piątek, 30 lipca 2010

"Taniec w skorupkach" - Tomek Tryzna


Lubię Tomka Tryznę. Lubię jego twórczość. Pisze dziwnie, surrealistycznie i często trzeba się zastanawiać, co jest snem, a co rzeczywistością. Z powodu tej sympatii, tego czegoś nieokreślonego, kupiłam prawie rok temu (minie on za trzynaście dni, jak uroczo) "Taniec w skorupkach". Opis w Empiku zachęcał, a ja bardzo chciałam przeczytać. To było rozczarowanie. Wielkie rozczarowanie.

Ktoś mógłby zapytać, dlaczego zwlekałam rok z zagłębieniem się w tę książkę. Oczywiście. Jest to fotoproza, jak sam Tryzna nazwał ów nowy gatunek. Mało treści, dużo zdjęć. Niewyraźnych, małych. To takie tryznowskie, więc nie poczułam się zaskoczona ich wątpliwymi walorami artystycznymi. Jednak fakt, że jest tak mało treści, sprawiał, że uważałam, iż potrzeba zagłębienia się w fotografie i wyciągnięcia z nich sensu. Niestety. Nic to nie dało. Gdy znalazłam czas i ochotę na "Taniec w skorupkach", pozostało mi tylko tęsknić za "Bladym Niko", po którego sięgnę za jakiś czas.

O czym opowiada książka? O chłopcu, który brał narkotyki, ponieważ jakiś mafiozo zakochał się w jego kuzynce. Jednak pewnego dnia odkrył, że z tym skończy, a zacznie fotografować. Główną tezą bohatera było "Jestem sławnym idiotą i w związku z tym nic nie wiem i na niczym się nie znam". Szukał muzy. Szukał czegoś, co pomogłoby mu odnaleźć siebie. Ale ja nie znalazłam wiele sensu w jego zachowaniu i w zachowaniu innych. Polska rzeczywistość w krzywym zwierciadle.

Książka ciekawa pod względem formy. Pod względem treści może po przeczytaniu jej dziesięć razy. Ja na razie mam za sobą pierwszy. Zobaczymy, co będzie dalej.

czwartek, 29 lipca 2010

Moja nowa zabaweczka ;).

Śliczna, nieprawdaż? Nareszcie spełniło się moje odwieczne marzenie i mam Internet w telefonie! Porządny aparat, lampę błyskową. Wreszcie będę się mogła chwalić swoimi stosikami. Albo raczej tym jednym gigantycznym...

środa, 28 lipca 2010

"Lodowa pułapka" - Kitty Sewell


Od momentu w którym zrezygnowałam z filologi szwedzkiej, wszędzie widzę coś związanego z tym krajem. Szczególnie literaturę. Na blogach aż się roi od kryminałów i innych książek. I sama wpadłam w sidła. Dopiero teraz, po przeczytaniu "Lodowej pułapki", uświadomiłam sobie, że przypadkiem wpadła mi w ręce książka, której autorka jest ze... Szwecji właśnie. Czy Wy też macie czasem wrażenie, że coś Was prześladuje?

Dafydd (przez całą powieść czytałam jego imię "Dygfryd", co doprowadzało mnie do szału) jest lekarzem - szczęśliwym lekarzem z kochającą żoną i dużym domem. Jednak ich problemem jest to, że Isabel nie może zajść w ciążę, ale bardzo pragnie dziecka. Pogodziliby się z tym, gdyby pewnego dnia nie przyszedł do nich list od trzynastoletniej dziewczynki, która mówi, że Dafydd jest jej ojcem i, żeby dopełnić czary goryczy, ma ona brata bliźniaka.

W tym momencie wszystko się komplikuje. Isabel nie chce się z nim porozumieć i wziąć do siebie tłumaczeń, że on nie spał z Sheilą i Dafydd za wszelką cenę próbuje wymyślić, w jaki sposób Sheila zdobyła jego spermę. Wydarzenia z roku 2006 (czas obecny) przeplatają się w pierwszej części książki z rokiem 1992. Autorce te przeskoki nie wyszły źle, chociaż czasami coś zgrzytało w trakcie czytania.

Napis na okładce brzmi "Nastrojowy i głęboko wzruszający dramat rodzinny". Nie zgadzam się w pełni. Nie poczułam tam żadnego nastroju, ani tym bardziej zimna panującego Moose Creek, a dramat był tak naciągany, że nawet nie wart wspomnienia. Główny bohater jest całkowicie niemęski. Ma lęki przed seksem i ciągle sobie wypomina, że przecież już dawno nie jest prawiczkiem, więc dlaczego się boi, kocha swoją żonę i dziewczynę, z którą spędził zaledwie parę dni, co skończyło się w łóżku, nie ma charakteru. Jest sztywny i za nic nie łamie swoich zasad. I nie byłoby to złe, gdyby nie był opisany w taki sposób... To naprawdę ciężki przypadek.

Nie wiem, czy zaletą książki są kreacje kobiet. Każda chce się przespać z Dafyddem, w większości są silne, wyzwolone seksualnie i jednocześnie jakby ponad fabułą. Sheila to... och, nie da się tego inaczej powiedzieć... najwredniejsza baba, o jakiej kiedykolwiek czytałam. Zero pozytywnych cech.

Wątek spiskowy jest przewidywalny. Po przebrnięciu połowy książki bez problemu można wszystko odgadnąć. Na szczęście autorka jest konsekwentna i kończy każdy wątek, który rozpoczęła. Przez to powieść jest spójna.

Na uwagę zasługują opisy przyrody i sposoby przetrwania w czasie arktycznej zimy. To chyba jedyna prawdziwa zaleta książki.

