środa, 30 czerwca 2010

Wyniki matur...

...a ja wcale nie czuję się jakoś inaczej.

Jestem już oficjalnie dojrzała - chyba właśnie to oznacza ten dokument z szumnym napisem:

RZECZPOSPOLITA POLSKA
ŚWIADECTWO DOJRZAŁOŚCI

Chyba trzeba być osobą naprawdę dojrzałą, żeby rozszyfrować, gdzie co jest. W końcu dokonałam odkrycia - po lewej stronie były wyniki z matur ustnych, a po prawej z pisemnych. Nie mam pojęcia, kto wymyślił taki układ, ale naprawdę można się pogubić.

Oczywiście nie obeszło się też bez wyklinania mojego polonisty. Jeśli kiedykolwiek powiem, że był dobrym nauczycielem, błagam, zabijcie mnie. Głośno, przed wychowawczynią, historykiem i pedagogiem szkolnym, oznajmiłam, że powinnam go spalić na stosie. A to wszystko dlatego, że... miałam za dobry wynik. Biorąc pod uwagę ocenę, jaką chciał mi wystawić na zakończenie szkoły, powinnam zdać maturę na 29%. A skończyło się na surrealistycznym wyniku - 51% z podstawowego i 70% z rozszerzonego.

Nie mogłabym też nie wspomnieć o matematyce. Królowej Nauk i pogromie humanistów w całym kraju. W sumie ja też się do nich zaliczam. A w różnicy?... Ja lubię matematykę, jednak nie radzę sobie z nią jakoś szczególnie. Chociaż muszę przyznać, że od próbnej sporo się podniosłam (albo raczej na niepróbnej byłam bardziej przytomna - Burn w malutkich buteleczkach, chociaż niezachwycająco smaczny, stawiał mnie na nogi przed każdą maturą). Z 60% przeszłam do 76%, wcale nie próbując zwiększyć swojej wiedzy. Jakoś tak wyszło... A matematyka miała być taka straszna. Bałam się jej najmniej. Nie to, co mojego języka ojczystego...

I zbliżamy się do momentu kulminacyjnego! Mojej największej maturalnej porażki. Liczyłam, że będę miała o pół punktu więcej na rozszerzonym niemieckim. Skończyło się na tym, że zamiast mieć 83%, miałam 82%... Wszyscy uważali, że to wysoko. Dla mnie nie. Zepsułam. Za to podstawowy niemiecki napisałam w miarę w porządku. Na 100%.

Ustne mnie dzisiaj nie pociągały. Znałam ich wyniki od razu, więc chwalenie się jest nie do końca konieczne. Jednak, żeby wszystko było w pełni, powiem, że na 20 punktów miałam: polski - 20, podstawowy niemiecki - 16, rozszerzony niemiecki - 13. Za ten podstawowy muszę się wytłumaczyć - miałam temat, w którym musiałam opisać przebieg meczu piłki nożnej. A wszyscy wiedzą, że nie trawię sportu, a o ww. wiem tylko tyle, że są dwie drużyny, piłka, dwie bramki, sędzia i trawa. Więc na maturze powiedziałam wszystko, co wiedziałam. Porażka.

Idąc krakowskimi Plantami rozmawiałam z dwoma koleżankami z klasy. Oczywiście obowiązkowym tematem nie były same wyniki, a raczej sama matura. Rozważałyśmy temat wypracowania z rozszerzonego polskiego (ten z Rejem i Tokarczuk). Kiedy to wspominam, uważam, że to naprawdę zabawne. Opowiadanie o wypracowaniu, które napisało się prawie dwa miesiące temu, nic się nie pamięta, a mimo to zachowuje się, jakby cała ta sytuacja zdarzyła się najdalej dzień wcześniej albo i nawet tego samego dnia.

Mogę podsumować to wszystko jako w miarę zadowalające. W tym momencie zaczynam odliczanie do wywieszenia listy rankingowej na studia. 12 dni. Dużo i mało jednocześnie. Gdyby się zastanowić, zdążyłabym w tym czasie jeszcze kilka tysięcy razy umrzeć. Ale nie. Ja się dostanę. Prawda?

poniedziałek, 28 czerwca 2010

"Oskarżony Pluszowy M." - Clifford Chase



Ciężko mi określić, co sądzę o tej książce. Już od pierwszych słów naszło mnie skojarzenie z "Procesem" Kafki. Równie groteskowy i irracjonalny, jednak w przeciwieństwie do "Procesu", miś wie bardzo dokładnie, o co został oskarżony. 9678 idiotycznych zarzutów, na świadków oskarżenia byli powołani m. in. Jan Apostoł i Wyrocznia Delfijska. Winkie (czyli nasz bohater) wybrał sobie jako obrońcę adwokata o, jakże wiele mówiącym, nazwisku Niewygrał.

Proces jest przeplatany wspomnieniami Winkiego. Poznajemy historię jego życia. Potem dochodzi do aresztowania i wytoczenia tysięcy zarzutów, których część wyklucza się nawzajem. Jednym z ciekawszych świadków (oprócz Jana cytującego tekst Apokalipsy) jest dwudziestokilkuletnia dziewczyna, która opowiada, jak to pracowała przed stoma laty w hotelu, gdzie Winkie zmuszał chłopca do sodomii.

Historia jest dziwna. Z wielkimi problemami przebrnęłam przez nią. Zaczęło robić się ciekawie dopiero od momentu porwania Małej Winkie, czyli córki Winkiego. W treść są włączone inne teksty (m. in. "Obrona Sokratesa", fragmenty powieści Wirginii Woolf), które ją ubarwiają. Mimo to muszę się przyznać, że pod koniec mnie to wzruszyło. Ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że to zbliżający się koniec książki sprawił, iż się ucieszyłam.

Warto się zagłębić, żeby zastanowić się nad sensem istnienia oraz przeczytać troszkę ciekawszą wersję "Procesu", chociaż równie irracjonalną, jednak powiem jedno: "Proces" jest krótszy. Może mnie pod koniec nie wzruszył, jednak poważnie się zastanawiam, którą z tych książek bym wybrała na powtórne czytanie. Nie przemówiła do mnie, chociaż... mam do niej ciepłe uczucia, mimo wszystkich negatywów.

sobota, 26 czerwca 2010

"Dzikuska" - Irena Zarzycka



- Mnie żal panny Janeczki... Jej musi być przykro, że jej nikt naprawdę nie kocha, bo z tych słodkich słówek i bujania panów, to nic nie ma... Więc złości się, że nie ma dla kogo żyć...
- Moja Ituśko... tą drogą miłości nikt nie szuka. Każdy człowiek ma przeznaczone szczęście, na które czeka z tęsknotą i nieraz bardzo długo... Ale czekać trzeba cierpliwie i ufać, że przyjść musi... Kto chce wyrwać losowi część nie dla siebie przeznaczoną, źle czyni. Kradzione szczęście mści się prędzej czy później, zostawiając tylko posmak goryczy.


