sobota, 30 października 2010

"Wirtuoz zbrodni" - Chelsea Cain

Recenzja części pierwszej znajduje się tutaj.

Z góry uprzedzam, iż ta recenzja będzie fanatyczna, obsesyjna i kompletnie nieprofesjonalna w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu.

Gretchen Lowell, piękna, inteligentna, psychopatyczna seryjna morderczyni ucieka z więzienia po tym, jak Archie, jej ostatnia ofiara i jednocześnie detektyw prowadzący jej sprawę, przestaje ją odwiedzać. Przeprowadza wiele skomplikowanych (lub też nie - w zależności od punktu widzenia) działań, by wydostać się z zamknięcia.

W tym samym czasie toczy się sprawa rozpoczęta w "Obłędzie serca" z opiekunką dzieci senatora - Molly Palmer. Susan dąży do tego, by wreszcie opublikować swój artykuł, jednak w wyniku ucieczki Gretchen dziennikarka musi siedzieć w zamknięciu, gdyż jest jednym z potencjalnych celów. Wraz z Henrym dochodzą do wniosku, że, by znaleźć morderczynię, będą zmuszeni rozwiązać obecną sprawę.

A Archiemu w tym czasie wysiada wątroba od zbyt dużej ilości vicodinu.

Uważam, iż ta część jest gorsza od poprzedniej, ponieważ Gretchen było mniej, jej samej w sobie. Zbyt duże skupienie było na Archiem i Susan oraz śledztwie. Jednak również mnie porwała i zachwycała, przez ostatnie dni mogłam mówić tylko: Gretchen to, Gretchen tamto. A wiesz, że Gretchen uciekła z więzienia? Och, Gretchen! Moja Gretchen. W autobusie wydawałam z siebie dziwne odgłosy, sądzę, że miałam wzrok osoby kompletnie pijanej i za nic nie chciałam się od książki oderwać. Również ją uwielbiam. Zaraz się zabiorę za pisanie do wydawnictwa o kolejne tomy.

Jestem jednak zawiedziona okładką. W "Obłędzie serca" była śliczna i tłoczona. Ta jest gładka, bez takiego polotu. Tamtą mogłam cały czas dotykać i się nią bawić. Ta mnie nie skłania ku takim czynnościom.

Ale nie wpływało to na mój odbiór i zachwyt. Kocham Gretchen, jest cudowna!
Och, Gretchen!

Pozdrowienia dla miłej Pani z Empiku!

- To musiało być przygnębiające, kiedy się okazało, że wyznałeś takie osobiste rzeczy seryjnej morderczyni.
Przygnębiające. Owszem. Można było tak to określić. Z drugiej strony, zabawna rzecz, dobrze było mieć kogoś, z kim można było pogadać. Szkoda tylko, że ulubioną rozrywką Gretchen było patroszenie ludzi.

czwartek, 28 października 2010

"Koniec wszystkiego" - Megan Abbot

Na świecie można znaleźć wiele patologii. Jednak w momencie, gdy trzynastoletnia dziewczynka znika z mężczyzną starszym od jej własnego ojca, wszystko staje na głowie. Policja wyrusza na poszukiwania, rodzina panikuje, matka wpada w depresję, a najlepsza przyjaciółka... jest zagubiona i jej szuka, w swojej własnej głowie. Bo inaczej tego nazwać nie można.

Narratorką jest Lizzie - przyjaciółka porwanej. Bo przez całą książkę mówimy o porwaniu. Jej język brzmi, jakby opowiadała o swoim śnie, nie wiedziała, co się dzieje, a wszystko było osnute mgłą. Nie wiem, czy to nieudolna próba autorki napisania powieści postmodernistycznej, czy celowy zamysł, chęć pisania w języku poetyckim. Z początku przeszkadza w odbiorze treści, chociaż wiem, że gdy przeczytam ją drugi lub trzeci raz, wszystko nabierze dla mnie większego sensu.

Ciężko mówić tutaj o normalnych relacjach rodziców z dziećmi. Dusty jest zakochana w swoim ojcu, Lizzy kocha tatę Evie (porwanej) i Dusty. Evie, jak już wcześniej wspomniałam, znika z dorosłym mężczyzną. A przede wszystkim widzimy to wszystko oczami Lizzy, którą autorka wykreowała bardzo dziwnie. Momentami jest o wiele zbyt infantylna jak na swój wiek, a w innym momencie zachowuje się bardzo dojrzale i ma poważne przemyślenia. Znikąd pojawiają się w jej głowie wspomnienia, domysły i pomysły, które są ze sobą średnio powiązane. Jednak to mi się podobało, gdyż ludzka pamięć jest skomplikowana i ciężko powiedzieć, na jakiej zasadzie działa. Widzimy tutaj determinację. Determinację godną dorosłego, który nie potrafi wyruszyć na poszukiwanie swojej córki.

