poniedziałek, 29 listopada 2010

"Godzina czarownic. Tom 1" - Anne Rice

Anne Rice jest niewątpliwie najlepszą pisarką fantastyki. Z tym, że tego, co ona pisze, nie można nazwać lekką lekturą. Traktuje tematy wampirów czy czarownic śmiertelnie poważnie, doskonale wtapiając je w tło współczesności. Nie każdy jest w stanie przebrnąć przez jej styl, może zanudzić lub zachwycić. Tutaj ciężko o jednoznaczność.

Ja osobiście ją uwielbiam, to jedna z moich ulubionych autorek. Dlatego z chęcią sięgnęłam po dzieje czarownic z rodu Mayfair. Wcześniej miałam do czynienia jedynie z wampirami z innej serii, znanej niektórym głównie dzięki filmowi "Wywiad z wampirem" czy "Królowa potępionych" (ten drugi wręcz kocham, a związana z nim historia jest długa i zabawna - z moją mamą w roli głównej, może kiedyś opowiem?).

Książka ta opowiada o rodzinie, w której każda kobieta musiała zachować nazwisko Mayfair, ponieważ to było podstawą do dziedziczenia. W latach siedemdziesiątych (kiedy to toczy się akcja książki) rodzina jest bardzo rozrośnięta i kobieta, która jest dziedziczką rodzinnego majątku, ma ogromny dom w Nowym Orleanie. Jednak popadła w obłęd, jak to uznali lekarze, swoją córkę widziała jedynie zaraz po urodzeniu, po czym została jej ona odebrana. Tą kobietą jest Deirdre.

Drugą ważną postacią jest Michael Curry - architekt, który o mało nie utonął w morzu i uratowała go tajemnicza kobieta. Po tym wydarzeniu jego ręce mają moc odkrywania uczuć i wydarzeń połączonych z przedmiotem czy też osobą, której dotykają. Obsesyjnie wręcz pragnie odszukać osobę, która ocaliła mu życie i popada w alkoholizm.

Rowan Mayfair jest córką Deirdre, która zobowiązała się nigdy nie wracać do Nowego Orleanu. To ona uratowała Michaela, jednak nie chciała się z nim spotkać, ponieważ on był jedyną osobą, która mogła jej wyjaśnić, co tak naprawdę stało się w jej przeszłości, a o czym ona nie chciała wiedzieć. Dopóki nie zmieniła zdania.

Przez książkę przewijają się również inne postacie, mniej lub bardziej ważne. Z tych ważniejszych można wyodrębnić Lashera, diabła, czy może nie diabła, który od zawsze towarzyszy kobietom z rodu Mayfair. Jest to postać tajemnicza, będąca ogniwem łączącym poszczególne wątki w książce.

Anne Rice zawarła w powieści wątki autobiograficzne. Podpowiem, że warto się zapoznać z jej biografią, gdyż jest naprawdę interesująca i dość obszernie opisana na Wikipedii. Nie zdradzę, które to wątki, jednak mogę powiedzieć, że smutne. Przez to cała historia wydaje się barwniejsza, prawdziwsza.

Ciężko jest pisać o twórczości Anne Rice, gdyż ona zawsze zawiera w nich wiele elementów, a każdy wydaje się być jednakowo ważny, ciężko ominąć cokolwiek. Ubolewam jedynie nad faktem, że wydanie, które czytam, zawiera cztery tomy "Godziny czarownic" (przykładowo dom wydawniczy Rebis ma tę książkę w zaledwie dwóch tomach i okładkę z tego wydania możecie podziwiać w tym poście), o czym dowiedziałam się przed chwilą, co oznacza, że będę musiała przebrnąć przez drugi tom wydany przez wydawnictwo Amber, a w tym było ogromnie dużo literówek. Zupełnie jakby książka nie przeszła nawet przez jedną korektę. W dodatku kończy się w najciekawszym momencie i chwilowo nie mam jak dorwać tomu drugiego, który najchętniej przeczytałabym natychmiast.

A może po prostu pójdę do księgarni? :D. Nieee, moje postanowienie brzmi: Nie kupuję już żadnych książek do końca roku. I będę się tego trzymać.

A czarownice polecam. Chociaż może polecę, gdy przebrnę przez te cztery tomy, po których są kolejne dwa, ale już o innym tytule?

niedziela, 28 listopada 2010

"Lilith" - Olga Rudnicka

Olga Rudnicka napisała powieść dziwną. I nie można rozpatrywać tego słowa jedynie w negatywnym znaczeniu, gdyż wtedy książka straciłaby na jakości, a tej jej nie można odebrać. Tutaj chodzi mi raczej o to, że ciężko ją zaszufladkować gdzieś w swoich emocjach. Jednocześnie "Lilith" w jakiś sposób do siebie zniechęca (chociażby okładką i wątkami okultystycznymi, które mogą momentami wprawić czytelnika w przerażenie), ale po oderwaniu się o lektury - co nie jest takie proste - nie sposób o niej nie myśleć. O bohaterach, o tajemnicy Lipniowa i fascynacji czarami, która, mimo zracjonalizowania świata, wciąż jest obecna w kulturach całego świata, a gdzieś w nas zakorzenione są różnorakie przesądy. Może dlatego Lipniów stał się atrakcją turystyczną.