Każda kartka w innym miejscu, rozrzucone luźno na poduszce, ledwie 160 stron. W tym niewielkim egzemplarzu została zawarta kwintesencja wczesno dwudziestowiecznego polskiego romansu. Jest to historia zabawna, wzruszająca, od której nie sposób się oderwać.

Ita wychowywała się bez matki. Bracia traktowali ją pobłażliwie, ojciec się nią nie interesował. W wieku piętnastu lat była rozpuszczoną dziewczyną, której nic nie było w stanie ujarzmić. Jedyny brat, który się o nią troszczył, sprowadził nauczyciela, który znalazł sposób, żeby czegokolwiek Itę nauczyć. Nie poszło mu to jednak łatwo.

Wiktor wprowadził dziką dziewczynę do świata zewnętrznego tylko dlatego, że go pokochała. Całym swoim czystym, szczerym, ale jednak nieokiełznanym, sercem. Poświęcał jej swoją uwagę, czego nie doznała przez całe życie. Zaprzyjaźniła się z baronówną Elą i została wprowadzona na salony, gdzie podbiła wszystkie serca.

Jednak nie jest to prosta opowiastka o wielkiej miłości. Pojawia się również czarny charakter, który jest zazdrosny o uwagę wszystkich mężczyzn, skierowaną w stronę małej, żywej Ity. Dąży do tego, żeby ją zniszczyć. Jednak wszystko się powoli wyjaśnia, doprowadzając do szczęśliwego zakończenia.

Ita jest osobą prostolinijną, która działa uczuciami. Nie rozumie, że nie wszyscy ludzie są tacy prawdomówni jak ona sama i nieskrępowani. W pewnym momencie się orientuje, że jeśli nikt jej nie pokocha, to już nie będzie mogła wrócić do tego, kim była ani też stać się czystą panią na salonach. Będzie musiała się dusić po środku. Jest osobą niezwykłą, która przykuwa uwagę otoczenia swoją "innością".

Książka bardzo mi się podobała i szczerze ją polecam, chociaż zdaję sobie sprawę, że niektórym osobom może nie podejść. Literatura polska z tamtego okresu jest dość specyficzna. Jednak proponowałabym, żeby sprawdzić, czy przypadkiem "Dzikuska" nie jest wyjątkiem. Może Wy również zakochacie się w małej, psotnej Icie, która rzuca w nauczyciela szyszkami? Warto, naprawdę.

środa, 23 czerwca 2010

"Homo bimbrownikus" - Andrzej Pilipiuk



- To jakieś takie dziwne donos na policjanta pisać... Bez sensu. (...) Wklepiemy im i tyle.
- Jesteś nadmiernie agresywny - wytknął mu kozak.

- Wcale nie jestem agresywny - obraził się egzorcysta. - Ja tylko czasem po prostu mam ochotę komuś przypierdolić.


Staż Pilipiuka w świecie polskiej fantastyki jest już długi. Wędrowycz stał się ikoną, jego znakiem rozpoznawczym. Kilka tomów opowiadań, mgliste wzmianki w innych utworach... Kiedyś mogłam się w tym zaczytywać. Zaśmiewałam się do łez, czytając o perypetiach egzorcysty i jego przyjaciół. Jednak ostatnio sobie uświadomiłam, że wyrosłam z Pilipiuka. Teraz, gdy czytałam "Homo bimbrownikusa", miałam ochotę płakać z bólu, ponieważ nie byłam w stanie przebrnąć przez książkę.

Książka składa się z trzech opowiadań i powieści, czy też może długiego opowiadania. Szczerze mówiąc, nie znalazłam w niej nic przykuwającego uwagę. Powtarza się tutaj wiele schematów używanych przez autora w innych książkach. Doszłam do ponurego wniosku, że nie mogę się wybrać na warszawską Pragę, ponieważ na każdym rogu są dresiarze - każdy bez wyjątku ma dres i buty adidasa, nałogowo przeklina, poluje na każdego przechodnia i jest całkowicie wyprany z mózgu. Chyba dla pewności nie pojadę również do krakowskiej Huty, ani na Kazimierz, gdzie na pewno starzy Żydzi rzucą na mnie urok albo będą szeptać modlitwy na odegnanie złego ducha...

Straciłam rachubę czasu. Z moich obliczeń wynika, że Semen powinien mieć około 130-140 lat, Wędrowycz może o 20 mniej. Są silni, inteligentni i mają wszędzie znajomości. Alkohol im nie szkodzi - wręcz przeciwnie, raczej dodaje im mocy. Nie wiem, jakim cudem przebrnęłam przez tą książkę, to chyba tylko moja własna silna wola. Jako była fanka Pilipiuka nie mogłam sobie odpuścić lektury kolejnego jego dzieła. Mam nadzieję, że nigdy nie wpadnę na pomysł przeczytania "Homo bimbrownikusa" ponownie. Sądzę, że to sprawi, iż stracę resztki swojej normalności.

Definitywnie nie polecam tej lektury. Radzę przeczytać wcześniejsze dzieła Wielkiego Grafomana - w tym momencie udowodnił, że nadmierna grafomania wcale nie idzie w parze z jakością. Kto wydał tą książkę?! Ja bym tego nie zrobiła. Za nic w świecie.

wtorek, 22 czerwca 2010

Enneagram.

Wśród natłoku nudy w dniu dzisiejszym postanowiłam sobie po raz kolejny zrobić test na osobowość. Robiłam go już kiedyś, jednak zupełnie zapomniałam, co mi wyszło. Strona Enneagram.pl ułatwiła mi "przypomnienie sobie". A może po prostu chciałam sprawdzić, co się zmieniło w ciągu tych niecałych dwóch lat. Okazało się, że typ pozostał mi ten sam, czyli 4w3. A oto opis (zgadzam się z właściwie wszystkim, no, może pomijając wzmiankę o złym guście i to, że czuję się komfortowo w wyrażaniu własnych uczuć - z tym bym się kłóciła):

Czwórka w skrócie

Tragiczny romantyk, ma bardzo wrażliwe odczucia i emocje, jest wrażliwy, czuły, spostrzegawczy.

