niedziela, 27 lutego 2011

Wanted - Timur Bekambetow (2008)

Miałam ochotę na jakiś film z Angeliną. Film, którego jeszcze nie oglądałam, a wbrew pozorom takie jeszcze są i to nawet sporo (w sam raz na moje zachcianki na resztę życia, albo przynajmniej roku). No i padło na "Wanted", głównie dlatego, że to film akcji. Oczywiście nie mniej istotny był fakt, że powstał w tym samym roku, co rewelacyjna "Oszukana" (ten film zawsze mi się kojarzy z książką Keitha Donohue "Skradzione dziecko", zresztą film użyłam w swojej prezentacji maturalnej). I same te czynniki zachęcające nie wystarczyły, by mnie zadowolić.

Głównym bohaterem jest Wesley - największy nieudacznik świata, z kiepską pracą, okropną szefową i dziewczyną zdradzającą go z jego kolegą. W dodatku ojciec opuścił rodzinę, gdy on tylko się urodził. Aż nagle się okazuje, że ojciec należał do tajnego Bractwa zabójców, których ofiary wybierało... krosno. Śmiech na sali i kolejny punkt do totalnego braku dobrych uczuć dla filmu. Gdy zaś na scenie pojawia się Angelina, wszystko staje się przewidywalne (aż nadto), a ona sama nie magnetyzuje, nie zachwyca, rozczarowuje. Nominacje do nagród, które otrzymała za tę rolę, są dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Ale pomaga Wesley'owi, szkoli go, by również został zabójcą i pomścił śmierć swojego ojca. Podnosi jego samoocenę i udowadnia mu, że jest idiotą. I świetnie manipuluje. Mimo to wolę o niej nie mówić, bo przy okazji tego filmu mogę się tylko na nią złościć.

James McAvoy mnie zadziwił. Wbrew sobie uważam, że ta rola wyszła mu całkiem nieźle, chociaż również jest daleka od ideału. Oglądałam cztery filmy z nim i w jednym nawet mi się spodobał (nie muszę chyba mówić, że była to "Zakochana Jane"?), a rola fauna w "Opowieściach z Narnii" wyszła mu świetnie (tak, tutaj jestem złośliwa). Jest to jedyny warty obejrzenia punkt tego filmu, a właściwie jedyny, który do tego miana mógłby pretendować. W filmie było za dużo udziwnień, tworzenia pokręconych scen, które sprawiały, że nie wiadomo, co było rzeczywistością, a co jedynie wymysłem. Po tym wszystkim zaczęłam się zastanawiać, czy da się strzelać w taki sposób, jak to zostało przedstawione w "Wanted".

Dodatkowo film jest przewidywalny, jak mało który. Pobija w tym nawet "Turystę". Ale za to nie wzbudził we mnie aż tak przyjemnych uczuć. Pomysł całkiem ciekawy, ale wykonanie beznadziejne.


Właściwie miałam nie recenzować, ale uświadomiłam sobie, że tak głęboko zakopałam się w nauce, że zapomniałam o blogu. A może nie tyle zapomniałam, co nie miałam zbyt wiele czasu, by cokolwiek zrobić. Obejrzałam dzisiaj odcinek "Kobiety na Krańcu Świata" o księżniczce z Tokio i jako dodatek do recenzji książki pragnę powiedzieć, że jest ona cudownym uzupełnieniem programu. Są w niej pewne rzeczy w telewizji nie pokazane/powiedziane. W przyszłym tygodniu mam nadzieję przyjść tutaj z recenzją "Chwały mojego ojca..." i informacją, że pokonałam sesję. Bo trochę mi się przeciągnęła. Trochę bardzo...

poniedziałek, 21 lutego 2011

"Kobieta na Krańcu Świata 2" - Martyna Wojciechowska

Przeważnie nie czytam książek podróżniczych, chociaż uwielbiam wędrować po świecie, nawet jeśli tylko wirtualnie lub w wyobraźni. Fascynuje mnie poznawanie innych kultur, sposobów życia ludzi na całym świecie. I widać, że nie tylko mnie. Martyna Wojciechowska również to kocha. Ale na zupełnie inny sposób - ona rusza w świat. A ja tylko czytam jej książkę.

Tym razem Martyna odwiedza kraje Afryki i Azji, gdzie spotyka przeróżne kobiety. Pilotkę samolotu w Afryce; "matkę" hipopotama; kobiety, noszące na szyi metalowe obręcze, które wydłużają szyję; gejszę z Kioto; tokijską himegyaru - dziewczynę, która wygląda i zachowuje się jak mała słodka księżniczka; lekarkę przeprowadzającą operacje oczu w Etiopii; kobiety zajmujące się orangutanami bardziej niż własnymi dziećmi. Książka wskazuje kontrasty - jedne z nich żyją pełnią życia dla siebie samych, inne zaś spełniają oczekiwania rodzin i otoczenia. Są też takie, które chcą pomagać i poświęcają się wyższemu celowi.

Najbardziej podobało mi się, że Martyna nie jest nastawiona do wszystkiego w pełni otwarcie - o ile w życiu mnie to denerwuje, tutaj wydało mi się dobre - ma swoje wątpliwości, uprzedzenia i chwile zwątpienia. Nie potrafi pewnych rzeczy zrozumieć, ale je akceptuje na tyle, by sama być akceptowaną w obcym, często niezbyt przyjaźnie nastawionym, otoczeniu. Opowiada o swoich przeżyciach, uzupełnia je wynikami różnych badań naukowych, żeby przybliżyć czytelnikowi całą historię danego społeczeństwa, by mógł lepiej zrozumieć problem. W pierwszych historiach czułam, jakby nie dokończyła opowieści urwała ją w pewnym miejscu (zresztą gdy oglądałam program - ten z gejszą - również miałam takie wrażenie, że historia nie została wyczerpana, ale jednocześnie rozumiem, że w półgodzinnym programie nie można zmieścić wszystkiego), jednak później było znacznie lepiej.

Martyna Wojciechowska sprawia, że można niesamowicie wczuć się w rzeczywistość innych kultur. Poczuć bóle i radości. Sporą część książki przepłakałam. Emocje wzmacniają również zdjęcia. Piękne, brutalne, zabawne, urocze, smutne. Jest tutaj wszystko. Chociaż muszę przyznać, że brakowało mi obrazów do niektórych wyróżnionych wątków. Mimo to książka mnie poruszyła, zachwyciła. Zarówno pięknym wydaniem jak i treścią, dla której nie potrafię znaleźć godnego przymiotnika.

Polecam gorąco "Kobietę na Krańcu Świata" - kanapowym poszukiwaczom przygód (takim jak ja), osobom zafascynowanym losem kobiet na świecie, miłośnikom innych kultur, a także osobom, które chcą sięgnąć po jakąś książkę, ale nie wiedzą jaką.

A jeśli to nie zachęca - to po prostu wykorzystajcie ją jako podkładkę pod laptopa - rozmiar ma doskonały. Chociaż to raczej rada dla większości Polaków - czyli tych, którzy książek nie czytają.