Nie polecam, nie odradzam. Z pewnością zasługuje na uwagę, ponieważ nie jest taka zła, ale w niektórych momentach po prostu denerwująca. Ma się ochotę szarpnąć bohaterem i kazać mu wziąć się w garść. Jednak jest oczywiste, że to by nie poskutkowało.


Zarejestrowanie się na stronie tego wydawnictwa może sprawić, iż wygracie jakieś nagrody. Jeśli ktoś chce, zapraszam ;).

poniedziałek, 26 lipca 2010

Alice in Wonderland - Tim Burton (2010)


W moim życiu dzieje się coś tak przezabawnego, że nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie zostać przypadkiem psychologiem a nie "germanistką translatoryczną", ponieważ obserwowanie zachowań niektórych ludzi sprawia, iż nie wiem, o co im chodzi, gdy sytuacja jest oczywista, a oni wszystko przeinaczają.

Sądzę, że idealnym filmem w tym momencie była "Alicja...". Dlatego z C.S. usiadłyśmy przed swoimi monitorami i obejrzałyśmy ją razem po raz trzeci. Nie oglądałam wielu filmów Tima Burtona, ale bardzo mi się podobały. Wszystkie. Nawet "Demoniczny golibroda", który był totalnie bez sensu, ale coś w sobie miał (tak, John
ny'ego Deep'a). Jednym z nich był mój ulubiony film z dzieciństwa - "Marsjanie atakują!". Ale "Alicja..." to jest coś niesamowitego. Gdyby to było dokładne odwzorowanie książki, byłaby kiepska. Ale to jest wariacja na temat fabuły, doskonała obsada, pomysł i garść szaleństwa (bo o szczypcie ciężko tutaj mówić).

Już jakiś czas temu, gdy oglądałyśmy drugi raz, dopasowywałyśmy postacie do ich alter ego w Krainie Czarów. Ten film jest wielowymiarowy, za każdym razem można zobaczyć coś innego. Gdyby ktoś uznał, że jest nudny i kiepski - chyba pozbawiłabym siebie swojej własnej tolerancji i nazwałabym tego kogoś głupim. Po prostu nie da się tak stwierdzić. Nie wierzę w taką możliwość. "Alicja..." pokazuje, że ludzie są różni, ale to jest zaleta. Wyrwanie się z obowiązujących kanonów nie jest niczym złym. Warto być wyjątkowym.

I nie można nie wspomnieć o Johnny'm Deep'ie. Dopiero w tym filmie go doceniłam i polubiłam. Wcześniej wydawał mi się przereklamowanym aktorem (sic!), który ma po prostu ładną buźkę. Teraz go uwielbiam.
O "Alicji w Krainie Czarów" nie da się napisać składnie. Zawiera ona w sobie za dużo, można by na jej temat napisać całą książkę. O znaczeniu i poszczególnych scenach, gdy rozebrać je na części pierwsze. Jeśli ktoś nie widział tego filmu, gorąco polecam.

A poza tym Kapelusznik i Alicja są sobie przeznaczeni. Tylko czemu ona go opuściła, och, czemu?


piątek, 23 lipca 2010

"Przyjaciółki@it" - Alessandra Appiano


Jest za gorąco, żeby myśleć. Żeby jeść. Żeby oddychać. Żeby leżeć w łóżku. Żeby siedzieć przed komputerem. Żeby nie siedzieć przed komputerem... A szczególnie za gorąco, żeby czytać. Przez tę okropną pogodę odechciewa mi się wszystkiego. Ma to jednak swoje plusy - odechciało mi się tycia coraz bardziej i postanowiłam przejść na dietę. Dziwną, nienormalną, przez którą jęczę, że jestem głodna. Ale jest w porządku. Przynajmniej coś robię. No i zmusiłam się do przeczytania książki. Niespełna 160 stron czytałam przez cały dzień. Ale ją zmęczyłam. Nareszcie. Po pół roku chyba najwyższy czas?

"Przyjaciółki@it" opowiadają o pięciu kobietach. Na początku wydaje się, że to będą trzy, wszystkie wyrwane z kontekstu, chociaż połączone ze sobą. Daria i Ilaria są internetowymi przyjaciółkami. Roberta pracuje z Ilarią. Później pojawiają się Danila (przyjaciółka Roberty) i Mariana (jeszcze szkolna koleżanka Ilarii). Jedynie Roberta nie przekroczyła jeszcze trzydziestki.

O czym opowiada książka? Nie wiem. Nie doszłam jeszcze do tego. Moim zdaniem jest to historyjka, żeby tylko coś napisać, bez głębszego sensu. Na upartego można powiedzieć, że mówi o docenianiu własnej kobiecości i wartości jako wspaniałej osoby. Rezygnowaniu z toksycznych związków z okropnymi mężczyznami, by zacząć na nowo i znaleźć prawdziwą miłość, przyjaźń i szczęście. Jednak mi się to pojawiło dopiero w momencie, gdy robiłam wszystko, żeby nadać książce jakiś sens. Jest napisana w sposób pogmatwany, można się pogubić, dopóki się nie opanuje, kto jest kim i z kim, dlaczego i po co. A to wbrew pozorom nie jest takie proste. Podchodziłam do tej pozycji trzykrotnie i dopiero teraz mam mgliste pojęcie, co się tam dzieje, ale wciąż nie rozumiem, dlaczego.