Jak postępować ze mną

  • praw mi dużo komplementów. Wiele dla mnie znaczą
  • wspieraj mnie jako przyjaciel i partner. Pomóż mi kochać i doceniać siebie
  • szanuj mnie za mój wyjątkowy dar widzenia i moją intuicję
  • mimo, że nie zawsze lubię gdy się mnie pociesza gdy mam melancholijny nastrój, to jednak ktoś mógłby mnie trochę rozweselić
  • nie mów mi, że jestem przewrażliwiona lub zbyt przeczulona!
Co lubię w byciu czwórką

  • umiejętność znajdywania sensu życia i doświadczania emocji na głębokim poziomie
  • umiejętność nawiązania ciepłych i głębokich relacji z innymi
  • moja kreatywność, intuicja i poczucie humoru
  • bycie wyjątkową i bycie postrzeganym jako wyjątkowa
  • łatwość odczuwania nastrojów innych ludzi
Co jest trudne w byciu czwórką

  • doświadczanie mrocznych nastrojów, odczucia pustki i tęsknoty
  • odczuwania wstrętu do siebie i poczucia wstydu, wierzenia, że nie zasługuję na miłość
  • odczuwania winy gdy zawiodę innych
  • odczuwanie zranienia lub bycia zaatakowanym gdy ktoś mnie nie zrozumie
  • poczucia bycia porzuconą
  • odczucia tęsknoty za tym czego nie mam



Opis czwórki

Czwórki należą do ludzi, którzy żyją głównie we własnej wyobraźni i własnych uczuciach. Mogą być artystycznie uzdolnieni, przejrzyści i inspirujący, lub też mogą być narzekający, wywyższający się i negatywnie nastawieni.
Tak jak jedynki, czwórki porównują rzeczywistość z tym co mogłoby się zdarzyć. Podczas gdy jedynki mają zwyczaj do wyszukiwania własnych niedoskonałości, próbując je poprawić, czwórki często odwracają się od rzeczywistości i żyją we własnym świecie wyobraźni, uczuć i nastrojów. Czwórki często są również mylone z piątkami, zwłaszcza tymi, które uważają, że posiadają silne uczucia nie identyfikując się z ekstremalnym, pozbawionym uczuć wizerunkiem piątek. Jednakże piątki, w przeciwieństwie do czwórek, odczuwają dyskomfort gdy przychodzi wyrażać im ich własne odczucia, podczas gdy czwórki mają skłonność do samoodkrywania się przed innymi i czują się pewnie opisując swoje emocje. Czwórki razem z dwójkami i trójkami, dążą do utworzenia próżnego i mylnego wizerunku o sobie, choć mogą paradoksalnie ukazywać zupełnie coś przeciwnego.
Czwórki identyfikują się często z wizerunkiem niepełnowartościowej osoby, zwłaszcza gdy nadaje im to cech unikalności i wyjątkowości. Czwórka może dla przykładu opłakiwać swoją niemożność osiągnięcia sukcesu każdego dnia, ale to narzekanie niesie delikatne odczucie przechwalania się tym. Czwórki mogą posiadać własne odczucia, że są tragicznymi romantykami, ale również mogą odczuwać poczucie traktowania się jako osoby bardzo wyjątkowej.

Zdrowe czwórki mają skłonność do bycia idealistami, posiadać dobry smak i doceniać wartość piękna. Patrzą na rzeczywistość poprzez pryzmat subiektywności i są dobrzy w myśleniu metaforycznym. Zdolność czwórek do widzenia rzeczy jako symbole, jest poszerzona przez ich głęboką emocjonalność. Samo wyrażanie się i dążenie do samo-poznania się to są wysokie priorytety u ludzi z tym typem. Czwórka wkraczając w nową sytuację, może dostrzec coś co dotknie ich duchowo, co z kolei pobudzi ich uczucia, co z kolei przywoła wspomnienia zapachu, smaku, odczuć itd. Nastroje czwórek i ich odczucia współgrają ze sobą niczym farba wodna w deszczu, tworząc jak w kalejdoskopie, obrazy i wyrażające się w reakcji na najmniejsze doznania.
Zdrowe czwórki przeobrażają przykrości w coś bardziej znaczącego, poprzez kreatywną pracę wszelkiego rodzaju. Czwórki są uzdolnione w wyrażaniu odczuć i mogą być świetnymi nauczycielami i psychoterapeutami. Mogą być również przyjaciółmi pełnymi współczucia, zdolnymi do zrozumienia problemów innych. Z powodu siły swojej wyobraźni, ludzie tego typu są często opisywani jako artyści. Wiele spełnionych artystów światowych to czwórki i prawie wszyscy ludzie z tym stylem potrzebują lub znajdują kreatywne ujście.

Gdy czwórki są mniej zdrowe, skupiają się na tym co nieuniknione lub czego brakuje w ich życiu. Stają się negatywnie nastawieni i krytyczni, znajdując problem w każdej sytuacji w której się znajdują. Zwracają się wtedy do swojego wnętrza i używając wyobraźni wspominają inne miejsca i inne czasy. Czwórki często żyją przeszłością lub przyszłością, jakąkolwiek byleby by była bardziej zadowalająca niż teraźniejszość. Czwórki często zazdroszczą wszystkiego czego nie posiadają, wyolbrzymiając znaczenie powiedzenia "trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie". Potrzeba bycia dostrzeganym jako ktoś wyjątkowy, może również być bardziej widoczne. Czwórki są blisko związane ze swoimi uczuciami, ale gdy są nie zdrowe, przeobrażają swoje uczucia w melodramat. Mogą być pełne rozpaczy i nostalgii, domagając się rozpoznania i odrzucając wszystko co mogą dobrego otrzymać od przyjaciół. Mogą także wytworzyć aurę współzawodnictwa i mściwości, nie mogąc się cieszyć swoimi sukcesami bez odbierania przyjemności innym. Niezdrowa czwórka może być bardzo markotna i nadwrażliwa. Wyniesione na powierzchnię poczucie swojej unikalności, może im dać poczucie bezkarności w złym zachowywaniu się, będąc egoistyczną i nieodpowiedzialną. Czwórki w tym stadium, skłaniają się ku odczuciom winy, wstydu, melancholii, zazdrości i bycia bezwartościowym.