Od tej chwili podziwiam Martynę Wojciechowską. I chętnie wyruszę z nią w jeszcze niejedną podróż.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu G+J.

niedziela, 20 lutego 2011

The Tourist - Florian Henckel von Donnersmarck (2010)

Moja wyobraźnia raczej nie obejmowała duetu Angeliny z Johnnym. Oboje są ikonami i świetnymi aktorami, ale zawsze stali dla mnie po dwóch stronach barykady, ich drogi nigdy się nie przecinały. A jednak. Ktoś poszedł za myślą, że warto parę tak znakomitych aktorów umieścić w jednym filmie (niewątpliwie zarobki są znacznie wyższe, niż gdyby w "Turyście" zagrało tylko jedno z nich). Obsada, jak to zwykle bywa, była niejednokrotnie zmieniana, jednak efekt ostateczny z pewnością usatysfakcjonował wiele osób.

"Turysta" jest bardzo spokojny jak na film akcji. Co prawda Filmweb klasyfikuje go jako dramat/thriller, jednak to nie oddaje rzeczywistego gatunku. Bo w rasowym dramacie raczej Interpol i mafia nie biegają za piękną kobietą i mężczyzną, którego spotkała w pociągu i wykorzystała dla zmylenia przeciwnika. IMDb doskonale określa film jako akcję/dramat/romans. Nic dodać, nic ująć. I nasz rodzimy Filmweb powinien pójść za tym przykładem.

Sama akcja nie wydaje się być skomplikowana - mamy Elise, piękną kobietę, która mieszka w Paryżu i codziennie wypełnia rutynę. Nieustannie jest śledzona przez Interpol, ponieważ miała romans z człowiekiem, Alexandrem, który ma dług podatkowy w wysokości 744 milionów funtów. Ten sam mężczyzna okradł pewnego mafiozo z 2,3 miliarda. Jest poszukiwany, ale nie można go złapać. Nie kontaktował się z Elise przez dwa lata, aż do tego ranka. Gdy otwiera przy śniadaniu list, pali go, po czym umyka Interpolowi i wsiada w pociąg do Wenecji. W tym samym pociągu ma spotkać dowolnego mężczyznę i udawać, że to Alexander. Pada na Franka, nauczyciela matematyki, wielbiciela książek sensacyjnych.

Oczywiście wszystko dąży do tego, by odzyskać pieniądze, które Alexander jest winien.

Jeśli uważałam, że rola Angeliny w "Salt" była świetna, w tym momencie uważam, że w "Turyście" przeszła samą siebie. Pobiła Johnny'ego na głowę, ponieważ tutaj zachowywał się jak słodki miś koala - lepszego skojarzenia nie mam. Zaś w Angelinie widać było jej klasę, elegancję i inteligencję. Tu nie było skakania po samochodach jak jakiś patyczak, jak to ktoś ujął przy "Salt", tylko zgrabne powolne ucieczki w eleganckich ubraniach, bez pośpiechu. Film wciąga w siebie, nie pozwala złapać oddechu i pozostawia po sobie subtelny niedosyt. Pojawiają się też pewne powtórki fabularne z innych filmów z Angeliną. No i zakończenie mnie nie zaskoczyło - dość szybko przewidziałam, kto jest kim. Ale film przez to nie stracił. Stracił przez grę Johnny'ego Depp'a. Wydaje się to absurdalne, ale niestety w moich oczach zawiódł. Nie do końca, a właśnie na końcu.

Film jest dobrze zrobiony. Ma genialny soundtrack - delikatny, pasujący do filmu idealnie. I widoki Wenecji są świetne. Jak i oglądanie Johnny'ego uciekającego boso po dachach jedynie w niebieskiej pasiastej piżamie. Taki niezgrabny miś koala. Naiwny niezgrabny miś koala. Na szczęście miał go kto ratować z opałów - nasza Wonder Woman. Oczywiście później to się pląta, ale mówiłam, dla mnie niespodzianek nie było.

Mimo wszystko "Turysta" powinien nudzić. Bo akcja, jakby jej nie było, bo zero podnoszenia napięcia, wszystko pozornie statyczne, nawet strzelaniny. A ja nawet nie zauważyłam, kiedy się skończył. To nie jest wybitne kino. Bardzo dobra rozrywka, z dobrymi aktorami. To tylko ja się czepiam biednego Franka. Angelina jest moją idolką, autorytetem, bóstwem - on nie. I chociaż go uwielbiam, nie usatysfakcjonował mnie w tym filmie. Powtórzyłabym po raz kolejny "miś koala", ale nie chcę się robić nudna.

Chyba zapomniałam wspomnieć o tym, że dość często wybuchałam śmiechem. Nie brakowało tu dobrego poczucia humoru.

Polecam. Ale ja filmy z Angie zawsze polecam, więc... no cóż. Polecam bardziej niż "Salt". To chyba wystarczy.

Z dnia 10.09.2013:
Właśnie obejrzałam "Turystę" po raz kolejny, a potem, coby sobie mózg zlasować, przeczytałam moją recenzję. Chciałam zatem powiedzieć, że gdy ją pisałam, musiałam być bardzo naiwnym, idealistycznym dzieckiem. Scenariusz tego filmu jest okropnie słaby, Angie gra rozczarowująco, Johnny bardzo dobrze. Niemniej kwestię koali podtrzymuję. A dobre poczucie humoru? Co to to nie. Zdecydowanie nie zgadzam się z moją własną recenzją.

sobota, 19 lutego 2011

"Galeria dla dorosłych" - Feliks W. Kres

Trudno jest oceniać opinie innych ludzi. Nie ma co zaprzeczać - różnimy się od siebie, inaczej wartościujemy, chociaż nasze morale bazują na tym samym rdzeniu, a jednak patrzymy na świat ze swojej własnej perspektywy (lub kilku) i często okazuje się, że dla jednego jabłko jest jabłkiem, a dla drugiego tarczą strzelniczą. Dlatego w przypadku tej książki - i jej recenzji - pojawił mi się problem: co napisać o czyiś opiniach dotyczących świata?

"Galeria dla dorosłych" jest zbiorem felietonów F. W. Kresa zamieszczonych w czasopiśmie "Science Fiction". Początkowo miały to być porady dla początkujących autorów, instrukcje, jak pisać, jednak Kres dość często zaznaczał, że nie ma recepty idealnej na pisanie. Do tego potrzeba wyczucia, intuicji. Mógł pokazać tylko to, jak on sam pracuje nad kolejnymi światami, bohaterami, tłami, wydarzeniami... Jego felietony zawierają sporo porad, ale bardzo subiektywnych. Z częścią ja bym się nie zgodziła, inne są tak genialne w swojej prostocie, że nawet nie pomyślałam, by je odrzucać - chociaż sama już wcześniej to wiedziałam.

