czwartek, 30 września 2010

"Powrót Niani" - Emma McLaughlin, Nicola Kraus

Książkę tę wygrałam kiedyś na jakimś blogu. Nawet nie pamiętam. Zbyt wiele się działo w tym okresie. Miałam postanowienie, że obejrzę film na podstawie pierwszej części, żeby przypomnieć sobie fabułę (jednocześnie ze świadomością, że nie mam pojęcia, jak się ma ekranizacja do powieści). To była dobra decyzja. Definitywnie.

Mija dwanaście lat od czasu akcji pierwszej części powieści. Nan jest dorosła, ma męża i wszyscy dookoła oczekują od niej dziecka. Ona sama nie jest pewna, czy tego chce. Mąż wyjeżdża, zostawia ją samą z bałaganem w rozsypującym się domu, gdzie firma budowlana robi wszystko, tylko nie to, co powinna. W całym tym zamieszaniu, oraz nowej pracy, na jej drodze pojawia się Grayer, syn państwa X, jej ostatni podopieczny.

Nie czytałam pierwszej części, dlatego mogę się sugerować jedynie filmem. W związku z tym wydaje mi się, że ekranizacja nie była zbyt wierna oryginałowi, co wprowadzało w moje czytanie lekki zamęt. Ale styl autorek (naprawdę chciałabym wiedzieć, na jakiej zasadzie wyglądało ich wspólne pisanie) zanudzał, zapętlał, nie pozwalał się skupić. Wydarzenia bynajmniej nie były szczególnie interesujące, konflikty wydawały się naciągane, a wszystko bez konkretnego wyjaśnienia, które postawiłoby kropkę nad "i". Bohaterka snuje się po Manhattanie, nie bardzo wiedząc, czego szuka. Jedynie komplikacje wprowadzone przez Grayera pozwalają jej jakoś wybrnąć z tego "snucia", ponieważ znajduje nagle cel w życiu. Chociaż w rzeczywistości ten cel znajduje ją i wcale nie pyta, czy nie ma ona nic przeciwko. A ma, i to sporo.

Nie jestem w stanie zrozumieć logiki postępowania Nan. Ani też sensu rozciągania powieści do (aż chce się powiedzieć "aż") czterystu stron. Pewne wydarzenia nie były wcale niezbędne dla fabuły. Wszyscy bohaterowie w jednym momencie tracili pracę i groziła im eksmisja lub też spodziewali się dziecka. Od razu widać, że ta książka została napisana wyłącznie dla pieniędzy. Jedyną jej zaletą jest to, że po przeczytaniu pierwszych stu stron zaczyna wciągać, szybko się kończy, nie jest łatwo zauważyć kiedy. Jeśli ktoś się chce odstresować, może bez większego wahania po nią sięgnąć.



Mam nieodpartą ochotę na Harry'ego Pottera. Czy uważacie, że powinnam go teraz zacząć czytać? Po podejściu do "Nazywam się Czerwień" Pamuka doszłam do wniosku, że straciłam na niego ochotę, chociaż chodzi za mną "Muzeum niewinności" (to Twoja wina, Skarletko! ;)). I nie mam na nic ochoty. Dosłownie nic. A od jutra będę się stresować, że nie będę miała kiedy czytać i nagle będę chciała nawet móc znaleźć czas na "Pana Tadeusza"! A to będzie oznaczać, że histeryzuję.

A w sobotę idę na wystawę kotów rasowych. To moje marzenie od wielu lat, więc możliwe, że podzielę się z Wami refleksjami (oczywiście jeśli chcecie :)).

wtorek, 28 września 2010

"Śniadanie u Tiffany'ego. Harfa traw" - Truman Capote


Wspominałam o moich zakupach książkowych nad morzem. Mówiłam też, że w kołobrzeskiej bibliotece sprzedawano książki po złotówce. Moja towarzyszka podróży znalazła tam dla mnie zbiór dwóch krótkich powieści Trumana Capote. Bez okładki. Trochę rozlatująca się książka. Ale byłam zachwycona.

Lubię styl Trumana Capote. I chociaż z reguły nie podziwiam go za fabułę, ponieważ nie widzę w niej głębszej celowości, zachwycam się tym, jak pisze. Możliwe, że to dlatego odpływam w jego słowa, zamiast po prostu czytać.

"Śniadanie u Tiffany'ego" większość z Was pewnie kojarzy z filmem, w którym grała Audrey Hepburn. Jest to skojarzenie bardzo trafne, chociaż ciężko powiedzieć, co jest lepsze - książka czy film? Powieść czytałam dwa razy i zawsze się zastanawiałam, dlaczego filmowa Holly była przedstawiona jako postać bardzo niewinna, bez żadnych podtekstów, które mnożyły się w trakcie lektury. Ekranizacja nie jest wierna. Pewne szczegóły są zmienione, szczególnie zakończenie. Bo cokolwiek bym Capote nie przeczytała, zakończenie nigdy nie było happy endem. No, dobrze. Przeczytałam cztery jego utwory. Co nie zmienia faktu, że on balansuje gdzieś na krawędzi refleksyjnego (nie)szczęścia. A film się kończy bardzo optymistycznie, z nadzieją na lepsze jutro. Ale uwielbiam obie wersje "Śniadania u Tiffany'ego", chociaż mam wrażenie, jakbym uczestniczyła w życiu rzeczywistości po tej i po drugiej stronie lustra. Chociaż z pozoru wydaje się, że wszystko jest dokładnie tak samo.

Drugą powieścią jest "Harfa traw". Opowiada ona o życiu pewnego chłopca, Collina, i jego rodziny. Przybranej rodziny, gdyż został adoptowany przez najbardziej wpływową kobietę w miasteczku. Żył w głębokiej przyjaźni z jej siostrą, Dolly, i Murzynką, Katarzyną, która była zarówno przyjaciółką Dolly jak i kimś na kształt służącej. Oczywiście cofamy się w czasie, by poznać całą historię, powody pewnych decyzji i zrozumieć znaczenie zakończenia, które autor mistrzowsko podsumowuje jednym jedynym zdaniem, tak samo jak w "Śniadaniu". Historia próbuje nam przekazać, że czasem potrzeba odrobiny buntu, by życie stało się prostsze, a może wręcz przeciwnie, by stało się trudniejsze, ale pełniejsze.