W książce przedstawione są również relacje między przyjaciółkami, rodzeństwem, rodzicami i również rówieśnikami (te są moim zdaniem przedstawione najlepiej). I uczucie, gdy wiesz, że znasz tę drugą osobę niemal tak dobrze jak siebie samą i wiesz, po prostu wiesz, że nic jej nie jest.

Zakończenie przewraca wszystko o sto osiemdziesiąt stopni. I wtedy nie ma już znaczenia, że pedofilia kryje się na każdej stronie, przeplatana z prawdziwą miłością (zresztą kto powiedział, że pedofile nie kochają prawdziwie?) i nawet z nią łączona. Bo nachodzą pewne myśli, a książka nagle stapia się w całość. A autorka daje nam sygnały, co się stanie. Ale trzeba je wyłapać w nawale słów.

Książka nietypowa, na pewno nie spodoba się każdemu, gdyż posiada język, do którego po prostu trzeba przywyknąć. Jednak ma w sobie coś więcej, co trzeba odkryć, a ja bałam się, że jednak tego nie znajdę. Do ideału jej daleko, tak jak i do przyjemnego czytadła. Jest specyficzna. Dla ludzi specyficznych, którzy się nie zniechęcają.

Mogę polecić bez wyrzutów sumienia.

Chciałabym jeszcze dodać, że bardzo podoba mi się oprawa graficzna. Gdy tylko otworzyłam paczkę, wyobracałam książkę na wszystkie strony i się jej przyglądałam. Przyciąga mnie coś do niej. Pewna nietypowość. A to pasuje do treści.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński.



Pamiętacie mój zachwyt nad "Obłędem serca"? Już niedługo, w przyszłym tygodniu, będę miała drugą część. Obecnie czytam ebooka. Serce mi podskakuje w piersi i jestem zachwycona. Tak tęskniłam za Gretchen! A po jej przeczytaniu będę pewnie pisać do wydawnictwa, kiedy wydadzą kolejne części. No, ale najpierw przeczytam ^^.

wtorek, 26 października 2010

"Rubio" - William Wharton

Nigdy nie mogłam się uważać za miłośniczkę Whartona, gdyż jego styl mnie nuży, sprawia, iż oczy mi się przymykają, a ja powoli przysypiam... Ale to jest jego urok. Wszystko, co on pisze, ma taką cechę. Wymaga doszukiwania się szczęścia w prostych czynnościach, ale przepełnia smutkiem. To jest Wharton. I nie da się temu faktowi zaprzeczyć.

Rubio jest jednym z typów klasycznej historii miłosnej. Młoda dziewczyna i starszy mężczyzna, którzy się w sobie zakochują, jednak społeczeństwo nie patrzy na to pozytywnie, więc muszą się ukrywać ze swoimi uczuciami, początkowo bawiąc się w kotka i myszkę. Oczywiście jest to historia wydarta Whartonowi z gardła - jest mężczyzna, który nie do końca radzi sobie w małżeństwie, Amerykanin, który wyjeżdża do Europy, by ułożyć sobie życie na nowo, tworząc je od podstaw. Główna męska postać w tych trzech książkach Whartona, które czytałam, niemal zawsze jest taka sama, ale to jest dobre. Im więcej się czyta, tym łatwiej zrozumieć tę postać. Dla mnie Rubio to Jacques ze "Spóźnionych kochanków". A przecież w tym momencie mamy sytuację nader odwrotną - tam była stara kobieta i młodszy mężczyzna. Jednak można powiedzieć, że wszystko pozostaje takie samo, nie ruszając się z miejsca.

Dlaczego więc należałoby przeczytać "Rubio", jeśli zna się "Spóźnionych kochanków"? Odpowiedź na to pytanie wydaje się naturalna, chociaż trudna. Ta książka z pewnością napisana jest o wiele piękniej, zachwyca, nie każe zastanawiać się nad zdrowiem psychicznym bohatera w tak silny sposób jak w "Kochankach". Tutaj historia jest delikatniejsza. Piękniejsza. I smutniejsza. Nie widać, do jakiego końca prowadzi. Autor wręcz bawi się czytelnikiem na ostatnich stronach. Próbuje go wytrącić z równowagi. I pokazuje piękną miłość. Nie idealną, ale na swój sposób spełnioną. Nie potrafię pozbyć się wrażenia, że to sam Wharton pokutuje w swoich powieściach za własne grzechy.