Jednak te felietony nie dotyczą głównie pisania. Oczywiście były też mini-recenzje opowiadań przysłanych do oceny, ale one mnie nudziły. Bo ile można czytać, że Kres nie lubi elfów czy innych krasnoludów? Powtarzał się i to nie było szczególnie pasjonujące. Za to w kolejnej części porzucił pisanie o pisaniu i zaczął snuć swoje rozważania na tematy ogólnożyciowe. I tutaj pojawiało się wiele jego poglądów - zabawnych, poważnych, kontrowersyjnych, bezsensownych. Rzecz jasna z mojej własnej perspektywy.

Książkę tę można rozpatrywać pod kilkoma kątami. I chociaż bardzo mi się podobała, nie zależy mi ani na przeczytaniu "Galerii złamanych piór" (pierwszej części felietonów), ani też na posiadaniu tej książki. Bo poglądy mogę snuć swoje, czy czytać Wasze na blogach - i to za darmo. Mimo to "Galeria dla dorosłych" jest świetnym ironicznym spojrzeniem na naszą rzeczywistość - nie tylko polską. Jest coś, co kocham w Polskiej fantastyce (a przynajmniej w tej jej części, z którą się spotkałam) - niesamowity dystans do siebie i do świata. Ironia sączy się z niemal każdego zdania, które bez ogródek wskazuje na bezsens pewnych rzeczy. Kres pokazuje, jak wszystko jest pełne sprzeczności i idiotyzmu. I byłam zachwycona.

Mogę polecić bez wahania, jak to mnie samą zachęciła recenzja Miss Jacobs parę miesięcy temu. Książka kończy się dwoma załącznikami - cudownie niekonkretnym w swojej konkretności regulaminem nagrody dla twórców cykli fantastycznych, oraz opowiadaniem "Senea", które wyraźnie mi powiedziało, że styl Kresa mi nie podchodzi i jego książek raczej nie będę czytać (a przynajmniej nie będę do tego dążyła).

Warto przeczytać, by nabrać pewnego dystansu do wszystkiego. By mieć sporo rozrywki. By się zastanowić nad wieloma rzeczami. I tak po prostu - bez powodu. Polecam.


Książka ta wiąże się również z zabawną historią (a raczej dialogiem). Mam kolegę, który fantastykę wręcz kocha. Ma sporo książek, a ja chciałam przeczytać Kresa. No to go zapytałam...
- Słuchaj, chcę jedną książkę. Masz ją? Nie pamiętam ani tytułu ani autora.
- Jak wygląda okładka?
- Jak taka tablica z literkami u okulisty.
- Kres?
- Może. Widzisz, jak świetnie się dogadujemy? Wiesz, o co mi chodzi, nawet gdy ja tego nie wiem.
Więc dziękuję mu dzisiaj za użyczenie jej na czas długi, chociaż to nawet nie jest jego książka, tylko jego współlokatora xD.

piątek, 18 lutego 2011

Stosik #5 - lutowy.

Luty się ledwie rozpoczął, a już się kończy. Zaczął się sesją, kończy poprawkami (nienawidzę przyszłego tygodnia!). W ramach pocieszania przed niezdaniem semestru (co się zbliża wielkimi krokami :D) uznałam, że moje dwa pięćdziesięciozłotowe bony należy spożytkować. A że Matras ich nie przyjmuje, padło na Empik, po którym dzisiaj krążyłam i krążyłam, próbując wymyślić, co kupić. Jedynym pewnym zakupem było "Światła pochylenie", które zrecenzowałam jakiś czas temu. Książka była absolutnym musem, ale gdy chciałam ją kupić, nie było jej. Teraz skorzystałam z okazji. Jak widać, zakupiłam również pilipiukowego "Wampira z M-3", na którego się czaiłam, odkąd zapowiedział, że napisze odpowiedź na "Zmierzch". Idąc tropem fantastyki - wzięłam sobie Babcię Jagódkę, na stosiku znaną jako "Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny", która również gdzieś tam się dopominała. Czytałam jedno opowiadanie z pierwszego tomu o Babci Jagódce ("Kot wiedźmy") i uznałam, że to lubię (hmmm, gdzie Facebook, gdy jest potrzebny?). W końcu podjęłam decyzję (bo coś musiałam kupić, a "Kokosowego buddy" się nie doszukałam na półkach, mam wrażenie, że wszystkie złe słowa wobec Empiku stają się prawdą, bez czytania różnych takich za nic bym tego nie zauważyła i byłoby dobrze). Ale na półce były dwie Babcie Jagódki. Pierwsza i druga. Po namyśle wzięłam tę, która miała więcej stron xD. Czyli numer dwa.

Zapowiadałam również zakupienie następnej książki Fitzka. Allegro miło mi powiedziało, że "Terapia" jest dość tania, więc zamówiłam, przyszło szybko, a ja poszłam za głosem rozsądku i wzięłam się za czytanie pożyczonego dawno od kolegi Kresa. Powoli, powoli zbliżam się do końca. Gdzie mój czas?

A skoro mowa o tym, co teraz czytam, warto się przyjrzeć bliżej "Kobiecie na Krańcu Świata 2", którą, wraz z "Londyńskim bulwarem" i "Klubem Miłośniczek Czekolady", otrzymałam od wydawnictwa G+J (no, dobra, to skomplikowane, bo "Kobieta..." teoretycznie jest National Geographic, to należy do tego samego wydawcy, ale na okładce brzmi inaczej. Dobra, nie plątam się dalej, bo nie wiem, jak to nazwać xD). Pochłonęłam pół książki Martyny Wojciechowskiej, zamiast grzecznie się uczyć. Ach ten ból! Więc zapowiadam w niedługim czasie recenzję :D. Książka bardzo ładnie wydana, baaaardzo ciekawa i droga. 59,90 za książkę? Duuużo. Ale podróżnicze są duże. Bo ładnie wydane. Prawda? No, dobra. Zazwyczaj ich nie czytuję, ale tutaj Martyna jeździła po Afryce i Azji. A ja uwielbiam Azję.

Z recenzyjnych mam jeszcze "Chwałę mojego ojca..." od wydawnictwa Esprit. Na podróż do Prowansji wybiorę się zaraz po Kresie i Martynie. W sumie to ciekawe połączenie - najpierw krainy fantastyczne wraz z Polską, później dwa najbarwniejsze kontynenty na świecie, a potem wracam do Europy - do miejsca w Europie, gdzie są barwy, światło i aromat. Taaak. Cudownie. Później pewnie zawędruję z wampirami do komunistycznej Polski. Ale nie będę planować trasy podróży, bo pewnie i tak z niej zboczę :D.

Na koniec została "Misja Ambasadora", którą wygrałam w konkursie bestsellerowym Empiku. Trudi Canavan już od jakiegoś czasu dopominała się o moją uwagę. Ale czy ona nie wie, że książki, które są moje, zawsze czekają najdłużej? Cóż. Jej ból :D. Ale cieszę się, że nie wygrałam jakiejś Fify na Play Station 3, bo co ja bym z tym zrobiła? xD.

