisiaj "Pamiętnik Księżniczki 2". Hmm. Nie spodziewałam się, że będę się tak dobrze bawić xD. Mój wzrok właśnie zbłądził w stronę stosu obok komputera i chyba pójdę czytać "Córkę Krwawych".

Teraz poobracałam sobie w rękach "Wchodzący Księżyc" i odkryłam, że Demotywatory.pl są jego patronem medialnym. To mnie zdemotywowało xD. I tak przeczytam kolejne tomy. Mam wrażenie, że mówię od rzeczy, więc teraz wkleję zdjęcie okładki i kliknę "Publikuj posta", bo zaraz opowiem Wam, co jadłam na śniadanie. A halawa, pomarańcza i kiwi to naprawdę nic fascynującego. Hah, jednak napisałam xD.

czwartek, 10 marca 2011

"Aksamitny Królik" - Margery Williams

Z. wcisnęła mi tę książkę do ręki i powiedziała: "Przeczytasz ją w dziesięć minut, ale jest cudowna". W myślach wzruszyłam ramionami i spakowałam do torebki. Od początku kojarzyłam tę książkę, po samym tytule. Co prawda z innej książki (podejrzewam, że Rani Manicka napisała o niej w "Dotknięciu ziemi", jednak nie mogę znaleźć stosownego fragmentu), mimo to znałam.

To książka dla dzieci. Jest piękna, prosta i cudownie prawdziwa. A chodzi w niej właśnie o prawdziwość. Opowiada o tytułowym Króliku, który nie wie, co to znaczy być Prawdziwym. Jednak w pudełku z zabawkami spotyka Zamszowego Konia, który jest stary, wyleniały i jest Prawdziwy. Tłumaczy mu to. Królik z początku woli być piękny niż Prawdziwy, ale później, gdy zaczyna się przemiana, nie zależy mu na tym. Docenia miłość chłopca, który uczynił go Prawdziwym.

Książeczka naprawdę jest króciutka. Ale zakochałam się w niej, będę chyba musiała ją sobie kupić. Każde dziecko powinno poznać historię Aksamitnego Królika, dzięki temu doceni to, kim samo jest, a nie kim są jego koledzy. W "Aksamitnym Króliku" znajdujemy również ilustracje. Takie, jak na okładce. Czyli niezbyt wymyślne, o stonowanych barwach. Mam sentyment do czegoś takiego. W końcu za czasów mojego dzieciństwa nie było brokatowych okładek, a raczej coś subtelnego, a mocnego w wyrazie.

Lektura obowiązkowa. Zarówno dla dzieci jak i dorosłych, a co!

Właśnie przypomniałam sobie fabułę w całości i zastanawiam się, jakim cudem da się umieścić tyle treści w tak skondensowanej formie. Może dlatego nigdy nie napiszę książki dla dzieci. Nie umiem tak. I podziwiam wszystkich autorów za to, że oni potrafią.

wtorek, 8 marca 2011

"Klub Miłośniczek Czekolady" - Carole Matthews

To wcale nie diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety, a czekolada. Niezbyt droga, ogólnodostępna, pyszna, słodka, pożądana w każdym momencie życia. Niektórzy jednak tak kochają czekoladę, że tworzy się między nimi więź i powstaje Klub Miłośniczek Czekolady.

Smakowita literatura kobieca. Gdybym nie obawiała się bólu głowy, spróbowałabym policzyć wszystkie czekoladowe produkty, które występują w tej książce. Jednak autorka wiedziała o czym pisze. Można się o tym zorientować w przedmowie:

Badania do tej książki były procesem bardzo żmudnym - tyle różnych czekolad, a tak niewiele czasu! Ogromnie dziękuję wszystkim osobom, które pomogły mi w mojej misji i dzięki którym moja miłość do czekolady zamieniła się w poważne uzależnienie.

Od razu podeszłam do książki z wielkim entuzjazmem. Bo kto mógłby napisać lepszą książkę o czekoladzie niż czekoladoholik? Już z miejsca przepraszam za powtarzające się słowo "czekolada", ale jak mus to mus (czekoladowy).