Uwielbiam Trumana. Mam w planach przeczytać wszystko, co napisał, a kiedyś może sięgnąć po oryginał, żeby zobaczyć, jak to wygląda naprawdę. Chciałabym polecić, ale jest on dość specyficznym pisarzem i zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może się spodobać. Ale czy warto go ominąć w swoich czytelniczych planach? Sądzę, że nie. Nie warto.

niedziela, 26 września 2010

Letters to Juliet - Gary Winick (2010)

Co to znaczy być szaleńczo zakochanym? Mam wrażenie, że ja jestem. W tym momencie i w tej aktorce. Amanda Seyfried ostatnio sprawia, że mogłabym oglądać tylko filmy z nią. Już robię sobie listę zakupów filmowych. Sądzę, że książki na tym ucierpią.

"Letters to Juliet" opowiada o Sophie - Amerykance, która wyjeżdża ze swoim narzeczonym na podróż przedślubną. Niestety okazuje się, że on ma lepsze zajęcia, niż spędzanie czasu ze swoją ukochaną. Sophie poznaje w tym czasie Sekretarki Julii, które odpisują na listy napisane do szekspirowskiej bohaterki przez kobiety, którym zdarzyło się przyjechać do Werony. Sophie odnajduje list sprzed pięćdziesięciu lat i postanawia na niego odpisać. Ale nie zdaje sobie sprawy, jakie to pociągnie za sobą skutki... Że przyciągnie autorkę tego listu z powrotem do Italii.

Jest to komedia romantyczna. Słodka, zabawna, wzruszająca w scenerii Toskanii. Pełna barw i smaków. Wyzwala mnóstwo emocji. Właściwie zastanawiam się, czy moje emocje nie obudziły całego domu, ponieważ zaczęłam oglądać film ok. pierwszej w nocy.

Lubię dobre komedie romantyczne. Takie, które pozwalają wierzyć w tak wielką miłość i nie sprawiają, że ma się ochotę wymiotować od nadmiaru słodyczy. Ten film taki jest. Popłakałam się, zanosiłam śmiechem i wygrażałam pewnemu "dupkowi" (które to określenie pojawiło się na początku filmu, ale ja go nie porzuciłam, ponieważ doskonale go określało pod każdym - zarówno negatywnym jak i pozytywnym - względem).

I uwielbiam, ubóstwiam charyzmatyczne staruszki. Szczególnie gdy mówią do swoich wnuków:

Skarbie, jesteśmy rodziną, więc zrozumiesz chyba, gdy nazwę Cię idiotą.

Polecam, polecam, polecam! A teraz postaram się uspokoić. Proszę nie uważać mnie za całkiem niezrównoważoną. Jestem taka tylko w 99%.

sobota, 25 września 2010

"Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa" - Eduardo Mendoza




O Mendozie na blogach jest głośno. A może było jeszcze jakieś półtora miesiąca temu. W czasie pakowania mojej przyjaciółki (o którym miałam nie opowiadać) rzuciłam w nią "Niezwykłą podróżą Pomponiusza Flatusa", żeby wreszcie się zapoznać z tym Wybitnym Panem Pisarzem. I chociaż to jest książeczka o rozmiarach mizernych, przeczytanie jej zajęło mi... jakiś czas. Bo ja Pana Mendozy nie ogarniam, ot co.


Alternatywna historia początków naszej ery. Jezus jest urwisem, rzuca kamieniami w Bogu ducha winnego Łazarza. Józef jest nie do końca rozgarnięty. Maryja... nazbyt elokwentna i gadatliwa jak na owe czasy i jej pozycję społeczną. A Pomponiusz? Postać nader komiczna, która ma obsesję na punkcie bycia niewydarzonym filozofem. Czyli... akcja!


Józef zostaje oskarżony o zamordowanie pewnego bogacza. Jezus zgłasza się do Pomponiusza, by udowodnił, że jego ojciec jest niewinny. Więc szukają. Chodzą. Pytają. Zakochują się. Tak, tak, Jezus również. Starszy w matce - prostytutce, młodszy - w córce, przyszłej prostytutce. Po kilku(nastu) dziwnych wydarzeniach dochodzi do rozwiązania zagadki.


Doceniam autora za pomysł. Za wykonanie i odwagę. W końcu ktoś mógłby nasłać na niego Inkwizycję za takie cuda, a wiadomo, że w Hiszpanii działała najbardziej wytrwale. Jest nawet zabawnie. Ale nie zachwycająco. Spodobało mi się jedynie, że spora ilość postaci z Nowego Testamentu mieszkała w Nazarecie, po czym wszyscy się wyprowadzili i pozmieniali nazwiska. Przy córce prostytutki już wiedziałam, co z niej wyrośnie. Domyślacie się? Jeśli nie, to proszę natychmiast sięgnąć po Pana Browna i jego najsłynniejszą teorię spiskową, a nie zadawać głupie pytania!


Mam w planach przeczytanie jeszcze dwóch książek Mendozy. Mam nadzieję, że wzbudzi we mnie jakieś konkretniejsze emocje. Bo o tym wyżej zamierzałam w ogóle nie pisać. Ale chyba przypadkiem zmieniłam zdanie.

czwartek, 23 września 2010

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" - Kathryn Harrison


Czasem wydaje mi się, że historię najlepiej poznaję poprzez powieści, których akcja umieszczona jest w przeszłości i dotyczą osób, które istniały w tamtych czasach. Kathryn Harrison udowodniła mi, że to nie zawsze jest dobry sposób.