Bo w tym miasteczku wszystko wydaje się oczywiste. Sabaty cztery razy do roku, jako ikona miasteczka spalona na stosie hrabina Anastazja i krążąca legenda o Lilith - demonicy uwodzącej mężczyzn i zabijającej niemowlęta. Jednak w pewnym momencie okazuje się, że w okolicach miasteczka znikają nastoletnie niebieskookie blondynki, co do tej pory było skutecznie ukrywane przez lipniowską policję.

Do miasteczka zaś przyjeżdża ciężarna Lidia Sianecka z mężem, który odziedziczył sporą posiadłość. Zaprzyjaźnia się ona z Edytą - właścicielką specyficznego antykwariatu, o niesamowitym spojrzeniu, z którą zabrania się Lidii spotykać jej mąż, ponieważ... o tym trzeba się przekonać samemu.

Ciężko opisać tutaj fabułę, gdyż każdy wątek ma znaczenie przy rozwiązaniu zagadki. Co prawda bez problemu można je poznać, zanim się dobrnie do połowy, jednak dopiero w tym momencie zaczyna się naprawdę fascynująca lektura, gdy czytelnik cofa się coraz bardziej w przeszłość, poznając zarówno legendę, jak i rzeczywiste wydarzenia. Fascynujące jest to, jak współcześni ludzie mogą interpretować to, co minęło i przekładać to na swoje życie codzienne. Olga Rudnicka wykazała się zrozumieniem dla kobiet, które pozostają z mężczyznami dla "dobra dziecka", chociaż jest oczywiste, że nie powinny tego robić. Z drugiej jednak strony na kartach książki pojawiają się również kobiety silne, niezależne. Nie gorzej zostali przedstawieniu mężczyźni. Zarówno od strony zewnętrznej - silni, wytrwali, niezłomni - i wewnętrznej - kochający, zdolni poświęcić wszystko dla ukochanej. Czytanie o tak różnych osobowościach było ogromną przyjemnością.

Niestety "Lilith" posiada jedną dużą (jak dla mnie) wadę - gdy się ją czyta, wszystko jest w porządku. Czas upływa, czytelnik ma wrażenie, że upłynęły może dwa-trzy tygodnie od momentu rozpoczęcia akcji, a tu nagle się okazuje, że minęło kilka miesięcy, które gdzieś zniknęły w nawale słów. Gdy dotarłam do momentu, w którym pojawia się ów upływ czasu, wcisnęło mnie w fotel i zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. Ale oprócz tego książka jest naprawdę przyjemna (o ile przyjemne może być czytanie o krwawych rytuałach, morderstwach i gwałtach - ja na szczęście lubię o tym czytać), pochłania i nie chce opuścić myśli, chociaż jednocześnie ma się wrażenie, że to jeszcze nie wszystko, czegoś brakuje, nie da jej się opisać, bo nagle zasób słów przeciętnego człowieka się kończy. A to może być zarówno zaletą jak i wadą.

I bardzo ładnie zostały przedstawione wydarzenia z przeszłości hrabiny w snach. To były moje ulubione części lektury, gdy czytałam opisane w mroczny, chwytający za serce sposób fragmenty, które poskładały się w całość dopiero pod koniec.

Mogę polecić ją osobom, które lubią taką tematykę. Niewątpliwie nie każdemu się może spodobać. Mi się podobało.

wtorek, 23 listopada 2010

Anielica i Diablica.

W poście po powrocie z Kołobrzegu o Nich wspominałam. O mojej niespełnionej miłości do Nich. Mojej miłości do Ich miłości, którą widziałam na Ich twarzach. Gdy weszłam, od razu się w Nich zakochałam. On, Diabeł, z koźlimi kopytkami i rogami. Ona, Anielica, z niezgrabnymi stopami, smutkiem na twarzy i zaciekiem pod okiem. Siedzi Mu na kolanach. Oboje mają zamknięte oczy. Na Jego twarzy maluje się to ogromne uczucie. Ta miłość. Skazana z góry na niepowodzenie przy podziale świata na Niebo i Piekło. Miłość odwieczna.

Mogłabym wymyślić historię miłości idealnej i przeznaczonej ku potępieniu, tylko na Nich patrząc. I było kilka różnych figur przedstawiających tę parę, jednak żadna z nich nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Moja towarzyszka podróży niemal się ze mną założyła, że Ich kupię. Ja stwierdziłam, że nie. Nie teraz. Następnym razem, jeśli będą na mnie czekać. I chodziłam do sklepu "Pod Aniołem", żeby na Nich patrzeć. Zrobiłam Im zdjęcia. Ale żadne nie będzie w stanie oddać tego, co zobaczyłam.

