sobota, 29 stycznia 2011

Black Swan - Darren Aronofsky (2010)

Film ten niewątpliwie wzbudza wiele sprzecznych emocji. Albo słychać, że to arcydzieło, albo że powtórka z rozrywki, porno i totalnie nic odkrywczego. Sama pewnie bym się nie zdecydowała iść na "Czarnego łabędzia" do kina, ale wyszła propozycja od koleżanki. W sumie nie obchodziło mnie, na co pójdziemy. Zaraz po tym przeczytałam recenzje. I poszłam do kina z mieszanymi uczuciami.

Nazwałabym ten film ascetycznym. Nie jest wymyślny w formie. Jest jak balet - prosty, emocjonalny. Ja osobiście baletu nie lubię, nie doceniam, nie trawię po prostu (chociaż muzyka... miód na me uszy). Jednak po tym filmie zaczęłam się zastanawiać, czy nie zapisać się na jakieś zajęcia. Szczególnie, gdy przeczytałam, że Natalie Portman zaczęła ćwiczyć balet zaledwie rok przed rozpoczęciem zdjęć do filmu. Nie znam się na tym, ale sądzę, że osiągnęła całkiem dobry poziom w tak krótkim czasie i tylko powiedziałam "No, a jednak się da".

Ale wydaje mi się, że zboczyłam trochę z tematu. Fabuła dotyczy głównie dojrzewania baletnicy do roli. Bo Nina (Natalie Portman) ma apodyktyczną matkę, bardzo delikatną dziewczęcą osobowość i marzenie, by być doskonałą. Jednak nie rozumie, że nawet doskonałość potrzebuje drobnych odstępstw od sztywnych zasad - nawet w tańcu. I w "Jeziorze łabędzim" musi obudzić w sobie Czarnego Łabędzia, z czym ma poważny problem, ponieważ to niszczy jej osobowość i świat, który sobie wykreowała.

Nazwałam ten film schizofrenicznym - gdy obejrzycie, będziecie wiedzieć dlaczego.

Muszę też wspomnieć, że jest tutaj mnóstwo erotyzmu. I chociaż film emanuje smutkiem, również śmieszy. I to najczęściej na raz. Wszystkie sceny idealnie między sobą przechodzą, muzyka jest doskonała (ale jakże Czajkowski mógłby nie być doskonały?). Również emocje, psychologia postaci, przemiany, wszelkie subtelności i też rzeczy, których subtelnymi nazwać nie można. Dla mnie to majstersztyk.

Jestem nim zachwycona. I życzę Natalie Portman Oscara za tę rolę - naprawdę zasłużyła. Film polecam, chociaż już się przekonałam, że wielu osobom się nie podoba. Mi się podobał - i to w tym momencie jest najważniejsze.

piątek, 28 stycznia 2011

Pałeczki losu - czyli wyniki losowania "Mistrza".

Alina dzielnie zabrała się za przepisywanie tych czterdziestu dziewięciu (!) osób, które wyraziły chęć posiadania "Mistrza". Nie dość, że frekwencją była niezwykle (pozytywnie) zdumiona, to jeszcze chciało jej się każdego z osobna zapisać na kartce, później ją pociąć, poskładać... Co prawda krzywo zapisała i porozcinała kartkę, ale kogo to obchodzi? W dodatku niektórym się zdarza mieć takie długie nicki, że aż się zdziwiłam, że nie odechciało mi się pisać :D. Dlatego wszystko było na jak najlepszej drodze do sukcesu.


Później udała się do pokoju po pałeczki losu, które wybrały osobę lubianą przez bogów. O szczęśliwcu za chwilę.

Dziękuję Wam za te wszystkie życzenia dotyczące egzaminu. O ich skuteczności porozmawiamy w poniedziałek albo we wtorek, gdy pojawią się wyniki :D. Biorąc pod uwagę, w jaki sposób podeszłam do językoznawstwa, to efekty raczej nie będą zachwycające, ale co tam! Mam plan awaryjny, gdyby nie wyszło :D.

Pałeczki losu wybrały...



Serdecznie gratuluję i proszę o przesłanie adresu na maila. I zapraszam na konkursy w przyszłości, bo święcie wierzę, że takie będą, jeśli tylko uda mi się tej przyszłości dożyć :D.

Uwielbiam Was!

wtorek, 25 stycznia 2011

"Obcy" - Taichi Yamada

Dziwna to książka. Najpierw ją gdzieś widziałam i chciałam przeczytać, potem nie chciałam, a następnie znowu chciałam... Aż w końcu doszłam do wniosku, że z tego wszystkiego, to chciałam. A gdy czytałam, zaczęłam się zastanawiać, po co? Przecież to nudne. No i w sumie zmieniłam zdanie dopiero po sto dwudziestej stronie.