Ciężko powiedzieć, czy polecam tę książkę. Może komuś się spodoba. Ale mi nie. Gdyby ktoś ją napisał na nowo, chętnie bym przeczytała, jednak w tym wypadku pozostaje mi tylko sięgnąć po coś innego (jeśli znowu najdzie mnie ochota na czytanie. A tak w ogóle odkryłam, że chciałabym kupować książki, a jeszcze nie przeczytałam tego, co mam. Ale chyba nie tylko ja tak mam?).

wtorek, 20 lipca 2010

Łańcuszek.

Za ultramarynowana przez Łańcuszek... To znaczy załańcuszkowana przez Ultramarynę pochwalę się swoimi odpowiedziami na następujące pytania:

1. Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?

Japonia - "Bezsenność w Tokio" Bruczkowskiego oraz "Sushi i sashimi".
Chiny - wszystko Lisy See.
Bali, Malaje, Cejlon - wpływ Rani Manickiej.
Nowy Jork - "Plotkara" Cecily von Ziegesar.
Stambuł - "Historyk" Elizabeth Kostovy", "Muzeum niewinności" Pamuka.
Transylwania - to chyba oczywiste.
Moskwa - "Mistrz i Małgorzata".
Egipt - "Niedościgniona Kleopatra".
Paryż - "Spóźnieni kochankowie".
Bikini - no... "Bikini" Wiśniewskiego.
Monachium, Drezno - "S@motność w Sieci".
I mogłabym wymieniać tak jeszcze w nieskończoność :).

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania na wakacje?

Oczywiście moje łóżko, czasem przed komputerem i... czy zabrzmię dziwnie, jeśli powiem, że ławeczka w Galerii Krakowskiej?

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.

Może dla nastolatek, ale na wakacje doskonałe: "Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów".

4. Jaka jest Twoja najnowsza lektura? Co zaczęłaś czytać?

"Czary i czarty polskie" opracowane przez Tuwima oraz "Lodowa pułapka" Kitty Sewell.


Jako kolejne "ofiary" łańcuszka typuję Miss Jacobs wraz z C.S. ;).

"Kompleks sędziego Di" - Sijie Dai


Książka opowiada o "jedynym chińskim psychoanalityku" Muo. Jest on zakochany w kobiecie Wulkan Starego Księżyca, która została aresztowana za działanie na szkodę państwa. W związku z tym Muo pragnie ją uratować, więc daje pokaźną łapówkę tytułowemu sędziemu, który jednak nie potrzebuje pieniędzy - pragnie dziewicy.

Kwestia pragnienia dziewic jest znana również w Europie. Dawniej ludzie uważali, że dziewica dodaje mężczyźnie wigoru i stanie się on bardziej sprawny seksualnie. Byłam zaskoczona, że w Chinach wciąż w to wierzą (dokładny czas akcji książki nie jest podany, ale na pewno toczy się ona po roku 1994). Ale jest to kraj, w którym dzieła Freuda były zakazane, może z powodu skupienia psychoanalityka na sprawach seksualnych. Zresztą, jak się okazało w książce, znalezienie w Chinach dziewicy nie jest rzeczą prostą (w tym momencie pojawia mi się w głowie scena z "China blue", gdzie pracownice rozmawiały o jednej ze swoich koleżanek, która musiała zrezygnować, ponieważ zaszła w ciążę. A może było inaczej? W każdym bądź razie taki lub podobny wątek był w filmie).

Muo interpretował sny na targu służących, gdzie poznał dziewczynę śniącą o karierze gwiazdy filmowej. Z miejsca uznał, że jest dziewicą. Później po pewnych komplikacjach związanych z czterdziestoletnią dziewicą - Balsamistką, postanowił uciec. Wtedy znowu spotkał dziewczynę z targu. Pod koniec książki akcja zaczyna się zapętlać i wreszcie można zrozumieć, o co tak dokładnie w powieści chodzi.

Uważam, że w "Kompleksie sędziego Di" fabuła ma najmniejsze znaczenie. Wyraźniej pokazane są różne aspekty psychologiczne, problemy Muo - psychoterapeuty, interpretatora snów, wyznawcy Freuda, który jest prawiczkiem, co, biorąc pod uwagę samego Freuda i jego obsesję na punkcie seksualności, jest w pewnym sensie komiczne - oraz jego lęk przed krajem, który przecież jest jego ojczyzną, ale Muo zdaje się go nie rozumieć po okresie spędzonym we Francji. Jest zakochany w czterech kobietach na raz, zdradza swoją ukochaną, tracąc ze swoją przyjaciółką zarówno swoje jak i jej dziewictwo, zastanawia się, czy może mieć cztery żony na raz, ponieważ wszystkie je kocha.

Książka jest bardzo ciekawa pod względem psychologii bohaterów. Przy okazji można się dowiedzieć co nieco na temat psychoanalizy Freuda. Pokazuje też ponurą część życia w Chinach i niebezpieczeństwo, jakie za sobą niesie podróżowanie pociągami (nie wspominając już o innych rzeczach).

Polecam ją osobom zainteresowanym tematyką - innych może zniechęcić do dalszego poznawania literatury azjatyckiej.

niedziela, 18 lipca 2010

"Julia" - Anne Fortier


Kto nie zna historii Romea i Julii - jednego z najsłynniejszych romansów świata? Nawet jeśli ktoś nie czytał tragedii Szekspira (a tak w ogóle, to dlaczego musieliśmy spolszczyć jego nazwisko?), i tak zna fabułę oraz bohaterów. Ich miłość jest ponadczasowa i na stałe zakorzeniona w naszych umysłach.

Anne Fortier idąc tropem pierwszej wersji "Romea i Julii", która działa się w Sienie, a nie, jak opisał Szekspir, w Weronie, postanowiła przedstawić nam swoją wersję ówczesnych wydarzeń w średniowiecznych Włoszech.