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" opowiada o wydarzeniach, które działy się w okresie panowania Króla Słońce, Ludwika XIV. Sama autorka przyznaje, że potraktowała wydarzenia historyczne (a w zasadzie okruchy tych wydarzeń, które przetrwały do czasów obecnych) dość swobodnie i nagięła fakty. Właśnie to sprawia, że opowieści nie można wierzyć pod żadnym pozorem, tylko ją poczuć.


Książka ta jest niczym baśń, gdzie występuje magia. Jednak ta jest czysta, powstała z miłości i cierpienia. Naznaczona piętnem inkwizycji, ścigana przez nią.


Marie Louise (pozostanę przy francuskim odpowiedniku imion królowej, mimo iż po przybyciu do Hiszpanii zostały one zmienione na wersję hiszpańską - Maria Luisa) i Francisca urodziły się dokładnie tego samego dnia. Czy te dwie dziewczyny, które chciały być szczęśliwe, wiedziały, jak potoczą się ich losy? Czy mogły się tego chociażby spodziewać?


Tak naprawdę niewiele je łączyło. Francisca była córką hodowcy jedwabników - Marie Louise nosiła jedwabne suknie; obie kochały swoje matki najbardziej na świecie; urodziły się tego samego dnia; matka tej pierwszej była mamką męża królowej; obie przeszły przez życie, będąc nieszczęśliwe. I umarły mniej więcej w tym samym czasie. Cóż więc skłoniło autorkę, by napisać historię, która dotyczyła ich obu? Zastanawiałam się nad tym przez całą lekturę. I właśnie wtedy popatrzyłam na tylną część okładki - przecież to takie oczywiste. Tak subtelne. Łączyło je właśnie to, że nie łączyło ich prawie nic. A i tak obie żyły w cierpieniu.


W przypadku tej powieści nie można mówić o chronologii. Narratorem jest Francisca. Opowiada o wydarzeniach tak, jakby sobie o nich w danych momentach przypominała. Łączy mgliste związki ze sobą, nie przejmując się tym, co kiedy się zdarzyło. Czasem wydaje się, jakbyśmy uczestniczyli w jej śnie. Poznajemy duchy, które wyglądają nieśmiało zza kart powieści tylko po to, by nam pokazać, że tam są, że czuwają nad pogmatwanymi uczuciami bohaterki. O niczym nie możemy wiedzieć na pewno. Ale jednak rośnie w nas przekonanie, że to ma sens.


Bo ta historia jest baśnią. Brutalną. Francisca zostaje pozbawiona swojej miłości. Marie Louise nigdy jej nie doświadcza. W obydwu rozbłyskuje iskra szaleństwa. Ale jedynie Francisca pozwala jej zamienić się w ogień. Marie Louise ją tłumi, topi w laudanum, by nie czuć, a może właśnie dlatego, by czuć.


Po raz kolejny możemy się przekonać, że życie w pałacu jest cięższe niż życie w ubogiej chacie. I po raz kolejny możemy się upewnić, że miłość nie zawsze zwycięża wszystko. Kathryn Harrison przedstawia to w niesamowity sposób. Od którego ciężko się oderwać.


Bo w chwilach bólu co nam pozostaje? Powrót do ogrodu, gdzie można tańczyć wśród drzewek pomarańczowych. Jedyna chwila, która jest naprawdę szczęśliwa i dla której czasem warto żyć.


Czy muszę mówić, że polecam? To chyba aż nazbyt oczywiste.



wtorek, 21 września 2010

Tipping the Velvet - Geoffrey Sax (2002)


Gdy tylko Kolmanka mi powiedziała, że posiada film na podstawie książki "Muskając aksamit", wiedziałam, że go obejrzę. Jak widać nie zajęło mi to dużo czasu.

Osobiście uwielbiam produkcje kostiumowe BBC. Przeważnie są one bardzo zgodne z treścią książki. Dlatego spodziewałam się, że "Tipping the Velvet" również takie będzie. Oczywiście książka, która zawiera w sobie tyle szczegółów, nie może być zekranizowana idealnie. Jednak w tym wypadku scenarzysta chyba uznał, że jak wprowadzi trochę zmian, nic się nie stanie. Bo nie stało. Świat wciąż się kręci.

Z trzech części najbardziej podobała mi się pierwsza, ponieważ była najbardziej zgodna z treścią książki, zostało wyciętych parę wątków, które nie miały większego znaczenia dla fabuły (np. gdy Nancy wysyła list do swojej siostry Alice, w którym mówi jej, że ona i Kitty są kochankami, a Alice odpisuje, że to obrzydliwe i ona nie chce słuchać takich wyznań).

Najwięcej zmian jest w części trzeciej (o drugiej wspominać nie będę, bo zarówno w książce jak i filmie podobały mi się najmniej, a poza tym główny sens został zachowany) i one bywają naprawdę drażniące. Chociaż nie sądzę, by komuś, kto nie czytał książki, one przeszkadzały. Zakończenie zostało zrobione... Szkoda nawet mówić. Całkowicie zmienione. Nie jestem fanką spojlerowania, więc nie wyjaśnię na czym owe zmiany polegały.

Zbyt szybka akcja, pomijanie wątków, a nawet ich zmienianie... Definitywnie można by zrobić z tego coś lepszego. Nie spodobało mi się też jedna rzecz, ale nawet nie wiem, jak ją nazwać. To było coś takiego, co sprawiało, że czasami miałam wrażenie, jakby cały film był jedną wielką groteską, a główna bohaterka nabijała się z widza.


Ogólnie film jest dobry. Jak każda produkcja BBC. Jednak jeśli popatrzyć na niego jako na ekranizację powieści, można mieć poważne wątpliwości.

poniedziałek, 20 września 2010

"Dziewczyny z Hex Hall" - Rachel Hawkins


Od jakiegoś czasu magii w literaturze jest aż za dużo. Książki, które o niej traktują, przeważnie pozostawiają wiele do życzenia i powielają schematy. Są cukierkowo słodkie, a ze stworzeń nocy powstaje budyń. A powinien co najmniej kebab w wykonaniu mojego ojca, po którym człowiek nie ma wyjścia i musi zionąć ogniem. Spodziewałam się (no, bądźmy ze sobą szczerzy!), że "Dziewczyny z Hex Hall" będą typową powiastką dla nastolatek, która kończy się pocałunkiem z udomowionym wampirem, bez głębszego sensu i namysłu. Nie miałam racji. Dlatego bardzo, bardzo dziękuję Vampire Slayer za to, że pozwoliła mi ją u siebie wygrać :).