Książka z początku przypominała mi Kafkę z jego "Procesem", bo dużo było w niej samotności i ogólnego niezrozumienia. A dopiero brnąc dalej w treść, zaczęłam widzieć Murakamiego (czyli wracamy do Kafki). Yamada również nie pozwala sobie wierzyć, tyle że bohater próbuje odwoływać się do zdrowego rozsądku, co się dla niego źle kończy. Tak naprawdę nie widziałam w tej książce nic zbytnio odkrywczego, za dużo skojarzeń z innymi utworami literackimi i trochę mnie to podtapiało. Jednak niezwykle wyraźnie czułam tutaj Japonię, widziałam Japończyków i, o dziwo, nie wyobrażałam sobie bohaterów jako Europejczyków. A to mi się naprawdę rzadko zdarza. Za to oklaski dla Yamady.

"Obcy" opowiada o człowieku samotnym z wyboru, piszącym scenariusze do seriali i mieszkającym w domu, w którym w nocy jest tylko on oraz piękna kobieta. W pewnej chwili zaczynają się spotykać, a w tym czasie on jedzie do dzielnicy, w której się wychował, gdzie spotyka mężczyznę, który wygląda dokładnie jak jego zmarły przed laty ojciec. I w tym momencie Harada traci poczucie rzeczywistości. Nie wie, co jest prawdą, a co kłamstwem. I zaczyna robić się ciekawie.

Jak wspomniałam, książka nie jest odkrywcza, ale interesująca. Po przeczytaniu dwóch trzecich moja nota dla niej zaczęła gwałtownie wzrastać. Na szczęście nie należy do tych grubych, więc nie można tu mówić o męczeniu się w trakcie czytania. Ja nie potrafię jej docenić, nie podeszła mi, chociaż pewien wątek, ciekawy, odrobinę zaskakujący, ale już kilka stron wcześniej przeze mnie przewidziany, zasłużył na moje uznanie. Nie wiem, co o niej powiedzieć. Zapoznać się, wchłonąć? Odradzić nie potrafię, zakończenie mnie urzekło.

Po zastanowieniu - jednak polecam. To naprawdę ciekawa książka. Po prostu trzeba ją przetrawić. Chyba właśnie tego dokonałam.


Przypominam Wam również o zgłoszeniach do pozyskania "Mistrza" :). Czas do piątku.
Muszę przyznać, że gdy patrzę na mój stosik, na który odrobinę brakuje mi czasu, to mi niedobrze. Jest duuuży. A ja chcę go przeczytać. Od środowego popołudnia już nie będę sobie żałowała ;).

sobota, 22 stycznia 2011

"Mistrz" - Andy Andrews LOSOWANIE.

Witajcie.

Wspominałam coś ostatnio o konkursie, który miał się u mnie odbyć. O tym za chwilę. Na razie muszę się wyżalić, że na Hurts jednak nie pojechałyśmy z powodu choroby. Szkoda, ale przynajmniej mam czas, żeby się pouczyć :D.

A w Wasze ręce pragnę oddać "Mistrza". Od ładnych kilku tygodni chodziło mi to po głowie. O ile nienawidzę rozstawać się ze swoimi książkami, o tyle "Mistrz" chce po prostu się ode mnie wynieść. Ruszyć w świat, pomóc komuś. Nie rozumiem, dlaczego on tak działa, ale skoro bardzo chce, to...

Osoby zainteresowane proszone są o zgłoszenie się w komentarzach. Wylosuję szczęśliwca w piątek wieczorem, bądź w sobotę rano. Zakładając, że przeżyję pierwszy egzamin ;).

No to do dzieła!

środa, 19 stycznia 2011

"Nieznana" - Rachel Caine

Jestem zaskoczona. Nawet bardzo. Wybrałam tę książkę, gdyż opowiadała o kobiecie-dżinnie, zesłanej za karę na ziemię. O dżinnach raczej się nie czyta. Bo co o nich napisać? No właśnie. Napisać serię "Czas wygnania". Na pewien sposób bardzo wyjątkową.

Co prawda pierwszego tomu ("Wyklęta") nie czytałam, ale w trakcie tej lektury nie odczułam tego braku. Zresztą podejrzewałam, że co ważniejsze wątki zostaną przypomniane i nie będę miała problemów z wtopieniem się w treść. A pochłonęła mnie naprawdę mocno, nie dając się od siebie oderwać, robiłam to tylko z konieczności i z wielkim trudem. Akcja szła żwawo do przodu, ciągle ktoś się z kimś bił/komuś groził/narażał się na niebezpieczeństwo. Poznałam również nową grupę postaci paranormalnych - Strażników, którzy posiadają władzę nad żywiołami i tworzą jakby swój własny świat w naszym szarym, ludzkim świecie. Dowiedziałam się czegoś na temat dżinnów, ich wyniosłości i braku uczuć. Bo Rachel Caine bardzo dobrze skontrastowała je z człowieczą naturą.