Bardzo nie zdrowe czwórki mogą być otwarcie masochistyczne i przesadne w swoim samo poniżaniu się. Życie samo-niszczącego się artysty odzwierciedla ten typ scenariusza. Na tym etapie czwórka może stać się zupełnie nieosiągalna. Zmagając się z wyczerpującym poczuciem bezsilności, pogrążają się w chorobliwy samo-wstręt lub depresję samobójczą. Postrzegają swoją odmienność w całkowicie odmiennych określeniach skazując siebie na kompletne odosobnienie. Potrzeba ukarania siebie i innych jest również bardzo silna i zdecydowana.



Czwórka ze skrzydłem trzy: 4w3 - "Arystokrata"

Czwórka ze skrzydłem 3 może czasami wyglądać jak siódemka. Może być towarzyska i posiadać duże poczucie humoru. Chce być kreatywna i potrzebna światu. Posiada intuicję, jest ambitna, może mieć dużą wyobraźnię i być bardzo utalentowana. Niektóre ubierają się bardzo wyzywająco i kolorowo, aby wyróżnić się z tłumu.
Gdy 4w3 jest w stresie, często się zachowuje inaczej publicznie, a inaczej prywatnie. Może np. nie ujawniać publicznie, wśród znajomych, żadnych swoich uczuć, a następnie iść do domu i samemu bardzo przeżywać np. fakt życia w samotności. Może też np. być bardzo rozrywkowa i sumienna w pracy i jednocześnie być nieszczęśliwa prywatnie z powodów problemów miłosnych. Przywiązuje uwagę do tego jak wygląda, czuje się źle z powodu niedostatków urody. Stara się podkreślić poczucie wyjątkowości przez kontrowersyjny sposób ubierania się. Często okazuje zły gust. Chętnie przedstawia siebie innym jako osoba romantyczna. Jest zmienna w uczuciach. Gdy uzna, że jej partner jest zbyt nudny, często fantazjuje na temat czarujących i przebojowych nieznajomych. Cele stara się osiągać poprzez zazdrość, zemstę lub potrzebę dowiedzenia innym, że są w błędzie.

Słynne czwórki ze skrzydłem trzy: Kate Bush, Julio Iglesias, John Malkovich, Nick Nolte, Edith Piaf, Paul Simon, Fryderyk Chopin, Prince.



Wpływ na czwórkę połączenia z dwójką

Zdrowe połączenie z dwójką daje czwórce dobre zdolności międzyludzkie i umiejętność dobrowolnego identyfikowania się z czyimiś uczuciami. Może być bardzo dobrym psychoterapeutą, nauczycielem, rodzicem. Potrafi słuchać i akceptować czyjeś zdanie, zwłaszcza chętnie słucha i rozumie ból przyjaciół. Jest mniej samolubna, chętniej udziela "schronienia" innym.
W stresie połączenie z dwójką, przynosi zależność od innych. Ma tendencję do skupiania się tylko na ukochanej osobie. Uważa, że nie mogą, na wzajem, bez siebie żyć. Przybiera postawę wysokich wymagań i obwiniania. Rozpacza gdy prawdziwa osoba zachowuje się inaczej niż czwórka tego oczekiwała. Wpływ umiejętności dwójki do identyfikowania się z czyimiś uczuciami, staje się bardziej przymusowy. Czwórka nie umie pomóc, ale identyfikuje się z czyimś cierpieniem. Może uciekać od własnych problemów, służąc innym. Poczucie własnej wyjątkowości jest również bardzo wzmocnione.



Wpływ na czwórkę połączenia z jedynką

Zdrowe połączenie z jedynka daje czwórce obiektywność i idealizm. Pomaga zlokalizować czwórce własne miejsce w świecie i zrozumieć rzeczywistość, która jest niezależna od ich własnych odczuć. Polepsza się jej praktyczne rozwiązywanie problemów. Staje się idealistką i chętnie i ciężko pracuje w świecie w który wierzy i rozumie. Staje się osobą wnoszącą wkład do życia, zamiast osobą, która tylko narzeka.
W stresie połączenie z jedynką powoduje, że czwórka zaczyna doszukiwać się win, błędów i problemów. Nieusatysfakcjonowany perfekcjonizm staje się problemem w związku. Ma problemy z wykonywaniem zadań, prac, gdyż cokolwiek nie zrobi, nie odpowiada jej wysoko postawionym standardom. Zaczyna się wstydzić swoich osiągnięć i krytykować samą siebie. Staje się zazdrosna o innych i ich czyny. Czasem może stać się wściekła na innych i na samą siebie.



Czwórka w miłości

  • pamiętaj, że czwórka zawsze czuje, że czegoś jej brak, a inni to mają.
  • licz się ze skomplikowanym związkiem. Nic nie jest proste. Ważniejsze w związku jest głębokie uczucie, a nie zabawa
  • zawsze jest dobra pora na pokazanie się. Odpowiedni nastrój, maniery, luksus i dobry smak to są podstawy udanego związku
  • dla czwórki dążenie do czegoś jest ważniejsze niż szczęście. Miłość ma wiele warstw i przechodzi przez wiele faz w związku. Faza rozstania jest wyjątkowo długa
  • chętnie wspomina o swoich poprzednich miłościach. Słabo skupia uwagę na obecnych możliwościach
  • skupia się chętnie na twoich negatywnych odczuciach, gdy pojawiają się pozytywne, obserwuje je z bezpiecznego dystansu



Czwórka w pracy

  • musi odczuwać, że jest respektowana przez innych za własne pomysły i wizje
  • skuteczność pracy jest powiązana z nastrojem. Ma problem ze skupieniem się na pracy gdy emocjonalne życie bierze górę
  • przywiązuje się do autorytetu, który reprezentuje sobą odpowiednią wartość a nie popularność
  • agresywna wobec konkurentów, zaprzyjaźnia się z osobami z poza własnego kręgu zainteresowań
  • nie lubi pracować z osobami, które są bardzie niż one utalentowane, wyżej cenione i lepiej opłacane



Rozpoznanie czwórki

Typowy komentarz czwórki:

"Ludzie mnie wzywają bo wiedzą, że będę wstanie spojrzeć na problem z innej perspektywy"
"Dostrzegam i rozumiem wiele spraw znacznie głębiej niż większość osób"
"Zawsze czułam się jak obca osoba gdy byłam dzieckiem"
"Wprowadzam do doliny łez, teorie sensu życia"

Intelektualne czwórki mylnie się mogą identyfikować z piątkami, zwłaszcza gdy odczuwają silny wpływ skrzydła 5. Jednakże czwórki w przeciwieństwie do piątek, potrafią się odkrywać przed innymi i czują się komfortowo w wyrażaniu własnych odczuć.

piątek, 18 czerwca 2010

"Muzeum Niewinności" - Orhan Pamuk



Jest to książka o miłości w kraju islamskim, gdzie miłość jest czymś innym niż na Zachodzie. Na piątej stronie kochankowie uprawiają seks, ale przez kolejne pięćset drogo za to płacą...