Główną bohaterką książki jest Julia Jacobs, która była krewną "oryginalnej" Julii. Po śmierci ciotki wróciła do Sieny, żeby odzyskać spadek po matce. Nie spodziewała się, że cała historia jest o wiele bardziej zagmatwana.

Powieść dzieje się w czasach współczesnych, jednak przeplata się ona z wydarzeniami średniowiecznymi. Po raz pierwszy spotkałam książkę, w której jest to zrobione tak zgrabnie. Zazwyczaj preferuję jedną część, nie przejmując się tą drugą, jednak Anne Fortier sprawiła, że przeczytałam całość jednym tchem, nie chcąc, żeby cokolwiek się tam zmieniało (pomijając odrobinę kwestie językowe). Autorka przedstawiła Giuliettę Tolomei jako hardą, mściwą osóbkę, która za nic nie zdradzi swojej miłości. Było to przeciwieństwo do szekspirowskiej bohaterki, która była o wiele bardziej ułożona i podatna na wpływy. Giulietta miała charakterek, którego nie ukrywała, chociaż mimo wszystko była bardzo pobożna. Jej Romeo za to często bluźnił i również był barwniejszą postacią niż jego słynny odpowiednik.

"Julię" można porównać w niektórych momentach do "Kodu Leonarda da Vinci" (ale zastrzegam, że tylko w niektórych, szczególnie pod koniec) oraz "Szyfru Szekspira". Bez problemu można by ją opisać słowami: tajemnica, skarb, przestępcy, miłość. I uznać za doskonałą lekturę na panujące upały - interesującą, ale nie wymagającą za wiele od czytelnika zmęczonego wysoką temperaturą.

Gorąco polecam wszystkim - szczególnie miłośnikom Włoch i Szekspira. Wydaje mi się, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie, co przykuje jego uwagę.

A ja w tym momencie się poważnie zastanowię nad ponownym przeczytaniem "Romea i Julii".

piątek, 16 lipca 2010

"Spóźnieni kochankowie" - William Wharton


Jest to książka, która towarzyszy mi od dzieciństwa. Może nie w dosłownym znaczeniu, ale odkąd tylko pamiętam, w mojej głowie siedzi tytuł i autor, nie pozwalając o sobie zapomnieć. W swoim czasie mama uwielbiała tę książkę, pożyczyła ją od swojej kuzynki. "Spóźnieni kochankowie" krążyli dookoła mnie, próbując zwrócić na siebie uwagę i zmusić mnie do przeczytania. Dopiero po wielu latach (i półgodzinnym zastanawianiu się pewnego dnia, czy ja już ich jednak nie przeczytałam) zmusiłam się do ubrania, wyjścia z domu, przejścia przez ulicę i wtoczenia się pod górę, czekania prawie godzinę na ową kuzynkę, żeby zabrać jej dwie książki Whartona i wrócić do domu. Odłożyłam je na mój wakacyjny stosik, który, choć niepełny, sięga mi już do pasa i zmusiłam je do czekania na swój czas. Taka była droga "Spóźnionych kochanków" do moich rąk.

Nie do końca wiedziałam, o czym ta książka opowiada. Czytając, poznawałam Paryż, uczyłam się francuskiego, malarstwa, życia. Jednocześnie chciałam być paryskim kloszardem jak Jacques i niewidomą ponad siedemdziesięcioletnią dziewicą. Poznawałam ich życie, patrzyłam, jak się zaprzyjaźniają. Na zmiany ich emocji, tworzenie nici zaufania. Wydawało mi się, że to jest ważne. Postrzeganie świata nie poprzez oczy, ale poprzez sam świat. To, czym on jest, a nie, co my uważamy, że nim jest. Na uczucia, niewinność.

W momencie, gdy Jack opowiadał swoje życie poczułam, że jest osobą nieistotną. Nie on jest głównym bohaterem, chociaż mogłoby się tak wydawać. Mirabelle nauczyła go żyć. Chociaż był wolny, zniewoliła go na nowo. Jednocześnie on był postacią, która chciała zwrócić na siebie uwagę. Chciał, żeby Mirabelle go zobaczyła, żeby pragnęła znowu widzieć. Chciał zobaczyć w jej oczach, że jest wyjątkowy. I chociaż bohaterowie się zarzekali, że wykorzystują się nawzajem, jednocześnie zaprzeczając sobie, ja się zastanawiałam, które z nich jest bardziej egoistyczne. Które dążyło bardziej do samozadowolenia siebie samego.

Ta książka jest piękna. Pokazuje sens życia, jedyne wartości. Miłość. To, żeby po prostu żyć. Ale nie potrafiłam polubić Jacques'a. Mirabelle była cudowna, ale chciała jego kosztem nadrobić stracone lata. Oboje się, moim zdaniem, wykorzystywali. Może to była miłość. Wydawała się cudowna. Ale na końcu Jack uciekł. Po prostu. Jakby ze strachu przed obowiązkiem - tak wyglądało zakończenie w moich oczach.

Nie spodobały mi się ostatnie sceny. Wydały mi się przerysowane. Nienormalne. I to nie w sensie, że nadzwyczajne, ale po prostu chore. Nie umiałam sobie z nim poradzić. To była dla mnie dziwne.

"Spóźnieni kochankowie" podobali mi się może do trzech czwartych, zanim zakończenie zaczęło się wydawać takie oczywiste. Później odkryłam, że nie tego oczekiwałam. To nie było moje pierwsze spotkanie z Whartonem ani też nie ostatnie. I chociaż to chyba jego najbardziej znana powieść, muszę do niej albo dojrzeć, albo ją przemyśleć. Jednak polecam bez wahania. Można się z tej książki dużo nauczyć o życiu i o świecie w pięknej scenerii Paryża.