Cassiel (swoją drogą bardzo ładne i ciekawe imię) ma duszę dżinna, który przeżył wiele tysięcy lat, ale w wyniku sprzeciwienia się wyższym władzom została, że to tak nazwę, zdegradowana. Musiała wcielić się w ludzką postać. Walczą w niej między sobą dwie natury - bezwzględny dżinn i uczuciowy człowiek. W różnych momentach w życiu dominuje jedna z nich. Zresztą jest to powodem naśmiewań się dżinna Rashida.

Mamy do czynienia z miłością dżinna i człowieka. Z więzami rodzinnymi. I porwaniami dzieci Strażników dla apokaliptycznych celów demonicznej Perły, którą Cassiel już raz próbowała zniszczyć, ale się nie udało i teraz jedynym (znanym nam) sposobem, by tego dokonać, jest unicestwienie całej ludzkości. Cass wraz ze swoim ukochanym Luisem, rzeszą agentów FBI, Rashidem i przypadkowymi ofiarami dąży do odzyskania Isabel - córki brata Luisa, który zginął w poprzedniej części (jak podejrzewam), albo jeszcze przed nią. Więc wsiadajmy na motor i w drogę!

O tak, książka bardzo mi się podobała. Może styl autorki nie należy do jakiś supercudownych, ale jest dopasowany do książki. Podoba mi się, jak obrazuje osobowość Cassiel, która jest narratorką. Pomysł też należy do tych bardziej oryginalnych, ale zastanawiam się... czy Cassiel będzie próbowała unicestwić Perłę przez dziesięć tomów (ile, jak wiadomo Wikipedii, ma inna seria tej autorki)? Żal mi tych ludzi, którzy zginą w międzyczasie. A trochę ich jest.

W sumie polecam. Jest zabawnie, w jednym momencie (który zauważyłam w ostatniej chwili, bo tak się zaczytałam) poleciały mi nawet łzy. Można porozmyślać nad różnicach moralności u różnych gatunków. Jestem bardzo mile zaskoczona. Tylko momentami przy rozdwojeniu osobowości Cassiel zalatywało mi trochę "Intruzem" pani Meyer, ale... złote jabłko zdobywa pani Caine. W dodatku autorka na końcu podała tytuły piosenek, przy których pisała, co wydało mi się naprawdę świetnym pomysłem, więc zaraz lecę ich słuchać. I tyle z mojej strony.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Amber.


niedziela, 16 stycznia 2011

"Czy warto być dobrym uczniem?" - Thomas Brezina

Dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę bez wątpienia skierowaną do uczniów podstawówki? Głównie dlatego, żeby jednemu z takowych uczniów udowodnić, że przeczytanie tej książki w godzinę to nie jakiś ekstremalny wyczyn i jeśli on ją sobie poczyta, to od tego nie umrze. Bo przeczytać i tak musiał.

Jest to drugi tom z serii o Hot Dogach - chłopcach, którzy całkiem przypadkiem okazali się członkami agencji zwalczania kosmitów. A właściwie tylko znaleźli telefon należący do prawdziwych agentów i zostali za nich uznani.

Czwórka chłopców jest bardzo niesforna. A tym razem zostają prawie wyrzuceni ze szkoły za pomysł konkursu bekania w rytmie piosenek. Na szczęście dla Popcorna - ich przełożonego - to żaden problem. I tak mają misję, więc zrobienie z nich najlepszych uczniów na świecie to rzecz najprostsza pod słońcem. Więc chłopcy lądują na Olimpiadzie Einsteina, żeby pokonać kosmitów, idiotyczne pytanie olimpijskie i uratować uczniów-geniuszy.

Książka jest przezabawna (żeby ktoś widział przerażenie mojej babci, gdy parsknęłam śmiechem, którego nie mogłam powstrzymać...). Oczywiście niezbyt wysokich lotów, nie zawiera w sobie jakiejś wielkiej wartości literackiej, jest napisana prostym językiem. W sam raz dla osób na samych początkach bycia nastolatkiem i awersją do książek.

I taki bonus...
Babcia: Przynajmniej się odstresowałaś.
Ja: Odstresowałam? Przecież co chwila patrzyłam na zegarek, czy zdążę!

xDD.

piątek, 14 stycznia 2011

"Odyseja kota imieniem Homer" - Gwen Cooper

Chyba większość książkoholików jest również miłośnikami kotów. Nie pokuszę się o stwierdzenie, że wszyscy, ale większość? Owszem. Czy macie koty? Uważacie je za wyjątkowe, czy może za zwyczajne, nie wyróżniające się niczym w tłumie miaucząco-mruczących kulek? Gwen Cooper nie miała wątpliwości, że Homer jest najbardziej wyjątkowym kotem na świecie.