Hex Hall to nie jest zwykła szkoła dla stworzeń magicznych. To bardziej poprawczak, do którego Rada wysyła tych, którzy ryzykują ujawnieniem swoich zdolności w sposób zbyt drastyczny. Uczniowie nie są grzeczni, a często kłócą się między sobą ze względu na różnice rasowe. Ale wszyscy są świadomi jednego - swojej mocy.

Gdy Sophie trafia do Hex Hall, dowiaduje się, że ona tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia o tym, czym jest magia. Wychowywana przez matkę, która jest człowiekiem, nie posiada takich informacji jak ci, którzy byli wychowywani w magicznych rodzinach. Jest to źródłem jej kłopotów. A kłopoty, jak się okazuje, ma niemałe...

Książka trafiła do mnie w idealnym momencie, gdzie spontaniczne ataki śmiechu (bo wybuchami tego nazwać nie mogę, trwały zbyt długo) były dla mnie zbawienne. Książka jest żywa, nie jest mdła, autorka bardzo dobrze tworzy magiczną atmosferę i przedstawia poszczególne rodzaje Prodigium oraz różnice między nimi. I nie chodzi tylko o gatunkowe, ale również stereotypy jakimi posługują się również w tamtym świecie, uprzedzenia rasowe i drobne złośliwości, jakie można robić innym postaciom. Można powiedzieć, że to szkoła na swój sposób amerykańska, aczkolwiek magiczna.

Napisana jest dość dobrze, czyta się ją przyjemnie, nic nie wybija z rytmu. Sama się zdziwiłam, że pochłonęłam ją jednym tchem, a miałam ją tylko zacząć. Na początku dwa razy trafiłam na moment, w którym się zastanawiałam, czy pani Hawkins nie brała lekcji pisania dla nastolatek u Meg Cabot, ale później już tego nie było. Po skończonej lekturze naszło mnie jedno skojarzenie z "Harrym Potterem". Ale poza tym uważam, że nie jest to kopia niczego innego. A nawet jeśli, to o wiele lepsza kopia niż oryginał.

Kilka drobnych niedokończonych wątków pozwala mi mniemać, iż powstanie druga część. Nie mogę się tego doczekać. Jeśli tylko będzie tak dobra jak pierwsza, stanie się moim oficjalnym poprawiaczem nastroju. I bardzo się ucieszyłam, gdy się dowiedziałam, że wspierała ją w pisaniu Becca Fitzpatrick. Chociaż "Szeptem" w porównaniu z "Hex Hall" jest... och, zmierzchowate (to potwierdza teraz wszystkie zarzuty, które starałam się odpierać).

Gorąco polecam tym, którzy nie boją się lektur dla nastolatek i chcą uśmiać się do łez.


niedziela, 19 września 2010

"Historia pana B." - Clive Barker


Spal tę książkę, zanim zaczniesz ją czytać. Inaczej zostaniesz opętany przez demona, który mieszka między jej stronami...

Lubisz książki, z których stron ktoś do Ciebie przemawia i niemal czujesz na karku jego wzrok? Gdy przewracając kartki masz wrażenie, że jest coraz bliżej Ciebie i wiesz, że gdy odwrócisz tę ostatnią, zabije Cię?

Czy lubisz historie, które mówią o największych Tajemnicach? Pokazują, w jaki sposób działa współpraca Piekła i Nieba? Lubisz czytać o różnych torturach, o kąpielach w krwi niemowląt? O mordowaniu i paleniu ludzi? O każdej najmniejszej cząstce ciała odcinanej po kolei tak, by sprawić jak największy ból?

Jakabok, czyli pan B., potrafi zrobić dwa tysiące dziewięć nacięć na ludzkim (kobiecym) ciele, zanim ofiara umrze. I jeśli nie spalisz tej książki, obiecuje zrobić to samo Tobie.

Jeśli tylko się nie boisz, przeczytaj jego historię. Wciągnie Cię w swój świat, zdradzi Ci sekrety, o których nie możesz wspominać, bo Opaczność ma doskonałe narzędzia do wynajdywania herezji... I dowiesz się, do czego posłużył wynalazek Gutenberga.

Ja już nie przestąpię bram Raju, ponieważ, jak widać, jej nie spaliłam.

Gorąco polecam. Czegoś tak niesamowitego, w niesamowity sposób napisanego i wydanego, jeszcze nie czytałam. Chociaż Jakabok się mylił w stosunku do mnie.


Edit.

Powstała petycja, by pozostała zerowa stawka VAT na książki. Zachęcam do podpisywania.

sobota, 18 września 2010

Kocham, lubię, szanuję...

Nowa zabawa blogowa mnie zafascynowała. Co prawda mam sklerozę i nie umiem czytać komentarzy, dlatego zapomniałam, że Aria mnie zaprosiła. Więc bardzo przepraszam za ten błąd ;). Wybaczyłaś mi, prawda? ;).


1. Książki, filmy, seriale i cały ten magiczny świat, który pozwala mi odpłynąć w niebyt. W to również wliczają się rozmowy nocą, oszałamiająca muzyka i myśli uciekające gdzieś w przestworza, z których, zawsze mam nadzieję, nigdy nie powrócą.

2. Koty. Najwspanialsze zwierzęta na świecie. Niezależne i przywiązujące się do człowieka bardziej niż psy. Nie kochają ślepo. I z niewyjaśnionych przyczyn lubią mnie bardziej niż innych ludzi.