William Wharton i Nocholas Sparks tworzą klasykę współczesnych historii miłosnych. Ich powieści i sposoby pisania bardzo się od siebie różnią, tak samo jak przedstawione uczucia. Jednak autor "Rubio" stoi o stopień wyżej, tworząc opowieści trudne, każące pomyśleć, czym jest dla nas miłość i ile byśmy dla niej zrobili. Nie udaje, że jest ona ponadczasowa. I ma rację. Bo każda jest inna, a ideał może być tylko jeden.

Gorąco polecam. I nie radzę zniechęcać się słowami w mojej recenzji, które mówią o smutku. Przecież w życiu też on jest. A tutaj nie dominuje. Poza tym Hiszpania nagle zaczęła wzbudzać we mnie jakieś ciepłe uczucia, chociaż z zasady nie lubię za bardzo czytać książek, których akcja rozgrywa się w tym kraju.



I po kolokwium! Chyba zdezerterowałam z reszty zajęć, a teraz powinnam przygotowywać się do prezentacji, jednak uznałam, że "zasłużyłam", by poczytać sobie książkę ;). Chciałam coś jeszcze napisać, ale zapomniałam, co to było.

Cieszę się, że tu jesteście, czytacie moje recenzje i tworzycie duszę mojego bloga, o! To właśnie chciałam powiedzieć. Dziękuję Wam.

niedziela, 24 października 2010

Weekend na opak.

Źle oceniłam ten weekend. Byłam święcie przekonana, że gdy wrócę do domu, by siedzieć w nim dwa dni bez wychodzenia (co nie do końca okazało się prawdą), zanudzę się na śmierć, znowu się będę czymś denerwować i ślęczeć nad dwoma tekstami z serii kryminałów dla germanistów (czyli krótkie kryminały, z których trzeba wywnioskować, kto zabił, co z pozoru jest proste, ale jednak trzeba zrozumieć tekst i przeanalizować go na wszystkie strony, a i tak okaże się, że nie trafiłam ;)) i słownictwem, bo we wtorek jest kolokwium. A tu taka niespodzianka!

Po wczorajszych zakupach okazało się, że na całą dobę dom będzie tylko dla mnie. Cisza. Spokój. Tylko ja, komputer i niemiecki. Ale to miało swoje zalety. Przez ostatni czas nie miałam okazji zrobić w kuchni nic. A wczoraj stworzyłam kurczaka po hawajsku a la moi, który był "nie słony". Miałam robić różne cuda z dynią, jednak w sklepie jej nie mieli, więc zadowoliłam się różnymi innymi rzeczami.

Już mam ambitny plan na dzisiaj. Na śniadanie była halawa, na pierwsze danie zupa pomidorowa z czarnymi oliwkami (och, nie miałam pojęcia, że to połączenie może być tak smaczne!), na drugie będzie kurczak ze szpinakiem, ale nie wymyśliłam jeszcze dokładnie, co z nim zrobię, na kolację smażony oscypek z żurawiną. Upiekłabym ciasto, ale mikser nie działa.

No i nareszcie, jedząc śniadanie, mogłam oglądać ZDF! Bardzo mi tego brakowało. Jednak teraz chyba powinnam się wreszcie wziąć za naukę... Kto do mnie przyjedzie, by mi pomóc? Nie umiem się sama uczyć, no, nie umiem... Poczytałabym jakąś książkę, ale nie mogę.

Pozdrawia Was przejedzona, rozleniwiona, zadowolona z życia
Alina ;).

czwartek, 21 października 2010

"Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty" - Daniel Koziarski

Wyjeżdżając za granicę, ludzie często myślą, że tam spotka ich lepsze życie i że nigdy nie wrócą do kraju, a jeśli jednak wrócą to jako królowie. Nieprawdziwość emigracyjnego mitu na własnej skórze poznał Tomasz - główny bohater książki Daniela Koziarskiego.

Dla mnie ta książka jest głównie satyrą na polskie społeczeństwo. Patrzymy na nie z punktu widzenia socjopaty, który uważa, iż wszyscy się na niego uwzięli, przez co postanawia się im odpłacać drobnymi złośliwościami. Jednak główną osią, wokół której obraca się akcja, są jego problemy z najbliższą rodziną, śmierć przyjaciela i klątwa. Dzięki temu widzimy, że nawet inteligentny człowiek może być przesądny i to tak bardzo, by chcieć rozkopać grób jednej z najważniejszych osób w swoim życiu...