Każda z figur miała innego autora. Bardzo chciałabym wiedzieć, kto Ich stworzył. Wlał w nich tyle emocji, od których mnie wszystko bolało. Autentycznie cierpiałam, nie mogąc ich ze sobą zabrać. Bo czy mogłaby być para doskonalsza? I nawet nie drażni mnie przedstawienie Diabła z kopytkami i rogami. Widzę w tym jakąś celowość. Piękno kontrastu. Coś niesamowitego.

Czasem się zdarza, że znajduję rzeczy, które do mnie przemawiają. Czuję z nimi ogromną więź i muszę je mieć, inaczej choruję w duchu tak bardzo, że moje myśli nie są w stanie zmienić kierunku, zatapiam się w tym całkiem na wiele tygodni, a nawet później, gdy przejdzie pierwsza gorączka, czuję w sercu tę tęsknotę. I tak mam z Nimi. Musiałam wykazać się ogromną siłą woli, by opuścić Kołobrzeg bez Nich. A mogłam Ich kupić. To był jeden z niewielu sklepów w mieście, gdzie można było płacić kartą. I to było moje przekleństwo.

Nic mnie już tak nie zachwyciło (no, może Gretchen), nie chwyciło za serce. Mam nadzieję, że będzie mi dane po nich wrócić, zabrać ze sobą. Ale szczerze bym się bała. Najdrobniejszej usterki, czegokolwiek.

Bo On Ją tak bardzo kochał, a Ona nie mogła z Nim być...






A tytuł notki celowo jest taki, jaki jest ;). Kiedyś się zapędziłam, szybko o Nich mówiąc i wyszło właśnie tak.

sobota, 20 listopada 2010

"Zamówienie z Francji" - Anna Szepielak

Naczytałam się o tej książce wiele dobrego, sama przekonywałam się do niej tygodniami. W końcu Kaś na spotkaniu blogowym przelała czarę. Ledwo wróciłam po nim do domu, od razu zamówiłam. Co niezmiennie mnie śmieszy, gdyż zamówiłam "Zamówienie". Oczywiście wiele czynników się złożyło na zakup i chęć przeczytania tej książki. Ale może przejdźmy już do sedna.

Ewa pracuje, robiąc zdjęcia (niestety słowo "fotograficzka" mnie w żaden sposób nie satysfakcjonuje). Tak naprawdę uwielbia fotografować naturę, jednak częściej ma do czynienia z ludźmi. Pewnego dnia zostaje zgłoszona do pracy nad zdjęciami kwiaciarni we... Francji. Z dnia na dzień musi się spakować i wyjechać. Tam poznaje rodzinę pełną tradycji i swoistych rytuałów, które z początku ją zadziwiają. Do momentu, gdy nie zdarza się coś jeszcze dziwniejszego, co dotyczy Ewy bezpośrednio i zarazem historii owej rodziny.

Przez powieść przewija się multum postaci. Miło mnie zaskoczyło to, iż każdy jest inny, ma różne cechy charakteru, sposobu mówienia. Oprócz prowansalskiej atmosfery, która pomimo upału przyciąga do siebie jak magnes, jest to jedna z najlepszych rzeczy w książce. Autorka doskonale przedstawiła kontrast między Polską a Francją - zarówno w klimacie jak i owej atmosferze. Fabuła jest bardzo ciekawa i zgrabnie poprowadzona. I można się tutaj jedynie zachwycać i dać pochłonąć. Jednak nie będę się o niej wypowiadać w samych superlatywach.

Frustrowały mnie ogromnie dwie rzeczy - po pierwsze styl, czy może język, jakim posługiwała się pani Anna. Jest niewykształcony, od razu można się domyślić, że to debiut. Jednak po kilkudziesięciu stronach przestaje się zwracać na to uwagę, gdyż książka wciąga i świat dookoła już nie istnieje. Mimo to zwracam na to uwagę, gdyż wiem, że niektórych to może zniechęcić do dalszej lektury i dla mnie samej ma duże znaczenie, jako literackiego smakosza.

Jako drugie opowiem o myślach bohaterów, do których mamy wgląd. Szczególnie do Ewy, czasem Elizy. Czy do innych również? Zapomniałam, ale te dwie kobiety na pewno się nimi z nami dzielą. Są przedstawione tak, jak dialogi (myślnik, spacja, treść), co sprawia, że gdy bohaterka zaraz po swojej myśli postanawia coś powiedzieć, może się pomylić. Zresztą sama jestem raczej zwolenniczką opisowego przedstawiania tego, co dzieje się w głowie postaci, niż bezpośredniego (oczywiście wyłączając dialogi, bo one być muszą i koniec). Spłaszczało mi to powieść, gdy czytałam pełne irytacji myśli Ewy. Skojarzyły mi się trochę z myślami ordynata Michorowskiego z "Trędowatej", a tam również mnie denerwowały.