Czekolada odgrywa tu jednak rolę drugorzędną. Łączy, ratuje, pociesza, ale mimo wszystko chodzi w książce o przyjaźń między czterema kobietami - każda z nich jest inna, wszystkie mają swoje problemy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Oczywiście pomagają sobie nawzajem, ale autorce należy się duży plus za to, że pokazała trudy, z jakimi się spotykają bohaterki i jeszcze rzucała im kłody pod nogi, zamiast zręcznie je usunąć przy pierwszej nadarzającej się okazji. Na szczęście przyjaźń pomaga pokonać przeszkody.

Niestety jest jedna wada - gigantyczna wręcz przewidywalność. I nie chodzi tyle o samo zakończenie, co o poszczególne wątki. Na szczęście nie oczekiwałam po niej zagadkowości od pierwszej strony do ostatniej. Taki typ literatury, cóż poradzić. Na mnie skupia swoją uwagę ta ilość "kłód", która wyróżnia "Klub Miłośniczek Czekolady" spośród innych książek dla kobiet. Uwiarygadnia ją, chociaż są pewne momenty, w których o "wiarygodności" mówić nie sposobna. Za to można mówić o czekoladzie, czekoladzie, czekoladzie... Gdybym ja jej tyle zjadła, nie byłabym w stanie przecisnąć się przez drzwi (już nie ten sam metabolizm co kiedyś... Starość nie radość...). Na szczęście nasze cudowne bohaterki radzą sobie z tym całkiem nieźle (choćby unikając zajęć jogi. Tak, UNIKAJĄC). A nawet jeśli wyjdzie coś gorzej, to zawsze mogą się pocieszyć kolejną pralinką, kolejnym kubkiem gorącej czekolady, kolejnym batonikiem...

Ta książka ma bardzo negatywny wpływ na dietę. Wiecie, ile mnie kosztowało, by nie iść do sklepu po czekoladę, żeby zagryzać nią kolejne strony? Na szczęście nie zjadłam ani odrobiny! Toż to wyraźna oznaka naprawdę silnej woli. Ale nie powiem, że ochoty nie miałam, ponieważ wtedy bym skłamała.

Polecam tę książkę dokładnie w taki sam sposób, jak każdą inną dla kobiet - ku rozrywce, ku oderwaniu się od świata zewnętrznego, ku oderwaniu się od kłopotów, ku znalezieniu pretekstu do zjedzenia jeszcze jednej tabliczki czekolady.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa G+J.

A Wam, moje Kochane, życzę słodkiego, czekoladowego Dnia Kobiet <3.

niedziela, 6 marca 2011

"Smak życia" - Katarzyna Sarnowska

Pierwszy rzut oka na książkę - optymistyczna, zielona okładka z motylami, kojarząca się z trochę zmodernizowaną sztuką ludową. Niewielka objętość i opis - "kameralna powieść o delektowaniu się życiem i odkrywaniu w sobie odwagi do sięgania po więcej". Nie będę ukrywać, że zgłosiłam się do zrecenzowania jej, ponieważ ostatnio nie radzę sobie ze sobą samą i studiami. I zagłębiłam się w książkę, popłynęłam. Zapomniałam o całym świecie. Liczyła się tylko Kalina i jej wydawnictwo.

Późny debiut powieściowy (autorka wcześniej wydała tom wierszy oraz książkę dla dzieci), jednak niezwykle udany. Książka nie jest przekombinowana, nie ma w niej wielkich namiętności, zdrad i morderstw. Jest po prostu kobieta, która pragnie być wolna dla siebie samej. Z tego powodu stara się zająć tym, co lubi najbardziej - pisaniem. Opisane są tutaj drogi do wydania własnych dzieł, a później tłumaczenia powieści, którą bohaterka uznała za ważną. Jednak gdy okazuje się, że nikt jej wydać nie chce, postanawia założyć własne wydawnictwo. Zmaga się przy tym ze swoim własnym wnętrzem, uprzedzeniami i lękami oraz z życiem rodzinnym, przyjaciółmi i światem wydawniczym wraz z marketingiem. Ta książka jest jej celem w życiu, jej dzieckiem.

"Smak życia" jest napisany również bardzo prosto. Krótko, zwięźle i na temat, bez zbędnych dywagacji i dygresji. Mimo to (a może właśnie dlatego) trafia do czytelnika. Pokazuje, że się da. Że warto walczyć. Dla nas, Polaków, tym ważniejsza jest, ponieważ dzieje się w naszym kraju, w małym miasteczku i może dotyczyć niemal każdego z nas. Łatwiej w nią uwierzyć niż w dzieła amerykańskich autorów.