Ciężko jest zaklasyfikować dokładnie, do jakiego gatunku należą "Przypadki...". Miesza się w tej książce wiele wątków, tak samo, jak w codziennym życiu. I chociaż to spojrzenie na naszą polską rzeczywistość jest przerysowane, a zakończenie (a może trochę przed zakończeniem...) absurdalne w związku z nagromadzeniem postaci w jednym miejscu, które przeważnie nie jest typowym miejscem spotkać, to książka pokazuje pewną (smutną) prawdę. Ale jednocześnie denerwuje tym, że od niej odbiega.

Zawiodłam się. Spodziewałam się czegoś innego. Mimo wszystko podobało mi się. Jednak gdyby spełniło moje oczekiwania, byłoby ciekawiej. Tomasz jest osobą szarą, wyróżniającą się jedynie specyficznym, cynicznym zachowaniem. On chce zrobić coś dobrego, ale mu nie wychodzi, ponieważ ludzie go nie rozumieją. Nawet jego (odwzajemniona) nienawiść do brata, chociaż non stop wspominana, nie istnieje, bo szuka wszelakich możliwych sposobów, by go uratować. A i tak wychodzi na to, że to on jest tym złym.

Ciężko mi go pochwalać, czy potępiać. Po prostu człowiek. Nieudacznik. Chcący uratować swoich przyjaciół, nawet gdy oni tego nie chcą. A nawet pragną wpędzić go do grobu...

Za pożyczenie książki serdecznie dziękuję Skarletce :).

niedziela, 17 października 2010

"Das Nibelungenlied" - Franz Fühmann

W polskim tłumaczeniu tytuł brzmi "Pieśń o Nibelungach" lub też "Niedola Nibelungów". Wikipedia ma co nieco do powiedzenia na temat samych Nibelungów, co też przytoczę:

Pod nazwą Nibelungowie (także Niflungowie) rozumie się w tekście ród karłów, których skarb zagarnął Zygfryd, a później także Burgundów, gdyż stali się posiadaczami tego złota.
Etymologię słowa Nibelungowie wiąże się ze słowem Nebel (staromien. Nebul) oznaczającego "mgłę". Zatem Nibelungowie to "mieszkańcy krainy mgieł", co należy łączyć z Niflheimem - czyli nazwą krainy zmarłych w mitologii skandynawskiej.

Jednak sama opowieść dotyczy nie tyle Nibelungów, co Zygfryda, który zabił smoka, wykąpał się w jego krwi, przez co nie dało się go zranić, a później wyruszył w świat (mówiąc bardzo ogólnie). Wtedy trafił na dwór króla Guntera, gdzie podawał się za jego lennika, chociaż w rzeczywistości był mu równy pozycją, czy nawet ważniejszy (niestety tej kwestii nie zrozumiałam - była zbyt nudna). Tam zakochał się w Krimhildzie, siostrze Guntera i postanowił ją zdobyć.

Zygfryd ożenił się z Krimhildą, Gunter z Brunhildą. Z początku ich wzajemne stosunki były dość przyjazne (chociaż Zygfryd i Brunhilda za sobą nie przepadali), jednak później... och, komedia. Gunter nie mógł posiąść Brunhildy, więc zrobił to Zygfryd. Co w dalszej części historii się odwróciło przeciw niemu, ponieważ Krimhilda i Brunhilda się pokłóciły.

Kolejnym ważnym elementem jest to, że żona Zygfryda wyznała Hagenowi z Troi, gdzie można zranić Zygfryda (zrobiła to w trosce o męża). Bo listek przykleił się do jego ciała, gdy ten się kąpał w smoczej krwi (to oczywiste nawiązanie do historii Achillesa). Zygfryd został zabity. Krmihilda w rozpaczy. Po trzynastu latach zaprosiła brata wraz z jego rycerzami. A tam była masakra. Krwista, urocza, romantyczna.

To taka średniowieczna "Moda na sukces". Bardzo mi się podobało, chociaż wolałabym znać lepiej niemiecki, by to przeczytać. W oryginale jest to w postaci poematu, jednak my mieliśmy przeczytać streszczenie, które było napisane prozą i miało... 211 stron. Zobaczymy, co będzie następną lekturą i czy również mnie tak ubawi.

Z pewnością kiedyś jeszcze do tego wrócę, gdy mój niemiecki wzniesie się na wyższy poziom umiejętności.