(W tym momencie naszło mnie skojarzenie z "Titaniciem").

czwartek, 15 lipca 2010

Chloe - Atom Egoyan (2009)


Ostatnie dni były straszne. Nie dość, że upały, przy których mam ochotę umrzeć i nigdy nie zmartwychwstać, to jeszcze nie miałam Internetu. Bo wielu minutach męczenia się i szukania faktury do dostawcy, udało mi się doprowadzić do tego, że zadziałał. A w związku z tym, że go nie miałam, obejrzałam wczoraj pewien film, o którym teraz opowiem.

Chloe jest młodziutką prostytutką. Nie jest zadowolona ze swojego zawodu, ale mówi, że w każdym znajduje coś, co można pokochać. Podczas pewnej kolacji poznaje Catherine (Julianne Moore), która ma podejrzenia, iż jej mąż ma romans. W chwili załamania kontaktuje się z Chloe i wynajmuje ją do uwiedzenia Davida, czyli jej męża.

Catherine wpada w lekką paranoję. W pewnym momencie David zaczyna myśleć, że to właśnie jego żona ma romans. A Chloe opowiada kobiecie o swoich spotkaniach z Davidem. W gabinecie Catherine poznaje jej syna, Michaela, co wprawia lekarkę w przerażenie. Ma ona beznadziejny kontakt z synem, którego nie potrafi naprawić. Okazuje się, że pozornie idealne życie tak naprawdę jest pełne bólu i nieporozumień. Catherine nie zauważa, że Chloe zaczyna się w niej zakochiwać i w pewnym momencie lądują razem w łóżku. Wszystko wskazuje na to, że Chloe rozbije rodzinę.

Pod względem fabularnym film nie zachwyca. Jednak urzekła mnie rola Amandy Seyfried, która potrafiła zagrać osobę jednocześnie bezwzględną jak i niewinną pod każdym względem. Nie jest ona szczególnie piękna, ale ten film ukazuje ją od strony, która porusza i pokazuje, że w każdym człowieku jest coś wspaniałego. Możemy też obserwować całą gamę uczuć wśród bohaterów oraz zwyczajnych ludzkich błędów i słabości. Naprawdę bardzo podobał mi się ten film i go polecam, szczególnie ze względu na zakończenie.

Jako miły dodatek do wszystkiego chciałabym zaliczyć też epizodyczną rolę Niny Dobrev. Byłam pewna, że jest tragiczną aktorką, jednak miło się rozczarowałam. Dopóki nie pojawiło się zbliżenie na jej twarz, w ogóle jej nie rozpoznałam. Czyżby była tak kiepska tylko w "The Vampire Diaries"?

środa, 14 lipca 2010

"Wiek luksusu" - Anna Godbersen



O czym pisałaby Plotkara sto lat temu? Zapewne o wydarzeniach, które dzieją się w książce Anny Godbersen. Kiedy zobaczyłam tę książkę, od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Na moje szczęście wyprzedaże w Matrasie idą po mojej myśli i nabyłam egzemplarz tej książki za niecałe dziesięć złotych.

Z początku się rozczarowałam, że znalazłam ją w koszu z książkami dla nastolatek. Coś we mnie się zbuntowało i na chwilę się zawahałam, czy ją kupić. W końcu ją wzięłam.

Akcja książki rozgrywa się w roku 1899 na Manhattanie. Rozpoczyna się od pogrzebu Elizabeth Holland - gwiazdy wyższych sfer - idealnej, pięknej, o nieposzlakowanej opinii. Po śmierci jej ojca wszystko dzieje się nie tak, jak powinno. Matka ciągle przekonuje ją do znalezienia sobie męża, po jakimś czasie okazuje się też, że stoją na skraju bankructwa. Elizabeth zostaje zmuszona do poślubienia Henry'ego Schoonmaker'a - łamacza dziewczęcych serc, hulaki, osoby nieprzejmującej się cudzymi opiniami. Żadne z nich nie jest zadowolone z tego rozwiązania. Oboje robią to tylko po to, żeby zadowolić swoje rodziny. Elizabeth - chcąc ratować swoją przed bankructwem, Henry - żeby nie zostać wydziedziczonym.

Oczywiście nie byłoby dobrej historii bez czarnego charakteru. Nie jest to książka, w której panuje tylko jeden główny wątek. Jest również miłość Penelope - przyjaciółki Elizabeth - do Henry'ego, która doprowadza do próby zniszczenia fikcyjnego związku narzeczonych. Zakazane uczucie głównej bohaterki do stangreta, z którym sypia oraz tajemny związek siostry Lizzy, Diany, z narzeczonym jej siostry. Pojawia się również pokojówka, która również jest zakochana w stangrecie. Anna Godbersen bardzo ładnie połączyła te wątki w spójną całość, ukazując nam życie elit w dziewiętnastym wieku oraz intrygi i tajemnice tamtych czasów. Pokazała, iż stwarzanie pozorów może zatuszować pewne kompromitujące sytuacje.