Po raz kolejny spotykam się w książce z ciekawymi, a jakże oczywistymi!, spostrzeżeniami na temat rzeczywistości. Z czymś, na co w życiu codziennym nie zwraca się uwagi, bo to naturalne, jednak trzeba czasem o tym przypomnieć. Chwile spędzone ze "Smakiem życia" były bardzo miłe. I muszę wspomnieć o tym, że autorka zrobiła mi smak na ziemniaki z rozmarynem, o których wspomina na stronie 108, a na które przepis wzięła z książki "Pod słońcem Toskanii".

Szczerze polecam.

Książkę zrecenzowałam dla portalu LubimyCzytać.

I pozwolę sobie również poinformować o spotkaniu z Panią Katarzyną Sarnowską 10. marca o godzinie 18 w Miejskiej Bibliotece Publicznej na warszawskim Bemowie. Ul. Powstańców Śląskich 17.

Dziękuję Wam za wyrazy uznania dla mojego szablonu oraz dla zdjęcia wykonanego przez moją utalentowaną koleżankę. Uwielbiam je.

A na koniec ciekawostka - moje zmiany szablonów chyba przyciągają więcej uwagi niż recenzje xD. Wczoraj na blogu było aż 311 wejść. Roześmiałam się, gdy to zobaczyłam xD. To bardzo miłe, dziękuję Wam po raz kolejny.

I jeszcze jedno, o czym przypomniałam sobie dopiero teraz. Gdyby ktoś chciał przeczytać tę książkę, Sabinka organizuje konkurs, w którym do wygrania jest właśnie "Smak życia" wraz z motylową zakładką ;) >Klik<

sobota, 5 marca 2011

New look.

I jak Wam się podoba? Ja jestem niemal usatysfakcjonowana xD.

Edit. Po kilku godzinach wpatrywania się w ten szablon oznajmiam, że jestem w nim ogromnie zakochana. Ujawniła się tutaj moja narcystyczna natura xD. Btw. narcyz to mój ulubiony kwiat.

piątek, 4 marca 2011

"Londyński bulwar" - Ken Bruen

Trochę pomieszałam z recenzjami. Przeczytałam "Klub Miłośniczek Czekolady", a zaraz po nim "Londyński bulwar", jednak uznałam, że przekręcę kolejność i Czekoladę zostawię na Dzień Kobiet. A tak, ku osładzaniu sobie życia, bo tuż po Tłustym Czwartku jest już wystarczająco słodko ;).

Książka wzbudziła we mnie sporo emocji. Ale nie tyle pod względem fabuły, ale formy. Zazwyczaj, gdy czytamy jakąś książkę, jest ona napisana w określony sposób. Style autorów rzadko różnią się od siebie diametralnie. Są pewne różnice, oczywiście, jednak w wyjątkowych przypadkach styl aż "wali" po oczach i nie daje o sobie zapomnieć. I Ken Bruen może się czymś takim właśnie pochwalić. "Zabójczy jak kula w łeb" - napisane jest na okładce. Nie mogę się nie zgodzić. Szczególnie, że z drugiej strony jest dorzucone "błyskotliwy, liryczny". I gdy połączymy te dwa opisy, wiemy już mniej więcej, z czym się spotkamy.

Właśnie ten styl wpływa w znacznej mierze na odbiór książki. Balansujemy tutaj gdzieś między nastoletnim pisarstwem Dorotei de Spirito, a dojrzałym - choć nietypowym - polskim postmodernizmem Tomka Tryzny. Ken Bruen ich w sobie łączy, tworząc coś, co można by nazwać magią, ale rozumianą w sposób jak najbardziej przyziemny. Magią zawartą w prostych słowach, ale nie czarującą. Po prostu tchnieniem dusznego powietrza na strychu. Czymś, co można odbierać jednocześnie pozytywnie i negatywnie.