I niewykluczone, że coś poplątałam w fabule. Ale nawet jeśli, to i tak jest to komedia :D.

piątek, 15 października 2010

"Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu" - Pearl S. Buck

Czasem się zdarza, że te najbardziej niepozorne książeczki są prawdziwymi literackimi perełkami. Gdy zdecydowałam się na zakup (a pewnie bym tego nie zrobiła, gdyby nie promocja w Matrasie) i przeczytałam pierwsze zdanie, już wiedziałam, że to jest to. Właśnie taki styl, za jakim tęskniłam od kilku miesięcy, jednak nie chciałam znowu czytać którejś z książek już mi znanych. W tym momencie czasu mam za mało na powtórki. Więc w moje życie wtargnęła Pearl Buck.

Jest to opowieść o Chinach z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Dowiadujemy się, że krępowanie stóp wciąż było zabiegiem całkiem naturalnym dla społeczeństwa, chociaż niektóre (oświecone - zamerykanizowane) jednostki je potępiały jako przestarzałe. Poznajemy również obyczaje związane z szanowaniem starszych ludzi i kwestię małżeństwa oraz niektóre zabobony.

Pierwsza część książki jest całkiem sielankowa. Pomijając początkowe problemy bohaterki (a zarazem narratorki) z przystosowaniem się do bardziej nowoczesnego - zachodniego - stylu życia, związanego z pasjami jej męża, później wszystko jest niemal idealnie, co (mi osobiście) wydaje się być w tamtym miejscu i czasie niezbyt łatwe do zrobienia, ale jednak nie niemożliwe. Przykładna chińska kobieta musi się nauczyć zrywać z obowiązującymi konwencjami, jednocześnie ich przestrzegając, przynajmniej w kontaktach z rodzicami i teściami. Widzimy tutaj bunt dorosłych, którzy chcą mieć możliwość bycia sobą, dzięki poznaniu amerykańskiej swobody. Nie sprawia to jednak, że działają oni zupełnie wbrew obyczajom - są pewne zasady, które wiedzą, że muszą być przestrzegane. Przedstawione tam Chiny są malownicze i trochę mniej obce, niż może się to wydawać (może z powodu zestawienia ich z Zachodem i nieśmiałego wyjaśniania przez narratorkę pewnych rzeczy?).

Druga część niestety podobała mi się trochę mniej. Wszystko wydawało się szybkie, urywane i naiwne. Jakby Kwei-lan podążyła za duchem czasu (co jest dwuznaczne, gdyż sama zauważa, że dla Chińczyków czas nie istnieje, dlatego nie mają oni powodów do pośpiechu) i amerykańskich wpływów. Bo nagle do domu wraca jej brat wraz z żoną, która jest... Amerykanką. Kwei-lan musi się opowiedzieć po którejś ze stron - miłości lub rodziny i obyczajów.

Książeczka warta polecenia. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Miło jest na chwilę zniknąć w Chinach z całą ich egzotyką i zwyczajami - nierozumianymi przez Zachód. I przy okazji się dowiedzieć, że mieszkańcy Wschodu myślą bardzo podobnie o nas.

Polecam.

Ach, te cudzoziemki! (...) Niektóre z urody przypominają Białą Gwiazdę! Szczere oczy, swobodne ciała... (...) Te piękne nagie ramiona... Mogę powiedzieć, że nie ma w nich ani krzty fałszywej wstydliwości i powściągliwości tak charakterystycznych dla naszych kobiet. Są wolne jak wiatr i słońce; śmiechem i tańcem wyrywają mężczyźnie serce, które przemyka przez ich palce niczym promienie słoneczne, by stłuc się o ziemię i zmarnować. (str. 97)

Autorka spędziła pierwsze osiemnaście lat swojego życia w Chinach, więc sądzę, że wie, o czym pisze. Za swoje mistrzowskie opisywanie życia w tym kraju dostała Nobla. Szczerze nie wiem, czy Nobla jej pisanie jest warte, ale z pewnością lepiej, że ona go dostała niż taki... nie mam pomysłu kto ;).


A tak organizacyjnie - do końca weekendu powinnam skończyć "Das Nibelungenlied" i napisać recenzję, a później zacznę książkę, którą pożyczyła mi Skarletka i postaram się ją skończyć w przyszłym tygodniu. Poza tym przyszła mi dzisiaj cudowna książka, której raczej nie chcę widzieć, ale cieszę się, że ją mam :D.

wtorek, 12 października 2010

"Madame Sadayakko. Gejsza, która uwiodła Zachód" - Lesley Downer

Dla niektórych oczywiste jest, że gejsza to po prostu japońska prostytutka. Od niemal zawsze słychać takie określenie w ustach mieszkańców Zachodu, którzy w rzeczywistości nie potrafią ogarnąć Japonii. Jej kultury i obyczajów. Naturalnie się mylą. Gejsza nie jest prostytutką.