Zgrywając to brzydkie zdjęcie (naprawdę nie miałam dzisiaj siły na staranie się, by wyszło ładnie) z telefonu, odkryłam, że mam w telefonie swoje własne ładne zdjęcie. To uznałam, że w ramach rysowania dzisiaj Baby Jagi (nie pochwalę się nią, bo została narysowana na zamówienie pewnej prawie siedmiolatki, ale byłam nawet zadowolona z efektu. Tylko te nogi! Okropne!) pochwalę się nim. Oto ono. Osoby o słabych nerwach są proszone o przewinięcie w dół i nie patrzenie :D. Mówię poważnie, bo nie jest idealne. Ale najlepsze ze wszystkich z ostatnich paru miesięcy.


Życzę Wam dobrej nocy, chociaż jeszcze wcześnie. I jeszcze raz dziękuję za zachwyty nad moimi kotami! ^^. Jestem pewna, że i one się cieszą - gdziekolwiek są.

czwartek, 17 lutego 2011

"Kiedy zejdziesz na psy - to nie miaucz!"

Rocky lub Bzik i mała ja
Przez mój dom przewinęło się kilka kotów. Każdy kochany, każdy inny, nietypowy. Oczywiście, bo to koty. Pamiętam, gdy w trzeciej klasie podstawówki wróciłam do domu wieczorem, była chyba zima. Coś miauczało w piwnicy. Okazało się, że był to mały, szary, pręgowany... Wzięliśmy go na górę i nakarmiliśmy lekko przemarzniętą kiełbasą, przy okazji ugryzł mnie w palec, taki był głodny! ^^. Oczywiście został z nami, nazwałam go niezbyt twórczo - Filemon.

Później nadeszła faza na koty białe w czarne plamy. Były dwa - Rocky i Bzik. Niestety nie pamiętam, w jakiej one pojawiły się u nas kolejności, ale oba, bez wyjątku, zostały wzięte od kolegi dziadka. Bzik był wyjątkowy. Obok domu stała przewrócona na bok łada, a on uwielbiał wchodzić jej pod maskę i taplać się w tych wszystkich smarach i innych. Później mama go łapała, pakowała do umywalki i spierała z niego te wszystkie brudy. To był kot, który lubił wodę. Gdy ktoś się kąpał, chodził po brzegu wanny, czasem do niej wpadał, ale nie reagował histerycznie, jak to koty mają w zwyczaju, tylko po prostu z niej wychodził, albo czekał, aż ktoś go z niej wyjmie. Zaś Rocky nie robił nic nadzwyczajnego. Pamiętam tylko, że mama dorobiła mu przydomek Balboa :).

Kiciuśka
Później była długa przerwa. Wzięła się ona z tego, że te wszystkie poprzednie koty kończyły pod kołami samochodów i rodzice już nie chcieli tego przerabiać na nowo. Każdy stracony kot to ból i płacz. Ale pod koniec piątej klasy podstawówki, w zasadzie niecałe dwa tygodnie przed, poszłam do przyjaciółki, której ktoś podrzucił kociaka. Chciałam, musiałam, po prostu. Więc wzięłam go, niosłam przez całe miasto, a on wpijał mi się pazurkami w szyję (miał może trzy tygodnie) i pomiaukiwał. Z początku imię było Miauczek, tak gwoli upamiętnienia tamtych chwil. Gdy doszłam do sklepu rodziców, mama powiedziała: O Boże, niesie kota.


Kota przyniosłam, nałgałam, że znalazłam na śmietnisku :D. Oczywiście nikt nie uwierzył, ale kot został. Moja najukochańsza kotka, Kiciuśka (już banalne imiona się skończyły), która tydzień później pojechała z nami nad Solinę. Kot, który spędził ze mną prawie sześć lat, została otruta. I mojej winy było w tym trochę, że nie ukradłam mamie kluczyków do samochodu i nie pojechałam do weterynarza od razu, gdy zauważyłam, że coś jest nie tak. Mamy: Przejdzie jej. mnie nie usatysfakcjonowało. Niecały tydzień później ona sama stwierdziła, że jest bardzo źle. Ale było już za późno. Kiciuśka była kotem podróżnikiem. Uwielbiała jeździć do mojej babci na Podlasie, a gdy wyjeżdżaliśmy, bawiła się z nami w kotka i myszkę. I chociaż zawsze była tam puszczona wolno (a gospodarstwo do najmniejszych nie należy), nigdy nie zdarzyło się, by nie wróciła. Była również nad morzem. Mały kot i dwa owczarki niemieckie leżące na kocach na plaży. Ludzie uznawali to za atrakcję turystyczną. W pewnej chwili jakiś mężczyzna podbiegł do nas i powiedział: Kotek Państwu uciekł! A my z mamą w bieg, ratować Kiciuśkę, która poszła sobie na spacer do lasu :). Gdy podrosła, przynosiła do domu węże, jaszczurki, myszy, ptaki... Raz nawet żabę. Przeganiała wszystkie psy z okolicy (im większe, tym bardziej się jej bały). Pilnowała swojego terenu.

Aureliusz, gdy się pojawił
Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte. I chociaż kota podobno się wychować nie da - Kiciuśka spała wtedy, kiedy ja, wstawała ze mną, chodziła ze mną na sanki i siedziała ze mną przed komputerem. A, i uwielbiała oglądać "Titanica"! Ten początek, pod wodą ^^. A później szła spać. Kochałam ją, zresztą wciąż kocham, chociaż niedługo mijają dwa lata. Mogłabym o niej opowiadać w nieskończoność.

Później pojawił się Aureliusz, którego matka porzuciła na strychu mojej babci. Kolejne maleństwo, które do nas trafiło. Rósł w oczach. Był niesforny, nie bardzo chciał się podporządkowywać, a ja się nie chciałam zbytnio przywiązywać, bo stratę Kiciuśki mocno przeżyłam. Aureliusz, oprócz dziwnego imienia, a jakże, był również kotem-gejem, co mnie bardzo raduje. A co się z nim stało? Nie wiem, nikt nie wie. Pewnego dnia wyszedł z domu i postanowił, że już nie wróci. Porzucił nawet swojego chłopaka, który go szukał po całej wsi.

Aż tu nagle pewnego dnia okazało się, że u nas w piwnicy lubi spędzać czas inny kot. Raz mama go wzięła, by go nakarmić, później do nas przychodził, aż się wprowadził na stałe. To był Dwójka. Mieszkał u nas prawie miesiąc, po czym chyba uznał, że się wystarczająco najadł na zapas i również się wyprowadził. Dwójka był dorosłym kotem.

Dwójka

Jestem pewna, że kanon moich kotów nie został jeszcze zamknięty, będę miała również inne. Ale tym razem chcę, by były bezpieczniejsze i żebym była w domu. Dlatego, chociaż mówię to niechętnie, poczekam z nimi, aż dorobię się jakiegoś mieszkania. Ale nie wykluczam, że za dwa dni może pojawić się tutaj post o tytule "Mam kota!". Niezbadane są wyroki kotów. W końcu to one decydują o wszystkim.