Książka tematyką faktycznie przypomina trochę "Plotkarę", jednak jest o wiele lepiej napisana, bohaterowie nie są tacy infantylni, są bardziej żywi. Czytałam "Wiek luksusu" również ze smutkiem, że kolejne tomy nie zostały wydane w Polsce. Mam nadzieję, że to się zmieni i będę mogła poznać dalsze losy bohaterów. Spodziewałam się, ze ta książka będzie o wiele gorsza, ale miło się rozczarowałam. Jeśli ktoś ma ochotę na lekką, niezobowiązującą lekturę, ale jednak trzymającą trochę w napięciu, z bohaterami, których można polubić i, bądź co bądź, całkiem nieźle napisaną jak na książkę dla nastolatek, powinien sięgnąć po "Wiek luksusu".

wtorek, 13 lipca 2010

"Księga Straszliwej Niegrzeczności" - Ian Whybrow


Rodzice małego Wilczusia uznali, iż jest zbyt grzeczny. W związku z tym wysłali go do szkoły złego Stryjca-Złyjca. Wilczuś ma się tam nauczyć, jak być Bardzo Złym Wilkiem.

Bajkowa kraina, w której wilki mówią, zachowują się po części jak ludzie i chcą być Złe. Wilczuś tak naprawdę jest Dobrym wilkiem, jednak oznacza to, że jest zakałą rodziny. Nie umie znaleźć drogi na mapie, gdy próbuje dotrzeć do szkoły Złyjca, a gdy w końcu trafia do celu, stryj zatrzaskuje mu drzwi przed nosem. Wilczuś w tym momencie wykazuje się sprytem i zmusza starego wilka, żeby wpuścił go do środka.

Świetna książka dla dzieci, która pokazuje, co jest dobre, a co złe i jak się kończy bycie Bardzo Złym Wilkiem. Można się przy niej zdrowo uśmiać, dlatego nie wrzucałabym jej do worka "tylko dla dzieci". Przygody Wilczusia są przeurocze. Popełnia błędy, ufa za bardzo, co się dla niego źle kończy, ale jednocześnie potrafi dokazać. Na końcu zaskakuje czytelnika swoim zachowaniem. Warto przeczytać.
Przykazanie szóste: Zrób coś Złego dnia każdego.

poniedziałek, 12 lipca 2010

"Hakawati" - Rabih Alameddine



Do ostatniego zdania zastanawiałam się, czy jest to książka bardzo dobra czy może rewelacyjna. Nigdy nie sądziłam, że to możliwe, żebym tak długo zwlekała z wystawieniem opinii, która przecież wydawała się być tak oczywista.

Jest to książka, nie będąca jedną historią. Przywodzi na myśl "Baśnie tysiąca i jednej nocy", gdzie Szeherezada opowiada wiele pięknych baśni, aby skruszyć serce swojego małżonka i pozostać przy życiu jeszcze jedną noc. W "Hakawatim" spotykamy się z czymś podobnym.

To książka, która opowiada o snuciu opowieści. Hakawati jest człowiekiem, który zarabia na opowiadaniu różnych historii. Pokazuje, w jaki sposób tworzy się - i zmienia - opowieść, gdy zmienia się jej przedstawienie. Na tle fascynującej kultury krajów islamskich widzimy, ile można stracić, jeśli nie zna się własnej historii rodzinnej. Doświadczamy, jako czytelnicy, piękna wspólnej przeszłości.

Historia opiera się na trzech wątkach: historii rodzinnej Osamy, który wraca do Bejrutu, ponieważ umiera jego ojciec. Ujawnia nam wszystkie rodzinne sekrety, jednak z przymrużeniem oka, w myśl zasady, którą wpoił mu jego dziadek, słynny hakawati: Nigdy nie ufaj gawędziarzowi. (...) Ufaj opowieści. Pokazuje różne alternatywy przeszłości dziadka, który część swoich historii zachował wyłącznie dla wnuka.

Główną bohaterką drugiego wątku jest Fatima - kochanka dżinna, matka króla demonów. Kobieta niezwykle pewna siebie i obdarzona mocą, dzięki której osiąga swoje cele i ratuje osoby, które kocha. Nie stroni również od krwawej zemsty.

Ostatnią historią jest opowieść o Bajbarsie - synu króla, niewolniku, a następnie sułtanie, który sprowadza wszystkich złoczyńców a dobrą drogę i jest nieskończenie sprawiedliwy. Każdy jego krok prowadzi do zwycięstwa. Pojawia się tutaj wiele pomniejszych postaci, które ubarwiają wszystko m. in. Lajla, była prostytutka, waleczna, odważna i sprytniejsza od niejednego stratega, na której mąż może polegać, ponieważ jej sposoby i znajomości są niezwykle skuteczne, chociaż nie zawsze wzbudzające zaufanie u męża.

W książce przewija się również wiele pomniejszych opowiadań, które ubarwiają życie Libańczyków i pokazują piękno kultury oraz tragedię wojny. Kiedy czytałam "Hakawatiego", pomyślałam, że chciałabym tam być, opowiadać historie i wtopić się w tamto życie. Być jedną z postaci. Może czasem zbyt krótkie wątki wybijały z rytmu, znalazłam nawet jedną literówkę, myliły mi się postacie, jednak to było coś, co lubię. Pokazanie obcej kultury, światopoglądu. I chociaż autor w Posłowiu ostrzega, że zmienił niektóre wydarzenia i elementy dotyczące religii, żeby pasowały mu do fabuły, bardzo mi się podobało. Klimat jest niepowtarzalny i bez problemu można się wczuć w wydarzenia.

Piękne również było to, że autor rozmawiał z ludźmi, opowiadał w książce ich historie. Nie wymyślił ich sam, tylko współpracował, tworząc coś, po co warto sięgnąć, jako po baśń, ale raczej dla dorosłych. Osama jest bardziej nowoczesną Szeherezadą. Z tamtych historii autor również zaczerpnął. I to bardzo skutecznie.