Jest to historia prawdziwa. Gwen wcale nie chciała brać pod opiekę ślepego kilkutygodniowego kociaka bez oczu, jednak gdy tylko wzięła go na ręce, a on rozmruczał się w jej ciepłych ramionach, wtulając się w nią całym ciałkiem - wiedziała, że jest on w stanie pokochać każdego, kto da mu swoją miłość. I miała rację.

Życie Gwen nagle stało się skomplikowane. Oprócz Homera, którego traktowała jak małe dziecko i pilnowała go na każdym kroku, miała jeszcze dwie kotki. Każdy kot miał inny charakter, upodobania, a w dodatku Homer był zwierzęciem "specjalnej troski", jak uważali wszyscy jej znajomi. Jakże się mylili!

Homer był wspaniałym kotem, który nie zdawał sobie sprawy ze swojego upośledzenia, ponieważ nie widział od urodzenia (najpierw nie miał otwartych oczu, potem wdała się w nie infekcja, w efekcie czego oczy musiały zostać usunięte), więc doskonale sobie radził w każdej sytuacji (raz nawet niemal śmiertelnie przestraszył złodzieja, ratując Gwen przed być może śmiertelnym niebezpieczeństwem), i wzbudzał ciepłe uczucia w niemal wszystkich ludziach, sam będąc do nich równie przyjaźnie nastawionym. Gwen opowiada nam o różnych wyrzeczeniach, do jakich była zmuszona, zmianach miejsca zamieszkania, zachowaniach kotów i ich psychologii oraz ludziach i ich stosunku do zwierząt.

"Odyseja..." jest niesamowicie wzruszającą, piękną książką o zwierzętach i miłości do nich. Gwen tak bardzo kochała swoje koty, że gdy zawaliły się wieże World Trade Center, nie dbała o swoje bezpieczeństwo, tylko chciała się dostać do mieszkania kilka przecznic od wież, by uratować swoje koty. Przy okazji po raz pierwszy miałam do czynienia z bezpośrednim świadkiem tej tragedii. Płakałam, gdy o tym czytałam, zbiera mi się na łzy również teraz, gdy to piszę. Nie wiem, czy czytałam inną książkę, która by wzbudzała takie emocje. Szczególnie, że dwie strony dalej zanosiłam się przez łzy ze śmiechu.

Polecam tę książkę każdemu miłośnikowi kotów, a może nawet wrogom, by się przekonali, że koty wcale takie złe nie są. Przez tę książkę zatęskniłam za swoim własnym kotem, porównywałam Weszti, Scarlett i Homera do moich, nieżyjących już, kotów. Z całą pewnością będę chciała mieć "Odyseję..." w swojej biblioteczce. Wspaniała książka. Naprawdę. Ja nie oddałam tego, jaka ona jest, ale możecie mi wierzyć - gdy przeczytacie, nie pożałujecie.

środa, 12 stycznia 2011

"Alicja w krainie rzeczywistości" - Melanie Benjamin

"Alicji w Krainie Czarów" można nie czytać, ale w świadomości mamy już zakorzenioną małą dziewczynkę, która wpada do króliczej nory, Szalonego Kapelusznika, uśmiechającego się kota, bezwzględną królową i białego królika. Nie wątpliwie za sprawą Tima Burtona nabrała ona czegoś specjalnego, czego nie ma w samej książce.

I właśnie czytając "Alicję w krainie rzeczywistości", przypomniałam sobie interpretację postaci w filmie. Wręcz uznałam, że ta książka jest niezbędna do ogarnięcia tego wszystkiego, chociaż nawet nie mam pewności, czy Tim Burton znał historię prawdziwej Alice Pleasance Liddell.

Oczywiście książka nie jest biografią. To powieść. Oparta na znanych faktach dotyczących Alicji i Lewisa Carrolla, które autorka wymienia w posłowiu. Melanie Benjamin wypełnia luki w historiach obojga ludzi, nadając ich stosunkom znaczenia. Nie obeszło się też bez niebezpośredniego oskarżenia o pedofilię, na którą zaczęłam po lekturze tej książki patrzeć zupełnie inaczej. Autorka przedstawiła pana Dodgsona jako osobę, która naprawdę kochała Alicję, ale w rzeczywistości nigdy jej nie "dotknęła". Uczucie między nimi trwało przez całe ich życia, chociaż było przesłaniane innymi. Zarys epoki wiktoriańskiej i życia towarzyskiego pomaga zrozumieć stosunki między postaciami i fakt, że Alicja pozostała bardzo długo niezamężna.