Szczęśliwego Dnia Kota!

poniedziałek, 14 lutego 2011

"Jillian Westfield wyszła za mąż" - Allison Winn Scotch

Dzisiaj zaprezentuję Wam walentynkowo książkę idealną na ten dzień. Książkę, do której muszę przyznać, że podeszłam lekko sceptycznie. Oskarżyłam ją o powielanie schematów. A okazało się, że dostałam... O tym za chwilę.

Jillian w chwili załamania u masażysty zaczęła rozmyślać o wydarzeniach sprzed siedmiu lat, zanim poznała swojego obecnego męża. Stało się to w momencie, gdy dowiedziała się, że jej były chłopak się żeni, a ona z paniką pomyślała, że jak on może, przecież ona go kocha! Nie spodziewała się, że żal, jaki poczuła i odblokowane przez masażystę chi cofną ją w czasie na kilka miesięcy przed poznaniem Henry'ego - jej obecnego (przyszłego) męża, z którym miała córeczkę.

Książka jest zadziwiająco inteligentna. Bohaterka przeżywa wszystko na nowo, zna konsekwencje swoich czynów, wie, jak sobie radzić z pewnymi wydarzeniami, wciąż posiada doświadczenia z przyszłości, ale to nie przeszkadza jej popełniać błędów. Sama nie wie, czego chce. Uczucia macierzyńskie dają o sobie znać i bardzo dużo myśli o swojej córeczce, która przecież może nigdy się nie pojawić. Przecież Jillian chce spróbować naprawić swój związek z Jacksonem, a to wyklucza istnienie Katie. W pewnym momencie wszystko zaczyna się toczyć inaczej, kobieta zaczyna rozumieć popełnione wcześniej błędy, których istnienia nawet nie zauważała. Teraz wszystko składa jej się w całość, ale okazuje się, że to wcale nie sprawia, że jest szczęśliwsza...

Mogłabym napisać o tej książce wiele. Przeprowadzić analizy osobowości bohaterów, zależności między wydarzeniami, błędami przez nią popełnianymi i zobrazowanym tutaj (chociaż na trochę mniejszą skalę) efekcie motyla. O wszystkich tych elementach, które sprawiają, że to naprawdę dobra literatura kobieca. Nie nastawiona na "kocham go, ale on mnie nie, sprawię, że mnie pokocha i będzie happy end". Nie, to coś znacznie więcej. Bezwarunkowo zasługuje na miano bestselleru (nie to, co niektóre książki... Palcem wytykać nie będę), ponieważ nie służy wyłącznie do zabicia czasu i narzekania na swój los - nie, ona pokazuje, że los jest w naszych rękach i zmiany często wychodzą na gorsze. Skłania do refleksji.

Oczywiście nie jest bez wad. Zakończenie, chociaż mniej więcej takie jakiego się spodziewałam, zostało skonstruowane w sposób, który mi nie odpowiadał. I spora część książki jest napisana w czasie teraźniejszym. Ale, o dziwo, w żaden sposób nie wytrącało mnie to z rytmu. Książka wciągnęła mnie na dobre, ledwo się zmusiłam, by ją odłożyć i wreszcie iść spać. Inteligentna książka. Godna najwyższego polecenia. Czemu literatura kobieca nie jest taka zawsze?

"Jillian Westfield wyszła za mąż" zasłużyła sobie na moją wielką aprobatę. I nie, wcale nie dlatego, że akcja dzieje się w Nowym Jorku. Dlatego, że ta książka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i prezentuje sobą dokładnie to, czego od tego typu literatury oczekuję.

Premiera 23.02.2011.

Za książkę gorąco dziękuję wydawnictwu Otwartemu.


Życzę Wam dużo Miłości! Nie tylko dzisiaj, ale każdego dnia!
A oto miłosny link i mój prezent (niewykluczone, że nie ostatni ;)) dla Was.


Wiem, że jestem stronnicza, ale co ja poradzę, że kocham ten serial!
Jeszcze powinnam dorzucić jakąś piosenkę, gdzie zawodzą New York, New York! W porywach do Berlin ^^.

niedziela, 13 lutego 2011

"Plan Sary" - Paweł Jaszczuk

Trzeba być mną, żeby dojść do 98 strony i dopiero tam się zorientować (zupełnie bez powodu, bo na tej stronie w zasadzie nie ma stosownej informacji), że Lwów wcale nie jest stolicą Litwy (jak myślałam, odkąd dostałam tę książkę) i, co więcej, że ja w nim przecież byłam! A na Litwę mnie jeszcze nie wywiało. Cały problem może polegał na tym, że Lwów kojarzę wyłącznie z kasztanami, a nie morderstwami czy fontannami...

Mamy intrygujący kryminał. Intrygujący, bo... powodem dla morderstw były ćwiczenia przeprowadzone ze studentami prawa, w czasie których tytułowa Sara przedstawia - również tytułowy - plan morderstwa. Jakiś czas  później zostaje popełniona pierwsza zbrodnia zgodnie z wymyślonym przez dziewczynę scenariuszem. Nad Lwowem zawisa czarna chmura (dosłownie i w przenośni) - nad całą Europą wisi widmo wojny, a w samym mieście giną studenci Sterna - dziennikarza kryminalnego.

Tyle ogólnie o fabule. I chociaż cała akcja skupia się na zbrodniach, to w rzeczywistości czytałam tę książkę jako powieść, a nie kryminał. Zupełnie mnie nie poruszyły morderstwa, nie polubiłam nikogo. Zagadki co prawda całkiem do końca nie rozwiązałam (uwzięłam się na jedną z bohaterek nawet w momencie, gdy miałam 100% pewności, że ona morderczynią nie jest). Przyglądałam się postaciom i ich zachowaniom, które uważałam za głupie i zupełnie ich nie rozumiałam. Jedynie dzieci Sterna miały w sobie coś prawdziwego. Żadnego udawania. Żony Sterna ani jego samego nie byłam w stanie polubić. Panna Wilga miała w sobie coś przyjemnego, ale też zdarzały jej się jakieś dziwne wyskoki.

Za to atmosfera książki - cudo! Większość recenzentów narzekała na to, że tak naprawdę nie czuć tutaj Lwowa, a ja się tam świetnie czułam. Co prawda może nie miasto samo w sobie (bo opisy z moimi wspomnieniami się raczej nie pokrywały), ale Jaszczuk stworzył bardzo ciekawy, lekko mroczny klimat, w którym się zatopiłam i książka sprawiła mi wiele radości.

Okładka zaś tak bardzo przypomina mi jeden z krakowskich kościołów, że aż musiałam sprawdzić, czy to aby nie on. I okazało się, że się pomyliłam, ale wrażenie jest równie silne, jak wcześniej.

"Plan Sary" jest bardzo klimatyczną książką, którą mogę polecić bez wahania. Tylko bohaterowie niesympatyczni, ale może zwalmy to na widmo wojny...

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński.