Orhan Pamuk

...Z tymi słowami wzięłam się za czytanie książki. Uwielbiam przedstawienia innych kultur, coś, co pomoże mi je zrozumieć lub chociaż ogarnąć. Tego się spodziewałam po "Muzeum Niewinności". Niestety poczułam się okłamana przez autora. Nie, żebym czepiała się szczegółów, ale nie dość, że kochankowie uprawiali seks na stronie siódmej a nie piątej, to przez kolejne pięćset wcale nie czułam, żeby drogo za to płacili. Ale po kolei...

Kemal miał trzydzieści lat i był bardzo bogaty. Jakiś czas przed swoimi zaręczynami z Sibel poznał Füsun. Chociaż słowo "poznał" tutaj nie pasuje, ponieważ byli dalekimi kuzynami i bawili się razem w dzieciństwie. Gdy kupował ukochanej torebkę, doznał nagłego oświecenia.
Füsun akurat przygotowywała się do egzaminów na studia, więc zaproponował, że będzie ją uczył. W mieszkaniu pojawiła się dopiero, gdy skończyła osiemnaście lat. Wylądowali wtedy w łóżku i przez ponad czterdzieści dni uprawiali regularnie seks.

W tym czasie zbliżali się do siebie coraz bardziej. W dniu zaręczyn Kemala z Sibel zobaczył się on z
Füsun po raz ostatni. Potem dziewczyna zniknęła. Przez kilka miesięcy nadaremnie jej poszukiwał, aż w końcu dostał adres od jej przyjaciółki. W momencie, kiedy wydawało się, że wszystko już będzie dobrze (Sibel zerwała zaręczyny, ponieważ Kemal chorował z miłości do osiemnastolatki) i będzie się jej mógł oświadczyć, okazało się, że Füsun jest szczęśliwą młodą żoną fanatyka kinematografii.

Choroba Kemala się pogłębiała, ale rodzice dziewczyny w głębi ducha kibicowali ich związkowi (nie mieli szczególnych pretensji, że pozbawił ją dziewictwa, a przynajmniej nigdzie w książce się to nie pojawia). Przychodził do nich średnio cztery razy w tygodniu na kolację przez wiele lat, uważnie obserwując najmniejsze zachowanie
Füsun oraz podkradając z jej domu różne przedmioty, którymi się bawiła, czy ich dotykała (w ten oto sposób powstawało muzeum - zbierał nawet niedopałki wypalonych przez nią papierosów).

Zakończenie mnie rozczarowało.

W książce najbardziej podobał mi się rozdział pt. "Czasami", chociaż na początku mnie strasznie irytował. Był tam też uroczy cytat. "Kobieta, która nie lubi kotów, nie jest w stanie uszczęśliwić mężczyzny". Poważnie się nad nim zastanowiłam i uznałam, że to jest całkiem sensowne. Ale refleksje zachowam dla siebie.

Mimo iż Pamuk dostał Nobla (przeczytałam nagrodzoną powieść, gdy tylko się pojawiła), okropnie mnie denerwowało "Muzeum Niewinności". Niby rozumiałam zamysł, żeby wszystko opisywać dokładnie, każdy eksponat w muzeum i wsadzać go w odpowiednie ramy powieści, jednak uważałam to za niepotrzebne rozwlekanie. Skróciłabym tą książkę o 1/3 i uznałabym ją za idealną. Co gorsza - sam autor sprawił, że się zawiodłam. Nie odczułam wcale tego, że "bohaterowie ciężko płacili" za te wszystkie dni spędzone na romansowaniu. Co najwyżej Kemal za bardzo sobie to wszystko wziął do siebie, a
Füsun niepotrzebnie weszła w małżeństwo z Feridunem, co też zaważyło na jej szczęściu. Jednak nie czułam tego autentycznego dramatu, tej ceny, którą musieli ponieść. Ich życie potoczyło się stosunkowo lekko, biorąc pod uwagę, że Füsun mogła zostać... jest wiele możliwości, co mogło się z nią stać, biorąc pod uwagę, że została zhańbiona, a Kemal mógł zostać wydziedziczony i pogardzany (bardziej niż był) w towarzystwie.

Dla mnie to nie była "miłość niemożliwa", jak to przeczytałam w jednym z opisów. Miłość zwyczajna, namiętna, niespełniona, ale jednocześnie bardzo naiwna. I może Pamuk jest geniuszem, pisze świetnie, ale "Muzeum Niewinności" mnie nie zachwyciło. Podobało mi się, ale nie na tyle, żebym miała ochotę natychmiast zacząć je od początku. Momentami była to opowieść "o niczym". Podobno, żeby książka była dobra, należy wyrzucić z niej wszystko, co nie sprawia, że fabuła trzyma się kupy. Pamuk powinien wyciąć 1/3, a wtedy "Muzeum Niewinności" byłoby naprawdę świetną lekturą.

środa, 16 czerwca 2010

Kannazuki no Miko - Tetsuya Yanagisawa (2004)



Nigdy nie byłam szczególną fanką anime. Co prawda je lubiłam, miło się siedziało przed komputerem oglądając 200 odcinków "Czarodziejki z Księżyca" pod rząd, a potem "Króla Szamanów", to bardzo dobrze odmóżdżało i relaksowało. "Kapłanki Przeklętych Dni" pojawiły się w moim życiu przypadkiem, gdy weszłam na stronę Empiku, a tam wielkimi literami było napisane, że jest promocja anime już od 9,90. Lubię promocje. Przejrzałam to, co mieli do zaoferowania i zaintrygowały mnie dwa tytuły. Po obejrzeniu na YouTube fragmentów odcinków zdecydowałam, że kupię "Kapłanki". Szczególnie z tego powodu, że opowiadało o miłości dwóch dziewcząt, bynajmniej nie platonicznej. I może też dlatego, że miało tylko 12 odcinków.