Historię poznajemy od dzieciństwa dziewczynki. Trwa ona aż do momentu, w którym Alice (już nie Liddell, a Hargreaves) sprzedaje na aukcji rękopis "Alicji w Krainie Czarów". Widzimy dziewczynkę, która miała duszę dorosłej kobiety i która dziewczynką pozostała na zawsze, zamknięta w kartach książki. Dla ludzi zawsze była Alicją i nikim innym. Nie mogli jednak oni wiedzieć, jak bardzo było to dla niej bolesne. Książka jest pełna takiego subtelnego smutku, wydobywającego się z wnętrza narratorki, czyli Alicji.

Gorąco polecam "Alicję w krainie rzeczywistości". Niesamowita książka, bardzo dobrze napisana i pozwalająca spojrzeć na klasykę literatury dziecięcej z innej perspektywy. I chociaż w znacznej większości jest fikcją literacką, jest napisana tak, że ma się wrażenie, iż to stuprocentowa prawda.

Mam tylko jedno zastrzeżenie. Tłumaczenie tytułu dobrze oddaje ducha książki, jednak oryginalny miał w sobie to coś, co sprawiało, że był idealny. "Alice I have been".

wtorek, 11 stycznia 2011

"Rezerwat niebieskich ptaków" - Ewa Nowak

Są autorzy, po których książki sięgam bez wahania. Gdy widzę jakąś nowość - chcę ją przeczytać od razu. Nie zawodzą mnie nigdy, mają coś w sobie. I do takich pisarzy zalicza się Ewa Nowak.

Moja przygoda z serią "miętową" czy też "warszawską" (spotkałam się z oboma określeniami) zaczęła się jeszcze w gimnazjum od książki "Krzywe 10". Nie musiała minąć wieczność, bym skompletowała całą serię. Obecnie mam zaległe jeszcze dwie najnowsze ("Bardzo biała wrona" i "Niewzruszenie", które przeczytam jeszcze w tym miesiącu) zarówno na półce jak i w czytaniu.

I tym razem autorka mnie nie zawiodła. Co prawda ta książka jest trochę gorsza niż poprzednie, ale mimo to nie mam do niej zastrzeżeń. Po raz kolejny mamy wgląd w życie warszawskiej młodzieży, jednak tutaj nie spotykamy już ani odrobiny mojej ulubionej rodziny Gwidoszów, a przekraczamy próg jednej z prywatnych szkół, do której uczęszcza nasza bohaterka - Sara. Jej rodzice z dnia na dzień stali się bardzo bogaci przez co dzieci mogły mieć wszystko. Okazuje się jednak, że pieniądze faktycznie szczęścia nie dają. Sara zakochuje się w Łukaszu, rozbija jego związek. Jej brat zaś stara się udawać, że jest z najniższej możliwej warstwy społecznej. Po latach rozłąki Sara spotyka się również ze starą koleżanką, która postanawia wtargnąć w jej świat, mącąc i waląc różne trudne rzeczy prosto z mostu.

Oczywiście spotykamy też kilkoro "starych" bohaterów. Widzimy tutaj Ludwika, brata Kici, samą Kicię ("Drugi", "Ogon Kici"), Nataszę (jw.), Hadriana (jw. + "Krzywe 10" i możliwe, że jeszcze o czymś zapomniałam) i Kamilę oraz Blankę ("Kiedyś na pewno"). Trójkąt miłosny, który utworzył się w "Ogonie Kici" między Hadrianem, Ludwikiem i Nataszą nabiera rozpędu. Tak samo Kicia nie potrafi się ostatecznie pozbyć ducha swojego uczucia. Jednak wątki tych postaci nie są niestety tak bardzo ważne, jedynie pozwalają zauważyć, że nawet w tak pozornie dużym mieście jak Warszawa, kręgi znajomych są bardzo wąskie. I w zasadzie na tej nici opiera się cała seria. Zawsze pojawia się jakaś postać znana z poprzednich tomów.

W "Rezerwacie niebieskich ptaków" mamy do czynienia z problemami nastolatków. Pozornie błahymi, a dla nich bardzo trudnymi. Okazuje się, że pieniądze wcale nie ułatwiają życia, nawet utrudniają. A prywatna szkoła to wcale nie bajka. Nagle dowiadujemy się, że najgorszą karą świata jest... wizyta u szkolnego psychologa. I to naprawdę ciekawe.

Mam problem ze zrecenzowaniem tej książki głównie z powodu pewnych subtelnych sygnałów, jakie otrzymujemy od autorki. Serię wciąż uwielbiam, nic tego na razie nie zmieniło. I gorąco ją polecam każdemu, kto jeszcze nie czytał.