A jednak poszłam za głosem rozsądku i nie czytam teraz Fitzka. Uznałam, że muszę przeczytać książkę, którą pożyczył mi jakiś czas temu kolega, na którą zresztą nie miałam czasu. I teraz się w niej zagłębię. Jutro Walentynki! Zapewne spędzę je samotnie - z fonetyką, gramatyką, językoznawstwem bądź literaturoznawstwem. Mimo to zawsze lubiłam to "święto".

Wy lubicie Walentynki? Już pomińmy całą tę komercję, skupmy się na samym stosunku do tego dnia. Bo czy to nie miłe, gdy ludzie przynajmniej ten jeden raz w roku się kochają? :D.

piątek, 11 lutego 2011

"Pościg" - Clive Cussler

Muszę przyznać, że Clive Cussler mnie zaskoczył. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z jego książkami i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Ale to, co dostałam, przerosło moje oczekiwania. A może by nie przerosło, gdybym pokusiła się wcześniej o przeczytanie opisu.

Clive Cussler raczy mnie w tej powieści (kryminalnej? przygodowej?) rudowłosą kobietą o niezwykle ciekawej osobowości. Ale nie, nie ona jest główną bohaterką. Jest siostrą pewnego mordercy i złodzieja, który nie ma skrupułów. Ona wprawdzie też nie należy do najbardziej współczujących osób, jednak nie ma w zwyczaju zabijać. Plus dla niej. Główny bohater zaś pochodzi z bogatej rodziny bankierów i jest detektywem. Oczywiście również przystojnym i ponadprzeciętnie inteligentnym. Jak i przestępca. Trafił swój na swego.

Muszę przyznać, że po raz pierwszy od dawna pojawił się gdzieś morderca, który mnie nie zachwyca. Może dlatego, że ma zbyt duże ego i nie wie, kiedy przestać. Pozytywny bohater też uważa się za nie wiadomo co, ale później już się uspokaja. Na szczęście jest wielkoduszny, co trochę łagodzi negatywne cechy jego charakteru (dlaczego ja nie lubię ludzi, którzy mają wielkie ego, a ja sama nie mam mniejszego? - to się wytnie). Niestety uważa, że zna się na ludzkich osobowościach najlepiej, a muszę powiedzieć, że co do rudej piękności się pomylił. Ha! Byłam wtedy bardzo usatysfakcjonowana i poirytowana, że nie zauważył, jaka ona jest naprawdę.

Tak się rozczulam nad bohaterami, że zaraz zapomnę powiedzieć, za co autorowi należą się największe oklaski - za całkiem niezłe stworzenie atmosfery początków XX wieku w Kalifornii. Biorąc pod uwagę, że nie mógł żyć w tamtych czasach (bo musiałby mieć ponad sto lat), musiał się trochę naszukać informacji. Co prawda nie sprawdziłam ich wiarygodności, ale informacje na temat pociągów, samochodów, działalności banków czy pistoletów z tamtego okresu raczej nie wzięły się z wyobraźni, tak jak i pewne szczegóły kobiecego ubioru. Szczególnie, że autor już kilka książek napisał. Tak, napisał, ale to nie przeszkadza mi przejść do pewnego mało istotnego, aczkolwiek odrobinę denerwującego, problemu, który polega na tym, że wrzucił do tekstu trochę naiwnych spostrzeżeń. Ciężko mi nazwać, co ja uważam za naiwne w pisaniu, ale posłużę się przykładem:
- (...) Była piękną kobietą, pełną życia, ale okrytą welonem zła.
Odwrócił się smutny, ale jego oczy pozostały suche.
Mam nadzieję, że jest jasne, albo kiedyś uda mi się to wykazać lepiej. Muszę przyznać, że detektyw był uczuciowym człowiekiem i często bywał smutny. Ale to miłe urozmaicenie dla niegasnącej pewności siebie.

Książka trzyma w dość specyficznym napięciu. Bo niby wszystko jest jasne, ale nie do końca. Wciąga, zabiera do miejsca na mapie Ameryki, za którym szczególnie nie przepadam, ale o dziwo mi to nie przeszkadzało. Z chęcią sięgnę po inne książki autora. Ma bardzo przyjemny styl. Pozwala zapomnieć o deszczu za oknem i wtopić się w tłum na ulicach miast i miasteczek, jak i atmosferę miejsc, w których przebywanie nie przystoi damom. I ciekawe było też to, że telefony były - pomijając, że rzadsze - bardziej skuteczne niż telegrafy. Dałam się porwać tej książce. Niezaprzeczalnie.

Polecam każdemu.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Amber.

czwartek, 10 lutego 2011

"Kwestia równowagi" - Zoe Fishman

Powinnam się kajać przed tą książką, że podeszłam do niej z pozytywnym nastawieniem, po czym z miejsca je zmieniłam, gdy tylko zaczęłam ją czytać. Na stanowczo negatywne. Ale gdy tylko poszłam dalej, rozluźniłam się (tylko troszeczkę, zacznijmy od małych kroczków) byłam zmuszona się skarcić za ocenianie z góry.

Nie, to też nie do końca oddaje mój problem z tą książką. Nie lubię idealizacji bohaterów. A "czarny charakter", za jaki możemy uznać Bess - dziennikarkę, która chce napisać dość negatywny w wydźwięku artykuł na temat koleżanek ze szkoły, mnie denerwował, też był na swój sposób idealny. W dodatku amerykańskie "znamy się zasadniczo tydzień - to już możemy się nazwać przyjaciółmi na śmierć i życie" do mnie nie przemawia. Może dlatego, że polskie realia są zupełnie inne. Ciężko mówić o znalezieniu prawdziwych przyjaciół nawet wtedy, gdy spędza się z nimi niemal każdy dzień przez dziesięć lat, rozmawia o wszystkim. Jednego dnia wszystko potrafi się zawalić z błahego powodu. I dlatego ta książka mnie z początku frustrowała. Aż się zorientowałam (a właściwie sobie przypomniałam), że amerykańska mentalność jest zupełnie inna. Joga mnie wciągnęła, dałam tej książce szansę. A może to dlatego, że akcja rozgrywa się w jednym z miast moich marzeń - Nowym Jorku?

Fabuła nie jest dość typowa - na dziesięcioleciu ukończenia szkoły spotykają się cztery stare znajome. Każda z nich ma już swoje życie. Jedna firmę (ową szkołę jogi), druga dziecko, trzecia kochającego mężczyznę, czwarta dobrą, ale niesatysfakcjonującą pracę. Lądują one na zajęciach jogi i akcja toczy się przez cały kurs trwania. W tym czasie każda z nich stara się poradzić sobie z własnymi ograniczeniami - ciała i ducha. I oczywiście znaleźć miłość, bo bez tego nie byłoby dobrej powieści dla kobiet. W tym wypadku również zakończenie jest oczywiste.