3. Kuchnia japońska. Sushi, sashimi, misoshiru, sałatka z glonów wakame i te obrzydliwie słodkie desery, o których marzę na nowo. Oraz tempura. W zasadzie mogłab
ym się nie żywić niczym innym. Marzę o spróbowaniu ryby fugu, ale niestety jeszcze mnie na to nie stać. No, nie wspominając o ślicznych kolorowych bento.

4. Niemcy, Niemców, język niemiecki, niemiecką muzykę, niemiecką poezję, niemiecki Berlin i każde opowiadanie osadzone w Niemczech, które napisałam. Pozwolili mi oni popatrzeć na świat zupełnie inaczej i znalazłam swoją drogę.

5. Języki obce. Gdybym miała wymienić, których chcę się nauczyć, zajęłoby mi to dużo czasu. Jednak niepodważalnie jest jeden, którego nie znoszę. Jest to angielski.

6. Daleki Wschód. Kultura. Religie. Kuchnia. Literatura. Ludzie. Historie. Najchętniej bym tam pojechała i nie wracała. Europa wydaje się przy nim taka blada...

7. Nienormalność. Każda rzecz, myśl, słowo, zachowanie, które innych irytuje i mówią: Oszalałaś?! Oni by się tego wstydzili, a ja tylko stwierdzam, że to interesujące. Im bardziej nietypowa rzecz, tym większa szansa, że ją pokocham.
8. Moda. Ale wyłącznie ta z wybiegów. I nie przenoszona do życia codziennego. Z naciskiem na torebki i swetry. Dwie moje małe obsesje. A ostatnio buty na obcasie.


9. Komputery i Internet. Pozwalają mi być blisko z osobami, które na co dzień są ode mnie oddalone o setki kilometrów. Mogę prowadzić życie towarzyskie, nie wychodząc z domu. Idealne rozwiązanie dla takiej osoby jak ja.

10. Dobra herbata, gorąca biała czekolada i wielki kubek, z którego można je pić. A do tego wszystko inne co lubię. Rozmowa z kimś wspaniałym, książka, czy film. A to wszystko można zrobić bez podnoszenia się z fotela. Nawet wyjechać na drugi koniec świata...




...i oczywiście bezkonkurencyjne są moje sny - je zawsze będę lubić naj, naj, najbardziej ^^.

piątek, 17 września 2010

"Mechanizm serca" - Mathias Malzieu


A już nasze babcie mówiły: Nie oceniaj książki po okładce, ani nawet po opisie z okładki! Może należało się zastosować do tej starej rady i przejść obok "Mechanizmu serca" obojętnie. Ale w końcu po czym rozpoznać, że chce się przeczytać daną książkę? Jakieś kryterium być musi. Ta książka się w nie bardzo dobrze wpasowała.

Jack urodził się najzimniejszym dniu w dziejach świata. Jego serce zamarzło, więc pewna kobieta, która odbierała porody prostytutek, wstawiła mu zegar, żeby dzięki niemu serce działało. Dbała o niego, chciała go uchronić przed całym złem świata. Ale pewnego dnia zabrała go do miasta, gdzie Jack się zakochał... Po pewnym przykrym wypadku musiał uciekać. Wyruszył wtedy w poszukiwanie ukochanej, zawieszając swoje życie na włosku...

Faktycznie jest to baśń dla dorosłych. Jest tam seks, jednocześnie jawny i ukryty pod warstwą słów. Jest cudowna kobieta i rywal do jej serca. Miłość absolutna w wydaniu trzech osób. Odrobina poezji. Ukryta recepta na życie. Czemu więc mi się nie podobało?

Ciężko to stwierdzić. Brakuje mi tutaj jednoznaczności. Głębszego sensu. Myślenia. Tak, myślenia. Bohater jest lekkomyślny, kieruje się pożądaniem. Może nawet myli je z miłością. W wieku czternastu lat (czy może już piętnastu) spędza upojne noce ze swoją ukochaną, która wcale od niego starsza nie jest. I nie potrafi być wobec niej szczery. To ich niszczy, bo ona naprawdę go kocha, ale nie chce być oszukiwana. Niemiłosiernie mnie to denerwowało. I denerwuje wciąż. Jestem zawiedziona.

Porównania do "Małego Księcia" są stanowczo przesadzone. Książka ma swój urok, ale nie dostrzegam w niej tego, co powinna podobno przekazywać.

Jeśli ktoś jednak chce ją przeczytać, radzę ją wziąć wieczorem, słuchając piosenek z musicalu Notre Dame de Paris. Im zimniejsza noc - tym lepiej. Obok kubek gorącej czekolady (tej ulubionej) i karteczka, na której można zapisać kilka zdań. Bo jednak można znaleźć tam cytaty, które zachwycą. Ja mam taki jeden.

Tej nocy wdrapię się na księżyc, ułożę się na rogaliku jak w hamaku i wcale nie będę musiała zasypiać, żeby śnić.

czwartek, 16 września 2010

"Muskając aksamit" - Sarah Waters


Pragnęłam przeczytać tę książkę od dość długiego czasu. Już na urodziny liczyłam, że ją dostanę, ale nie wyszło. Dopiero teraz, przed wyjazdem nad morze, kupiłam ją.

Jest to książka o lesbijkach z epoki wiktoriańskiej. Córka sprzedawcy ostryg poznaje artystkę sceniczną Kitty i się w niej zakochuje. Pewnego dnia się zaprzyjaźniają i razem wyjeżdżają do Londynu, gdzie Nancy jest jej garderobianą. W końcu okazuje się, że Kitty też się w niej zakochała i spędzają ze sobą upojne noce. Później razem występują na scenie.

Niestety to nie trwa długo. Zraniona Nancy odchodzi, tracąc wszystko, a gdy zaczyna sobie budować życie na nowo - niszczy je sobie po raz kolejny. W tej książce jest mnóstwo perwersji.