Związek musiał pozostać platoniczny. Sypianie z kimś, kto za to nie zapłacił, stało w sprzeczności z kodeksem gejsz. Nie znaczy to bynajmniej, że gejsze były prostytutkami. Wręcz przeciwnie. Były zbyt wyrachowane, żeby obniżyć swoją wartość, oddając się komuś innemu niż klientowi proponującemu najwyższą kwotę.* (str. 56)

Sadayakko była gejszą. Jedną z najpiękniejszych i najbardziej rozchwytywanych. Jednak nie to zadecydowało o jej światowej sławie. Yakko była również wspaniałą aktorką, według niektórych przebijającą talentem nawet największe gwiazdy Ameryki i Europy. To nie zadziwia, bo jakże pisać biografię osoby, która nie była w czymś najlepsza? Mijałoby się to z celem poznawania ciekawych żywotów ludzkich. Ale Sadayakko zrewolucjonizowała japoński teatr. Była pierwszą w historii kobietą... aktorką.

Życie gejszy nigdy nie jest usłane różami. Musi zabiegać o względy mężczyzn, chociaż jednocześnie jest na wyższej i niższej pozycji niż zwyczajna kobieta. Ciężko dokładnie określić jej miejsce w społeczeństwie, umieścić w konkretnej warstwie. Na przykładzie Sadayakko możemy się przekonać, iż niewiele jest w stanie zmienić sytuację gejszy. Zawsze będzie kimś z nizin społecznych.

Historia Sady jest piękna, smutna i wzruszająca. Dostajemy wgląd w kulturę Japonii i życie gejsz, funkcjonowanie teatru. Oraz możemy zobaczyć, jak na to wszystko patrzyli Amerykanie i Europejczycy. Jest to biografia jedyna w swoim rodzaju i z całą pewnością warta przeczytania, by pozbawić się stereotypowego myślenia. Książka uzupełniona jest o indeks, więc później bez problemu można znaleźć interesujące nas osoby czy zagadnienia, i kilka stron ze zdjęciami. Wiecie, że Picasso zaprojektował plakat jednego z występów trupy Sadayakko? Również w książce można go zobaczyć.

Biografia napisana w sposób rzetelny i wyjątkowo barwny. Czyta się ją niczym fascynującą powieść. Porywa.
Yakko poznała podstawową regułę, której podporządkowane jest życie gejszy. Ich świat był pięknym snem, w którym wszyscy udawali miłość. Jednak kobiety, które wyplątały tę sieć fantazji ani na chwilę nie mogły zapomnieć, że to tylko gra. Prawdziwa miłość była zbyt niebezpieczna. Przynosiła tylko ból. (str. 72)
Poniżej moje ulubione zdjęcie Sady - gdy występowała w roli Ofelii:



Chciałam się pochwalić, że mam związek karmiczny z Yakko ;). Gdy tylko dotarłam do wymaganych danych, od razu to sprawdziłam. To wyjaśnia w pewien sposób moją miłość do Japonii.

*Miałam w tym momencie takie luźne przemyślenie, że większość kobiet by była skłonna się sprzedać przynajmniej raz, o ile ktoś by zapłacił naprawdę gigantyczną kwotę. A może to było w podstawówce? xDD.
- Rozbierz się, zapłacę Ci.
- Ile?
- Złotówkę.
- Jak będziesz miał milion, możemy pogadać.
Mówiłam, że luźne przemyślenie ;).

niedziela, 10 października 2010

Wspomnienia z Ukrainy.

Z Ukrainy wróciłam rok temu, ale dzisiaj, w związku z boomem moim i C.S. na trylogię Pilipiuka o Stanisławie, Katarzynie i Monice, przypomniałam sobie o moim cudownym pragnieniu, marzeniu i pożądaniu jakie żywię do samowarów.

Zaczęło się to, czytając "Kuzynki". Właśnie tam spotkałam się z tym urządzeniem po raz pierwszy. Później działo się mnóstwo rzeczy (łącznie z szukaniem na Allegro i gotowością do wydania fortuny na działający samowar węglowy, bo o elektrycznym nawet nie chcę słyszeć), a następnie pojechałam na wycieczkę na Ukrainę. Tam, w sklepie z pamiątkami przy Ławrze Poczajowskiej (mam bardzo złe wspomnienia z tego miejsca, pokłóciłam się tam ze strażnikiem, och, mogło się to źle skończyć. No bo, do cholery, jakim prawem mógł kopać małego KOCIAKA?! I wdałam się w awanturę) spotkałam prawdziwy samowar po raz pierwszy. Jaki on był piękny! Musiałam wyjść ze sklepiku, bo byłam skłonna go ze sobą zabrać w dalszą podróż po Kresach.