Nie znam się na anime, nie mogę opowiadać o tym, jaka była kreska, rysunki, krajobrazy... W tym momencie chodzi wyłącznie o to, jak ja odebrałam całe anime.

W myślach porównywałam "Kapłanki" do "Czarodziejki z Księżyca". Chciałam się przed tym uchronić, jednak uznałam, że Himeko jest taką samą beksą jak Usagi, więc poszłam tym tropem. Przez wszystkie odcinki było widać miłość Chikane do Himeko, która sobie z niej nie zdawała sprawy. To było oczywiste. Pojawił się też Souma, zakochany w tejże. To była trójka głównych bohaterów. Dziewczęta były kapłankami Słońca i Księżyca, które musiały wskrzesić święty miecz, żeby zniszczyć wroga, który chciał unicestwić Ziemię (kolejna oczywistość). Byłam ciekawa, czy walki z przedstawicielami Zła będą równie podległe schematowi, jak w "Czarodziejce z Księżyca". Miło się zdziwiłam, że nie było ich szczególnie dużo i nie wyglądały w każdym odcinku identycznie. Była intryga, tajemnica, a pote
m na końcu element zaskoczenia. Już po napisach końcowych znowu pojawiło się coś, co było do przewidzenia.

Patrzyłam raczej na to anime pod względem emocji. Ciągle wydawałam z siebie odgłosy typu: Pocałuj go! albo: Pocałuj ją! Bohaterowie mnie raczej nie słuchali. Mimo to oglądało się przyjemnie, chociaż nie zachwycało. Mam wrażenie, że z każdym obejrzanym anime rozumiem japońską mentalność coraz bardziej, a to mnie jakoś szczególnie nie cieszy. Mam mętlik w głowie, gdy próbuję to ogarnąć.

Na szczególne uznanie zasługuje muzyka. Żadnego ckliwego i piszczącego J-popu, tylko sam dźwię
k. Naturalnie oprócz openingu i endingu. Bardzo mi się spodobała. Chociaż muszę przyznać, że tekst openingu i endingu mnie zauroczył. Do DVD zostały dodane książeczki, gdzie są te teksty wraz z tłumaczeniami (i jeszcze karty kolekcjonerskie z bohaterami). Bardzo mnie one uradowały, cieszyłam się jak małe dziecko, mimo że nie są mi do niczego potrzebne, jednak było to bardzo miłe.

Jeszcze chciałabym powiedzieć, że nie płakałam tutaj, ani jakoś wyraźnie się nie wzruszałam, w przeciwieństwie do tego, co było na "Czarodziejce z Księżyca". Może za krótko oglądałam, za mało zżyłam się z bohaterami, albo po prostu to była bajeczka na dwa wieczory (łącznie jakieś sześć godzin oglądania + dodatki), do której nie miałam sentymentu. Mogę po prostu powiedzieć, że mi się podobało, ale nie będę zachwalać "Kapłanek" tak, jak mogłabym to zrobić z innymi obejrzanymi przeze mnie anime.

Za to muzykę naprawdę gorąco polecam.

niedziela, 13 czerwca 2010

"Kobieta i mężczyźni" - Manuela Gretkowska



Dzień dobry! Tu Alina i Emilka. Dzisiaj opowiemy Wam o ostatniej przeczytanej przeze mnie książce.

Klara jest utalentowanym chirurgiem, który szuka swojej drogi w życiu. Pewnego dnia postanawia rzucić karierę chirurga na rzecz akupunkturzystki, co nie spotyka się ze zrozumieniem przyjaciół, szczególnie męża jej przyjaciółki Joanny, prawniczki.

Widzimy życie Klary od momentu, kiedy jest na studiach i ma romans z profesorem. Zaraz potem umiera jej matka, a osamotniona kobieta postanawia wyjechać do Chin, na stypendium. Chcąc sprzedać mieszkanie, poznaje Jacka, swojego późniejszego męża.

Mijają lata, które zaznaczone są poszczególnymi rozdziałami. Klara i Jacek są szczęśliwi w małżeństwie, odnoszą sukcesy zawodowe do momentu, w którym Jacek podejmuje się nowatorskiego przedsięwzięcia, a jego firma plajtuje. Wpada wtedy w głęboką depresję. Szuka samotności, a swojej chorobie nadaje głębsze znaczenie, uważając, że tylko on może zrozumieć, co się z nim dzieje, mimo iż objawy są podręcznikowe.

Po jakimś czasie Klara znowu wyjeżdża, podświadomie chcąc się uwolnić od chorego męża. Wracając do Polski, poznaje w samolocie Julka. Bardzo szybko wdaje się z nim w romans, o którym Jacek nie ma pojęcia. W pewnym momencie jej mężowi się poprawia, a Klara postanawia od niego odejść i okazuje się, że jest w ciąży. Najprawdopodobniej z Julkiem. Wszystko się pląta i miesza, kobieta nie może sobie poradzić, bo nie wie, czy podjęła dobrą decyzję.

Książka kończy się stosunkowo dobrze.

Bardzo mi się podobało, jak jest napisana. Zadziwiająco dobrze mi się ją czytało, jak na literaturę polską, z której lubię właściwie tylko fantastykę (nie wspominając o Panu Wiśniewskim, który bije wszystkich na głowę). Z Gretkowską spotkałam się już wcześniej w zbiorze opowiadań "10xMiłość" i to była jedna z niewielu historii, która mi się w nim podobała. Mogę bez wyrzutów sumienia ją polecić, chociaż wydaje mi się trochę schematyczna, jednak Gretkowska ma bardzo interesujący styl pisania, który czasem zbijał mnie z tropu.

Bardzo polecam tą książkę, jako całkiem niezłe studium psychologiczne. Szczególnie ciekawa jest postać Marka - męża Joanny - oraz przyjaciela Klary, psychiatry. Zapomniałam wspomnieć o tym, że w powieści jest bardzo dużo seksu. Ale to taki mniej istotny - moim zdaniem - dodatek.

sobota, 12 czerwca 2010

Wyprawa w świat w poszukiwaniu Internetu...