Do połowy książka mi się podobała. Nawet bardzo. Dopiero później się zawiodłam, gdy doszłam do wniosku, że autorka nie bardzo wiedziała, co chce zrobić z tym, co zaczęła. "Muskając aksamit" jest napisane w taki sposób, że w pewnym momencie ma się wrażenie, że w Anglii u schyłku XIX wieku prawie wszystkie kobiety były lesbijkami, a mężczyźni gejami gustującymi w młodych chłopcach. Wydało mi się podejrzane, że Nancy na każdym kroku spotykała inne kobiety takie jak ona.

Książka zmusiła mnie do pewnych przemyśleń. Nie mogę jednoznacznie jej skrytykować, ponieważ nie jest zła. Mimo wad mi się podobała, chociaż nie sądzę, bym kiedykolwiek się nią zachwyciła.

Na szczęście moje pragnienie jej przeczytania zostało zaspokojone i mogę już być spokojna ;).
O ile ostatnio twierdziłam, że dawno nie czytałam nic wydawnictwa Prószyński, teraz miałam trzy książki na raz. Ojej.

środa, 15 września 2010

"Wróżby z koronek" - Brunonia Barry


Książka o niesamowicie pięknej okładce i interesującej historii kobiet wywodzących się z Salem.

Towner straciła swoją bliźniaczą siostrę przez to, co zobaczyła w koronce. Od tej pory przestała wróżyć i wylądowała w zakładzie psychiatrycznym. Jej matka jest niebezpieczna, gdy ktoś próbuje wtargnąć w jej świat. A ciotka nagle umiera.

Historia jest pełna wróżb, porad, retrospekcji. Poszczególne wątki są króciutkie. Styl pusty (w sensie emocjonalnym). Z biegiem wydarzeń poznajemy zarówno przeszłość jak i teraźniejszość, a czasami przyszłość. Dookoła otaczają nas członkowie sekty, czarownice oraz osoby zafascynowane tymi ostatnimi. Ale to właśnie Towner prowadzi nas za rękę w świat, który sama zaczyna na nowo poznawać, chociaż chce z niego uciec.

Oczywiście to wszystko tylko pozory, ponieważ prawdziwa historia jest zupełnie inna. Ale do niej trzeba dotrzeć. Autorka nie podaje nam jej na tacy - każe nam wyruszyć w podróż z Towner poza granice świadomości, gdzie odkrywamy mroczne sekrety. Na końcu znalazłam usprawiedliwienie dla tego stylu, w jakim jest napisana (a może przetłumaczona?) książka.

Dopóki się nie dotrze do końca, książka może zawieść. Dopiero w ostatnich stronach dostrzegłam, 0 co w tym wszystkim chodzi.

Nie wiem, czy polecam. Niewątpliwie ma coś w sobie, ale jeszcze ciężko mi określić, co to dokładnie jest. Jednak warto znać każdą książkę, jaka by ona nie była.

wtorek, 14 września 2010

"Obłęd serca" - Chelsea Cain


Wśród natłoku tanich książek wpadła mi w ręce (i serce) właśnie ta. Cytat na okładce mnie opętał, sprawił, że nie mogłam się jej oprzeć. Wpadłam. Po prostu. To miłość. I nie radzę w to wątpić, bo zabiję, a następnie wytnę skalpelem serce...

Gretchen Lowell to psychopatka. Lubiła zabijać ludzi, miała na koncie prawie dwieście morderstw. Jej jubileuszowym, dwusetnym, miał być Archie Sheridan - detektyw, który poszukiwał jej od lat. Ale... on wybił jej to z głowy. Torturowany. Martwy i przywrócony do życia. Miał zginąć. Ale Gretchen nagle zmieniła zdanie. Zadzwoniła na pogotowie. I została aresztowana.

Archie był w stanie spoczynku do momentu, gdy na horyzoncie pojawił się kolejny seryjny morderca. Zgodził się powrócić do pracy. Wzbudzało to sensację. Uzależniony od lekarstw, sławny... i co niedzielę odwiedzający w więzieniu swoją własną psychopatkę.

Przyznam, że książka nie jest jakaś szczególnie wybitna, ale bardzo dobra. Rozwiązanie zagadki drugiego mordercy nie jest trudne, ale za to Gretchen... Uwielbiam ją. Naprawdę świetna postać. Niezwykle inteligentna, piękna i, oczywiście, psychopatyczna. Nawet będąc w więzieniu potrafiła manipulować ludźmi.
Typowy przykład syndromu sztokholmskiego, zresztą autorka przytacza historię, z której się wzięła ta nazwa. Jednak jest pewna osoba, która ma nad nią pewną władzę - Archie.

To pierwsza część trylogii. W Polsce ukazały się dopiero dwie części, obie nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. W drugiej części Gretchen z niewyjaśnionych przyczyn wychodzi z więzienia. Szczerze nie mogę się doczekać, aż przeczytam ten drugi tom. Z pewnością będzie tam więcej o mojej ukochanej seryjnej morderczyni. A "Obłęd serca" wszystkim gorąco polecam. Bardzo gorąco. Z całego serca.

poniedziałek, 13 września 2010

"Władca równin" - Javier Yanes


Uke była ukochaną córką swojego ojca, która za nic miała konwenanse. Unikała oficjalnych przyjęć i wolała włóczyć się po górach. Jednak na jednej z takich imprez poznała Hamisha - czarującego Szkota. W krótkim czasie się zakochała, a ukochany wyjechał. Okazało się, że Uke była w ciąży.

Po latach, przeżywając wojnę, ucieczkę i utratę niemal wszystkiego, wraca wraz z ojcem do Lux Domini, gdzie spędziła całe życie. Tam starzeje się i patrzy, jak rośnie jej syn, a następnie wnuk. Właśnie ten ostatni jest jedyną osobą, z którą może rozmawiać o Hamishu i Afryce. Opowiada mu historię swojej miłości, jednak dbając o to, by zachować pewne szczegóły dla siebie. W Curro rośnie miłość do nieznanego dziadka. Nagle Uke umiera.