Jedyne, co mnie boli, to to, że o "Rezerwacie niebieskich ptaków" nie mogę powiedzieć, że jest równie dobry, jak inne książki Ewy Nowak. Ale mam nadzieję, że to tylko takie chwilowe niedopracowanie. Przekonam się wkrótce przy kolejnych tomach.

sobota, 8 stycznia 2011

"Drugie życie Bree Tanner" - Stephenie Meyer

Podejrzewam, że już wiecie, że do grona fanek "Zmierzchu" nie należę. Sądzę jednak, że należy się tutaj kilka słów wyjaśnienia. "Zmierzch" mi się podobał, przeczytałam go pół roku po polskiej premierze. Nie było zachwytów. Po prostu przyjemna książka. Jednak nic na razie nie zdołało mnie zmusić do przeczytania któregokolwiek z tomów po raz drugi. Zmierzchomania mnie totalnie zniechęciła. Aczkolwiek nie powstrzymała przed posiadaniem całej sagi na własność. Mam obsesję, muszę przeczytać wszystko, co ma coś wspólnego z tym, co już czytałam. Dlatego Bree Tanner wpadła w moje ręce. I może dlatego, że słyszałam, że jest lepsza od sagi. No cóż, to kwestia sporna.

Jest to niewielka objętościowo książeczka, z bardzo ładną klepsydrą na okładce (jeśli się jej uważnie przyjrzeć), wydana w stylu zmierzchowym. Przy słowie wstępu od autorki pomyślałam "Ojej, brzmi jak prawdziwa pisarka, która pisze dobre rzeczy. A może dałam się ponieść fali antyfanów?". Po czym z nagłym optymizmem zabrałam się za czytanie. Mamy Bree. Nowo narodzoną, która jest nazbyt rozważna, inteligentna. Inna niż inni. Widzimy wszystko jej oczami, wspominamy ból przemiany w wampira, przesądy, jakie były wpajane grupie należącej do Victorii, by utrzymać ją w ryzach.

Osobiście uważam, że Meyer się nie popisała i chyba zaraz zacznę czytać sagę od początku, by udowodnić, że jest znacznie lepsza. Co prawda nie było tutaj zbytniego lania wody, ale za to spotkałam się z czymś, co mi niezmiernie zgrzytało. Miałam nieodparte wrażenie, że w pewnych momentach zaprzeczała temu, co opisywała w sadze. Jeśli uważa, że wczuła się w Bree - muszę z nią porozmawiać osobiście, bo ja tam widzę jedynie oględne przedstawienie tematu. Tak naprawdę najbardziej mi się podobało, gdy doszło do bitwy między nowo narodzonymi a Cullenami, ponieważ popatrzyłam na wszystko z innej perspektywy i to było nawet... zabawne. Bella wyszła na jeszcze głupszą niż ją postrzegam, oglądając film (a pogorszenie mojej opinii na jej temat naprawdę nie jest proste). Spodobali mi się też Volturi. Ale oni podobają mi się zawsze, bo są mroczni. Zrobiło mi się żal Bree, że musiała zginąć. Bardzo lubiła czytać.

Reasumując - wciąż nie uważam Pani Meyer za wybitną pisarkę, wciąż wkurzają mnie przesłodzone wampiry, wciąż nie stałam się fanką sagi, wciąż mnie irytuje wszystko na jej temat, wciąż uważam, że powinna spróbować napisać coś ambitniejszego. Ale książeczka dobra na jazdę autobusem. Pochłania na tyle, by nie zasnąć w nim o szóstej rano.

czwartek, 6 stycznia 2011

[Zaplątani] Tangled - Glen Keane (2010)

Patelnia :D.
Byłam święcie i pesymistycznie przekonana, że wytwórnia Disneya ma lata świetności dawno za sobą, czyli mniej więcej od roku 2004, gdy wyszła "Mulan 2". Nagle świat opanowały Hanny Montany, High School Musicale i inne tego typu rzeczy, które odpowiadają może nowoczesnym dzieciom, a nie takim starym disney'owskim wyjadaczom, jak niżej podpisana. Do starszych animacji mogę wracać w nieskończoność, a nowe są na raz, góra dwa. I tutaj zaskoczenie. Swoimi magicznymi włosami związała mnie Roszpunka. Trzyma patelnię nad moją głową, gotowa mi przyłożyć, gdybym tylko postanowiła napisać, że "Zaplątani" to porażka. Więc postaram się być łagodna...

Zachwyciło mnie to! Naprawdę! Aria mogła mówić, jakie to nie jest wspaniałe, ale przekonałam się na własnych okularach, że nie kłamała, a wytwórnia jej nie zapłaciła za cudowną recenzję (a może mi też zapłacili?). Roszpunka jest słodką blondyneczką z gigantycznymi zielonymi oczami i włosami długości ładnych kilku metrów. Nosi różową sukienkę, bawi się w chowanego z kameleonem. Ma osiemnaście lat, chociaż ja osobiście po wyglądzie nie dałabym jej więcej niż szesnaście. Ale taka drobna wada (musiałam się właśnie uchylić przed ciosem patelnią), którą można pominąć. Mamy też cudownego łobuza, oszusta i złodzieja, charyzmatycznego, zabawnego, uroczego... Czy można się zakochać w złodzieju? Chyba tak. W sumie robił to w imię jakiś wyższych celów (tak, wmawiaj sobie, Alino). A patelnia Roszpunki? To główny bohater, na nią warto zwrócić szczególną uwagę.