Wczoraj, po ciężkim dniu pracy wróciłam do domu około północy. Dla chwili wytchnienia chciałam usiąść przed komputerem, poczytać nowości na Waszych blogach, znaleźć znajomego na Facebooku... Właśnie, muszę to w końcu zrobić. No, ale Internetu nie było. Niewzruszona poszłam spać, myśląc, że rano już będzie. A tu figa!

Po kilku godzinach męczenia się, skończyłam czytać Gretkowską, popisałam sobie różne rzeczy, obejrzałam dwa odcinki serialu, spakowałam się i wyjechałam... w poszukiwaniu Internetu, którego u mnie w domu ma nie być aż do poniedziałku. Zabiłoby mnie to, więc moja ucieczka była w pełni zrozumiała. Pojechałam do babci.

I w tym momencie będę układała w głowie recenzję przeczytanej dzisiaj książki, a jutro wieczorem powinna się pojawić. O ile tutaj nie padnie Internet. Wtedy się chyba zabiję... To już mnie przerośnie.

Miłego weekendu!

czwartek, 10 czerwca 2010

"Japońska parasolka" - Rani Manicka




Z twórczością tej autorki spotkałam się po raz pierwszy bardzo dawno temu. To były wakacje, które spędzałam z kuzynką u babci na wsi. Z pewnością było to przed rokiem 2006. Uznajmy, że działo się to w wakacje 2005...

Była to miłość od pierwszego wejrzenia. W tamte wakacje przeczytałam ją dwa razy, a potem ją pożyczyłam (siedziała u mnie dwa lata, przez parę miesięcy miałam dwa egzemplarze w domu). W ten oto sposób zetknęłam się z moją ulubioną książką, "Matką Ryżu". Następnie pojawiło się "Dotknięcie ziemi", a w tym roku, dokładnie w moje urodziny, wyszła najnowsza powieść - "Japońska parasolka".

Jest to historia inna niż opisywane wcześniej przez Rani Manicką. A może nie tyle inna, co napisana nowym stylem. Wcześniej autorka pisała raczej w formie pierwszoosobowej, a każda z postaci miała swoje określone miejsca, w których się wypowiadała. W ten sposób historia była bardzo barwna, pokazywana oczami różnych osób. W "Japońskiej parasolce" narracja jest trzecioosobowa, a ujęcie problemu odrobinę... Nie umiem tego opisać, ale w każdym bądź razie nie tego się spodziewałam.

"Japońska parasolka" jest pisana w formie chwil. Przynajmniej ja to tak nazywam. Idziemy głównym tokiem powieści, ale są wątki poboczne, które się urywają, jak chwile właśnie. Nie umiem tego dobrze opisać. Rozdziały są krótkie, czasem się gubiłam, ale powieść jest lekka, przyjemna i szybko się ją czyta. Znalazłam w niej jedną literówkę, w ostatnim rozdziale. I właściwie nie wiem, o co w niej dokładnie chodziło, jaka była główna myśl. Czy miłość Parvati, czy jej więzi z dziećmi, czy może postać Mai? A może ogólnie pojęte "przeznaczenie"?

W powieści były też duchy. Pokazujące ludziom, którzy nie bali się patrzeć, jak należy żyć. Była miłość, seks i najwidoczniej nowe zainteresowania autorki, czyli wschodnia filozofia życia. Filozofia natury (a może po prostu taoizm?). Rani znowu wraca do tematyki wojennej, ale podchodzi do niej od innej strony. Nie ma tu już czystego okrucieństwa, jakie było w "Matce Ryżu", ale codzienność i miłość w czasie wojny z wrogiem. Pokazuje, że w czasie wojny sztuka i uczucia nie znikają, są po prostu zasłonięte przez zimne i niedostępne oblicze.

Jak widać, ja jeszcze tej książki do końca nie ogarniam. Czytałam ją ze strachem, że się zawiodę na mojej ulubionej autorce i, niestety, trochę moje obawy się sprawdziły. Ale liczę na to, że następna książka będzie lepsza. Póki co będę czekać na odpowiedni nastrój, żeby przeczytać "Japońską parasolkę" po raz drugi i zrozumieć ją od początku do końca, pokochać, a potem wracać do niej nieustannie, jak to robię z pozostałymi dwoma powieściami Rani Manickiej.

Polecam ją, ale może radzę zacząć zapoznawanie się z jej twórczością od "Matki Ryżu". Dobranoc.

niedziela, 6 czerwca 2010

"Wichrowe Wzgórza" - Emily Brontë



Zapraszam na pierwszą recenzję mojego autorstwa przedstawioną na tym blogu:



"Wichrowe wzgórza" są opowieścią o niszczącej sile namiętności. Te słowa znajdują się w niemal każdym opisie powieści. Czy się z tym zgadzam, powiem za chwilę...
Książka leżała w głębi mojej szafy przez kilka lat. Z racji jej popularności, chciałam ją przeczytać, jednak zawsze miałam coś, co przyciągało mnie do siebie bardziej. W końcu w okolicach Bożego Narodzenia zaczęłam ją czytać. Szło mi bardzo ciężko. Denerwowałam się, znienawidziłam Katarzynę, której charakter mnie co najmniej denerwował. Nie mogłam jej po prostu przebrnąć, a wszędzie widziałam tylko "ochy i achy".

Niedawno wróciłam do "Wichrowych wzgórz", zaczynając je od miejsca, w którym skończyłam. Sprawiało mi to niemały kłopot, ponieważ nie pamiętałam już, kto jest w niej kim. Owego wieczoru przeczytałam jeden rozdział. Miał on może trzy albo cztery strony. Śmiechu warte. Ale na szczęście dzięki niemu mi się rozjaśniły wszystkie wątki, postacie. I Katarzyna w nim umarła. To był przełom.

Od tej chwili czytało mi się coraz lepiej, jednak wciąż nie byłam całkiem pozytywnie nastawiona. Pierwsze wrażenie działa cuda i ciężko je zmienić. Czytałam o dorastaniu małej Katy. Od razu zauważyłam, że Hareton był pod jej urokiem, ale nie pamiętałam początku, do którego nie chciałam wracać i ciągle mnie dręczyło. "Przecież ona nie może być z Lintonem!", który był takim nieznośnym człowiekiem... Nieodrodny syn swojego ojca. Przeżywałam tą historię dość mocno i postanowiłam, że kiedyś jeszcze do niej wrócę, gdy ochłonę, znajdę czas i chęci.