W tym momencie wszystko ulega zmianie. Hamish pojawia się w Lux Domini, nieświadom tego, że miał syna, który można powiedzieć, że go nienawidzi. Jednak mały Curro oddaje dziadkowi swoje serce i zdradza sekret jego ojcostwa. Gdy Hamish wyjeżdża, rodzina ulega rozbiciu.

Mijają kolejne lata. Teraz wszyscy są dorośli i Curro nagle się dowiaduje, że Lux Domini ma zostać sprzedane. Chce uratować ten dom i w tamtej chwili wpadają w jego ręce listy. Postanawia wyruszyć na poszukiwania Hamisha.

To tylko oś, wokół której kręci się cała akcja. Ciężko jest powiedzieć, jaka jest dokładnie fabuła tej książki. Mamy wielu bohaterów, którzy są całkiem nieźle skonstruowani oraz wiele wątków. Na okładce książki jest napisane, że to fascynująca afrykańska love story. Nie zgadzam się z tym, ponieważ to zdanie ją spłaszcza, sprowadza do poziomu niewiele wartych czytadeł. A "Władca równin" jest piękną historią, przemyślaną i wciągającą. Język autora jest dość bogaty i barwny, co sprawia, że czasem książka spowalnia, a czasem przyspiesza. Poza tym nie jest to jedynie historia rodziny i poszukiwań dziadka. Poznajemy tutaj Hiszpanię, Kenię i wojenną Austrię. Pozornie nieistotne wątki składają się w całość.

Jestem zachwycona "Władcą równin". Naprawdę. Ma swoje wady (chociażby momentami ten język), ale zalety zdecydowanie je przesłaniają. Zabawne dialogi, opisy sytuacji politycznej Kenii i bohaterowie - ze swoimi wszystkimi cechami. A kobiety? Są tutaj naprawdę wspaniałe. Wybijają się z kart powieści i dodają jej smaczku oraz pikanterii.

Polecam.


Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Prószyński i S-ka za co dziękuję.

niedziela, 12 września 2010

Czym różni się śliwka od kota. Książki. I o tym, który Ją tak bardzo kocha... - czyli Alina wraca z wakacji.

Ostatnie dwa tygodnie były interesujące. Właśnie tyle mnie nie było w domu, a połowę tego czasu spędziłam z przyjaciółką nad morzem. Gdy tylko weszłam do domu, od razu poszłam do komputera i nagle poczułam się tutaj tak obco... Ale na razie to naprawiam. Wykredowana uradowała mnie informacją, że wygrałam u niej książkę. Czy mogłoby być przyjemniejsze powitanie? Oczywiście oprócz tego, że ojciec otworzył mi drzwi do domu, trzymając drewnianą lagę ;). Wciąż mi się chce śmiać, gdy o tym myślę. Przecież to normalne, gdy ktoś dzwoni grubo po dwudziestej trzeciej do drzwi jak opętany ;).

Jeśli ktoś chce wyjechać na urlop nad nasze wspaniałe polskie morze, bez najmniejszego wahania polecę mu Kołobrzeg. Nigdy nie doceniałam tego miasteczka, nie zdając sobie sprawy z jego rozmiarów. Myślałam, że jest wielki. A to takie urocze miejsce, gdzie ciężko znaleźć jest sklep, w którym przyjmują karty płatnicze. Po Krakowie to ciężki szok. Naprawdę. Z niemal każdego miejsca jest blisko do plaży, morze daleko od brzegu nie jest głębokie. Cudowne molo i latarnia morska. Nie spędziłam na plaży wiele czasu, głównie spacery. Dopiero w sobotę popołudniem postanowiłam zapracować na swoje zapalenie płuc. Wygląda na to, że mi się nie udało.

Chodząc po Kołobrzegu, naszło mnie spostrzeżenie, że jest tam więcej Niemców niż w Berlinie. Ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu rozumiałam wszystko, co mówili. To raj, raj, raj.

Ale prawdziwym rajem jest taki sklep z rękodziełem, który nazywa się "Pod Aniołem". Właśnie tam znajduje się śliwkot. A cóż to takiego?

To podobno jest gliniany i glazurowany na śliwkowo kot. Tyle że moim zdaniem ten kot to śliwka z ogonkiem i robaczkiem majdającym nóżkami. Moja przyjaciółka śmie uważać, że to jest kot. Po trzech dniach kłótni na ten temat doszłyśmy do niejakiego porozumienia, nazywając ową figurkę śliwkotem. Niestety zdjęcia nie mam. Ale wolałabym go nie pokazywać i tak, gdyż mogłabym zostać zdołowana Waszym stwierdzeniem, że to faktycznie jest kot. A to by bolało ;). Była tam jeszcze fugur(k)a Anielicy z Diabłem. Ona siedzi Mu na kolanach, ma smutną twarz. Oboje mają zamknięte oczy. A wyraz jego twarzy... On Ją tak bardzo kocha...

Nie kupiłam tylko dlatego, że kosztowali 195 zł. A to było jedno z niewielu miejsc, gdzie można płacić kartą. Jeśli ktoś chce mi Ich sprezentować - nie obrażę się ;).

I oczywiście nie obyło się bez książkowych podboi. Wyjechałam z domu z "Władcą równin", "Wróżbami z koronek" i "Powrotem Niani". W międzyczasie zamówiłam w Empiku "Muskając aksamit". Odwiedziłam ten w Galerii Krakowskiej i przy okazji zapytałam, czy mają w salonie. Mieli, więc kupiłam i anulowałam powyższe zamówienie. Czyli pojechałam do Kołobrzegu z czterema (swoimi - oprócz "Wróżb") książkami. I zmusiłam przyjaciółkę, żeby wzięła "kilka" swoich (o tym, jak wyglądało jej pakowanie, opowiadać nie będę ;)). Zapas miałyśmy spory na te sześć dni. Jednak my, książkoholiczki, nie obeszłyśmy się tylko tym, co wzięłyśmy...