Na czym polegał mój błąd? Zbyt pochopnie oceniłam wartość. Uznałam, że to niewarte mojego czasu, nic nie wniesie do mojego życia. A jednak coś się zmieniło. W sposób lekki, niezbyt inwazyjny, pomyślałam o moich własnych marzeniach, o tym, w jaki sposób staram się je zrealizować i poświęceniach. I przyjaźni. Ostatnio to poważny temat moich refleksji. "Kwestia równowagi" mi pomogła, uzmysłowiła też, że moje odwieczne marzenie o jodze powinno zostać w końcu spełnione.

Książka nie jest wybitna, ale dobra. Lekka, kobieca. I postacie nie są papierowe - są żywe, z charakterem, wadami. Chylę również czoła przed naturalnymi (przez co aż trochę dziwnymi) dialogami. Polecam na chwilę oderwania się od rzeczywistości, odstresowania. Na trudne momenty. Przyjemna książka, na swój sposób mądra. Chociaż jednocześnie taka, jak wszystkie inne.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński, za co dziękuję.

wtorek, 8 lutego 2011

"Makabryczna gra" - Sebastian Fitzek

Jestem załamana tą książką. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie udało mi się rozwikłać zagadki, która wszystko napędza! Muszę napisać maila do autora, w którym go poinformuję, że następnym razem powinien pisać jaśniej, bo popadłam przez niego w kompleksy, nagradzając "Makabryczną grę" prestiżowym wyróżnieniem Najbardziej Popapranej Książki Roku, którego do tej pory nie przyznałam ani razu.

Mogłabym teraz opowiedzieć historię, jak to kiedyś przeczytałam prolog, po czym książkę porzuciłam, aż nagle uznałam, że chcę ją przeczytać i z miejsca ją kupiłam. Ale po co? To takie błahe w porównaniu z porwaniem kilku osób, zamknięciu się w studio radiowym i poinformowanie całego kraju, że osoby, które odbiorą telefon złym kodem, będą mogły się czuć winne śmierci jednego z zakładników.

W akcję zostanie wmieszana również negocjatorka, która tego dnia chciała popełnić samobójstwo, ale w mieszkaniu brakowało jej coli light lemon; SEK; dowolni słuchacze radia w Berlinie. I, co się później okaże, mnóstwo nieoczekiwanych postaci oraz wydarzeń.

Książka wciągnęła mnie na cały dzień i wzbudziła ogromną tęsknotę za Berlinem. Gdy ją czytałam, miałam wrażenie, że ją doskonale znam, ponieważ niektóre rzeczy, wątki, wydarzenia zostały mi wcześniej opowiedziane. Ale to się ma nijak do tej ilości zwrotów akcji, punktów, które sprawiały, że traciłam orientację, aż w końcu poddałam się i przestałam się zastanawiać, o co tutaj tak naprawdę chodzi, tylko spokojnie czytałam. Aż do końca, gdzie okazało się, że wszystko zostało wywrócone na lewą stronę, zmięte i rozprostowane. Przysięgam, że mnie rozgryzienie tego wszystkiego przerosło. Przyznaję się. I to jest moim zdaniem najlepsza rekomendacja dla tej książki.

Nie wspominając o lekkim stylu, świetnych postaciach i samym fakcie, że to się dzieje w Berlinie!

Bardzo polecam, a sama muszę się zabrać za inne książki Fitzka, żeby się przekonać, czy to był tylko taki jego jednorazowy sukces, czy on ma po prostu coś z głową, dlatego wymyśla równie pokręcone akcje. Mam szczerą nadzieję, że to drugie.

poniedziałek, 7 lutego 2011

"Pan da trzyyyy!"

autor: Marta Konarzewska
Dzisiaj sobie pogadam, bo mam na to ochotę.

Mam za sobą pierwszy ustny egzamin w życiu, na który poszłam bez wypełnionego indeksu, zostawiając kartę egzaminacyjną na korytarzu, rzucając z hukiem zeszytem o krzesło, bez skojarzenia Sokratesa z jego filozofią. A później Pan dr hab. mnie naprowadził, a ja odpowiedziałam bez zająknięcia. I to bezcenne pytanie: Przecież Pani wie, to czemu Pani nie mówi?

No bo Pani najwidoczniej nie wie, co wie. Swego nie znacie... To chyba takie typowo polskie, prawda? Ale, ale... zdałam. Na trzy. I teraz już w pełni rozumiem wszystkie akcje pt. "Pan da trzyyyyy!". A potem musiałam oblecieć Rynek dookoła (wpadając po drodze do Matrasa, by odebrać zakupioną wcześniej "Makabryczną grę" Fitzka), żeby dotrzeć do biblioteki wydziałowej, oddać książkę, a później lecieć na siódme piętro po uzyskanie wpisu. Paranoja. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Czemu to wykładowcy nie przychodzą, nie ustawiają się w karnym ogonku, skoro tak bardzo chcą się podpisywać? Ja nie czuję się jeszcze na tyle zdrowa, by szukać ich po całym Krakowie.

Osoby, które szpiegują ( ;) ) mnie na Facebooku wiedzą, ze jednak chodzenie chorą na egzaminy się nie opłaca, bo nie dość, że gorzej się czułam, to oblałam gramatykę języka polskiego. Już widzę mojego licealnego polonistę, który w głębi duszy by pomyślał: Ha, czyli miałem rację, wstawiając jej zagrożenie w klasie maturalnej.

Nie raduje mnie to zbytnio. I dopiero od jutra będę miała czas czytać. Czekam na tę chwilę z utęsknieniem, chociaż oczekiwanie powinnam wypełnić nauką na poprawę zaliczenia, która jest jutro. Ale nie mam siły. Gorączka dzisiaj wróciła i po powrocie do domu poszłam spać. Śnił mi się mój sukub na stacji benzynowej. Obudziłam się w stanie niezbyt zdatnym do użytku. Ale byle do przodu. Godzinę temu przyjechała do domu biała czekolada z suszonymi borówkami. Życie od razu stało się piękniejsze i liczę, że jakoś zdam jutro to literaturoznawstwo. W końcu już raz je oblałam, ile można? Teraz powinno być dobrze. Planuję spędzić miło dzień. Uda się? Zobaczymy.

A, byłabym zapomniała. Weszłam dzisiaj na stronę PWST w Krakowie poczytać sobie o postępowaniu kwalifikacyjnym. W tamtej chwili uznałam, że może jednak nie chcę być aktorką. Nie wiem, po kiego trzeba zatańczyć jeden z polskich tańców narodowych i coś zaśpiewać. I to tak gwoli ścisłości nie na wokalno-aktorskim a na samym aktorskim. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy chce mi się tracić na to czas. Pewnie chce. Ale z germanistyki jeszcze nie wyleciałam, więc poczekam z tym do tego czasu ;).

Kusi mnie, by pochwalić się stosikiem styczniowo-lutowym, ale boję się, że nie zmieści się w kadrze. Dlatego się nie pochwalę. Mogę się pochwalić mandarynkami i kartkami, z których wiedzę muszę wchłonąć do jutra.