"Wichrowe wzgórza" nie są szczególnie wybitną książką. Rzeczywiście opowiadają o "niszczącej sile namiętności", ale to była tylko ta siła, która niszczyła Katarzynę i Heatcliffa - nie dotyczyły one Katy w żaden sposób. Ona starała się tylko przeżyć, gdy ukochany jej matki sprawiał jej ból, nie mogąc sobie poradzić z własnym życiem i uczuciami. Katy nic nie zniszczyło, stała się silna, nauczyła się kochać, gdy tylko miała obok siebie kogoś kochającego.

W tym momencie mogę powiedzieć, że "Wichrowe wzgórza" nie były aż tak okropne, jakie mi się początkowo wydawały. Warto je przeczytać, ale z nastawieniem na czytanie o bólu. Moje emocje są teraz niesprecyzowane, jednak wiem jedno -
nie ma złych książek, są tylko spaczone gusta.

sobota, 5 czerwca 2010

Ebooki.

Śledztwo, o którym wspominałam niedawno, zostało zakończone pomyślnie. Nie jest to wątek istotny, jednak uznałam, że należałoby o nim wspomnieć.

W tym momencie chciałam się porozczulać nad bardzo poważnym problemem, jakim są eBooki. Ile osób, tyle zdań na temat tego, czy eBook to książka, czy też nie. Sama mam z tym niemały kłopot, ponieważ, oczywiście, wolę książki papierowe, ale jednak czasem się zdarza, że wersji papierowej nie mam pod ręką, a bardzo chcę coś przeczytać. Moi znajomi wiedzą, że przed pójściem do biblioteki bronię się rękami i nogami. Jestem uparta. Nie i koniec. (W nocy doszłam do wniosku, że jak się zapiszę do biblioteki, to będzie oznaczać, że nie mam już żadnych przyjaciół i stoję na skraju bankructwa). Jednak je czytam. Czasami. W ramach uczciwości postanowiłam, że nie będę pisać recenzji eBooków. Mogę je zaliczyć w poczet przeczytanych książek, ale nie będę ich opiniować. Sama nie do końca rozumiem to postanowienie. Ale się go mocno trzymam.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego niektórzy ludzie tak uparcie walczą z eBookami? Moim zdaniem są one bardzo dobre, szczególnie dla osób, które nie chcą za żadne skarby świata odejść od komputera, mają małą torebkę i wolą nosić BlackBerry niż opasłe tomiszcze (ostatnio BlackBerry za mną chodzi... Może sobie kupię, jak wygram w totolotka, albo odziedziczę coś po jakimś nieznanym bogatym krewnym?). Tak samo dla mnie, jak nie dopadam formy papierowej. Zresztą zawsze można je wydrukować i czytać prawie normalnie. Skąd się bierze ta wrogość? Bo chyba nie tylko z miłości do tradycyjnych książek? Czasem, jak mówię komuś, że czytam eBooka, patrzy na mnie jak na trędowatą.

W każdym bądź razie ja wrogiem eBooków nie jestem. Jestem tolerancyjnym człowiekiem. Post miał zabrzmieć mądrze, ale coś mi nie wyszło. Może kiedyś się uda.

czwartek, 3 czerwca 2010

Stwierdziłam, że natychmiastowo potrzebuję psychiatry. Już drugi dzień bawię się w detektywa. Zniżyłam się nawet do napisania SMSa do jednej persony, której nie znoszę, a która mogłaby mi pomóc.
Niestety moje 18 groszy zostało wydane na marne.
Błagam, pomocy, lekarza...

wtorek, 1 czerwca 2010

Berlin.

Nie rozumiem, dlaczego niektórzy (okay, spora część) ludzie uważają, że wyjazd za granicę na jeden dzień, to idiotyzm.
- Nie opłaca się - powiedziała moja koleżanka.
- Opłaca, gdybym pojechała na dłużej, wydałabym więcej pieniędzy.
Oczywiście nie zrozumiała żartu.
Najpierw ostatnia matura, która była moją porażką, a następnie picie miodu pitnego na krakowskim Rynku, żeby to uczcić. Potem szybki masz z moim komitetem pożegnalnym na Dworzec, żeby móc spędzić pięć godzin w pociągu do Warszawy. Ledwie dotarłam do Stolicy, musiałam spędzić prawie godzinę we wspaniałym pojeździe ZTM. Po chwili przerwy czekała mnie dziesięciogodzinna podróż autobusem w stronę przewspaniałego Berlina. W ciągu doby spędziłam ponad 17 godzin w podróży.
Na szczęście rankiem w sobotę przekroczyłam granicę Polsko-Niemiecką. Serce mi podskoczyło, w brzuchu pojawiły się motylki, a w polu widzenia wiatraki. Wszystko było inaczej. Może dlatego, że czekałam na to od tak wielu lat... Ale się doczekałam.
Po jakimś czasie wjechałam do Berlina. Szybko wraz z Camillą obleciałyśmy jedno muzeum. Kiedy z niego wyszłyśmy, dokonałam swojego pierwszego zakupu - "Das Buch vom Tee". Chyba byłam z niego najbardziej usatysfakcjonowana, niż wszystkiego innego.
Poodpadały nam nogi, ja sobie poszprechałam, na szczęście niezbyt dużo, jeszcze ktoś by się zorientował, że nie mam pojęcia o tym języku, wydałam dużo pieniędzy (zresztą... tylko jeśli się przeliczy euro na złote, w euro nie było tego tak znowu wiele...), zjadłam najlepsze sushi w swoim życiu, jednocześnie błądząc, żeby znaleźć Mittelstrasse. Berlin jest dziwny. Zachód jest na południu, wschód na północy...
Wieczór celebrowałyśmy w Starbucksie, wszystkim podając kod do toalety. Ucałowałam Bramę Brandenburską od koleżanki, zjadłam moje karmelowe Häagen-Dazs. Berlin był cudowny. Bardzo łatwo zapomnieć, że było się na wycieczce. Wyszło na to, że pojechałyśmy na zakupy. A w zasadzie wyszłyśmy na miasto, a potem miałyśmy wrócić do naszego berlińskiego mieszkania. No cóż. Zdarza się. Ale atmosfera niepowtarzalna.
Wracamy za rok, prawda?