- Jasna cholera! Czy ten facet musi ciągle tkwić za moimi plecami? Znowu mnie podsłuchiwał. Co ja tam za bzdury plotłam? Pewnie pomyśli, że jakaś idiotka kompletna jestem! Dlaczego ja się tak przy nim denerwuję? To absurdalne... Fotograf musi dbać o wzrok, też coś! No pewnie, że musi. Czy to jego sprawa? Boże, znowu się skompromitowałam. I nawet mu nic nie nagadałam... Matko kochana! A jak wyglądam? (...) Co go obchodzi mój wzrok?

Po czymś takim dochodzę do wniosku, że wolę nie znać myśli bohaterów, ale przynajmniej nie uważać ich za idiotów i kompletnie infantylnych. Pomijając takie przypadki, powieść naprawdę mi się podobała, Ewę lubiłam (chociaż Elizę bardziej) tak jak i innych. Zakochałam się w otoczeniu, historii tej rodziny, Aleksandrze, babce Konstancji i okładce, tak, okładce! Przyciąga wzrok i mogłabym się w nią wpatrywać bardzo długo. Chociaż "Światła pochylenie" miało ładniejszą, głębszą.

Cieszę się, że mogłam ją przeczytać. Chętnie zapoznałabym się z drugim tomem, gdyby pani Anna go napisała. Jednak bardzo bym prosiła o zamaskowanie trochę tych przemyśleń! Ja rozumiem, że to ludzkie, normalne, tak się myśli, ale literatura ma sprawiać, że świat wyda się piękniejszy (lub brzydszy), ale nie taki, jaki on w rzeczywistości jest. Taka jest moja opinia.

A co może być najlepszym dowodem na to, że książkę warto przeczytać i przymknąć oko na język czy myśli (których się uczepiłam jak rzep psiej... psiego ogona)? To, że nie poszłam w piątek na pierwsze dwie godziny zajęć, tylko ją czytałam. Po czterech godzinach musiałam ją odłożyć, gdyż się skończyła, a później musiałam iść do biblioteki po coś na resztę dnia... Ale o tym kiedy indziej ;).

czwartek, 18 listopada 2010

"Światła pochylenie" - Laura Whitcomb

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy mam coś powiedzieć o "Światła pochyleniu" jest to, że to jest książka, jaką ja sama chciałabym napisać. Nie za gruba, bez żadnych zbędnych, nikomu niepotrzebnych wątków, które mają tylko rozepchać książkę do niebotycznych rozmiarów i zanudzić czytelnika. Fabuła jest na swój sposób nietypowa, chociaż wciąż mieści się w modnej ostatnio sferze zjawisk nadprzyrodzonych. Delikatnie powtarza pewien wątek z "Opowieści o złodzieju ciał" Anne Rice, jednak wiem doskonale, że literatura jest intertekstualna, nawet jeśli autor nie zdaje sobie sprawy z nawiązań do cudzych dzieł.

Bo tak naprawdę o duchach można napisać wiele. Opowiedzieć historię, jak to umarły i jak bardzo je smuci, że muszą tułać się po ziemi, nawiedzają ludzi i budynki. Jednak Laura Whitcomb postanowiła popatrzeć na to trochę inaczej. Przeprowadziła podział duchów na te, które nie zdają sobie sprawy z tego, iż umarły i wciąż prowadzą "życie" takie jak wcześniej, oraz na Światła. Te ostatnie wiedzą, jaki jest ich stan. Stoją w "hierarchii" wyżej od zwykłych duchów, mogą nawiedzać ludzi i im pomagać. Ale gdy tylko odejdą od swoich gospodarzy, czekają ich męki piekielne...

Książka ta opowiada o dwóch Światłach. Główną bohaterką jest Helen, która jest szczęśliwa, nawiedzając literatów czy też zapalonych czytelników. Drugą postacią jest James, który przejął ciało opuszczone przez innego ducha i jest teraz człowiekiem. Jednak jako Światło może zobaczyć Helen, która jest zdumiona tym faktem. I od tego zaczyna się powieść.

Miłość dwóch Świateł, pożądanie i ciała należące do osób, z którymi Światła nie chciałyby mieć nic wspólnego. Pięknie pokazane problemy z powrotem do świata żywych, ból przeszłości i miłość do literatury. Oraz przełamywanie pewnych tematów tabu, walka o własną niezależność i kara za to, kim się jest w rzeczywistości. Jak również brak odwagi, by powiedzieć to, co samo ciśnie się na usta.