W Kołobrzegu jest biblioteka, gdzie sprzedawali stare książki po złotówce. Tam zostało odnalezione "Śniadanie u Tiffany'ego. Harfa Traw" Trumana Capote oraz "Irmina" Domagalika. To tylko moje, o jej zakupach wspominać nie będę. Jest też w tym mieście wspaniała Tania Książka. Nie dość, że sprzedawca zna się na swoim fachu jak nikt inny, to jeszcze książki ma wspaniałe, a ceny bardzo dobre. Najpierw kupiłam "Obłęd serca", w którym z miejsca się zakochałam i ta miłość po przeczytaniu wciąż trwa, a w ostatnim dniu jeszcze "Tysiąc drzewek pomarańczowych" (które i tak zamierzałam prędzej czy później nabyć) i książkę, którą należy spalić przed przeczytaniem. Przynajmniej tak brzmi pierwsze zdanie. Jej tytuł to "Historia Pana B.".

Nie wiem, jakim cudem domknęłam walizkę.

Wakacje są udane. Morze zaliczone po ponad pięciu latach abstynencji. Książki czytane, a stosik, zamiast się zmniejszać, rośnie. A niedługo pora zacząć studia...

Serdecznie Wam dziękuję za życzenia udanego wyjazdu. Wspominałam je, i Was, codziennie. Teraz nadrobię zaległości na Waszych blogach, a jutro możecie się spodziewać recenzji "Władcy równin", który, mogę to już powiedzieć, jest książką niesamowitą.

Ale czy po tylu (nastu) godzinach pociągiem nie powinnam iść spać? Nie. Definitywnie Wasze blogi są ważniejsze ;).

niedziela, 5 września 2010

Przerwa.

Jutro wyjeżdżam (wreszcie!) na wakacje. Nie będzie mnie jakiś tydzień.

A ze swojej strony życzę Wam owocnego czytania :)).

czwartek, 2 września 2010

"Jestem kotem" - Sōseki Natsume


Jak można się domyślić po tytule, narratorem jest kot. Przybywa on jeszcze jako kociak do domu pewnego nauczyciela i już tam zostaje. Prowadzi obserwacje na temat gospodarza, jego znajomych i rodziny, uzupełniając je własnymi przemyśleniami, bo, jak sam twierdzi, jest kotem wykształconym, który wie o wielu rzeczach.

Kot nie ma imienia. Przez dwa lata żyje w domu profesora Kushami, podsłuchując jego rozmowy z kolegami oraz innymi postaciami, które sporadycznie pojawiają się na kartach książki. Akcja (o ile można tutaj mówić o akcji) toczy się w domu profesora i jego okolicach. Najdalszym miejscem, w które zapuszcza się kot (a i to jednorazowo), jest łaźnia.

Natsume naśmiewa się z inteligencji w okresie wojny japońsko-rosyjskiej. Powieść składa się z dialogów między bohaterami, które przesycone są osobliwą ironią, oraz przemyśleń kota, który uwielbia filozofować (a, jak mówiła moja nauczycielka filozofii w liceum, filozofowanie nie ma z filozofią nic wspólnego). Najciekawszą postacią tutaj jest Meitei, który uwielbia wręcz żartowa
ć sobie z innych w taki sposób, że od razu mu wierzą i podpuszcza ich, by zrobili coś, czego zdecydowanie robić nie powinni.

Książka to satyra, co można bez problemu zauważy
ć. Można się uśmiać z "ofiar" Meiteia oraz perypetii kota, a także nietowarzyskiej postawy gospodarza. I popatrzyć inaczej na przenikanie się kultury japońskiej i europejskiej - co jest szkodą, a co zaletą dla cywilizacji. Polecam.

środa, 1 września 2010

"Akademia Pana Kleksa" - Jan Brzechwa


Któż nie słyszał o tej książce? To chyba jedna z najciekawszych lektur w szkole podstawowej, po którą sięgnęłam dopiero wiele lat później, nic sobie nie robiąc z obowiązku czytania niektórych tekstów. To nie był najlepszy pomysł, chociaż nie wiem, czy wtedy bym ją tak bardzo doceniła.

Adam zostaje wysłany do szkoły pana Kleksa. Jest to miejsce pełne osobliwości, gdzie królują bajki oraz różne fantastyczne wydarzenia. Chłopiec opowiada nam o tym, co się tam dzieje. O szklanych kulkach, z których tworzy się posiłki; powiększającej pompce; uczniach, których imiona zawsze zaczynają się wyłącznie na literę A; szpaku Mateuszu, który wymawia tylko końcówki wyrazów; drzwiach do bajek; lusterkach snów; sennych pastylkach. Poznajemy również samego pana Kleksa, który jest wielkim miłośnikiem piegów i uczy... właściwie uczy bycia dobrym dzieckiem. Dzieckiem w kolorowej krainie pełnej tajemnic i ciekawych wydarzeń.

Jest to opowieść niesamowicie barwna i ciekawa. Każde dziecko powinno ją obowiązkowo poznać. Jednak również dorośli będą się nią zachwyca
ć z powodu możliwości powrotu do dziecięcego świata, gdzie nadyma się policzki, by móc unieść się w powietrze. Oraz docenić humor autora na samym końcu historii, który doprowadził mnie do śmiechu. Takiej książki nie sposób nie pokochać albo przynajmniej polubić.




Przeglądałam dzisiaj podręcznik do czwartej klasy podstawówki. Byłam bardzo mile zaskoczona doborem tekstów. Niewiele się on zmienił od czasów, gdy ja korzystałam z podręcznika tego samego wydawnictwa. Doszedł "Mikołajek", niektóre wiersze uległy zmianom - na lepsze. Z sentymentem przeglądałam historie, które autorzy tam umieścili i szeroko się uśmiechałam, widząc te, które sama czytałam, gdy byłam w czwartej klasie. Czy to znaczy, że się starzeję? Sentymenty zaczynają mnie ogarnia
ć, a mnie to cieszy. Chyba przeczytam ten podręcznik, szczególnie, że jest tam jedna baśń chińska, którą bardzo miło wspominam. Chcę wrócić do tamtego czasu...