Polecam każdemu z czystym sumieniem.


Człowiek jest nadzwyczajnym gawędziarzem. Jego poszukiwanie celu, przyczyny, ideału, misji i tak dalej jest w wielkim stopniu poszukiwaniem fabuły i wzorca w rozwoju historii jego życia - historii, która w gruncie rzeczy pozbawienia jest znaczenia i wzorca.

Eric Hoffer, The Passionate State of mind

czwartek, 8 lipca 2010

Z książką w świat.


Jestem w Krakowie. Prawdopodobnie można mnie spotkać na Podgórzu lub na Starym Mieście. Będę błądzić, szukając swojego miejsca na Ziemi. Prawdopodobnie z książką. Może Markizem de Sade. Może z Koranem. A może po prostu estetyką japońską. Nie wykluczam też opowiadań Hłasko.

Możliwe, że będę też całkiem sama. Bez lektury, która by nastrajała mnie optymistycznie.

Wracam w poniedziałek - wtedy też powinna być recenzja. Z racji świętowania, albo też pocieszania się.

Nieokreślona. Smutna. Pusta. Zawsze wracająca. Ciągle uciekająca. W swój świat. Chłonąca najpiękniejsze miasto jakie zna.

wtorek, 6 lipca 2010

"Na krańcach magii" - Hortense Calisher



Odłożyłam "Hakawatiego" na bok, ponieważ stęskniłam się za swoim blogiem. W związku z tym postanowiłam przeczytać coś krótkiego, co czekało na mnie już od dawna, moja perełka zakupiona na Allegro za złotówkę. I teraz opowiemy sobie o niej.

Treść tego opowiadania - bo to nie jest powieść, a opowiadanie - nijak się ma do tytułu. Spodziewałam się historii, w której pojawi się coś niewysłowienie magicznego. Było to moje jedyne rozczarowanie w "Na krańcach magii". Kiedyś przeczytałam jedną opinię, że książka ta jest napisana rzadko spotykanym stylem i trzeba się na niej skupić, nie można po prostu przelecieć po niej wzrokiem. Pani Calisher zdołała mnie zmusić do wytężonej uwagi, okraszonej strachem, że coś przegapiłam.

Bohaterem opowiadania jest Guy, antykwariusz-ubezpieczyciel, który stracił w pożarze rodzinę oraz dom. Jest miłośnikiem samotności. Zatapia się w niej, chroni, niczym ukochane dziecko. Samotność jest dla niego wszystkim. Czasem prowadzi rozmowy telefoniczne z dobrymi znajomymi, jednak nie angażuje się w nie jakoś emocjonalnie, chyba że mówi o antykach.

Wieczory spędza w oberży, gdzie również się nie odzywa. Jego historia łączy się też z dwoma postaciami - właścicielką oberży Marion oraz zakochaną w nim szesnastolatką o imieniu Alden. Wszystko to dzieje się w niewielkim miasteczku. Guy nie jest postacią szczególnie ciekawą. Wszyscy znają jego tragiczną historię, sam z nikim nie chce się wiązać. Pocałunek z Alden sprawia, że podejmuje pewną decyzję, która ratuje trzy osoby przed ogromnym bólem.

Jest to historia wymagająca. Sądzę, że należy ją przeczytać kilka razy, ale warto to zrobić, chociażby dla samego stylu. Ja sama zabiorę się za nią znowu w niedługim czasie, gdy poczuję, że dojrzała we mnie chociaż trochę.

sobota, 3 lipca 2010

"Łups!" - Terry Pratchett



- Mamo! Skończyłam "Łups!", bądź ze mnie dumna! Straciłam na tę książkę kilka moich bezcennych dni, które mogłam poświęcić na coś lepszego!
- Znam ten tytuł... A ja to czytałam?
- Definitywnie nie - stwierdziłam, podnosząc książkę.
- A, znam to! To tu leżało!
Tak, leżało. Szkoda, że to podniosłam...

Fanką Pratchetta nie byłam nigdy. Już w czasach "Maurycego" coś mi w nim nie pasowało. Nie potrafię go strawić. Męczy mnie. Drażni. Doprowadza do myśli o samobójstwie. Zatrzymuje mój czas w miejscu, rozciąga go na niebotycznie długie odcinki... Próbuje mnie zabić. O, tak. To w skrócie o tym, co wywołuje we mnie próba przeczytania jakiejś jego książki. Ale się uparłam. Postanowiłam, że przeczytam. Że już nigdy nie odłożę żadnej książki, dopóki jej nie skończę. Liczę, że zakończenie miło mnie rozczaruje. Oczywiście jestem świadoma, że to mało prawdopodobne.

Historia jest zagmatwana. Z początku w ogóle nie wiadomo, o co chodzi. Do połowy książki nie wiadomo, o co chodzi. Na końcu wcale się to nie wyjaśnia, chociaż podobno już wiadomo, o co chodzi. Ogólnie trolle i krasnoludy się biją. Kłócą. Nie potrafią dogadać. Żyją historią, bitwą w jakiejś dolinie na "K" (coś jak Polska z Rosją o Katyń, czyli jakiś bezzasadny idiotyzm, który sprawia, że polityka zagraniczna jest tragiczna, a i tak ani oni się nie przyznają, ani my nie odpuścimy... przez co będziemy się o to sprzeczać przez następne pięćset lat, jakby nie można było po prostu odpuścić). Mnóstwo nietolerancji. Ale nad tym wszystkim stoi oczywiście straż miejska. I Sam Vimes. Gwiazda. Jedyny uczciwy, nigdy nie wziął łapówki. Chorobliwie unika jakichkolwiek gier i codziennie o godzinie 18:00 musi przeczytać swojemu synowi książkę pod tytułem "Gdzie jest moja krówka" o nader ambitnej treści. Cokolwiek by się nie stało, to jest priorytet.

Przyznam się, że polubiłam dwie osoby - wampirzycę Sally i wilkołaka (a może wilkołaczkę?) Anguę. Tak uroczo się kłóciły, że aż zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w ludzkiej świadomości zakorzenił się fakt, iż wilkołaki i wampiry się nienawidzą. Dlaczego? Nie wiem. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się zaprzyjaźniły.

Miłośnicy Pratchetta mogą mnie spalić na stosie, czy co tam oni mają w zwyczaju. Ja go nie trawię. Nie są to peryferie fantastyki, w które mogę się zapuszczać bez szkody dla mojego umysłu. Ja jestem jak te trolle, które są w stanie myśleć tylko wtedy, gdy jest zimno. A mi nie dość, że jest za gorąco, to jeszcze czułam, że resztki mózgu przez tę lekturę wyparowały.

Fani tego autora z pewnością będą zachwyceni. Jego przeciwnikom odradzam czytanie. Osobom neutralnym radzę przeczytać "Omena" napisanego wraz z Gaimanem. W Pratchettcie lubię tylko przypisy. Tylko od nich mnie głowa nie boli.

czwartek, 1 lipca 2010

Remember Me - Allen Coulter (2010)



Nigdy bym nie posądzała tego, że film z Robertem Pattinson'em może mnie doprowadzić do takich łez. Nie chodzi mi w tym momencie o zwykłe chwile wzruszenia, gdzie łzy stają w oczach, ale takie, gdzie wylewają się strumieniami. I nie chodzi mi już o to, że dopiero po czterdziestu minutach przestałam go w myślach nazywać Edwardem i się ucieszyłam, że ani razu w filmie nikt nie powiedział, że jest przystojny. Oglądając go, odeszłam w zupełnie inny wymiar, gdzie wszystko zaczęło mieć swój sens. Ale i tak nic nie sprawi, że nazwę go dobrym aktorem. Nawet "Twój na zawsze".

Tyler mieszka ze swoim przyjacielem w baraku w Nowym Jorku. Mają się dobrze, chociaż nie posiadają zamka w drzwiach, ale nie sprawia im to szczególnych problemów. Pewnego dnia wdają się w bójkę uliczną i lądują w więzieniu. Gdy wychodzą, jego przyjaciel odkrywa, że policjant, który ich aresztował, ma córkę. W ramach czegoś, co można by nazwać zakładem, Tyler zaczyna się z nią spotykać. Zakochuje się w niej i wszystko jest dobrze.

To jest główny wątek filmu. Równie ważne są jednak poboczne. Miłość Tylera do jego siostry, nieporozumienia z ojcem, który ciągle pracuje i nie słucha, co jego córka ma mu do powiedzenia, więc dziewczynka myśli, że on jej nie lubi. Caroline bardzo ładnie to ujęła: "Wiem, że mnie kocha. Ale czasem można kogoś kochać i jednocześnie go nie lubić". Tyler stara się zrobić wszystko, nawet powściągając niechęć do swojego ojca, żeby mężczyzna spędził z córką chociaż jeden dzień. Caroline jest utalentowana plastycznie, ale ma problemy z kontaktami interpersonalnymi. Nie potrafi się z nikim zaprzyjaźnić, a wszyscy się z niej śmieją, ponieważ buja w obłokach. Tyler nie potrafi sobie z tym poradzić, szczególnie, że wciąż ma w głowie obraz swojego brata, który powiesił się w dniu swoich 22. urodzin.

W pierwszej scenie filmu widzimy napadaną kobietę z córeczką o imieniu Ally. Zostaje ona później zastrzelona. Córką policjanta, z którą Tyler zaczyna się spotykać, jest właśnie ta sama dziewczyna. Każda z postaci w filmie jest w jakiś sposób zraniona. Starają się znaleźć swoje miejsce na świecie, popełniając mnóstwo błędów. W opisach filmu można przeczytać, że Tyler jest zbuntowanym, młodym człowiekiem. Ale czy jest zbuntowany? Nie jest to bunt w ścisłym znaczeniu tego słowa. Moim zdaniem Tyler szuka ratunku dla siebie i swojej siostry, chce, żeby rodzina była rodziną. On buntuje się tylko wobec zachowania swojego ojca, który nie potrafi okazać córce miłości.

Pod koniec filmu uświadomiłam sobie, że była tam muzyka. Tak, wiem, że bardzo wcześnie... Ale naszła mnie taka myśl, że skoro nie wybijała mnie ona z rytmu, to znaczy, że jest naprawdę dobra. Nie wiem, czy usłyszałam ją tuż przed, czy tuż po tym, jak nauczycielka napisała na tablicy datę, a ja powiedziałam na głos: Żartujecie sobie! Przecież tego nie zrobicie!

Mówiłam tak już do końca, przez prawie dziesięć minut, co chwilę powtarzałam, po twarzy płynęły mi łzy. Nie spodziewałam się takiego zakończenia. Nie umiem powiedzieć, czy film jest dobry. Pod względem technicznym na pewno, fabularnym również, ale całokształt nie zależy przecież od sumy wszystkich czynników. Na pewno go polecam, ponieważ pokazuje, jak jedno zdarzenie może doprowadzić do naprawy wszystkiego. I z całą pewnością jest również lepszy od innych rzeczy, które pokazują teraz w kinach.

I boli. A takie filmy są rzadkością.