Tej książki się nie czyta. Ją się kontempluje. Pochłania każde napisane we wspaniały sposób zdanie. Nie ma ich ani za dużo ani za mało. Książka ta niemal zasługuje na miano doskonałej. A jednak czegoś niewielkiego, wręcz minimalnego mi w niej brakło, bym je przydzieliła.

I nie, pod żadnym pozorem to nie jest jakiś drugi, piąty czy setny "Zmierzch". To cudowna historia, która spodobałaby się chyba niemal każdemu, kto potrafi docenić finezję języka i subtelność znaczenia każdego ze słów. Nie jest ciężka. Jest naprawdę wspaniała. Te trzy godziny z nią były jak czas spędzony w niebie.

Bardzo gorąco polecam.

A gdyby ktoś chciał mi dać jakiś prezent, to już wiecie, co baaaardzo chciałabym otrzymać ;). I kocham te okładkę, naprawdę. Dziękuję C.S., że była łaskawa mi ją pożyczyć.

środa, 17 listopada 2010

"Sebastian czyli przygody błazna" - Philip Caveney

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak wygląda fantastyka dla dzieci. Oczywiście nie chodzi mi o baśnie, gdzie występują różne fantastyczne stwory, ale fantastykę w dokładniejszym tego słowa znaczeniu - wymyślone krainy, niezwykłe stworzenia. Sięgając po "Sebastiana" wydawało mi się, że się dowiem, czym to jest. Jednak wciąż mam pewne wątpliwości.

Sebastian jest błaznem - wyjątkowo kiepskim, tak swoją drogą - i półelfem. Zasadniczo powinien przeczuwać, jaki człowiek jest w głębi serca, jednak ta funkcja u niego trochę szwankuje. Podróżuje z bawolopem - wyjątkowo gadatliwym i śmierdzącym zwierzęciem, które kocha narzekać i się objadać. Czym w rzeczywistości jest bawolop? Z rysunków w książce wynika, że po prostu bardziej owłosionym bawołem, którego można nauczyć mówić, jednak nie wszystkim się to udaje. Poza tym niczym się nie wyróżnia. Razem spotykają na początku swojej podróży małego wojownika Corneliusa, który może pokonać każdego. A w pewnym momencie ratują z opresji piękną księżniczkę Kerin... I tu zaczyna się prawdziwa przygoda.

Książka wciąga, można odpłynąć i przeżywać wszystko wraz z bohaterami, jednak jest to nijakie. To jest powieść dla dzieci, jednak nawet to jej nie usprawiedliwia, szczególnie, gdy w grę wchodzą częste powtórzenia, a fantastyką dla dzieci to jest tylko z nazwy... Bo magia i wiara w nią kończy się wyłącznie na gadającym zwierzęciu i elfach. Wszystko inne można odnieść do rzeczywistości ze zmienionymi nazwami. Ale książka nie ma samych wad, wręcz przeciwnie.

Bardzo podobało mi się przedstawienie intryg dworskich, niedola niewolników i ich sprzedawanie na targach, przemiana rozpieszczonej księżniczki w rozumną królową i zakończenie, które dostało ode mnie duży plus, chociaż jako czytelniczka (nie)doskonała chciałabym, żeby odbyło się huczne wesele Kerin i Sebastiana i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Jednak wydaje mi się, że autor chciał przedstawić dzieciom dworską rzeczywistość, a nie baśń. Niestety nie wydaje mi się, żeby udało mu się to osiągnąć w sposób szczególny. Książka jest niedopracowana. Jednak nie sądzę, by dzieciom to przeszkadzało. Gdybym miała określić kategorię wiekową, powiedziałabym, że 10-11 lat, ponieważ osoby w późniejszym wieku zasługują na coś ambitniejszego. Na szczęście zabrakło w niej podtekstów seksualnych, których wyszukiwałam cały czas, żeby dopisać je na listę zarzutów do autora.

A czarny bohater jest tak czarny i zadufany w sobie, że to aż śmieszne.

Czyta się szybko, doskonała przed snem. Tylko dlaczego Sebastian na rysunkach wygląda na trzydziestoletniego elfa, który nawet w trakcie bitwy ma na głowie czapkę błazna? A w dodatku jest taki niepoprawny... Z całą pewnością nie był wart tego, by zakochała się w nim księżniczka.

wtorek, 16 listopada 2010

Stosik #3


Czy ktoś pragnie wiedzieć, na co studenci germanistyki wydają swoje stypendium? No, a przynajmniej jedna studentka...

