wtorek, 25 maja 2010

Gdyby ktoś przeprowadził kontrolę sanitarną u mnie w domu, nigdy byśmy się nie wypłacili, żeby spłacić karę, a lokal zostałby zamknięty i oznakowany żółtymi trójkątami. Uwaga, może występować promieniowanie radioaktywne! Zresztą wcale bym się nie zdziwiła...

Moje wakacyjne ADHD zaczęło się wyjątkowo wcześnie - w końcu wakacje zaczynają mi się tak na dobre dopiero w piątek, ale już zaczęłam się nudzić. Pójście do łóżka, gdzie czeka na mnie cały stosik książek "do przeczytania w te wakacje" (aktualnie wynosi jakieś piętnaście pozycji). W związku z tym obejrzałam film "Julie&Julia", gdy przebrnęłam przez pierwsze dwadzieścia minut, zakochałam się, tak jak przypuszczałam. Później przyniosłam sobie stertę idiotycznych czasopism dla nastolatek, skąd powycinałam wszystko o Tokio Hotel, a potem wszystkie wylądowały na podłodze. Kiedy skończyłam swoją pracę, poszłam do piwnicy (z workiem śmieci) i rozpaliłam w piecu, żeby choć raz mama dała mi spokój (a faktycznie zrobiłam to z nudów). Woda się nagrzała, umyłam naczynia, wyjęłam swoją patelnię zza lodówki, gdzie leżała od pół roku, bo mama ją tam wrzuciła i powiedziała, że nie będzie odsuwać lodówki, żeby ją wyjąć (jak widać, nie było to konieczne), poodkurzałam pół domu, umyłam podłogę w swoim pokoju, podlałam roślinki na parapecie (całkiem już wyschnięte), przypadkiem znalazłam kartę micro SD ojca, której szukał jakiś czas temu (cud, że jej nie odkurzyłam). W końcu zdawało się, że wszystko jest gotowe. No, zdawało się.

Ociekaczka do naczyń ma przeważnie takie cudo, na które ścieka woda. My również taką mamy, jednak owa ociekaczka była pokryta cudownym grzybem. W każdym normalnym domu ktoś ową rzecz myje, jednak nie u mnie. Wróciłam do kuchni zaopatrzona w butelkę wody utlenionej. Najpierw spłukałam to ohydztwo wrzątkiem i spora część spłynęła. Potem potraktowałam to wodą utlenioną. Poszła cała butelka, dla pewności poprawiłam płynem do mycia naczyń, znowu wrzątkiem i spirytusem salicylowym na deser. Jednak wolałabym dla pewności jeszcze mieć wodę utlenioną... Cóż, nie zawsze się ma to, czego się chce. Kiedy już wytępiłam to siedlisko bakterii (albo chociaż przytępiłam), przyszłam się tutaj poskarżyć... i przypomniałam sobie, że miałam już jakiś czas temu posprzątać w przyprawach. Bardzo się zdziwiłam, że znalazłam jakieś przeterminowane opakowanie czegoś z 2008 roku, chociaż w zeszłe wakacje też zrobiłam gruntowny przegląd. Kilka opakowań poleciało do kosza, a mama, gdyby się o tym dowiedziała, pewnie by mnie zjadła, ponieważ jak ostatnio powiedziałam, że w nich posprzątam, dała mi wyraźnie do zrozumienia, żebym zostawiła je w świętym spokoju.

Mam ponure wrażenie, że gdybym tylko miała wystarczająco dużo wolnego czasu sam na sam z domem, wreszcie zaistniałby tutaj idealny porządek. A potem bym nikogo nie wpuściła, dopóki bym nie nabrudziła.

Ale i tak jestem w pełni przekonana, że mama nie doceni moich dzisiejszych starań i jak tylko wróci z pracy, od razu coś skrytykuje. No, ale mam jeszcze do posprzątania szufladę z lekarstwami... Po tym już na pewno mnie zabije.

poniedziałek, 24 maja 2010

Wielki maturalny sen.

Jak "Dwie małpy Bruegela", ale sądzę, że one nie były wilkołakami, diabłem, który kazał mi posegregować wykałaczki zgodnie z długością oraz mnóstwo kotów, które należało uchronić przed wyżej wymienionym wilkołakiem. Z jabłoni skapywał sok, który zastygał w coś na kształt galaretki i był bardzo słodki. Trawa była mokra, niebo zachmurzone, zaraz miała zacząć się ulewa, przed którą kot schowa się do domu, a drzwi trzeba zaryglować przed wilkołakiem. Jednak to stworzenie nie jest wcale takie straszne, nie wiem, czego chciał, ale raczej nie skrzywdzić kogokolwiek...

Oczywiście nic nie jest w stanie przebić Toma Kaulitza w obcisłych czerwonych jedwabnych bokserkach, przez którego zaspałam na ostatnią z moich matur, ponieważ obudziłam się pół godziny przed nią, po czym, gdy już na nią dotarłam i nawet zdałam, co nie zadowoliło komisji, Tom zadzwonił, że nie jedzie ze mną do Warszawy. W związku z tym sama musiałam dotrzeć na dworzec i kupić bilet.

Zgubiłam się. To przecież niemożliwe, zgubić się aż tak bardzo na tak krótkiej trasie. Ale ja potrafiłam.

No i ani matury, ani Warszawy, ani Berlina. Zabiję te brząkające łańcuchami małpy! Zabiję!

piątek, 21 maja 2010

Comety.