Wycieczka trwała w najlepsze. Dojechaliśmy do takiego uroczego zamku, który nie wiem, jak się nazywał. Ale on był w jakiejś polskiej książce. Znane miejsce. Coś tam uciekali... Nie pamiętam, bo to była lektura, więc oczywiście jej nie czytałam. I tam, po zejściu z pagórka, było stoisko ze starociami, na którym oczywiście stał kto? No, samowar, oczywiście. I mam zrobione z nim zdjęcie. Nieważne, że wyglądam, jakbym była w zaawansowanej ciąży.


Szczerze uwielbiam Ukrainę. Mam cudowne wspomnienia. I jeszcze dwa zdjęcia, którymi się chciałam podzielić. Jedno z nich robiłam ja (można poznać które - to lepsze i na nim mnie nie ma i jest na samej górze notki xD).

czwartek, 7 października 2010

"Dom tysiąca nocy" - Maja Wolny

Pozornie książka opowiada całkiem banalną historię o Polce, która wyjechała do Włoch, by zacząć nowe życie w skąpanej słońcu krainie. Opiekuje się starszą Włoszką, byłą rewolucjonistką, i jej wnukiem. Jednak, jak już powiedziałam, to tylko pozory.

Maja Wolny napisała książkę o bólu i miłości. Subtelną, ale ostrą w wyrażaniu swoich emocji. Zgodzę się tutaj po części z opinią Olgi Tokarczuk, która uważa, że to wrażliwe pisarstwo wysokiej próby. Czytałam lepsze książki, które również opowiadają o emocjach (ale jak na złość żadnej sobie nie mogę teraz przypomnieć, jednak wiem, że gdzieś są), nie wymuszając ich. Są ledwie muskane, żeby nie wedrzeć się za bardzo w prywatną sferę bohaterów. Czasem nie można zauważyć, co jest wypowiedzią, a co już nią nie jest. Sprawia to, że życie i poszczególne wątki wydają się być ze sobą ściśle połączone, a jednak tak nie jest.

Autorka pięknie wplotła motyw Nietzschego i jego miłości do Malwidy von Meysenburg. O ile obie postacie istniały w rzeczywistości i faktycznie łączyła ich przyjaźń, ciężko mi stwierdzić, na ile prawdziwy jest opisany przez Maję romans. Ma on jednak bardzo istotne znaczenie dla fabuły (głównie przez skojarzenie Brunona imion Malwiny i Malwidy), misternie skonstruowanej. Karty nie są od razu wystawiane na stół, a odkrywane jedna po drugiej, powoli, z namysłem, zaostrzając ciekawość.

Zakończenie jest po części przewidywalne, jednak zbyt wiele nie wyjaśnia. Pozostawia tę subtelną mgiełkę, jaką osnuta jest całą książka. I pozwala zapomnieć, że bohaterowie są do siebie zbyt podobni, z lekkim przemieszaniem cech.

Jednak warto przeczytać "Dom tysiąca nocy". Książka jest krótka, w bardzo ładnej i nastrojowej okładce, a poza tym dobrze się ją czyta.

Tak na marginesie dzisiaj jest jej premiera, a ja otrzymałam ją od wydawnictwa Prószyński, jak to się chwaliłam w poprzedniej notce :)).


A co do studiów - jestem kompletnie wyprana. Czekam tylko na weekend, by odpocząć choć trochę. Muszę się przyzwyczaić do wczesnego wstawania, a po ponad czterech miesiącach nie jest to proste...

wtorek, 5 października 2010

Mini stosik number two.

Miło wrócić do domu i zobaczyć nie jedną, jak się spodziewałam, paczkę, a dwie. Also Skarletka użyczyła mi swą książkę o socjopacie, której recenzja mnie zachwyciła, a wydawnictwo Prószyński przysłało mi książkę Mai Wolny.

Ojej, a ja się muszę germanizować... Ale przeczytam, przeczytam! Niedługo będę opowiadała o "Pieśniach o Nibelungach" i innych tego typu. Ale przynajmniej blog nie uschnie z tęsknoty! ^^.


Teraz zacznę powoli kolekcjonować literaturę na wakacje. Jednak najpierw przeczytam to, co muszę/powinnam/czuję, że muszę lub powinnam.

sobota, 2 października 2010

Wystawa kotów rasowych.