Opowiem Wam od dołu, o czym mowa:
1) Słownik wymowy (takie coś kosztuje... aż szkoda mówić, haha, mówić, dobre...).
2) "Effi Briest" Theodor Fontane. Po niemiecku (oczywiście :D). Lekturka do pracy rocznej, za którą się kiedyś zabiorę. Kiedyś. Lubię to słowo, bo do niczego nie zobowiązuje.
3) "Faust" Goethego. Część pierwsza. Również po niemiecku. Jest cudownie miękki. Książka, znaczy się. To wydanie... dziwne, ale bardzo mi się podoba. Aż szkoda, że nie kupiłam z niego Effi. Ale ją by się źle pewnie czytało w czymś tak miękkim. Uwielbiam Empik, naprawdę!
4) "Evil at heart" Chelsea Cain. Tak! Moja Gretchen part trzy w oryginale! Jak widać, moje groźby nie są całkiem bezpodstawne xD. Na szczęście Allegro miewa różne cuda.
5) "Zamówienie z Francji", do którego zakupu przekonała mnie Kaś na spotkaniu blogowym. Więc zamówiłam niemal od razu. Mniam.
6) "Ptaszek, dzwonek i ja", czyli wiersze dla dzieci japońskiej poetki. Już w tej chwili wiem, że są cudownie odstresowujące (takie słowo nie istnieje? Czemu Mozilla mi je podkreśla? Hm...).
7) "Światła pochylenie", użyczone mi przez C.S.
8) "Emancypacja Mary Bennet" - jak wyżej.
9) Co prawda nie książka, ale trzeci sezon "Plotkary" na DVD. Moja kolekcja się rozrasta.

A stypendium wyparowało, zanim zdążyłam się nim nacieszyć... Nie wspominając o tym, że w niedzielę zamówiłam "Mitologię germańską" na Allegro. Ojej. Zna ktoś dobrego psychiatrę? :D.

Do zdjęcia pozował Pan Stosik, Amadeusz i kawałek mojego plakatu Klimta :D.

sobota, 13 listopada 2010

"47 samuraj" - Stephen Hunter

Czy gaijin może napisać książkę, która opowiada o wielkich japońskich wartościach, nie odwalając przy tym totalnej fuszerki? Ku memu (i autora) szczęściu tak.

Bob Lee Swagger jest byłym komandosem, synem bohatera wojennego i alkoholikiem. Gdy pewnego dnia w jego domu pojawia się Japończyk i pyta o miecz, który ojciec Boba zabrał jego ojcu w czasie wojny, nie pojawiają się niesnaski. Wręcz przeciwnie. Oboje jako wojskowi rozumieją, że śmierć w czasie bitwy jest nieunikniona. Nie ważne jest, kto zabił czyjego ojca. Ważne jest, by wszystko naprawić.

I tym oto optymistycznym aspektem rozpoczyna się książka. Przyjaźń obojga mężczyzn zostaje wystawiona na ciężką próbę, gdy Yano - ów Japończyk - ginie z powodu miecza, który odzyskał dla niego Bob. W tym momencie komandos pragnie pomścić jego śmierć i pląta się w aferę związaną z yakuzą i słynnym mieczem, który doprowadził do zagłady rodu Asano.

Książka jest świetna. Barwna, pozwala popatrzeć na Japonię i jej dziwactwa (jak to zostało określone w książce) z perspektywy Amerykanina i Japończyków. Gdyby czytała ją osoba, która Japonii w żaden sposób nie rozumie, uznałaby ją za przepełnioną humorem. Ja stwierdziłam, że to jest właśnie śmiertelnie poważne (co też brzmi dwuznacznie, szczególnie, gdy Nii błaga swojego oyabuna, by ten pozwolił mu popełnić seppuku, a oyabun mówi mu, żeby nie był takim egoistą, bo się jeszcze przyda), chociaż nas, Europejczyków, może naprawdę śmieszyć.

Autor odwalił kawał dobrej roboty, zapoznając się z mieczami samurajskimi, sztuką walki, a nawet ludzką anatomią, ale sam przyznaje, że ekspertem nie jest i mogą się pojawić pewne nieścisłości i to wszystko jest jego własną winą. Nie chcę myśleć, że popełnił błędy, więc nie będę weryfikować tej powieści pod względem merytorycznym.

Jej wielkim plusem jest przybliżenie japońskiej mentalności i przełożenie jej na rozumienie człowieka Zachodu. Ukazanie samurajskich wartości w przeciwstawieniu do perwersji seksualnych oraz innych rzeczy.

W "47 samuraju" dzieje się tak wiele, że ciężko jest go nawet opisać. Mogę go tylko gorąco polecić i zagłębić się w Japonię. Może to pierwszy krok, by zainteresować się bliżej jej kulturą, nie ograniczając się jednak tylko do samurajów, mieczy i yakuzy?

Bo historia zawsze zatacza koło. A miecz jest sprawiedliwy, rwie się do walki. "Stal tnie ciało/ stal tnie kości/ stal nie tnie stali". Stań się człowiekiem, którego nie pokona miecz. Nawet Amerykanin może stać się samurajem. A to naprawdę sztuka [w przypadku Amerykanów].

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.