Cały mój plan dnia został podporządkowany Cometom. No i rzecz jasna ustnej podstawowej maturze z niemieckiego. Było idealnie. Miałam wrócić do domu po angielskim dla sześciolatków prowadzonym wg systemu Helen Doren, czy jakoś tak, a potem włączyć Internet i... oglądać. Oczywiście, marzenia.

Najpierw nie chciało się przez pół godziny włączyć. Gdy już (łaskawie) się uruchomiło, po dziesięciu sekundach się zacięło. Wyglądało na to, że to wina okna chatu Facebooka, ale uruchomiłam film w osobnym oknie, bez owego chatu. I wciąż się zacinało. W międzyczasie udało mi się usłyszeć urywek przemowy Billa, która wg mnie była po angielsku, a wg mojej przyjaciółki po niemiecku. W tym momencie mogła być w suahili, a i tak bym się nie wzruszyła. Prezenterka pytała Toma o incydent z viagrą, ale udało mi się usłyszeć tylko "Verstehe gar nichts", a potem... no, właśnie. Nic. Wśród tego natłoku cudów uznałam, że mam dość. Jeśli w przyszłym roku TH będzie na Cometach, jadę. Bez wahania, nawet jeśli miałabym stamtąd nie wrócić. W końcu uda mi się je obejrzeć, bez denerwowania się, przeklinania, jęczenia, narzekania, krzyczenia, obrażania...

Po prostu mi się uda.

W tym momencie przypomniały mi się Comety z Himmel i poczułam takie przyjemne ciepło... A potem wezmę i zjem kubełek lodów. O. Genialny plan.

Kto mi przywiezie lody? Hm? Ozłocę za karmelowe Häagen-Dazs!

środa, 19 maja 2010

Eksperyment.

Nie wiem, czy nie jest za wcześnie na podsumowania, w końcu do jutra zostały jeszcze niemal dwie godziny... Ale teraz mój telefon rozbrzmiał słowami "Got a...", popatrzyłam (z ogromnym zdziwieniem), kto tak bardzo mnie kocha, żeby puścić mi sygnał i okazało się, że bynajmniej nie ta osoba, której się spodziewałam. Objawiła się postać, z którą nie widziałam się miesiąc, a nie miałam żadnego kontaktu od jakiś trzech tygodni. I chwilowo na tym się skończyły rewelacje. No, ale poczekajmy jeszcze parę minut, a może dostanę SMSa...

Chciałam podsumować dzisiejszy dzień, który był dniem eksperymentu, a mianowicie zastanawiałam się, ile osób będzie pamiętać o tym, że mam dzisiaj urodziny. Bez żadnej najmniejszej wzmianki, aluzji, czy natarczywego obwieszczanie tego całemu światu. Okazało się, że... zdumiewająco dużo. Co ja bym zrobiła bez portalu typu Facebook, czy Nasza-Klasa! Wtedy może moje doświadczenie miałoby jakiś sens. A tak to powiadomienia poleciały do połowy Polski, a właściwie wszystkich jej części, w których mam znajomych. To przerażające. Ale poczułam się cudownie, gdy osoby, które są mi bliskie, nie ograniczyły się do zwyczajnego "Wszystkiego najlepszego!", tylko pokazały mi, że to dla nich też jest ważne, że kiedyś się urodziłam. Więc przestałam się przejmować eksperymentem, z gorącym postanowieniem usunięcia daty urodzenia na portalach społecznościowych, żeby móc przeprowadzić eksperyment na nowo w przyszłym roku.

Urodziny przebiegły następująco: o 3:30 obudził mnie SMS od mojego byłego z życzeniami. Następnie nie mogłam spać, gdy zadzwonił budzik mamy, kot poleciał do niej do sypialni, potem wstałam o 10:28. Usiadłam przed szanownym komputerem, gdzie spędziłam cały dzień. Do moich łask wróciły filmy Bollywood, obejrzałam ostatnie odcinki obecnych serii "House'a" i "Gossip Girl", w międzyczasie wyklinając scenarzystów oraz czas wakacyjny. W chwili obecnej pozostałam bez moich wszystkich seriali. I na tym skończę swój wywód, bo irytacja związana z głodem serialowym nie pozwala mi na opisanie dokładnie mojego dnia. Może to i dobrze, ponieważ i tak polegał on wyłącznie na wyjadaniu resztek żywności zgromadzonej w domu.

Gute Nacht!

wtorek, 18 maja 2010

Życie jest mało wiarygodne.

Po głowie chodziło mi założenie bloga. Już od jakiegoś czasu. Dzisiaj zrobiłam to praktycznie pod wpływem impulsu, ale, jak się okazało, to nie jest takie proste. Wymyślenie adresu strony, który byłby wolny, a satysfakcjonowałby mnie w pełni, było bardzo trudne. Ten, pod którym powinien znajdować się mój blog, był niestety zajęty. Dlatego znajdujemy się w tym momencie właśnie tutaj.

Chcę pozostać w tym miejscu bardzo długo. Opowiedzieć swoją historię (a może nawet nie jedną) w myśl, że "realizm jest do dupy, a życie mało wiarygodne". To jest to, co sprawia, że przestaję uważać rzeczywistość za nudną. Czasami się okazuje, że jest zupełnie inaczej. Pewne nieprzewidziane wypadki (a jednak gdzieś w głębi duszy chcemy myśleć, że to naprawdę to, czego pragnęliśmy od zawsze) sprawiają, że wszystko wywraca się do góry nogami. Może warto zobaczyć, o co tak naprawdę tutaj chodzi?

Ja przedstawię swoją wersję i zobaczymy, co z tego wyniknie. Nie dzisiaj. Może jutro. A na razie życzę wszystkim dobrej nocy.