Mamy też złą wiedźmę, która więzi nieświadomą świata zewnętrznego dziewoję w wieży i opowiada jej o tym, jaki świat jest straszny. Ale Roszpunka ma marzenie - zobaczyć z bliska światła, które puszczane są w niebo w noc jej urodzin. A że nasz łobuz pojawia się w odpowiedniej chwili... to patelnia pod pachę i wio, uciekamy z wieży, łamiemy "mamie" serce, zdobywamy zaś serca zgrai wyrzutków.

Pod koniec pojawia się pewna przesada (znowu musiałam się uchylić, o włos bym dostała i padła zemdlona na podłogę i nie miałby kto dokończyć recenzji, ech), ale nie ma się czym przejmować. Ja w "Zaplątanych" czułam momentami ducha starego Disneya, przeplatanego z pewnym nowatorstwem. I zrobili to naprawdę dobrze. A włosy Roszpunki? Wyszły im cudowne. Tylko piosenki są nijakie (aua! Dostałam! :D) i daleko im do tych dawnych. I tyle z wad. Są całe trzy. A zalet? Niezliczona ilość.

Naprawdę polecam wszystkim. Jestem zachwycona, zakochana. Najchętniej poszłabym do kina jeszcze raz, ale pozostaje mi wyczekiwać DVD...

A tutaj mój łobuz i kameleon :D.

wtorek, 4 stycznia 2011

"Anioł" - Dorotea de Spirito

Słyszeliście o Tokio Hotel? Jeśli nie, to odbiór tej książki może być trochę inny niż mój. Jeśli tak, zrozumiecie dowcip.

Bo Dorotea de Spirito zadebiutowała właśnie książką o Tokio Hotel. Nie została ona wydana w Polsce, a we Włoszech i Niemczech, gdzie trafiła na listy bestsellerów. "Anioł" jest książką poważniejszą (na ile poważnie może pisać siedemnastoletnia fanka TH - nie żebym się do nich nie zaliczała, ale moja opinia nie jest szczególnie pozytywna względem fanek zespołu, szczególnie po przeczytaniu tej książki), która pozornie nie ma z tym zespołem nic wspólnego. Pozornie, ponieważ osoba choć trochę obeznana w tematyce od razu zauważy, że Guglielmo niezwykle przypomina Billa... A w treści jest cytat z jednej z piosenek zespołu, trochę ukryty, odrobinkę przeinaczony, ale rzucający się w oczy niczym słońce. Tak, muszę przyznać, że jedynym powodem, dla którego tę książkę przeczytałam, był fakt, iż autorka napisała wcześniej powieść o Tokio Hotel. I tyle słowem wstępu.

Książka opowiada o siedemnastoletniej Vittorii, która jest aniołem. Dziwnym aniołem, ponieważ ma ciemne włosy i brak skrzydeł. Miasteczko, w którym mieszka, wypełnione jest niemal po brzegi aniołami, które żyją tam obok ludzi i wszyscy o tym wiedzą (co dziwne, nikt jeszcze nie wygadał tego sekretu, a ekipy telewizyjne z USA nie koczują pod każdym domem). Nie ma żadnych problemów natury współistnienia.

Pojawiają się jednak problemy związane z miłością międzygatunkową, starymi zasadami, których nikt nie chce łamać, słabościami, wadami. Anioły nie są takie idealne, z każdym kolejnym pokoleniem słabną i nie mogą latać, ponieważ rozpostarcie skrzydeł sprawia niewyobrażalny ból. W dodatku Vittoria czuje się wyjątkowo nieswojo we własnym domu, ponieważ jest innym aniołem, nie-aniołem. Później do miasta przyjeżdża wspomniany wcześniej Guglielmo. Jeśli ktoś chce wiedzieć, kim on jest i dlaczego Vittoria nie powinna się do niego zbliżać - proszę zajrzeć na okładkę. Tam jest to napisane aż nazbyt wyraźnie. A ja przynajmniej nie będę spojlerować.

Ciężko mi powiedzieć, co sądzę o tej książce. Chętnie wsadziłabym ją w ręce 14-16latkom, dla starszych może być zbyt infantylna i niedopracowana. Język drażni, jest [na siłę] poetycki, ale gdy się wtopi w treść, można się przyzwyczaić. Głównie przez styl i łatwość przewidzenia wszystkiego "Anioł" mnie irytował. Za dużo wyidealizowanej, aczkolwiek totalnie abstrakcyjnej miłości, za dużo skojarzeń z takim "Szeptem" czy "Pamiętnikami wampirów". Ale plus dla autorki za to, że pisze. I przemyca swoje odczucia do fabuły. Pewnie jej następną książkę też przeczytam. Bo w gruncie rzeczy nie jest zła. Ja po prostu jestem na nią definitywnie za stara. Może pięć lat temu...