Jestem przerażona powyższym efektem. Nawet w dwudziestu procentach nie oddaje moich uczuć względem tej książki. Osoby zorientowane wiedzą, że złamałam swoją żelazną (nie stalową!) zasadę, że nie recenzuję eBooków. I chyba właśnie zrozumiałam dlaczego. Źle się kartkuje eBooka. Bardzo źle. A ja lubię mieć tę możliwość, gdy piszę recenzję... Nie można mieć wszystkiego.

Jutro w "Kobiecie na krańcu świata" o 10:55 na TVN będzie o gejszach. Mam zamiar oglądać, ciekawe, czy mi się uda (nie zapomnieć).

Tak właściwie chciałam powiedzieć, że ostatnie dni spędziłam na zapoznawaniu się z seppuku na YouTube, kabuki i wspaniałą sceną śmierci. Aczkolwiek filmik gdzieś zgubiłam. A jutro idę sobie kupić miecz samurajski, a co. Nie ważne. Niech nikt mi nie mówi, dlaczego tego nie zrobię. Zdaję sobie doskonale sprawę z każdego pojedynczego powodu.

"Łabędź i złodzieje" - Elizabeth Kostova

Ciężko jest napisać naprawdę dobrą historię o obsesji. Pozornie irracjonalnej, bezsensownej. Obsesji. Miłości do osoby, która umarła prawie sto lat wcześniej.

Elizabeth Kostova najwidoczniej stara się dążyć do osiągnięcia mistrzostwa w pisaniu fascynujących powieści, których akcja rozgrywa się jednocześnie w przeszłości, jak i chwili obecnej, powielając w pewien sposób wątek fabularny. A bohaterowie są na tropie jakiegoś dawno wygasłego wydarzenia, które, jak i cała historia, żyje w świadomości ludzi. I nagle wszystko wydaje się możliwe.

"Łabędź i złodzieje" mogą rozczarować w pewien sposób, ale i zaczarować. Bo chociaż głównym wątkiem (pozornie) jest obsesja Roberta Olivera - utalentowanego malarza, który ląduje w zakładzie psychiatrycznym, ponieważ zaatakował obraz w muzeum - to później okazuje się, że tak naprawdę nie ma ona znaczenia. Po prostu lekarz musi znaleźć swoją własną drogę do poznania tej historii i poznania wreszcie, czym jest miłość.

Wkraczamy w świat sztuki. Kostova pozwala nam poczuć zapach farb i terpentyny; zobaczyć grę światła na przedmiotach; poczuć zmęczenie po całonocnym malowaniu; wedrzeć się w psychikę artysty - która zazwyczaj, stereotypowo, uznawana jest za chwiejną i dziwną. A w niezamalowanych miejscach na płótnie, które tworzy, dostrzegamy głębsze rzeczy, myśli, wydarzenia, luźne sploty, aluzje, które są przecież nazbyt oczywiste.

Po raz kolejny - jak i w "Historyku" - raczy nas powieścią po części epistolarną. Możemy zrozumieć piękno i unikatowość listów w dzisiejszym, skomputeryzowanym świecie. Ich emocje, zapach i niebezpieczeństwo jakie za sobą niosą. A przy tym odkryć miłość między wersami. Wyidealizowaną, jakże by inaczej, jednak z góry skazaną na niespełnienie w czasach, gdy na spacer trzeba się było udać z przyzwoitką. A nawet we współczesności - gdy zakrawa to na coś wyjątkowego.

Tak, "Łabędź i złodzieje" bardzo mi się podobał. I chociaż przez 3/4 książki zastanawiałam się, kiedy ona się rozwinie, a zdążyła się już niemal skończyć, nie umywa się, moim zdaniem, do "Historyka", to nie odmówię jej pewnego kunsztu i dbałości o szczegóły w tworzeniu zarówno tła (historycznego i współczesnego), jak i atmosfery, która pozwala nam krążyć między epokami.

Przez długi czas czekałam na drugą powieść Kostovy - teraz z równie wielkim utęsknieniem będę czekać na trzecią. I nie chodzi nawet o to, że moja przyjaciółka powiedziała, że ta książka musi być kiepska, skoro tak długo ją czytam - bo nawet w najbardziej męczącej lekturze mogę znaleźć coś zachwycającego. Zresztą i tak uważałam, że ona była po prostu za ciężka, żeby wozić ją ze sobą w te i wewte w torebce...

środa, 10 listopada 2010

"Irmina" - Janusz Domagalik

Oto ostatnia książka z moich kołobrzeskich wojaży. Trochę czasu mi zajęło zabranie się za nią, jednak efekt jakiś jest.