Ja z początku byłam zawiedziona. Nie doceniłam tego. Jednak im dalej szłam, tym bardziej mi pasował ten styl. Dobrze oddawał smutną, samotną dolę bohatera, który dopiero co wyszedł z więzienia po odsiedzeniu trzyletniego wyroku. A bohater ten jest sympatyczny. Mimo wszystko. Uwielbia czytać, nie chce dalej brnąć w świat przestępczy. I chociaż zapętla się coraz bardziej, popełnia wiele błędów, to jednak znajduje coś, dla czego warto mu dalej walczyć. Rozdwaja się. Przy okazji poznajemy jego siostrę-schizofreniczkę, podstarzałą aktorkę, półświatek i świat przestępczy. Jest broń, trochę bójek, narkotyki, miłość, zamieszanie... I to wszystko jest ciekawe, chociaż w tym wydaniu bardzo specyficzne. Ciężko mi powiedzieć, na ile może się spodobać (nie)przeciętnemu czytelnikowi. Ja sama miałam mieszane uczucia. Jednak ostatni fragment podbił moje serce. Znalazłam w nim coś doskonale ulotnego, a jednocześnie stabilnego. Coś, czego mi często brakuje w życiu i książkach. Coś, co mogłabym uznać za "moje". I tutaj był ten ostatni fragment, a nawet można to zacieśnić do ostatnich dwóch zdań.

W książce jest jedna frustrująca rzecz, jaką są przeróżne wyliczenia. Dowiadujemy się dokładnie, co bohater zamówił na śniadanie, jak coś wygląda, a wszystko jest zamieszczone w osobnych linijkach. Coś rzadko spotykanego i wprowadzającego melancholijny nastrój, który towarzyszy całej lekturze. Ale tutaj muszę również dodać, że on jest specyficzny i wcale nie dołujący. W "Londyńskim bulwarze" mamy również mnóstwo odnośników do literatury i muzyki, co uważam za wspaniałe, nadające lekturze zupełnie innego, głębszego, poziomu.

Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób został nakręcony na jej podstawie film (z Colinem Farrellem i Keirą Knightley). Sama bym nie wymyśliła, co z nim zrobić. Bezapelacyjnie muszę go obejrzeć, by móc pochłonąć książkę w pełni.

Mogę powiedzieć, że mi się podobało. Książka jest interesująca. Raczej warto ją przeczytać, ale wiem, że mogę mówić w tym wypadku tylko za siebie. Sobie samej bym ją poleciła z zastrzeżeniem "nie zniechęć się od razu". Dlatego Wam polecam ją dokładnie tak samo. Nie zniechęćcie się od razu.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu G+J.

wtorek, 1 marca 2011

Biblioteczka.

Taak. I na mnie nadeszła pora. A pora to miła, bo wieczorna. Szkoda tylko, że światło u mnie w domu jest tak słabe, że nic nie widać ;). Ale że Dominika Anna mnie zaprosiła do pokazania biblioteczki, to z groźbą skręcenia sobie różnych dziwnych części ciała wzięłam się za oświetlanie mojej szafy tak, by było widać cokolwiek. Ale okazało się, że z bałaganem i zamykającymi się drzwiami nic nie jest tak proste. A że ja uwielbiam oglądać Wasze biblioteczki, uznałam, że warto się trochę pomęczyć i pobiegać po domu.

 Tak oto wyglądała szafa, gdy ją otworzyłam. Więc postanowiłam zrobić tam lekki porządek, zanim zacznę Wam przedstawiać moje książeczki xD.

Tak wyglądała już po ostatecznym uporządkowaniu, ale zanim do tego doszłam, czekało mnie przedstawianie poszczególnych rzędów. Tak wygląda w całości. A teraz schodzimy niżej.

Lewa strona mojej szafy. Ta mniej ważna, są tutaj książki, które czytam rzadziej. Na górze wszystkie książki dla nastolatek, które nałogowo kupowałam. Różne Meg Cabot i inne takie... Na dole zaś książki o kotach (te po prawej stronie), po środku moje ukochane perfumy (hihihi), a z tyłu różne książki dla dzieci, klasyka literatury (te ze złoconymi literami), a za książkami dla dzieci, nie pokazane, lektury szkolne. Z przodu widzę jakąś literaturę kobiecą i przewodnik po Niemczech.

Oto boczny stosik. Widać tutaj Paulo Coelho, "Baśnie 1001 nocy", "Zwierzenia Georgii Nicolson" oraz "Stowarzyszenie Wędrujących Jeansów". Załapały się również moje dawne miłości astronomiczne (ile ja w wieku dziesięciu lat wiedziałam na temat kosmosu to niejeden fizyk z liceum mógłby się powstydzić!).