A osobę, która powiedziała, że to urban fantasy, najchętniej bym... okrzyczała. Nie, nie, nie. W sumie "Hex Hall" też mi tam zamajaczyło... Masz piętnaście lat? To leć i ją czytaj. Na zdrowie.

niedziela, 2 stycznia 2011

"Zaskoczony Radością" - Clive Staples Lewis

Mówiąc najbardziej oględnie, ta książka jest autobiografią autora Narnii. Lewis jednak uważa, że nie powinno się odbierać "Zaskoczonego Radością" w ten właśnie sposób, ponieważ jest to raczej historia o utracie wiary i jej odzyskaniu na nowo, podparta życiorysem pisarza (aczkolwiek niedokładnym, z opuszczonymi niektórymi wątkami), który pragnie pokazać żmudną drogę do określenia siebie samego.

Ja osobiście czytałam tę książkę jako swoistą powieść. Przebrnęłam przez wszystkie szkoły, do jakich uczęszczał Lewis, poznawałam jego rodzinę i przyjaciół, tok myślenia, filozofię, zamiłowania, opowieści, które tworzył, zanim stał się pisarzem. Poznałam człowieka niezwykle inteligentnego, jednocześnie irytującego i zachwycającego. Filozofa i teologa. Pisarza i naukowca. Dziecko i dorosłego. I nie mogę mówić o Lewisie niczego w sposób jasny, ponieważ on sam zaznacza, jaka skomplikowana jest ludzka psychika i że nie można jej określić jednoznacznie. Pokazuje to głównie na przykładzie swojego ojca i jednego z nauczycieli.

Nie jest to utwór moralizatorski. Lewis jest daleki od mówienia, że tak być powinno, a inaczej człowiek będzie potępiony. Dla niego wiara jest piękną drogą, którą należy przejść i zrozumieć samemu - przynajmniej ja to tak odebrałam.

Oczywiście nie ominęło mnie jego zamiłowanie do mitologii skandynawskiej. Moje niedawne zapoznanie się z germańską sprawiło, że mogłam zrozumieć tę książkę o wiele lepiej, niż bym to zrobiła przed zapoznaniem się z owymi mitami i bogami. To był bardzo ważny motyw w życiu autora i przed przeczytaniem "Zaskoczonego Radością" polecam uprzednie przejrzenie mitologii germańskiej bądź skandynawskiej.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić tę książkę. Z całą pewnością jest bardzo interesująca i dobrze się ją czyta, chociaż na samym początku miałam problemy. Na końcu zaś Lewis przedstawia nam swoją własną filozofię, która może nudzić. Ale po środku jest naprawdę ciekawie. Miałam jeszcze ten dodatkowy problem, że osobowość pisarza jest bardzo podobna do osobowości mojego kolegi, co potrafiło mną wstrząsnąć.

Polecam każdemu, głównie fanom autora. Ja co prawda jeszcze się do nich nie zaliczam, jednak na pewno wrócę do twórczości Lewisa, by poznać go lepiej, niż zrobiłam to za sprawą Narnii i "Zaskoczonego Radością". Niesamowity człowiek.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Esprit, za co bardzo dziękuję.


Dziękuję Wam za wszystkie życzenia, na wietrze się nie całowałam, bo w sumie mało opuszczałam pomieszczenia zamknięte (a i tak nabawiłam się jakiejś niemożności mówienia :D), przeczytałam w tym czasie dwie książki (Lewisa i "Anioła" Dorotei de Spirito), jednej recenzje właśnie podziwialiście, druga dojdzie na dniach, gdy ogarnę się i ją napiszę. Możliwe, że będzie we wtorek. Przytargałam ze sobą kilka książek, ale stosikiem się chwalić nie będę, bo i tak muszę je przeczytać w najbliższym czasie, bo warszawska biblioteka nie będzie na nie czekać wieczność ;).
Pewnie słyszeliście też o tych ekscesach w pociągach. Mi się udało wsiąść i nawet usiąść (!) na korytarzu w wagonie dla palących. Zdajecie sobie sprawę, że większość ludzi nie wie, że tam są te krzesełka przy ścianie? No, cud. I bardzo dobrze.
A gdy jechałam w stronę Warszawy, usiadł obok mnie Mariusz Zaniewski, znany Wam pewnie jako Aleks z BrzydUli. Mam jego autograf, pochwalę się może następnym razem :).

Teraz zaczynamy rok 2011. Ogłaszam jego oficjalne rozpoczęcie na moim blogu.