O, właśnie dostałam SMSa, że mój jutrzejszy miły dzień przestał być miły. Zaraz zacznę przeklinać. Więc żegnam Was, dopóki jeszcze tego nie zrobiłam.

Dobranoc.

piątek, 4 lutego 2011

"Zaginiona księga z Salem" - Katherine Howe

 To książka, której nie chce się skończyć. Nie miałam co do tego wątpliwości, gdy zaczęłam ją czytać i gdy już ją skończyłam, z żalem zamykając.

Punktem, w którym bezgranicznie się w tej powieści zadurzyłam, był opis domu babci głównej bohaterki - starego, drewnianego, zarośniętego bluszczem, z równie zarośniętym ogrodem, w którym rosły zarówno warzywa, jak i różne trujące rośliny. Do domu wkradały się promienie słoneczne, w których tańczyły drobinki kurzu. Dokładnie takiego, w jakim sama najchętniej bym się zamknęła i gotowała, czytała, pisała, bądź czarowała. A sama bohaterka - Connie, doktorantka na wydziale historii - miała go posprzątać, by móc go sprzedać i spłacić zaległy podatek. W międzyczasie wymyślała temat pracy doktorskiej i natrafiła na klucz w starej Biblii i kawałek kartki z nazwiskiem Deliverance Dane. W tym momencie postanowiła wyruszyć na poszukiwania owej kobiety.

Nie można zaprzeczyć, że to książka o magii - ale magii innej, naturalnej, prawdziwej. Tej, którą każdy człowiek ma w sobie, ale musi ją dopiero odkryć. Jest to dobro. Tak, po prostu dobro. Ale również zioła, ogień i zardzewiałe gwoździe. Każdy ma swoje sposoby, a Katherine Howe pozwala nam popatrzeć na nie z różnej perspektywy. I co ważniejsze - odpowiedzieć na pytanie: Czy czary naprawdę istnieją?

"Zaginiona księga z Salem" jest cudowną książką na lato, pełną słońca, barw. Autorka bardzo dobrze operuje słowami, tworząc wokół nas niesamowitą atmosferę spokoju. Jest czarująca, jak to zostało napisane na okładce. Mroczna może troszeczkę, bardzo mało, by nadać jej odrobiny równowagi. Ale cokolwiek by się nie działo - wiemy, że skończy się dobrze. I to w żaden sposób nie ujmuje powieści wartości. Wciąga bardzo mocno. A smaczku dodaje fakt, że autorka jest spokrewniona z dwoma kobietami oskarżonymi w Salem o czary.

Mam wrażenie, że nie potrafię zbyt wiele i kompetentnie o tej książce napisać. Zauroczyła mnie, zaczarowała swoim spokojem. Dokładnie taka, jaka być powinna, bez żadnego przesytu, wrzucania do powieści wszystkiego, co się da, a tak naprawdę niepotrzebnego dla głównej osi fabuły. I rzeczywiście najchętniej bym jej nie kończyła, tylko czytała w nieskończoność. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. "Zaginioną księgę z Salem" polecam gorąco wszystkim - czy lubicie czary czy też nie - książka jest naprawdę dla każdego. I nie pożałujecie.

Za egzemplarz gorąco dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.

wtorek, 1 lutego 2011

"Cienie sukuba" - Richelle Mead

Mogę szczerze powiedzieć, że mam lekkiego świra na punkcie tej serii i zorientowałam się dopiero przy trzecim tomie, gdy już było za późno na leczenie się. "Cienie sukuba" to piąta z kolei część, niestety przedostatnia, jak się doszukałam na stronie autorki...

Cała seria opowiada o Georginie Kincaid, sukubie, która nie jest zadowolona ze swojego fachu, ma miękkie serce, co sprawia, że nie chce dewastować dobrych duszy i woli do reszty niszczyć tylko te złe, a to i tak w momentach, gdy brakuje jej energii. Gdy do Seattle przyjeżdża autor jej ulubionych książek, zakochuje się w nim, co po jakimś czasie on odwzajemnia. Jednak różnice "gatunkowe" sprawiają, że ich związek jest co najmniej skomplikowany. W dodatku Georgina ma wyjątkowo kiepski rok - ciągle przydarza jej się coś złego i nadprzyrodzonego - to zakochuje się w niej nefilim, a ona pomaga zniszczyć jego siostrę, to uwzięła się na nią Nyx, a to dzieci Nyx w ramach zemsty, a to jeden z bogów rozprowadza nielegalnie swoją krew jako narkotyk (wyjątkowo skuteczny, tak swoją drogą, chętnie bym zakupiła trochę na sesję). Więc, jak widać, życie Georginy nie dość, że zrujnowane w sprawach sercowych, zawisa na włosku również w sensie dosłownych (a może nie do końca, bo Georgina od ładnych kilkuset lat już nie żyje).

W "Cieniach sukuba" mamy do czynienia z pewnymi pociągającymi wizjami, które wciągają Georginę do krainy snów, ale działają na nią tylko wtedy, gdy ma drastyczne pogorszenie nastroju. A o to nie trudno, bo Seth (jej ukochany pisarz) bierze ślub z jej przyjaciółką, a Georgie pomaga w przygotowaniach. W dodatku do Seattle na wakacje przyjeżdża inny sukub, który uznaje, że Seth jest na tyle interesujący, by się nim "zająć". Georginę to przerasta i zły humor murowany. Nawet nie zauważa tego, co ja zauważam od pierwszego tomu, ale dopiero tutaj jest wyraźne - że Carter, anioł, jest w niej zakochany aż po aureolę. Co prawda w tym tomie rzadko się pojawiał mój ulubiony tekst pt. "Cholerne anioły!", ale... jaką radość sprawiła mi ta książka! I dowiadujemy się trochę więcej na temat, czyj kontrakt został schrzaniony, a to najważniejszy punkt programu.

Ten tom jest trochę gorszy, dość statyczny (mimo to mnie zachwyca), ale usprawiedliwia go to, że trzeba zacząć powoli wszystko wyjaśniać, naprawiać i kierować na dobrą drogę - w końcu przed nami jeszcze tylko jeden, który wychodzi w drugiej połowie tego roku. Bardzo nie mogę się doczekać, chociaż jednocześnie nie chcę, by to nastąpiło, ponieważ trudno będzie mi się rozstać z historią Georgie.

Bardzo gorąco polecam całą tę serię wszystkim - nie tylko fanom fantasy. Nie jest przesłodzona, zbyt paranormalna, jest taka... na granicy. Ale tak niesamowicie wciąga i poprawia nastrój, że nie da się przejść obok niej obojętnie. Kocham te książki.

Za egzemplarz recenzencki bardzo, bardzo gorąco dziękuję wydawnictwu Amber.



Przepraszam za nieodwiedzanie Waszych blogów i brak odpowiedzi na drugą połowę komentarzy pod "Czarnym łabędziem", ale wczoraj miałam dość wysoką gorączkę i ledwo trzymałam się na nogach. Ale dzisiaj termometr mi powiedział, że jestem zdrowa, więc cieszę się, że Was widzę! :D.