Prawa Strona Szafy. Strona przeze mnie kochana, najczęściej otwierana i najczęściej tam jest bałagan, bo wszystkie nowe książki są tam wrzucane w nieładzie i nieskładzie (później, jakiegoś nudnego dnia, spędzam kilka godzin, a nawet i więcej, i porządkuję wszystko w szafie, bym była w stanie coś znaleźć). Na górze Harry Potter, Seria Niefortunnych Zdarzeń i saga Zmierzchu (z tego się tłumaczyć nie będę xD). Czyli coś, co czytam rzadko (Zmierzch tylko raz, HP wieeeki temu, ale na lewą stronę nie zasługuje, SNZ wciąż czeka na skompletowanie do końca, a mam do niej taki sentyment, że została ze wszystkimi "grubymi" seriami). A teraz pora na niższą półkę, miłość mą wspaniałą:

Oto stosiki boczne. Ten po lewej w rzeczywistości jest po prawej, ten po prawej analogicznie. Znajduje się na nich to, co nie zasłużyło na stanie w rządku Przednim ani Tylnym. Rządki te prezentuję poniżej.

Oto rząd Tylny. Jest w nim seria miętowa Ewy Nowak, Tryzna, cały Pilipiuk, Wampiry (czyli "Historyk" i "Królowa Potępionych" i inne książki, które bardzo lubię, ale nie zamierzam czytać w najbliższym czasie. Widać też moje "Sushi i sashimi" - bardzo ładną i enigmatyczną książkę kucharską. Kupiłam ją tylko dlatego, że bardzo chciałam wiedzieć, jak się zwija sushi, ale w Internecie nie mogłam znaleźć instrukcji (po zakupie wyrosły nagle jak grzyby po deszczu xD).

 A oto rząd Przedni, który ustawiłam w formie dwóch stosików, ponieważ nie było go widać inaczej w całości (stos prawy zasłonił sporą część książek). Jest to tak zwany rząd Najukochańszy, bądź Azjatycki, ponieważ spora jego część odnosi się do Azji. Dlatego mamy tutaj Lisę See, biografię Madame Sadayakko, Pearl S. Buck, Mishimę, Bananę Yoshimoto, Natsuo Kirino, "Smak języka", "Kota filozoficznego" i moją ukochaną autorkę Rani Manicką, którą mogłam zaprezentować w całości, ponieważ "Dotknięcie ziemi" wróciło wczoraj z wycieczki do Warszawy ;). Na stosiku po prawej znajduje się jednak parę książek, które na rząd Przedni nie zasługują (takie "Wichrowe wzgórza", Alessandra Appiano, czy Niania), ale nie miałam ich gdzie umieścić. Jeśli kiedyś się dorobię regału, zapanuje tam większy porządek, obiecuję. Wszystkie książki w szafie są już przeczytane. Z wyjątkiem klasyki.

Ale zawartość szafy to nie wszystko... Są również rasowe, nieszafowe, stosy.
 To tak zwany Stosik Łóżkowy. Przeważnie stoi na stołku przy łóżku i czeka aż będę łaskawa go przeczytać, jednak na potrzeby zdjęcia musiałam go przestawić na podłogę, ponieważ z krzesła spadał, gdy ustawiłam wszystkie książki jedna na drugiej. Normalnie jest ustawiony w dwóch stosach, a nie jednym. Niższa część, poniżej "Nędzników", była częścią stosu wakacyjnego, którego nie zdołałam przeczytać w całości. Kiedyś pora tego stosu nadejdzie, ale póki co zaprezentuję Rzecz Bieżącą, czyli Stos tzw. Recenzyjny, bądź Do Przeczytania Jak Najszybciej (bo nie wszystkie egzemplarze są tam recenzenckie, ale każdy z nich na nim ląduje, wraz z zakupionymi nowościami, wygranymi i książkami, które czytam obecnie. Oto on:
Czyli recenzji tych książek możecie się w bliższym lub dalszym czasie spodziewać ;). Aktualnie kończę "Klub Miłośniczek Czekolady", o którym napiszę jutro lub pojutrze. Chyba że umrę, to nie napiszę nic ;).

 A to taki mały, przyokienny, germanistyczny stosik. Staram się nie dotykać tych książek, jeśli nie muszę ;).