Dzisiaj nareszcie spełniło się moje marzenie. Zawsze chciałam iść na wystawę kotów rasowych, ale... powodów, dla których się to nie spełniało, było multum. Większość polegała na tym, że moim rodzicom "się nie chciało". W tym roku wystawa była wręcz w zasięgu ręki, ponieważ odbywała się w Myślenicach, obok których mieszkam. Więc około południa pojechałam z moją rodziną (ale oczywiście rodziców tam nie było z ww. powodu).

Bilet wstępu kosztował 6 zł zwykły i 3 zł ulgowy. Pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy przy wejściu, były różne przydatne (chociaż nie niezbędne) przedmioty używane przez koty. Można je tam było nabyć (przykładowo domek-drapak dla kota wysokości metra kosztował 225 euro). Zawsze chciałam kupić kotu coś takiego, ale było za drogie. Dzisiaj jeszcze dodatkowo sprawdziłam wygodę takiego urządzenia. Czemu nie robią ich w rozmiarze dla ludzi?! ;).

Dopiero na hali widać było obszerne klatki, w których wylegiwały się koty. Mało które robiły coś bardziej ambitnego. Dwa małe Persy się ze sobą bawiły, ale dopiero gdy wychodziliśmy. Sfinksy (na całej wystawie były tylko dwa) siedziały cały czas. Część kotów była oceniana przez sędziów, po sali krążyła pani fotograf, która zrobiła kilka ujęć mojej ręki głaszczącej koty ;). Właściciele byli w większości bardzo mili (pomijając odrobinę złośliwą Panią od Sfinksów, której kot miał chyba coś z jej zachowania, przynajmniej takie skojarzenie mnie naszło). Opowiadali o kotach z miłością i zaangażowaniem. Bardzo rozpieścili swoich podopiecznych. Ale to ma swoje zalety, ponieważ w tym miejscu osoba, która nie lubi kotów, po prostu musiała się przekonać, że są cudowne i wcale nie są takie okropne, jak niektórzy uważają ^^. Koty się łasiły do widzów, dawały się głaskać. To bardzo miło ze strony ich właścicieli, że na to pozwalali. Wyjmowali je na prośbę z klatek i nie mieli nic przeciwko pieszczotom :). Spotkałam się z dwoma przypadkami, gdzie należało zdezynfekować ręce - przy jedynym Devonie (ha! Urodzony w Niemczech, bardzo mnie to ucieszyło ;). Ale Polak po naturalizacji - mieszka u nas cztery lata i spłodził już trochę dzieci, jak powiedział miły Pan Właściciel - Devon miał na imię Firewall) i przy Sfinksach.

Tamten Rosyjski był bardzo podobny :).
Ilościowo definitywnie królowały rasy Maine Coon i Brytyjski Krótkowłosy. Obie rasy wręcz ubóstwiam. Tę pierwszą za cudowne długie futro i ogromne wręcz rozmiary, a Brytyjskiego za "pucołowatość" i futro w cudownym odcieniu szarości. Jednak przekonałam się, że niesamowitą urodę prezentuje Rosyjski Niebieski - też jedna z moich ulubionych ras. Jeden z nich miał takie cudownie głębokie ciemnozielone oczy. Zakochałam się. Najchętniej zabrałabym wszystkie ze sobą. Broniłam Sfinksy, Devona i kota, o którego istnieniu nawet nie wiedziałam (Peterbald), przed stwierdzeniami pt. "brzydal". Zachwycałam się nimi. Moją nową miłością stały się Święte Koty Birmańskie. Są przewspaniałe. Było trochę Persów, kilka Norweskich Leśnych, Ragdolle. Wszystkie cudowne, ale każdy pod innym względem. Były też takie o pyszczkach podobnych do psów, jednak nie pamiętam, jak się nazywały. Były bodajże dwie rasy tych kotów. Cudowne Bengalskie - o dwóch różnych umaszczeniach - jasnym i ciemnym. Innych kotów niestety już nie pamiętam, a może nie było więcej? ;).

Taka wystawa jest cudownym przeżyciem dla miłośnika kotów. Jednak wychodząc ma się ochotę zabrać każdego z nich. Ceny są różne. Od tysiąca złotych, poprzez czterysta euro, aż do ośmiuset dolarów. Można było je kupić na miejscu, zabrać wizytówkę hodowcy, albo nabyć dla własnego kota jakąś zabawkę, legowisko czy może dla siebie samego jakąś pamiątkę, jak cudowny kubek z chińskiej porcelany za 70 zł. Szkoda, że nikt nie kupił go dla mnie ;).

Postaram się częściej bywać na takich imprezach. Było cudownie. A zdjęć niestety nie posiadam, bo nie pomyślałam, by zabrać ze sobą telefon ^^. Może następnym razem...