Irmina jest bardzo ładną dziewczyną, siostrą Marka. Ich matka pracuje w szpitalu, a dziadek jest chory. Mają jeszcze psa, Norę. Z pozoru zwyczajna rodzina, z konfliktami, nieporozumieniami, tajemnicami... Jednak okazuje się, że wszystko to sięga przeszłości, braku chęci do rozmowy. Nieznajomości najbliższych ludzi. Domagalik rysuje nam portret komunistycznej Warszawy, z punktu widzenia młodzieży. Zagubionej, próbującej poskładać swoje życie w całość.

Książeczka jest niepozorna. Sama nie wiem, czym się kierowałam, gdy wybrałam ją w tej bibliotece, chyba tylko tytułem, który w rzeczywistości nic mi nie mówił. To było po prostu uczucie, mówiące mi, że chcę ją przeczytać, że na pewno mi się spodoba. Przeczucie się sprawdziło w pełni.

Nie czytałam nic innego tego autora, jednak jego styl mi się bardzo podoba, wręcz wydaje się znajomy. Podobają mi się również kreacje bohaterów - każdy jest inny, ma swoje sekrety, które mają to samo źródło. Bo jedyną nieświadomą wszystkiego osobą jest Marek. Irmina zdaje się wiedzieć wszystko, jednak nie chce powiedzieć nic bratu, ponieważ powstała między nimi pewna emocjonalna przepaść. Podejmowane decyzje i sposób ich opisania są bardzo interesujące. Domagalik urywa pewne sceny, przenosząc nas w inne chwile. I jestem tym niemal zachwycona. Mało kto potrafi tego dokonać, nie wzbudzając w czytelniku irytacji, a przynajmniej we mnie.

Książka jednocześnie banalna i typowa, ale jednocześnie zupełnie nietypowa. Właśnie naszło mnie skojarzenie z twórczością Ewy Nowak, jednak cofniętą w czasie o trzydzieści lat. Mają coś podobnego.

Czy polecam? Owszem.

Pierwszą częścią tej książeczki jest "Marek". Będę się starała po niego sięgnąć.

niedziela, 7 listopada 2010

"Cztery życia wierzby" - Sa Shan

"Cztery życia wierzby" jest zbiorkiem czterech chińskich opowiadań. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i z tego, co przeczytałam, nie jest to jej najlepsza książka. Dlatego w tym momencie wiem, że chcę przeczytać inne. Które zaczarują mnie bardziej, bo przez te historie snuła się cieniutka niteczka magii, chociaż to wciąż nie jest to...

Opowiadania nie są zatytułowane, ale ponumerowane. Pierwsze opowiada o chłopcu Czong Yang, któremu ktoś przepowiedział przyszłość w sposób bardzo dwuznaczny. On był uczciwy, dlatego nie dążył specjalnie do kariery, tylko chciał przeżyć. Uczył się do cesarskich egzaminów. W międzyczasie żył z siostrą swojego przyjaciela. Gdy dostał pracę na dworze - zaczęły się jego nieszczęścia.

Druga historia dotyczy bliźniaczego rodzeństwa, nienawiści i rywalizacji między dziewczynką a chłopcem. To chyba moje ulubione opowiadanie, ponieważ opowiada o silnej kobiecie, która robi to, co powinna, by być szczęśliwą, nie do końca zważając na swoją rolę w społeczeństwie i rodzinie. Walczy o swoją przyszłość i - mogę to chyba powiedzieć - wywalczy ją.

Trzecie mówi o rewolucji kulturalnej Mao. Głównym bohaterem jest młody rewolucjonista, student, i Wierzba - dziewczyna, którą podziwiał, odkąd usłyszał jej przemówienie. Możemy zobaczyć działania rewolucjonistów i sposób, w jaki niszczą sami siebie, szukając kozła ofiarnego. To opowieść o miłości i poświęceniu. Chociaż najmniej magiczna z tych wszystkich.

Ostatnie opowiadanie jest króciutkie, ma zaledwie kilka stron, i tutaj przenosimy się w całkiem współczesne Chiny. Widzimy kobietę, która jest bardzo wyzwolona, nie chce się z nikim wiązać. Nagle wplata się wątek baśniowy, o niebiańskim cesarstwie i miłości. Co zapewne zaważy na jej późniejszym postrzeganiu uczuć.

Nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła ta książeczka. Jest przyjemna, cieniutka, doskonała na chwile, gdy nie mamy zbyt wiele czasu. Jednak fakt, iż mamy tutaj baśnie, chociaż zawoalowane, jakby sami bohaterowie w to nie dowierzali, sprawia, iż... to jest coś innego. Nie spotkałam się nigdy z czymś takim i jestem pewna, że gdy przeczytam po raz drugi czy trzeci, docenię tę książkę bardziej. Ale i tak uważam ją za bardzo dobrą, chociaż... do druku wkradło się kilka literówek, a ja ich szczerze nie znoszę.


Wprawdzie na Targi Książki nie dotarłam, ale za to byłam na spotkaniu blogowym :). Bardzo miło było mi Was poznać, dziewczyny. I czekam na kolejne spotkanie!