U mnie w domu jest również Tajemniczy Pokój, w którym znajduje się biblioteczka mojej mamy (z której czasem przywłaszczam sobie co ciekawsze pozycje). Niestety z powodu niezbyt dużego natężenia światła nie dało się zrobić zdjęcia, ale że tam jest bałagan, to tym lepiej ;).

Muszę również zaznaczyć, że nie wszystkie moje książki dały się sfotografować. Kilka książek jest umieszczonych w różnych dziwnych częściach domu. Pewien (podobno dość spory) stosik znajduje się u C.S.. Zresztą dwie jej książki są na stosie Bieżącym (Anne Bishop i ta książeczka pod nią).

No i oczywiście wiele książek jeszcze przybędzie. Dlatego za jakiś czas chyba akcja biblioteczkowa powinna zostać powtórzona? ;).

Ja sama serdecznie zapraszam do zabawy wspomnianą wyżej C.S. oraz Skarletkę :)).

"Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" - Marcel Pagnol

Są książki, w których jest światło. Zapachy. Kwiaty, drzewa, ptaki. Magia. Są również książki, które są autobiografiami, a jednak mają w sobie tyle czaru, że ciężko uwierzyć w prawdziwość przedstawionych wydarzeń. Są książki, które rozgrzewają w zimne dnie. Są książki, które poprawiają nastrój bez względu na wszystko. Oto jedna z takich książek.

Marcela Pagnola "znam" z książki "Żona piekarza", której wprawdzie nie przeczytałam, ale miałam (i wciąż mam, a nawet bardziej) ogromną ochotę. Wedle wszelakich oznak autor ten wszędzie umieszcza tę cudowną atmosferę wakacji, radości, ciepła. I to też jeden z niewielu opisów z książkowych okładek, z którym zgadzam się w pełni. "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" to dwie pierwsze (aczkolwiek umieszczone w jednym tomie) części powieści autobiograficznej. Te dwie opowiadają o dzieciństwie małego Marcela, syna nauczyciela, będącego dzieckiem niezwykle inteligentnym, odważnym, niesfornym. Gdy jego rodzice wynajmują wraz z siostrą jego matki Różą i jej mężem Juliuszem (który wcale nie ma na imię Juliusz) willę na wsi, wszystko staje się nagle piękne. W życiu Marcela rozpoczyna się rozdział przyjaźni, miłości, polowań i śmiałych planów. Kto by pomyślał, że dziewięcioletni chłopiec ma tyle odwagi! Lekko przerysowane postacie dorosłych (w końcu opisywane z perspektywy dziecka, który w pewnej chwili stał się również człowiekiem dorosłych) dodają smaczku i tej ironii, z której Pagnol słynie. Jest bardzo subtelna, wymagająca lekkiego uśmiechu na ustach, ale niczego więcej.

Bardzo chciałabym porozmawiać z autorem i zapytać, jak wiele prawdy jest w tych wydarzeniach. Muszę przyznać, że wydaje mi się to nieprawdopodobne, chociaż wiem, że życie pisze najbardziej szalone i niewiarygodne scenariusze, jednak te historie wydają się być momentami tak cudownie absurdalne, że aż ciężko przyjąć je do siebie bez chwili zastanowienia.

Muszę też pochwalić wydanie. Jest bardzo dużo przypisów, które wyjaśniają niektóre rzeczy, np. dlaczego czwartki były wolnymi dniami tygodnia, kim są mniej nam znane postacie historyczne i inne rzeczy, o które moglibyśmy chcieć zapytać. Nie spotkałam się z niczym, co było dla mnie niezrozumiałe, a nie zostało niżej wyjaśnione. Bardzo miło mnie to zaskoczyło. Z tego też powodu książka dostała ode mnie kolejny plus, chociaż właściwie nie powinnam ich tyle dawać, bo niedługo by mi się skończył limit!

Marcel Pagnol ma swój własny kącik w moim książkowym departamencie w sercu. Jest to książka napisana dość prostym językiem, dobra dla trochę starszych dzieci, ale również dla dorosłych. Bardzo optymistyczna, chociaż kończąca się smutnym akcentem, również swojego rodzaju ironią. Nie mogę się doczekać, gdy przeczytam kolejne dwie książki z tej "serii". Z całą pewnością Marcel Pagnol jest autorem godnym przeczytania.

Polecam Wam z ciepłym, pachnącym prowansalskim wiatrem.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit.